rudeboys 18.12.05, 15:34 przyznaje, że czytając ten tekst widziałem w autorze samego siebie. też przez miesiąc było mi dane zaznać rozkoszy marketowego szaleństwa www.przekroj.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=887&Itemid=48 Odpowiedz Link Zgłoś Obserwuj wątek Podgląd Opublikuj
feel_good Re: cała prawda o pracy w marketach???? 19.12.05, 10:33 Bardzo dobry tekst. Oczywiście momentami mocno przekrzywiony, ale całość przedstawiona bardzo obrazowo. Odpowiedz Link Zgłoś
morfinka_12 oczywiście dal feel'a wszystko jest przekrzywione 19.12.05, 12:27 polecam dal zainteresowanych równiez artykół w GW w sobotę o sieci WALL MART, bardzo ciekawe rzeczy. np ile rzeczywiście kosztują tanie zakupy. Odpowiedz Link Zgłoś
morfinka_12 tu wklejam skrót 19.12.05, 12:31 praca.gazeta.pl/gazetapraca/1,68745,3071617.html Odpowiedz Link Zgłoś
morfinka_12 a tu cały bardzo długi artykuł 19.12.05, 12:32 W ciągu dziesięciu lat sieć sklepów Wal-Mart wyrosła na największą korporację na świecie. Stała się też politycznym problemem. Zapewnia niskie ceny - mówią jej obrońcy. Wyzyskuje pracowników i niszczy amerykański przemysł - zarzucają krytycy Jeżeli Microsoft czy IBM to megakorporacje, Wal-Mart to hiperkorporacja. Albo coś jeszcze większego. Nie ma przymiotnika, którym dałoby się go opisać. Bo też nigdy jeszcze nie istniała tak wielka i wpływowa firma. Tylko w Stanach Zjednoczonych codziennie otwiera się jedno supercentrum Wal- Marta - odpowiednik naszych polskich hipermarketów. Codziennie do pracy w sklepach firmy na czterech kontynentach stawia się 1,5 miliona pracowników - nazywanych w języku firmy "wspólnikami" - i rozpoczyna dzień wspólnym skandowaniem haseł motywacyjnych: "Kto jest dla nas numerem jeden? Klient!". W ponad 4,5 tys. supermarketów sprzedano w zeszłym roku towary za 288 mld dol. To więcej, niż wynosi polski produkt krajowy brutto. To także więcej niż sprzedaż najsławniejszych korporacyjnych gigantów Ameryki - IBM, Microsoft, General Motors, General Electric i Cisco - razem wziętych. Dzięki Wal-Martowi małe miasteczko Bentonville w stanie Arkansas, w którym mieści się centrala korporacji, w ciągu kilkunastu lat zwiększyło liczbę mieszkańców z kilku do ponad 20 tys. osób. Jak na takiego olbrzyma Wal-Mart jest niewiarygodnie sprawny. To przekłada się na niskie ceny. Przeprowadzone w grudniu 2003 r. przez UBS Investment Research badanie wykazało, że średnie ceny żywności w Wal-Marcie są - po uwzględnieniu rabatów, obniżek i promocji - od 17 do 26 proc. niższe niż u konkurencji. Co tydzień w supermarketach korporacji robi zakupy 100 mln Amerykanów. Firma twierdzi, że dzięki jej cenom konsumenci oszczędzają 20 mld dol. rocznie. To tak, jak gdyby każdemu dorosłemu obywatelowi Stanów Zjednoczonych wręczać co roku studolarowy banknot. Sekret niskich cen leży w perfekcyjnej logistyce i bezwzględnym cięciu kosztów. Wal-Mart ma największą sieć prywatnych satelitów na świecie, dzięki którym informacja o sprzedaży każdej sztuki z asortymentu liczącego ponad 400 tys. różnych rodzajów produktów do centrali informatycznej pod Bentonville wędruje krócej niż godzinę. Superkomputery wypełniają szczelnie ogromne hale dawnej huty aluminium, a tysiąc informatyków codziennie przesiewa setki tysięcy terabajtów danych z transakcjami z ostatnich dwóch lat (to ilość danych porównywalna z zawartością całego publicznie dostępnego internetu). Dzięki wyrafinowanym algorytmom badania sprzedaży Wal-Mart wie, że np. konsumenci w supercentrum w Houston w Teksasie rano chętniej kupują pokarm dla kotów o smaku tuńczyka, a wieczorem - o smaku krewetek. Centrum logistyczne może więc zamawiać towary