Dodaj do ulubionych

cała prawda o pracy w marketach????

18.12.05, 15:34
przyznaje, że czytając ten tekst widziałem w autorze samego siebie. też przez miesiąc było mi dane zaznać rozkoszy marketowego szaleństwa

www.przekroj.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=887&Itemid=48
Obserwuj wątek
    • feel_good Re: cała prawda o pracy w marketach???? 19.12.05, 10:33
      Bardzo dobry tekst.
      Oczywiście momentami mocno przekrzywiony, ale całość przedstawiona bardzo
      obrazowo.
      • morfinka_12 oczywiście dal feel'a wszystko jest przekrzywione 19.12.05, 12:27
        polecam dal zainteresowanych równiez artykół w GW w sobotę o sieci WALL MART,
        bardzo ciekawe rzeczy. np ile rzeczywiście kosztują tanie zakupy.
    • morfinka_12 tu wklejam skrót 19.12.05, 12:31
      praca.gazeta.pl/gazetapraca/1,68745,3071617.html
      • morfinka_12 a tu cały bardzo długi artykuł 19.12.05, 12:32
        W ciągu dziesięciu lat sieć sklepów Wal-Mart wyrosła na największą korporację
        na świecie. Stała się też politycznym problemem. Zapewnia niskie ceny - mówią
        jej obrońcy. Wyzyskuje pracowników i niszczy amerykański przemysł - zarzucają
        krytycy
        Jeżeli Microsoft czy IBM to megakorporacje, Wal-Mart to hiperkorporacja. Albo
        coś jeszcze większego. Nie ma przymiotnika, którym dałoby się go opisać. Bo też
        nigdy jeszcze nie istniała tak wielka i wpływowa firma.

        Tylko w Stanach Zjednoczonych codziennie otwiera się jedno supercentrum Wal-
        Marta - odpowiednik naszych polskich hipermarketów. Codziennie do pracy w
        sklepach firmy na czterech kontynentach stawia się 1,5 miliona pracowników -
        nazywanych w języku firmy "wspólnikami" - i rozpoczyna dzień wspólnym
        skandowaniem haseł motywacyjnych: "Kto jest dla nas numerem jeden? Klient!". W
        ponad 4,5 tys. supermarketów sprzedano w zeszłym roku towary za 288 mld dol. To
        więcej, niż wynosi polski produkt krajowy brutto. To także więcej niż sprzedaż
        najsławniejszych korporacyjnych gigantów Ameryki - IBM, Microsoft, General
        Motors, General Electric i Cisco - razem wziętych. Dzięki Wal-Martowi małe
        miasteczko Bentonville w stanie Arkansas, w którym mieści się centrala
        korporacji, w ciągu kilkunastu lat zwiększyło liczbę mieszkańców z kilku do
        ponad 20 tys. osób.

        Jak na takiego olbrzyma Wal-Mart jest niewiarygodnie sprawny. To przekłada się
        na niskie ceny. Przeprowadzone w grudniu 2003 r. przez UBS Investment Research
        badanie wykazało, że średnie ceny żywności w Wal-Marcie są - po uwzględnieniu
        rabatów, obniżek i promocji - od 17 do 26 proc. niższe niż u konkurencji. Co
        tydzień w supermarketach korporacji robi zakupy 100 mln Amerykanów. Firma
        twierdzi, że dzięki jej cenom konsumenci oszczędzają 20 mld dol. rocznie. To
        tak, jak gdyby każdemu dorosłemu obywatelowi Stanów Zjednoczonych wręczać co
        roku studolarowy banknot.

        Sekret niskich cen leży w perfekcyjnej logistyce i bezwzględnym cięciu kosztów.
        Wal-Mart ma największą sieć prywatnych satelitów na świecie, dzięki którym
        informacja o sprzedaży każdej sztuki z asortymentu liczącego ponad 400 tys.
        różnych rodzajów produktów do centrali informatycznej pod Bentonville wędruje
        krócej niż godzinę. Superkomputery wypełniają szczelnie ogromne hale dawnej
        huty aluminium, a tysiąc informatyków codziennie przesiewa setki tysięcy
        terabajtów danych z transakcjami z ostatnich dwóch lat (to ilość danych
        porównywalna z zawartością całego publicznie dostępnego internetu).

