eeela
30.06.08, 20:00
Tytuł nawiązujący do sąsiedniego wątku, aczkolwiek nie jedynie o małżeństwo mi
chodzi.
W moim obecnym związku to ja jestem stroną, która 'prze' - jak to chyba zwykle
kobiety. 'Parłam' do zamieszkania razem, 'prę' do dzieci. Przez chwilę nawet
miałam parcie na ślub, ale na to akurat machnęłam ręką, bo żadne dodatkowe
zabezpieczenie nie jest mi ze strony tego konkretnego faceta potrzebne - ufam
mu wystarczająco. (Co dziwne, zdaje się, że od kiedy machnęłam ręką, to jego
coś powoli nachodzi.) Na ogół nie mam wątpliwości, że jest to właśnie ten
mężczyzna, z którym chciałabym wychowywać dzieci, i że nie boję się z nim
wiązać życia.
A jednak momentami mi się zdarza mieć takie lekkie stany paniki. Kiedy
kładziemy się wieczorem obok siebie, albo kiedy jemy razem w milczeniu
śniadanie. Wtedy uderza mnie jakiś taki strach i niedowierzanie: czy to aby na
pewno? Czy nie poczuję się w końcu zmęczona kładzeniem się obok tego samego
mężczyzny po dwudziestu latach? Czy aby na pewno jestem gotowa na dzielenie z
nim codzienności do końca życia? Coś, co na codzień wydaje się być piękną i
wzruszającą perspektywą, w tych momentach paniki staje się ciężarem nie do
udźwignięcia. Ciężarem tym większym, że to przecież ja 'prę', i jeśli po tym
całym parciu go zawiodę, to będę w dwójnasób winna.
Czy na tym właśnie opiera się często spotykana niechęć panów do żeniaczki? Czy
to jest właśnie to uczucie, którym kierują się panowie? Czy są to przebłyski,
tak jak u mnie, czy stan permamentny? Boicie się bardziej tego, że sami
zawiedziecie, czy że zostaniecie zawiedzeni? Analizujecie w ogóle te uczucia,
czy przelatują wam bzrefleksyjnie przez głowę?