tak, aby jak najkrócej leżały w magazynie. Z ułamków oszczędzonych w ten sposób centów szybko zbierają się miliardy dolarów, które można zainwestować w budowę nowych sklepów. Oszczędność idzie w parze z równie obsesyjną centralizacją. Ogrzewanie we wszystkich sklepach w Stanach Zjednoczonych jest kontrolowane przez satelitę z siedziby firmy. Nie chodzi tylko o to, żeby klientom nie było ani za zimno, ani za gorąco. Żaden nieodpowiedzialny kierownik nie może marnotrawić energii, która obciąża konto korporacji. Modlitwa i praca Cóż złego może przynieść taki sukces? Zwłaszcza jeśli zawdzięcza się go ciężkiej i wytrwałej pracy? Historia Wal-Martu wpisuje się idealnie w amerykański mit o majątku, który może zdobyć każdy - jeśli tylko wystarczająco się postara. Choć Sam Walton - zmarły w 1992 r. założyciel firmy - zanim został milionerem, nie musiał nigdy zarabiać jako pucybut, to wedle oficjalnej biografii zaczął biznesową karierę jako mały chłopiec w czasie Wielkiego Kryzysu, sprzedając mleko jedynej rodzinnej krowy. Był niesłychanie przedsiębiorczy i pracowity. Według zeznań podatkowych już jako student - w połowie lat 30. - zarabiał ponad 5 tys. dol. rocznie, czyli należał do najbogatszego 1 proc. mieszkańców stanu, w którym studiował. Ojciec Sama Waltona pracował w czasie Wielkiego Kryzysu jako egzekutor długów. Ponieważ cena zboża w środkowych stanach USA była wówczas ujemna - trzeba było dopłacać hurtownikowi, żeby zgodził się je zabrać - farmerzy masowo bankrutowali. Ojciec Waltona zajmował ich nędzny dobytek i sprzedawał na licytacji. Mały Sam często jeździł z nim, oglądając na własne oczy nędzę i wyzysk opisane przez Steinbecka w "Gronach gniewu". Praca Waltona seniora była nieprzyjemna i często niebezpieczna, gdyż farmerzy egzekutorów nienawidzili i otaczali pogardą. Po latach Sam Walton lubił podkreślać, że świetnie zna biedę i wie, jak dla ubogich ważne są niskie ceny, po których mogą kupować towary. Jego krytycy twierdzą, że nauczył się także obojętności na cierpienie. Walton pierwszy sklep założył wkrótce po II wojnie światowej dzięki majątkowi teścia, bogatego hodowcy bydła. Według współpracowników nie miał żadnej tajnej recepty na sukces. "Kupił mały sklep. Pracował naprawdę ciężko. Wspierał swoją rodzinę. Modlił się do Pana" - streszcza metodę Waltona w książce "The Wal-Mart Way" jego były współpracownik i wiceprezes firmy Don Soderquist. "Miał wielką wizję: chciał dostarczyć lepszych i tańszych towarów ludziom w środkowych Stanach Zjednoczonych" - uzupełnia. Jego sieć sklepów rozrastała się systematycznie w latach 50. i 60. Wtedy zainwestował w supercentra - pomysł jego życia. Walton nie ukrywał, że sukces zawdzięcza w znacznej mierze wykorzystywaniu pomysłów konkurencji - tylko że on wcielał je w życie sprawniej, taniej i bardziej konsekwentnie. Supercentra - wielkie sklepy sprzedające żywność i towary przemysłowe połączone z punktami usługowymi - tak naprawdę były wynalazkiem francuskiego Carrefoura, który pierwsze z nich zbudował w 1962 r. pod Paryżem. Walton wysyłał swoich współpracowników do sklepów konkurencji, żeby podpatrywali ich dobre pomysły, a także przywoził je z zagranicy. Kiedy pojechał w latach 70. do Korei Południowej, zobaczył, jak robotnicy w fabryce codziennie rano skandują hasła motywacyjne. Po powrocie natychmiast wprowadził to w swojej firmie. Jego receptą na sukces było sprzedawać po jak najniższej cenie i zarabiać na dużym obrocie, co oznaczało nieustanne bezwzględne cięcia kosztów. Więcej i taniej Chociaż Sam Walton zarabiał miliardy na ludzkiej namiętności gromadzenia przedmiotów (zawsze dbał o to, żeby asortyment towarów w jego