        Dzięki wyrafinowanym algorytmom badania sprzedaży Wal-Mart wie, że np.
        konsumenci w supercentrum w Houston w Teksasie rano chętniej kupują pokarm dla
        kotów o smaku tuńczyka, a wieczorem - o smaku krewetek. Centrum logistyczne
        może więc zamawiać towary tak, aby jak najkrócej leżały w magazynie. Z ułamków
        oszczędzonych w ten sposób centów szybko zbierają się miliardy dolarów, które
        można zainwestować w budowę nowych sklepów.

        Oszczędność idzie w parze z równie obsesyjną centralizacją. Ogrzewanie we
        wszystkich sklepach w Stanach Zjednoczonych jest kontrolowane przez satelitę z
        siedziby firmy. Nie chodzi tylko o to, żeby klientom nie było ani za zimno, ani
        za gorąco. Żaden nieodpowiedzialny kierownik nie może marnotrawić energii,
        która obciąża konto korporacji.

        Modlitwa i praca

        Cóż złego może przynieść taki sukces? Zwłaszcza jeśli zawdzięcza się go
        ciężkiej i wytrwałej pracy?

        Historia Wal-Martu wpisuje się idealnie w amerykański mit o majątku, który może
        zdobyć każdy - jeśli tylko wystarczająco się postara. Choć Sam Walton - zmarły
        w 1992 r. założyciel firmy - zanim został milionerem, nie musiał nigdy zarabiać
        jako pucybut, to wedle oficjalnej biografii zaczął biznesową karierę jako mały
        chłopiec w czasie Wielkiego Kryzysu, sprzedając mleko jedynej rodzinnej krowy.
        Był niesłychanie przedsiębiorczy i pracowity. Według zeznań podatkowych już
        jako student - w połowie lat 30. - zarabiał ponad 5 tys. dol. rocznie, czyli
        należał do najbogatszego 1 proc. mieszkańców stanu, w którym studiował.

        Ojciec Sama Waltona pracował w czasie Wielkiego Kryzysu jako egzekutor długów.
        Ponieważ cena zboża w środkowych stanach USA była wówczas ujemna - trzeba było
        dopłacać hurtownikowi, żeby zgodził się je zabrać - farmerzy masowo
        bankrutowali. Ojciec Waltona zajmował ich nędzny dobytek i sprzedawał na
        licytacji. Mały Sam często jeździł z nim, oglądając na własne oczy nędzę i
        wyzysk opisane przez Steinbecka w "Gronach gniewu". Praca Waltona seniora była
        nieprzyjemna i często niebezpieczna, gdyż farmerzy egzekutorów nienawidzili i
        otaczali pogardą. Po latach Sam Walton lubił podkreślać, że świetnie zna biedę
        i wie, jak dla ubogich ważne są niskie ceny, po których mogą kupować towary.
        Jego krytycy twierdzą, że nauczył się także obojętności na cierpienie.

        Walton pierwszy sklep założył wkrótce po II wojnie światowej dzięki majątkowi
        teścia, bogatego hodowcy bydła. Według współpracowników nie miał żadnej tajnej
        recepty na sukces. "Kupił mały sklep. Pracował naprawdę ciężko. Wspierał swoją
        rodzinę. Modlił się do Pana" - streszcza metodę Waltona w książce "The Wal-Mart
        Way" jego były współpracownik i wiceprezes firmy Don Soderquist. "Miał wielką
        wizję: chciał dostarczyć lepszych i tańszych towarów ludziom w środkowych
        Stanach Zjednoczonych" - uzupełnia. Jego sieć sklepów rozrastała się
        systematycznie w latach 50. i 60. Wtedy zainwestował w supercentra - pomysł
        jego życia.

        Walton nie ukrywał, że sukces zawdzięcza w znacznej mierze wykorzystywaniu
        pomysłów konkurencji - tylko że on wcielał je w życie sprawniej, taniej i
        bardziej konsekwentnie. Supercentra - wielkie sklepy sprzedające żywność i
        towary przemysłowe połączone z punktami usługowymi - tak naprawdę były
        wynalazkiem francuskiego Carrefoura, który pierwsze z nich zbudował w 1962 r.
        pod Paryżem.

