Gość: konwalia
IP: *.w / 80.72.36.*
14.10.03, 09:13
Jestem ze swoim mężem od prawie 10 lat. Na początku wszystko bardzo dobrze
się układało. Pasowało mi to, że On podejmuje za mnie każdą, nawet błahą
decyzję. (nie założysz spódnicy, bo wszyscy będą się na Ciebie gapić, masz
być o 17 i nawet minuty później). Byłam młodą dziewczyną, wymęczoną
psychicznie przez nieodpowiedzialnego tatusia.
Dlatego pasował mi układ, w którym byłam z moim mężem. Byłam pewna jego
uczucia, wszystko było ustalone, zaplanowane.
Nie jestem dziewczyną, która nie ma swojego zdania. Jestem po studiach,
zajmuję kierownicze stanowisko. W pracy realizuję się w pełni. W domu coraz
bardziej przygasam. Coraz bardziej się buntuję. Nie jestem dzieckiem, które
trzeba prowadzić za rękę, które się strofuje. Tak jak kiedyś wracałam z bólem
żołądka do domu, w którym był "tatuś", tak jakieś dwa lata temu zaczęłam
wracać ze strachem do domu.
Mój mąż nie jest złym człowiekiem. Jest dobrym ojcem dla naszej dwójki
dzieciaków. Ale ja już go nie kocham. Wiecie kiedy przestałam... kiedy po
pijaku pierwszy raz mnie uderzył. Żałuje, że wtedy nie odeszłam. On się
stara, żeby wszystko było ok. Ale ja już nie potrafię.
Czy być z nim tylko ze względu na dzieci? Czy warto spędzić resztę swojego
życia z kimś, z kim nie chce się być? Czy to ma sens?
Mam kogoś. Nie oceniajcie mnie źle. Mnie nie chodzi o seks. Jest mi z nim
dobrze, bo potrafi mnie słuchać, liczy się z moim zdaniem. Przytuli, nie
krzyczy, nie ma pretensji o byle gówno. To trwa półtora roku.
Boję się rozwodu, boję się, że mogę stracić dzieci. Boję się, że nie będą One
szczęśliwe.
Chciałabym usłyszeć Wasze opinie. Czy trwać w toksycznym związku, czy odejść?