wicia28
12.10.08, 13:55
Mam 27 lat, jestem mężatką. Męża w sumie znam od 10 lat (tyle jesteśmy z
sobą). I powiem szczerze, że czasem nie rozumiem go. Jestem na takim etapie,
że zastanawiam się czy on kocha mnie wystarczająco mocno aby te małżeństwo
mogło przetrwać. Otóż, staram się jak mogę. Uważam, że jestem dobrą żoną. W
domu ma czysto, ubrania świeże i poprasowane. W kuchni zawsze znajdzie coś
dobrego. Jestem bez nałogów, najbardziej cenie sobie rodzinę. Ona jest na
pierwszym miejscu. Nigdy go nie zawiodłam, nie oszukałam, zawsze może liczyć
na moje wsparcie. Obecnie nie pracuję (co nie oznacza, że nie szukam pracy),
mąż prowadzi własną działalność w domu. Pomagam mu. Sprzątam jego lokal i
prowadzę mu księgowość. Okazuje mu wiele czułości. Dodam, że jest moim jedynym
partnerem seksualnym. Z nikim innym nie spałam. Między nami układało się
dobrze. Wszystko zaczęło pomału się gmatwać jak po ślubie zamieszkaliśmy z
jego rodzicami (to niezbyt mili ludzie). Atmosfera w domu nie do
pozazdroszczenia, ciągłe sprzeczki między teściami, między nami a teściami
itd. Z czasem mąż po alkoholu zaczął zachowywać się agresywnie. Ubliżał mi,
wyzywał od "kur..." "dziwe..." itd. groził mi śmiercią, raz groził mi
trzymając po pijaku wiatrówkę w ręku. Jak wytrzeźwiał przepraszał mnie, mówiąc
że nie pamięta tego. Trzy razy po pijaku kazał mi "wypier.." z domu na zawsze,
groził rozwodem.
Powiem szczerze, że uważam iż nie miał najmniejszego powodu aby tak się
zachowywać aby tak mnie traktować. Otóż mąż strasznie się denerwował i nadal
denerwuje się o to, że gdy chce z kumplami wyjść na piwo to ja mu nie
pozwalam. A czemu? Powód dla mnie jest oczywisty. Otóż na początku nie miałam
nic przeciwko temu aby mąż wychodził ze znajomymi, dopóki nie zrobił się
agresywny. Strasznie mnie to denerwowało jak wychodząc z nimi na piwo mówił
"wrócę ok 22ej, jak coś to jestem pod telefonem, nie opiję się i wrócę
spokojny" a prawda okazywała się zupełnie inna. Nie wracał na umówioną
godzinę, nawet nie dzwonił aby uprzedzić mnie że jednak wróci później,
dodzwonić się do niego nie można było bo albo nie odbierał albo miał tel.
wyłączony. Do domu wracał o 2ej w nocy, pijany jak wór i do tego agresywny do
tego stopnia, że potrafił naskoczyć na mnie gdy leżałam, zacisnąć dłonie na
mojej szyi i grozić mi śmiercią. Nawet pewnej nocy dostałam telefon o 2ej w
nocy że mój mąż został zatrzymany przez policję bo jeździł z kolegami naszym
samochodem pod wpływem alkoholu. Musiałam o 2ej w nocy iść na wyznaczone
miejsce przez policję aby odebrać auto i pijanego męża. Nigdy nie zapomnę ile
mnie to wstydu kosztowało jak policjant mnie spisywał i pytał kim dla mnie
jest ten pan w aucie. Setki razy powtarzałam mężowi, że jeżeli idąc na piwo z
kumplami dotrzyma słowa, że wróci o umówionej godzinie, spokojny to ja nie mam
nic przeciwko temu. Może wtedy iść. Zarzekał się, że tym razem dotrzyma słowa.
Niestety historia się powtarzała, wracał o wiele później, pijany i agresywny.
Tak było raz, drugi i trzeci ... aż wreszcie powiedziałam, że koniec
piwkowania z kumplami skoro nie potrafi się zachować. Myślałam, że jak mu
zabronię to oszczędzę sobie tych przykrych słów jakie mówi po takim
alkoholowym wypadzie z kumplami, że uniknę tej jego agresji.