        Walton wysyłał swoich współpracowników do sklepów konkurencji, żeby
        podpatrywali ich dobre pomysły, a także przywoził je z zagranicy. Kiedy
        pojechał w latach 70. do Korei Południowej, zobaczył, jak robotnicy w fabryce
        codziennie rano skandują hasła motywacyjne. Po powrocie natychmiast wprowadził
        to w swojej firmie. Jego receptą na sukces było sprzedawać po jak najniższej
        cenie i zarabiać na dużym obrocie, co oznaczało nieustanne bezwzględne cięcia
        kosztów.

        Więcej i taniej

        Chociaż Sam Walton zarabiał miliardy na ludzkiej namiętności gromadzenia
        przedmiotów (zawsze dbał o to, żeby asortyment towarów w jego sklepach był
        znacznie większy niż u konkurencji), mentalnie należał do pionierskiej epoki
        kapitalizmu. Max Weber mógłby go uznać za modelowy przykład ascetycznego
        protestanckiego biznesmena budującego wielkie przedsiębiorstwo. Walton zawsze
        latał klasą ekonomiczną, jeździł starą półciężarówką i ubierał się w Wal-
        Marcie. "Jeden mój but kosztuje więcej niż jego całe ubranie" - miał powiedzieć
        o Waltonie jego osobisty prawnik. Niestrudzenie gromadził ogromny majątek, ale
        był wrogiem ostentacyjnej konsumpcji. Potrafił blokować awans podwładnego za
        to, że jeździł zbyt drogim samochodem.

        "Wielka wizja" Waltona polegająca na budowaniu lepszych sklepów, o której pisze
        Soderquist i inni przychylni biografowie, może brzmieć naiwnie w uszach
        każdego, komu się wydaje, że sprzedawanie spodni jak najtaniej jest kiepskim
        celem moralnej krucjaty. Wizerunek Waltona do dziś jest starannie kultywowany
        przez firmę - także po to, aby jego legendarny pracoholizm był punktem
        odniesienia dla tysięcy menedżerów - i nawet krytyczni historycy Wal-Martu nie
        mają wątpliwości, że założyciel firmy traktował pracę jako moralną misję, a nie
        tylko sposób zarabiania na życie. Na kilka dni przed śmiercią na raka - kiedy
        nie mógł już mówić - wzywał do szpitala kierowników oddziałów i pisał drżącą
        ręką pytania o ostatnie wyniki sprzedaży.

        Ekonomiści dodają, że swój sukces Wal-Mart zawdzięczał nie tylko godnemu
        • morfinka_12 ciąg dalszy 19.12.05, 12:34
          Ekonomiści dodają, że swój sukces Wal-Mart zawdzięczał nie tylko godnemu
          kalwińskich pionierów pracoholizmowi założyciela, ale także odpowiedniej
          inwestycji dokonanej we właściwym momencie. W sieć komputerową i bazy danych
          pozwalające błyskawicznie analizować zmienne gusty klientów Walton zainwestował
          bowiem już pod koniec lat 60. To dzięki temu w latach 70. mógł nieustannie
          obniżać ceny i chociaż dla Stanów Zjednoczonych była to dekada gospodarczej
          stagnacji, Wal-Mart rósł szybko. Bankrutowały za to mniejsze, rodzinne sklepy,
          które miały znacznie wyższe koszty.

          Sukces Wal-Martu długo pozostawał prawie niezauważony. Firma budowała bowiem
          swoje supermarkety przede wszystkim w małych i średniej wielkości miastach,
          głównie w środkowych Stanach Zjednoczonych, którymi pogardzali silniejsi
          konkurenci. Omijała wielkie miasta na wybrzeżach, gdzie koncentrują się media i
          intelektualne elity Ameryki. Największy wzrost przypadł na lata 80. i 90.:
          wówczas sprzedaż w sklepach firmy skoczyła z 2 mld dol. w 1983 r. do 250 mld
          dol. 20 lat później. W latach 1993-2003 zbankrutowało za to 29 mniejszych,
          regionalnych sieci supermarketów. 24 z nich oficjalnie uznały konkurencję Wal-
          Martu za jeden z głównych powodów upadku.

          Owoce przynosiła informatyzacja. System komputerowy przewiduje nawet wpływ
          pogody na to, co kupują klienci. Uwzględnia klęski żywiołowe: wiadomo, że po
          huraganie sprzedaje się m.in. więcej mopów, wiader, pokarmu dla niemowląt i
          pampersów, a komputery potrafią nawet w przybliżeniu wyliczyć, o ile więcej
          potrzeba ich na półkach.