sklepach był znacznie większy niż u konkurencji), mentalnie należał do pionierskiej epoki kapitalizmu. Max Weber mógłby go uznać za modelowy przykład ascetycznego protestanckiego biznesmena budującego wielkie przedsiębiorstwo. Walton zawsze latał klasą ekonomiczną, jeździł starą półciężarówką i ubierał się w Wal- Marcie. "Jeden mój but kosztuje więcej niż jego całe ubranie" - miał powiedzieć o Waltonie jego osobisty prawnik. Niestrudzenie gromadził ogromny majątek, ale był wrogiem ostentacyjnej konsumpcji. Potrafił blokować awans podwładnego za to, że jeździł zbyt drogim samochodem. "Wielka wizja" Waltona polegająca na budowaniu lepszych sklepów, o której pisze Soderquist i inni przychylni biografowie, może brzmieć naiwnie w uszach każdego, komu się wydaje, że sprzedawanie spodni jak najtaniej jest kiepskim celem moralnej krucjaty. Wizerunek Waltona do dziś jest starannie kultywowany przez firmę - także po to, aby jego legendarny pracoholizm był punktem odniesienia dla tysięcy menedżerów - i nawet krytyczni historycy Wal-Martu nie mają wątpliwości, że założyciel firmy traktował pracę jako moralną misję, a nie tylko sposób zarabiania na życie. Na kilka dni przed śmiercią na raka - kiedy nie mógł już mówić - wzywał do szpitala kierowników oddziałów i pisał drżącą ręką pytania o ostatnie wyniki sprzedaży. Ekonomiści dodają, że swój sukces Wal-Mart zawdzięczał nie tylko godnemu Odpowiedz Link Zgłoś
morfinka_12 ciąg dalszy 19.12.05, 12:34 Ekonomiści dodają, że swój sukces Wal-Mart zawdzięczał nie tylko godnemu kalwińskich pionierów pracoholizmowi założyciela, ale także odpowiedniej inwestycji dokonanej we właściwym momencie. W sieć komputerową i bazy danych pozwalające błyskawicznie analizować zmienne gusty klientów Walton zainwestował bowiem już pod koniec lat 60. To dzięki temu w latach 70. mógł nieustannie obniżać ceny i chociaż dla Stanów Zjednoczonych była to dekada gospodarczej stagnacji, Wal-Mart rósł szybko. Bankrutowały za to mniejsze, rodzinne sklepy, które miały znacznie wyższe koszty. Sukces Wal-Martu długo pozostawał prawie niezauważony. Firma budowała bowiem swoje supermarkety przede wszystkim w małych i średniej wielkości miastach, głównie w środkowych Stanach Zjednoczonych, którymi pogardzali silniejsi konkurenci. Omijała wielkie miasta na wybrzeżach, gdzie koncentrują się media i intelektualne elity Ameryki. Największy wzrost przypadł na lata 80. i 90.: wówczas sprzedaż w sklepach firmy skoczyła z 2 mld dol. w 1983 r. do 250 mld dol. 20 lat później. W latach 1993-2003 zbankrutowało za to 29 mniejszych, regionalnych sieci supermarketów. 24 z nich oficjalnie uznały konkurencję Wal- Martu za jeden z głównych powodów upadku. Owoce przynosiła informatyzacja. System komputerowy przewiduje nawet wpływ pogody na to, co kupują klienci. Uwzględnia klęski żywiołowe: wiadomo, że po huraganie sprzedaje się m.in. więcej mopów, wiader, pokarmu dla niemowląt i pampersów, a komputery potrafią nawet w przybliżeniu wyliczyć, o ile więcej potrzeba ich na półkach. W zeszłym roku miesięcznik "Fortune" przyznał Wal-Martowi prestiżowy tytuł "najbardziej podziwianej firmy w Ameryce". "Economist" uznał, że Wal-Mart odpowiada za znaczną część wzrostu wydajności amerykańskiej gospodarki w latach 90. Waltonowie (firma jest podzielona pomiędzy rodzinę Sama, która zarządza nią wspólnie) regularnie trafiają na listy najbogatszych ludzi świata. "Sukces Wal- Martu to najlepszy przykład wolnego rynku w działaniu" - cieszy się Don Soderquist. Byle bez związków Jeżeli Don Soderquist ma rację, to znaczy, że z działaniem wolnego rynku mamy poważny problem - odpowiadają krytycy, choćby dziennikarz