Na jakiś czas wszystko się uspokoiło, męża przestało ciągnąc aby z kumplami
iść do baru. Po woli wszystko zaczęło wracać do normy. Wtedy podczas jednego
ze sprzątań znalazłam ukrytą fifkę. Spytałam męża skąd to ma, wyparł się, że
to nie jego tyko kumpla. Zarzekał się, że nie pali tego świństwa. Tylko 3 razy
próbował i tyle. Po jakimś czasie znalazłam kolejną fifkę w samochodzie, jej
też się wyparł że to kumpla. Po woli zaczęłam przestawać mu ufać.
cztery miesiące temu, gdy wracaliśmy z wesela znajomej, wywiązała się między
nami kłótnia (mąż był bardzo pijany), powiedział mi że w życiu wiele razy
palił trawkę, nawet spróbował dragów i amfę raz nosem wciągnął. To był dla
mnie szok! szczerze powiedziawszy dziwię się, że cało wróciliśmy do domu i nie
spowodowałam żadnego wypadku. Czułam się podle, tyle lat mu wierzyłam w te
jego zapewnienia że on z narkotykami nie ma nic do czynienia. Parę razy mówił,
że jego kumple zażywają narkotyki ale on trzyma się od tego z daleka. Gdy
wytrzeźwiał powiedział, że to prawda co mówił po pijaku ale to było kila lat
wstecz i tylko próbował z czystej ciekawości. Zarzekał się, że nic nie bierze.
Jakiś czas później pod wpływem alkoholu powiedział mi, że zdradzał mnie ... że
miało to miejsce na samym początku naszego chodzenia. Innym razem pod wpływem
alkoholu powiedział, że zdradzał mnie do samego ślubu, a innym razem znów że
tylko do zaręczyn. Chyba nie muszę pisać co czułam słuchając tego wszystkiego.
A ja głupia przez 10 lat wierzyłam mu, że jestem jedyna. Przestałam mu ufać.
Mimo wszystko kocham go dalej tak samo ... ale w głębi duszy cierpię. Za dużo
tego wszystkiego na raz. Zawiodłam się. Przez 10 lat żyłam w przeświadczeniu,
że oboje jesteśmy szczerzy w stosunku do siebie. A tu okazuje się, że myliłam
się ... szczera byłam TYLKO ja.
Mąż teraz mnie zapewnia, że żałuje tych zdrad, tłumaczy że jeszcze wtedy nie
wiedział czy będziemy z sobą.
Z tego wszystkiego popadłam w taki stan, że odechciało mi się żyć. Nawet nie
raz mówiłam mężowi, że boję się samej siebie, że jestem bliska obłędu, że mam
ochotę coś sobie zrobić bo nie potrafię z tą jego zatajoną "przeszłością" się
uporać, a na dodatek ta chora atmosfera w domu, wyzwiska teścia itd.
Niby teraz jest ok. staram się zapanować nad tymi myślami które kłębią się w
mojej głowie. A nie jest mi łatwo. Zamknęłam się w sobie, stałam się smutna,
zamyślona. Chce sie z tym uporać ale nie wiem jak.
Ostatnio spytałam męża czy chciałby mieć dziecko, po prostu byłam ciekawa jego
odpowiedzi. I tu kolejne rozczarowanie, powiedział że na razie nie bo nie jest
mnie pewien. To ja tyle zniosłam u jego boku, jestem z nim po tym jak ujawnił
mi tą swoją "przeszłość", którą tak skrzętnie ukrywał przede mną 10 lat a on
twierdzi, że nie jest mnie pewien. Boi się, że coś mi odbije po urodzeniu, że
znów od niego odejdę tak jak zrobiłam to rok po ślubie ... ale nie pamięta, że
przecież wtedy sam kazał mi się wynosić. A po drugie uważa, że jest u mnie pod
pantoflem bo ja mu nie pozwalam na piwo z kumplami iść ... a przecież tyle
razy tłumaczyłam mu dlaczego ... że powód jest taki, iż mu nie ufam, że
stracił moje zaufanie tym iż wracał o wiele później niż miał i że był
agresywny. Czy to jest takie trudne do zrozumienia? ale oczywiście to ja
jestem zła a on jest taki biedny.
Już sama nie wiem co mam myśleć, co robić? Czy faktycznie to moja wina?
Przepraszam, za tak obszerny wątek ale musiałam to z siebie wyrzucić.
Przepraszam za chaotyczność mojej wypowiedzi.