          W zeszłym roku miesięcznik "Fortune" przyznał Wal-Martowi prestiżowy
          tytuł "najbardziej podziwianej firmy w Ameryce". "Economist" uznał, że Wal-Mart
          odpowiada za znaczną część wzrostu wydajności amerykańskiej gospodarki w latach
          90. Waltonowie (firma jest podzielona pomiędzy rodzinę Sama, która zarządza nią
          wspólnie) regularnie trafiają na listy najbogatszych ludzi świata. "Sukces Wal-
          Martu to najlepszy przykład wolnego rynku w działaniu" - cieszy się Don
          Soderquist.
          Byle bez związków

          Jeżeli Don Soderquist ma rację, to znaczy, że z działaniem wolnego rynku mamy
          poważny problem - odpowiadają krytycy, choćby dziennikarz John Dicker, autor
          bestsellera "Stany Zjednoczone Wal-Martu". Według nich sukces Wal-Martu jest
          pozorny. Obniżając swoje koszty, firma naprawdę przerzuca je na kogo innego.

          Na kogo? Po pierwsze, na pracowników, bo na wypłatach dla nich przede wszystkim
          oszczędza. W 2004 r. dostawali średnio 9,64 dol. za godzinę - mniej niż u
          konkurencji. Przeciętny "wspólnik" w Wal-Marcie zarabia 18 tys. dolarów
          rocznie, czyli ponad tysiąc dolarów mniej, niż wynosi urzędowy próg ubóstwa dla
          czteroosobowej rodziny. Wal-Mart potrafi dobrze płacić swoim menedżerom -
          zarobki prezesa Lee Scotta były w 2003 r. dokładnie 966 razy wyższe od firmowej
          średniej (jeśli nie liczyć prezentu w postaci wartych 17,4 mln dol. akcji). To
          dysproporcja większa niż u konkurencji.

          Korporacja oszczędza również na ubezpieczeniu zdrowotnym. Inaczej niż w
          pozostałych wysoko rozwiniętych krajach Stany Zjednoczone nie mają powszechnego
          ubezpieczenia zdrowotnego, ale mieszankę programów rządowych i prywatnych.
          Tradycyjnie duże firmy same ubezpieczały swoich stałych pracowników i ich
          rodziny. Jednak w Wal-Marcie ubezpieczanie obejmuje tylko tych, którzy pracują
          w firmie dłużej niż kilka miesięcy - a ponieważ blisko połowa zatrudnionych
          odchodzi po krótszym okresie czasu, nie mają na nie szans. Co więcej, chętnym
          korporacja potrąca z pensji tak wysokie składki, że wiele osób dobrowolnie
          rezygnuje.

          W listopadzie "The New York Times" ujawnił wewnętrzne memorandum zarządu Wal-
          Martu, w którym szefowie firmy wprost zalecali zachęcanie pracowników do
          korzystania z publicznych systemów opieki zdrowotnej - powstałych z myślą o
          ludziach o najniższych dochodach. Sęk w tym, że to programy utrzymywane z
          podatków - a więc nie płacąc za ubezpieczenie swoich pracowników, Wal-Mart
          przerzuca koszty na wszystkich podatników (w tym tych, którzy za ubezpieczenie
          płacą sami). Według szacunków dr. Michaela Hicksa z Air Force Institute of
          Technology i Marshall University każdy pracownik Wal-Martu kosztuje władze
          prawie 1000 dol. rocznie.

          Wal-Mart ma długą historię łamania praw pracowniczych: od
          zamykania "wspólników" z nocnej zmiany w sklepach, po nielegalne zatrudnianie
          imigrantów. Zwalcza także bezwzględnie związki zawodowe, dzięki
          którym "wspólnicy" mogliby zbiorowo negocjować płace. Kiedy w sklepie w
          kanadyjskim Quebecu udało się założyć związek, korporacja oświadczyła, że do
          niedawna dochodowy supermarket przynosi straty, i błyskawicznie go zlikwidowała.

          W Quebecu związek powstał dlatego, że zgodnie z miejscowymi przepisami chętni
          nie musieli się ujawniać. W każdym z ponad 3,5 tys. supermarketów w Stanach
          Zjednoczonych przed założeniem związku trzeba przeprowadzić otwarte głosowanie.
          To trudne - i to nie tylko dlatego, że w każdym supermarkecie prawie
          połowa "wspólników" odchodzi po trzech miesiącach pracy.