John Dicker, autor bestsellera "Stany Zjednoczone Wal-Martu". Według nich sukces Wal-Martu jest pozorny. Obniżając swoje koszty, firma naprawdę przerzuca je na kogo innego. Na kogo? Po pierwsze, na pracowników, bo na wypłatach dla nich przede wszystkim oszczędza. W 2004 r. dostawali średnio 9,64 dol. za godzinę - mniej niż u konkurencji. Przeciętny "wspólnik" w Wal-Marcie zarabia 18 tys. dolarów rocznie, czyli ponad tysiąc dolarów mniej, niż wynosi urzędowy próg ubóstwa dla czteroosobowej rodziny. Wal-Mart potrafi dobrze płacić swoim menedżerom - zarobki prezesa Lee Scotta były w 2003 r. dokładnie 966 razy wyższe od firmowej średniej (jeśli nie liczyć prezentu w postaci wartych 17,4 mln dol. akcji). To dysproporcja większa niż u konkurencji. Korporacja oszczędza również na ubezpieczeniu zdrowotnym. Inaczej niż w pozostałych wysoko rozwiniętych krajach Stany Zjednoczone nie mają powszechnego ubezpieczenia zdrowotnego, ale mieszankę programów rządowych i prywatnych. Tradycyjnie duże firmy same ubezpieczały swoich stałych pracowników i ich rodziny. Jednak w Wal-Marcie ubezpieczanie obejmuje tylko tych, którzy pracują w firmie dłużej niż kilka miesięcy - a ponieważ blisko połowa zatrudnionych odchodzi po krótszym okresie czasu, nie mają na nie szans. Co więcej, chętnym korporacja potrąca z pensji tak wysokie składki, że wiele osób dobrowolnie rezygnuje. W listopadzie "The New York Times" ujawnił wewnętrzne memorandum zarządu Wal- Martu, w którym szefowie firmy wprost zalecali zachęcanie pracowników do korzystania z publicznych systemów opieki zdrowotnej - powstałych z myślą o ludziach o najniższych dochodach. Sęk w tym, że to programy utrzymywane z podatków - a więc nie płacąc za ubezpieczenie swoich pracowników, Wal-Mart przerzuca koszty na wszystkich podatników (w tym tych, którzy za ubezpieczenie płacą sami). Według szacunków dr. Michaela Hicksa z Air Force Institute of Technology i Marshall University każdy pracownik Wal-Martu kosztuje władze prawie 1000 dol. rocznie. Wal-Mart ma długą historię łamania praw pracowniczych: od zamykania "wspólników" z nocnej zmiany w sklepach, po nielegalne zatrudnianie imigrantów. Zwalcza także bezwzględnie związki zawodowe, dzięki którym "wspólnicy" mogliby zbiorowo negocjować płace. Kiedy w sklepie w kanadyjskim Quebecu udało się założyć związek, korporacja oświadczyła, że do niedawna dochodowy supermarket przynosi straty, i błyskawicznie go zlikwidowała. W Quebecu związek powstał dlatego, że zgodnie z miejscowymi przepisami chętni nie musieli się ujawniać. W każdym z ponad 3,5 tys. supermarketów w Stanach Zjednoczonych przed założeniem związku trzeba przeprowadzić otwarte głosowanie. To trudne - i to nie tylko dlatego, że w każdym supermarkecie prawie połowa "wspólników" odchodzi po trzech miesiącach pracy. Menedżer, którego podwładni chcą założyć związek, ma obowiązek zadzwonić do specjalnej "gorącej linii" w Bentonville. Centrala wysyła wówczas grupę trzymanych w pogotowiu specjalistów od perswazji i uruchamia bogaty repertuar nacisków. Dicker drobiazgowo opisuje schemat akcji. Wysłannicy przeprowadzają rozmowy z każdym pracownikiem i namawiają go do głosowania na "nie". Wszyscy "wspólnicy" oglądają też przed pracą i po niej "szkoleniowe" filmy, z których wynika, że związkowcy to darmozjady nabijające sobie portfele kosztem pracowników. Agitatorzy rozdają plakietki i znaczki zachęcające: "Głosuj na nie". Kiedy takie metody zawodziły, firmie zdarzało się np. z dnia na dzień zatrudniać kilkaset nowych osób, które wprawdzie nie były potrzebne, ale zgodnie z prawem mogły wziąć udział w głosowaniu i które łatwo było przekonać, żeby