          Menedżer, którego podwładni chcą założyć związek, ma obowiązek zadzwonić do
          specjalnej "gorącej linii" w Bentonville. Centrala wysyła wówczas grupę
          trzymanych w pogotowiu specjalistów od perswazji i uruchamia bogaty repertuar
          nacisków. Dicker drobiazgowo opisuje schemat akcji. Wysłannicy przeprowadzają
          rozmowy z każdym pracownikiem i namawiają go do głosowania na "nie".
          Wszyscy "wspólnicy" oglądają też przed pracą i po niej "szkoleniowe" filmy, z
          których wynika, że związkowcy to darmozjady nabijające sobie portfele kosztem
          pracowników. Agitatorzy rozdają plakietki i znaczki zachęcające: "Głosuj na
          nie".

          Kiedy takie metody zawodziły, firmie zdarzało się np. z dnia na dzień
          zatrudniać kilkaset nowych osób, które wprawdzie nie były potrzebne, ale
          zgodnie z prawem mogły wziąć udział w głosowaniu i które łatwo było przekonać,
          żeby głosowały na "nie". Oficjalnie korporacja uważa, że związki nie są
          potrzebne, gdyż prowadzi ona politykę otwartych drzwi pozwalającą w teorii
          każdej kasjerce dotrzeć ze swoim problemem do samego prezesa. "Wspólnik" Wal-
          Martu może poskarżyć się na złe traktowanie każdemu z wyższych menedżerów z
          centrali - pod warunkiem że najpierw powiadomi o tym bezpośredniego
          przełożonego. Skoro firma z ojcowską troską słucha wszystkich pracowników, po
          co związki zawodowe?

          Miasto dostawców

          Wal-Mart jest tak duży, że dla wielu producentów handel z nim to sprawa życia i
          śmierci. Pozwala mu to wyznaczać ceny towarów, które chce kupować. Wielu
          producentów założyło stałe przedstawicielstwa w Bentonville - w dzielnicy,
          którą mieszkańcy nazywają dziś vendorville [ang. - miasto dostawców - red.].
          Codziennie w dziesiątkach ciasnych szarych sal konferencyjnych odbywają się
          negocjacje z producentami.

          - To Wal-Mart dyktuje warunki - mówił eksprezes produkującej plastikowe
          naczynia i pojemniki firmy Rubbermaid dziennikarzom telewizji PBS w
          dokumentalnym filmie o Wal-Marcie. Jeżeli towar nie ulega zmianie, np. starego
          modelu radia nie zastępuje się nowym, Wal-Mart zakłada, że w każdym kolejnym
          kontrakcie jego cena będzie niższa. Dostawcy nie mają wyboru.

          Ekonomiści spierają się, na ile polityka Wal-Martu przyczyniła się do
          częściowych przenosin amerykańskiego przemysłu do tańszych krajów - przede
          wszystkim do Chin. Wal-Mart nie potrafi oszacować, ile sprowadza
          wyprodukowanych w Chinach ubrań, zabawek czy elektroniki. Wiadomo, że ma
          znaczący udział w chińskim eksporcie wyliczany przez ekspertów na co najmniej
          18 mld dol. (uwzględniając poddostawców - być może nawet 50 mld).

          Nie wiadomo także, jaki wpływ na zatrudnienie ma zbudowanie supercentrum w
          małym miasteczku. Z pewnością wiele tradycyjnych sklepów nie wytrzymuje
          konkurencji - tak jak sklepik z narzędziami H&H Hardware w Middlefield w stanie
          Ohio pokazany w głośnym i niezwykle krytycznym
          • morfinka_12 ciąg dalszy - drogi sukces tanich sklepów 19.12.05, 12:36
            Nie wiadomo także, jaki wpływ na zatrudnienie ma zbudowanie supercentrum w
            małym miasteczku. Z pewnością wiele tradycyjnych sklepów nie wytrzymuje
            konkurencji - tak jak sklepik z narzędziami H&H Hardware w Middlefield w stanie
            Ohio pokazany w głośnym i niezwykle krytycznym wobec Wal-Martu filmie
            dokumentalnym "The High Cost of Low Price" zrealizowanym przez niezależnego
            dokumentalistę z Los Angeles Roberta Greenwalda (film od listopada można
            zobaczyć na prywatnych pokazach i kupić w internecie; Wal-Mart uznał go za
            niesprawiedliwy i krzywdzący). Po otwarciu supercentrum właściciele H&H
            stracili dużą część klientów i zbankrutowali. Obrońcy firmy przekonują, że
            supercentrum zatrudnia setki osób - chociaż na innych zasadach niż małe firmy -
            i że w sumie zmniejsza bezrobocie.