głosowały na "nie". Oficjalnie korporacja uważa, że związki nie są potrzebne, gdyż prowadzi ona politykę otwartych drzwi pozwalającą w teorii każdej kasjerce dotrzeć ze swoim problemem do samego prezesa. "Wspólnik" Wal- Martu może poskarżyć się na złe traktowanie każdemu z wyższych menedżerów z centrali - pod warunkiem że najpierw powiadomi o tym bezpośredniego przełożonego. Skoro firma z ojcowską troską słucha wszystkich pracowników, po co związki zawodowe? Miasto dostawców Wal-Mart jest tak duży, że dla wielu producentów handel z nim to sprawa życia i śmierci. Pozwala mu to wyznaczać ceny towarów, które chce kupować. Wielu producentów założyło stałe przedstawicielstwa w Bentonville - w dzielnicy, którą mieszkańcy nazywają dziś vendorville [ang. - miasto dostawców - red.]. Codziennie w dziesiątkach ciasnych szarych sal konferencyjnych odbywają się negocjacje z producentami. - To Wal-Mart dyktuje warunki - mówił eksprezes produkującej plastikowe naczynia i pojemniki firmy Rubbermaid dziennikarzom telewizji PBS w dokumentalnym filmie o Wal-Marcie. Jeżeli towar nie ulega zmianie, np. starego modelu radia nie zastępuje się nowym, Wal-Mart zakłada, że w każdym kolejnym kontrakcie jego cena będzie niższa. Dostawcy nie mają wyboru. Ekonomiści spierają się, na ile polityka Wal-Martu przyczyniła się do częściowych przenosin amerykańskiego przemysłu do tańszych krajów - przede wszystkim do Chin. Wal-Mart nie potrafi oszacować, ile sprowadza wyprodukowanych w Chinach ubrań, zabawek czy elektroniki. Wiadomo, że ma znaczący udział w chińskim eksporcie wyliczany przez ekspertów na co najmniej 18 mld dol. (uwzględniając poddostawców - być może nawet 50 mld). Nie wiadomo także, jaki wpływ na zatrudnienie ma zbudowanie supercentrum w małym miasteczku. Z pewnością wiele tradycyjnych sklepów nie wytrzymuje konkurencji - tak jak sklepik z narzędziami H&H Hardware w Middlefield w stanie Ohio pokazany w głośnym i niezwykle krytycznym Odpowiedz Link Zgłoś
morfinka_12 ciąg dalszy - drogi sukces tanich sklepów 19.12.05, 12:36 Nie wiadomo także, jaki wpływ na zatrudnienie ma zbudowanie supercentrum w małym miasteczku. Z pewnością wiele tradycyjnych sklepów nie wytrzymuje konkurencji - tak jak sklepik z narzędziami H&H Hardware w Middlefield w stanie Ohio pokazany w głośnym i niezwykle krytycznym wobec Wal-Martu filmie dokumentalnym "The High Cost of Low Price" zrealizowanym przez niezależnego dokumentalistę z Los Angeles Roberta Greenwalda (film od listopada można zobaczyć na prywatnych pokazach i kupić w internecie; Wal-Mart uznał go za niesprawiedliwy i krzywdzący). Po otwarciu supercentrum właściciele H&H stracili dużą część klientów i zbankrutowali. Obrońcy firmy przekonują, że supercentrum zatrudnia setki osób - chociaż na innych zasadach niż małe firmy - i że w sumie zmniejsza bezrobocie. Ekonomiści nie dają jednoznacznej odpowiedzi. Według opublikowanych w listopadzie badań Davida Neumarka z University of California w Irvine oraz Junfu Zhanga i Stephena Ciccarelli z Public Policy Institute of California nowe supercentrum Wal-Martu nieznacznie zmniejsza zatrudnienie w handlu (od 2 do 4 proc.) i płace w tej branży (o 3,5 proc.), ale za to zwiększa liczbę miejsc pracy w innych okolicznych firmach (o mniej więcej 2 proc.). Struktura zatrudnienia zmienia się jednak bardziej radykalnie, niż wynikałoby to z tych cyfr - dawni pracownicy małych rodzinnych sklepów stają się "wspólnikami" w największej korporacji świata. Kapitalistyczna piramida Na aukcji w Sotheby's 30 listopada anonimowy kolekcjoner kupił za 8,1 mln dol. namalowany przez Gilberta Stuarta sławny portret Waszyngtona. Portret - pokazujący