            Ekonomiści nie dają jednoznacznej odpowiedzi. Według opublikowanych w
            listopadzie badań Davida Neumarka z University of California w Irvine oraz
            Junfu Zhanga i Stephena Ciccarelli z Public Policy Institute of California nowe
            supercentrum Wal-Martu nieznacznie zmniejsza zatrudnienie w handlu (od 2 do 4
            proc.) i płace w tej branży (o 3,5 proc.), ale za to zwiększa liczbę miejsc
            pracy w innych okolicznych firmach (o mniej więcej 2 proc.). Struktura
            zatrudnienia zmienia się jednak bardziej radykalnie, niż wynikałoby to z tych
            cyfr - dawni pracownicy małych rodzinnych sklepów stają się "wspólnikami" w
            największej korporacji świata.

            Kapitalistyczna piramida

            Na aukcji w Sotheby's 30 listopada anonimowy kolekcjoner kupił za 8,1 mln dol.
            namalowany przez Gilberta Stuarta sławny portret Waszyngtona. Portret -
            pokazujący prezydenta ze szpadą na kolanach i z traktatem z Wielką Brytanią w
            ręku - należał kiedyś do Aleksandra Hamiltona, innego z ojców założycieli
            republiki. Przez ponad sto lat był chlubą kolekcji nowojorskiej biblioteki
            publicznej, ale musiał z powodu braku pieniędzy zostać sprzedany.
            Dziennikarz "New York Timesa" dowiedział się, że kupcem prawdopodobnie była
            Alice L. Walton, dziedziczka fortuny Wal-Martu tworząca właśnie kolekcję dzieł
            sztuki do muzeum w Bentonville. Byłby to znamienny gest symboliczny.

            - W każdej epoce w dziejach amerykańskiego przemysłu istniała idealna
            korporacja, której organizację i styl pracy inne starały się naśladować - uważa
            prof. Nelson Lichtenstein, historyk pracy z Uniwersytetu Kalifornijskiego w
            Santa Cruz. - Sto lat temu było to US Steel, pięćdziesiąt lat temu General
            Motors. Dzisiaj to Wal-Mart.

            W latach 50. General Motors wytwarzał prawie 3 proc. produktu krajowego brutto
            Stanów Zjednoczonych. Robotnikom gwarantował zatrudnienie aż do emerytury,
            ubezpieczenie i pensje na tyle wysokie, że mogli uważać się za część klasy
            średniej. Dziś Wal-Mart to nieco ponad 2 proc. amerykańskiego PKB. Ogromnej
            rzeszy swoich pracowników nie zapewnia ani stałej pracy, ani ubezpieczenia, ani
            pensji pozwalających ich rodzinom przekroczyć próg ubóstwa. Dziś na wolnym
            rynku to ten drugi model się sprawdza. General Motors zaś analitycy wróżą
            bankructwo, a jego udział w rynku stale spada. Koncern niedawno ogłosił, że
            zamyka 12 fabryk w Stanach Zjednoczonych i zwalnia 30 tys. pracowników.

            To właśnie zmiana korporacyjnego modelu najbardziej niepokoi krytyków Wal-
            Martu. Wiele firm narusza od czasu do czasu prawa pracowników i płaci im podle.
            Dotychczas nikt jednak nie miał wątpliwości, że to patologia. Dopiero Wal-Mart
            uczynił z tego metodę na sukces wielkiej korporacji i zarazem warunek tego
            sukcesu. Co roku notuje kilkunastoprocentowy wzrost sprzedaży, o którym jego
            konkurenci mogą tylko marzyć.

            Akceptacja tych praktyk oznaczałaby jednak zgodę na rodzaj kapitalizmu, jaki
            Wal-Mart reprezentuje. Oznaczałaby zgodę na społeczeństwo, którego struktura
            przypomina piramidę o podstawie zbudowanej z rzesz pracowników, którym płaci
            się mało, odmawia związkowej reprezentacji i których można w każdej chwili
            zwolnić, oraz wierzchołku z prezesem zarabiającym 966 razy więcej. To prawda,
            że biedni pracownicy firmy mogą kupować tańsze towary w jej sklepach. Ale czy
            to wystarczająca rekompensata za niższe zarobki i brak bezpieczeństwa?

            Wal-Mart do poprawy swojego wizerunku zabrał się już zresztą metodycznie, jak
            na wielką korporację przystało. Od kilku miesięcy w centrali firmy działa
            zespół kilkudziesięciu specjalistów od public relations. W jego skład wchodzą
            eksperci, którzy pracowali przy kilku kampaniach prezydenckich. Wysyłają
            sprostowania do prasy, nagłaśniają pozytywne informacje o firmie i namawiają
            dziennikarzy do pisania polemik z krytycznymi opiniami o Wal-Marcie (a
            czytelników - do pisania listów do redakcji). Niedawno korporacja przyznała, że
            wsparła wychwalający ją film, który ma osłabić wymowę dokumentu Greenwalda.

            Amerykańskie spory o Wal-Mart to naprawdę dyskusja o przyszłości kapitalizmu i
            jej uczestnicy świetnie zdają sobie z tego sprawę. Być może koszty społeczne
            Wal-Martu są tak wysokie, że jego sukces gospodarczy przynosi społeczeństwu
            stratę, tylko taką, którą trudno jest dostrzec w statystykach? A może nie
            wszystko, co przynosi wzrost PKB, jest społecznie pożądane?

            Konserwatyści stoją za Wal-Martem murem. "Wall Street Journal" regularnie
            publikuje artykuły redakcyjne, w których przekonuje, że krytyka Wal-Martu to
            spisek lewicowych intelektualistów i związkowców chcących zniszczyć kwitnące
            amerykańskie przedsiębiorstwo. W liczącej ponad 200 stron pochwale firmy Don
            Soderquist krytykom poświęcił jednostronicowy "dodatek" na końcu książki. Kto
            jest odpowiedzialny za zły wizerunek korporacji? Konkurenci, którzy walczą
            nieczystymi metodami, bo te uczciwe ich zawiodły. To konkurencja próbuje
            organizować związki - pisze Soderquist - bo przecież nie pracownicy. Dla nich
            firma to wielka, szczęśliwa rodzina.
            • feel_good zacytuję tylko jedno zdanie: 19.12.05, 13:37
              (...) "swój sukces Wal-Mart zawdzięczał nie tylko godnemu
              kalwińskich pionierów pracoholizmowi założyciela, ale także odpowiedniej
              inwestycji dokonanej we właściwym momencie"

              - czyli od siebie wymagał nie mniej niż od swoich pracowników.
              To po pierwsze.

              A po drugie:
              Powtarzam po raz nie wiem który -
              NIKT LUDZI NIE ZMUSZA DO PRACY I DO KUPOWANIA W HIPERMARKETACH.
              Robią tak, bo jest to ich osobista decyzja. I godzą się w ten sposób na
              narzucony przez właściciela sklepu sposób pracy i sposób robienia zakupów.
    • feel_good to dopiero paranoja... :) 19.12.05, 23:10

      "Tego nie wymyśliłby nawet Stanisław Bareja. Szczeciński supermarket "Lidl"
      odmówił sprzedaży większej ilości słodyczy klientowi, bo... nie chciał, żeby
      sklepowe półki świeciły pustkami. - Nie chcę pustych półek - oświadczyła
      kierowniczka sklepu. Klientom zabroniła "na zawsze" zakupów w markecie.

      Członkowie Szczecińskiego Stowarzyszenia Sportu i Rekreacji mieli przygotować
      paczki na święta dla trzystu dzieci - pisze "Głos Szczeciński". Pojechali
      do "Lidla". - Chcieliśmy kupić słodycze, mówi Krzysztof Ćwikliński,
      przedstawiciel stowarzyszenia. - Pracownicy sklepu kazali nam zapakować towar
      do wózków i zapłacić w kasie.

      Stanęli w kolejce do kasy z wózkiem wypełnionym dwustoma torebkami cukierków i
      12 kartonami żelków. Gdy większość towaru była już skasowana, pojawiła się
      kierowniczka sklepu. - Kazała nam oddać towar, potem wyszła na zaplecze sklepu,
      a paragon dziwnym trafem "sam się anulował", opowiada Ćwikliński.