prezydenta ze szpadą na kolanach i z traktatem z Wielką Brytanią w ręku - należał kiedyś do Aleksandra Hamiltona, innego z ojców założycieli republiki. Przez ponad sto lat był chlubą kolekcji nowojorskiej biblioteki publicznej, ale musiał z powodu braku pieniędzy zostać sprzedany. Dziennikarz "New York Timesa" dowiedział się, że kupcem prawdopodobnie była Alice L. Walton, dziedziczka fortuny Wal-Martu tworząca właśnie kolekcję dzieł sztuki do muzeum w Bentonville. Byłby to znamienny gest symboliczny. - W każdej epoce w dziejach amerykańskiego przemysłu istniała idealna korporacja, której organizację i styl pracy inne starały się naśladować - uważa prof. Nelson Lichtenstein, historyk pracy z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Santa Cruz. - Sto lat temu było to US Steel, pięćdziesiąt lat temu General Motors. Dzisiaj to Wal-Mart. W latach 50. General Motors wytwarzał prawie 3 proc. produktu krajowego brutto Stanów Zjednoczonych. Robotnikom gwarantował zatrudnienie aż do emerytury, ubezpieczenie i pensje na tyle wysokie, że mogli uważać się za część klasy średniej. Dziś Wal-Mart to nieco ponad 2 proc. amerykańskiego PKB. Ogromnej rzeszy swoich pracowników nie zapewnia ani stałej pracy, ani ubezpieczenia, ani pensji pozwalających ich rodzinom przekroczyć próg ubóstwa. Dziś na wolnym rynku to ten drugi model się sprawdza. General Motors zaś analitycy wróżą bankructwo, a jego udział w rynku stale spada. Koncern niedawno ogłosił, że zamyka 12 fabryk w Stanach Zjednoczonych i zwalnia 30 tys. pracowników. To właśnie zmiana korporacyjnego modelu najbardziej niepokoi krytyków Wal- Martu. Wiele firm narusza od czasu do czasu prawa pracowników i płaci im podle. Dotychczas nikt jednak nie miał wątpliwości, że to patologia. Dopiero Wal-Mart uczynił z tego metodę na sukces wielkiej korporacji i zarazem warunek tego sukcesu. Co roku notuje kilkunastoprocentowy wzrost sprzedaży, o którym jego konkurenci mogą tylko marzyć. Akceptacja tych praktyk oznaczałaby jednak zgodę na rodzaj kapitalizmu, jaki Wal-Mart reprezentuje. Oznaczałaby zgodę na społeczeństwo, którego struktura przypomina piramidę o podstawie zbudowanej z rzesz pracowników, którym płaci się mało, odmawia związkowej reprezentacji i których można w każdej chwili zwolnić, oraz wierzchołku z prezesem zarabiającym 966 razy więcej. To prawda, że biedni pracownicy firmy mogą kupować tańsze towary w jej sklepach. Ale czy to wystarczająca rekompensata za niższe zarobki i brak bezpieczeństwa? Wal-Mart do poprawy swojego wizerunku zabrał się już zresztą metodycznie, jak na wielką korporację przystało. Od kilku miesięcy w centrali firmy działa zespół kilkudziesięciu specjalistów od public relations. W jego skład wchodzą eksperci, którzy pracowali przy kilku kampaniach prezydenckich. Wysyłają sprostowania do prasy, nagłaśniają pozytywne informacje o firmie i namawiają dziennikarzy do pisania polemik z krytycznymi opiniami o Wal-Marcie (a czytelników - do pisania listów do redakcji). Niedawno korporacja przyznała, że wsparła wychwalający ją film, który ma osłabić wymowę dokumentu Greenwalda. Amerykańskie spory o Wal-Mart to naprawdę dyskusja o przyszłości kapitalizmu i jej uczestnicy świetnie zdają sobie z tego sprawę. Być może koszty społeczne Wal-Martu są tak wysokie, że jego sukces gospodarczy przynosi społeczeństwu stratę, tylko taką, którą trudno jest dostrzec w statystykach? A może nie wszystko, co przynosi wzrost PKB, jest społecznie pożądane? Konserwatyści stoją za Wal-Martem murem. "Wall Street Journal" regularnie publikuje artykuły redakcyjne, w których przekonuje, że krytyka Wal-Martu to spisek lewicowych intelektualistów i związkowców chcących zniszczyć kwitnące amerykańskie przedsiębiorstwo. W liczącej ponad 200 stron pochwale firmy Don Soderquist krytykom poświęcił jednostronicowy "dodatek" na końcu książki. Kto jest odpowiedzialny za zły wizerunek korporacji? Konkurenci, którzy walczą nieczystymi metodami, bo te uczciwe ich zawiodły. To konkurencja próbuje organizować związki - pisze Soderquist - bo przecież nie pracownicy. Dla nich firma to wielka, szczęśliwa rodzina. Odpowiedz Link Zgłoś
feel_good zacytuję tylko jedno zdanie: 19.12.05, 13:37 (...) "swój sukces Wal-Mart zawdzięczał nie tylko godnemu kalwińskich pionierów pracoholizmowi założyciela, ale także odpowiedniej inwestycji dokonanej we właściwym momencie" - czyli od siebie wymagał nie mniej niż od swoich pracowników. To po pierwsze. A po drugie: Powtarzam po raz nie wiem który - NIKT LUDZI NIE ZMUSZA DO PRACY I DO KUPOWANIA W HIPERMARKETACH. Robią tak, bo jest to ich osobista decyzja. I godzą się w ten sposób na narzucony przez właściciela sklepu sposób pracy i sposób robienia zakupów. Odpowiedz Link Zgłoś
feel_good to dopiero paranoja... :) 19.12.05, 23:10 "Tego nie wymyśliłby nawet Stanisław Bareja. Szczeciński supermarket "Lidl" odmówił sprzedaży większej ilości słodyczy klientowi, bo... nie chciał, żeby sklepowe półki świeciły pustkami. - Nie chcę pustych półek - oświadczyła kierowniczka sklepu. Klientom zabroniła "na zawsze" zakupów w markecie. Członkowie Szczecińskiego Stowarzyszenia Sportu i Rekreacji mieli przygotować paczki na święta dla trzystu dzieci - pisze "Głos Szczeciński". Pojechali do "Lidla". - Chcieliśmy kupić słodycze, mówi Krzysztof Ćwikliński, przedstawiciel stowarzyszenia. - Pracownicy sklepu kazali nam zapakować towar do wózków i zapłacić w kasie. Stanęli w kolejce do kasy z wózkiem wypełnionym dwustoma torebkami cukierków i 12 kartonami żelków. Gdy większość towaru była już skasowana, pojawiła się kierowniczka sklepu. - Kazała nam oddać towar, potem wyszła na zaplecze sklepu, a paragon dziwnym trafem "sam się anulował", opowiada Ćwikliński. Jeden z klientów, widząc zamieszanie, zaproponował, żeby kilka osób kupiło towar i przekazało go przedstawicielom stowarzyszenia. - Pani kierownik powiedziała: zabraniam tym państwu kupować w moim sklepie, mówi mężczyzna. - Wraz z ochroniarzem kobieta zabrała nasze wózki i poszła wypakować cukierki na półkę. Nie chciała się przedstawić, ani podać telefonu do przełożonych. Stwierdziła, że to tajemnica firmy. Pan Krzysztof poprosił więc o odmowę sprzedaży towaru na piśmie. Kierowniczka napisała: "Odmowa wykupienia całego towaru (pozostawienia pustych półek)". Na kwicie się nie podpisała. Przedstawiciele stowarzyszenia po raz kolejny usłyszeli, że to tajemnica. - Od dawna przygotowujemy paczki dla dzieci, mówi Agnieszka Drabik, prezes Szczecińskiego Stowarzyszenia Sportu i Rekreacji. - Ale nigdy nam się taka sytuacja nie zdarzyła. Reporterka "Głosu" była w piątek w "Lidlu". Pani kierownik nie miała gazecie nic do powiedzenia. Nie chciała podać nazwiska. Po informacje odesłała na infolinię, gdzie nie sposób się dodzwonić." Odpowiedz Link Zgłoś
morfinka_12 jesli chodzi o cytaty - 20.12.05, 11:03 "Według szacunków dr. Michaela Hicksa z Air Force Institute of Technology i Marshall University każdy pracownik Wal-Martu kosztuje władze prawie 1000 dol. rocznie" Oczywiścki jeszcz kilka innych mogę podać, ale po co? ty wiesz swoje, ale większość idzie na zakupy a potem narzeka że roboty nie ma. I W PL problemem jes nierówne traktowanie podmiotów Odpowiedz Link Zgłoś
malywroc Re: jesli chodzi o cytaty - 20.12.05, 15:24 nie oszukujmy się ta firma to istny cud globalizmu na świecie. To są rzczey, których nie unikniemy. Kiedy czytam o sklepach zarządzanych z satelity albo o sterowaniu temperatura w praskim markecie bezpośrednio przez Amerykanina w stanach to oczywiście mogę miec pewne obawy i zadać sobie pytanie: czy ti jest nortmalne. Z drugiej jednak strony, kiedy Henry Ford w 1903 roku wprowadził do swojej fabryki produkcję tasmowa też wielu pukało się w czoło. Dziś to jest normalne. Niestety lub stety świat rozwija się i dalej będzie to robił. Byc może za 100 lat będzie istniała jedna sieć sklepów na świecie i .... nie będzie w niej pracował ani jeden człowiek. Kto wie? Odpowiedz Link Zgłoś
rudeboys Re: jesli chodzi o cytaty - 20.12.05, 20:08 jasne ford wprowadził taśmę, która zwiększała wydajność bo o to mu przede wszystkim chodziło - chciał jak najwięcej produkować, ale wychodził też z zalożenia ze ludziom należy PORZĄDNIE płacić, bo dzięki temu jego pracownicy będą nabywać wyprodukowane przez siebie auta i interes się bedzie kręcił. fordowi ani w głowie było tworzyć niewolnicze i niepewne miejsca pracy, walczyć ze związkami zawodowymi, gwarantował stałe zatrudnienie i godziwe pensje, by "każdy" mógł zaopatrzyć się w jego forda t. najważniejszy jak dla mnie cytat oddający jak świat od tego czasu zmienił się na NIEKORZYŚĆ dla pracowników to : - W każdej epoce w dziejach amerykańskiego przemysłu istniała idealna korporacja, której organizację i styl pracy inne starały się naśladować - uważa prof. Nelson Lichtenstein, historyk pracy z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Santa Cruz. - Sto lat temu było to US Steel, pięćdziesiąt lat temu General Motors. Dzisiaj to Wal-Mart. W latach 50. General Motors wytwarzał prawie 3 proc. produktu krajowego brutto Stanów Zjednoczonych. Robotnikom gwarantował zatrudnienie aż do emerytury, ubezpieczenie i pensje na tyle wysokie, że mogli uważać się za część klasy średniej. Dziś Wal-Mart to nieco ponad 2 proc. amerykańskiego PKB. Ogromnej rzeszy swoich pracowników nie zapewnia ani stałej pracy, ani ubezpieczenia, ani pensji pozwalających ich rodzinom przekroczyć próg ubóstwa. Dziś na wolnym rynku to ten drugi model się sprawdza. Jeśli ktoś jest zainteresowany tym tematem to polecam książki "Turbokapitalizm" czy "Pułapka globalizacji" dobry jest też ten cytat: "Chociaż Sam Walton zarabiał miliardy na ludzkiej namiętności gromadzenia przedmiotów, mentalnie należał do pionierskiej epoki kapitalizmu. Max Weber mógłby go uznać za modelowy przykład ascetycznego protestanckiego biznesmena budującego wielkie przedsiębiorstwo. Walton zawsze latał klasą ekonomiczną, jeździł starą półciężarówką i ubierał się w Wal- Marcie. "Jeden mój but kosztuje więcej niż jego całe ubranie" - miał powiedzieć o Waltonie jego osobisty prawnik. Niestrudzenie gromadził ogromny majątek, ale był wrogiem ostentacyjnej konsumpcji. Potrafił blokować awans podwładnego za to, że jeździł zbyt drogim samochodem" w zestawieniu z tym: "Na aukcji w Sotheby's 30 listopada anonimowy kolekcjoner kupił za 8,1 mln dol. namalowany przez Gilberta Stuarta sławny portret Waszyngtona. Portret - pokazujący prezydenta ze szpadą na kolanach i z traktatem z Wielką Brytanią w ręku - należał kiedyś do Aleksandra Hamiltona, innego z ojców założycieli republiki. Przez ponad sto lat był chlubą kolekcji nowojorskiej biblioteki publicznej, ale musiał z powodu braku pieniędzy zostać sprzedany. Dziennikarz "New York Timesa" dowiedział się, że kupcem prawdopodobnie była Alice L. Walton" co on oddaje, ano to że protestancki etos, wychodzący z założenia że należy żyć skromnie i pracować ciężko dla dobra Pana szlag trafił Odpowiedz Link Zgłoś