      Jeden z klientów, widząc zamieszanie, zaproponował, żeby kilka osób kupiło
      towar i przekazało go przedstawicielom stowarzyszenia. - Pani kierownik
      powiedziała: zabraniam tym państwu kupować w moim sklepie, mówi mężczyzna. -
      Wraz z ochroniarzem kobieta zabrała nasze wózki i poszła wypakować cukierki na
      półkę. Nie chciała się przedstawić, ani podać telefonu do przełożonych.
      Stwierdziła, że to tajemnica firmy.

      Pan Krzysztof poprosił więc o odmowę sprzedaży towaru na piśmie. Kierowniczka
      napisała: "Odmowa wykupienia całego towaru (pozostawienia pustych półek)". Na
      kwicie się nie podpisała. Przedstawiciele stowarzyszenia po raz kolejny
      usłyszeli, że to tajemnica.

      - Od dawna przygotowujemy paczki dla dzieci, mówi Agnieszka Drabik, prezes
      Szczecińskiego Stowarzyszenia Sportu i Rekreacji. - Ale nigdy nam się taka
      sytuacja nie zdarzyła.

      Reporterka "Głosu" była w piątek w "Lidlu". Pani kierownik nie miała gazecie
      nic do powiedzenia. Nie chciała podać nazwiska. Po informacje odesłała na
      infolinię, gdzie nie sposób się dodzwonić."
    • morfinka_12 jesli chodzi o cytaty - 20.12.05, 11:03
      "Według szacunków dr. Michaela Hicksa z Air Force Institute of
      Technology i Marshall University każdy pracownik Wal-Martu kosztuje władze
      prawie 1000 dol. rocznie"

      Oczywiścki jeszcz kilka innych mogę podać, ale po co? ty wiesz swoje, ale
      większość idzie na zakupy a potem narzeka że roboty nie ma. I W PL problemem
      jes nierówne traktowanie podmiotów
      • malywroc Re: jesli chodzi o cytaty - 20.12.05, 15:24
        nie oszukujmy się ta firma to istny cud globalizmu na świecie. To są rzczey,
        których nie unikniemy. Kiedy czytam o sklepach zarządzanych z satelity albo o
        sterowaniu temperatura w praskim markecie bezpośrednio przez Amerykanina w
        stanach to oczywiście mogę miec pewne obawy i zadać sobie pytanie: czy ti jest
        nortmalne. Z drugiej jednak strony, kiedy Henry Ford w 1903 roku wprowadził do
        swojej fabryki produkcję tasmowa też wielu pukało się w czoło. Dziś to jest
        normalne. Niestety lub stety świat rozwija się i dalej będzie to robił. Byc
        może za 100 lat będzie istniała jedna sieć sklepów na świecie i .... nie będzie
        w niej pracował ani jeden człowiek. Kto wie?
        • rudeboys Re: jesli chodzi o cytaty - 20.12.05, 20:08

          jasne ford wprowadził taśmę, która zwiększała wydajność bo o to mu przede wszystkim chodziło - chciał jak najwięcej produkować, ale wychodził też z zalożenia ze ludziom należy PORZĄDNIE płacić, bo dzięki temu jego pracownicy będą nabywać wyprodukowane przez siebie auta i interes się bedzie kręcił. fordowi ani w głowie było tworzyć niewolnicze i niepewne miejsca pracy, walczyć ze związkami zawodowymi, gwarantował stałe zatrudnienie i godziwe pensje, by "każdy" mógł zaopatrzyć się w jego forda t.

          najważniejszy jak dla mnie cytat oddający jak świat od tego czasu zmienił się na NIEKORZYŚĆ dla pracowników to :
          - W każdej epoce w dziejach amerykańskiego przemysłu istniała idealna
          korporacja, której organizację i styl pracy inne starały się naśladować - uważa
          prof. Nelson Lichtenstein, historyk pracy z Uniwersytetu Kalifornijskiego w
          Santa Cruz. - Sto lat temu było to US Steel, pięćdziesiąt lat temu General
          Motors. Dzisiaj to Wal-Mart.

          W latach 50. General Motors wytwarzał prawie 3 proc. produktu krajowego brutto
          Stanów Zjednoczonych. Robotnikom gwarantował zatrudnienie aż do emerytury,
          ubezpieczenie i pensje na tyle wysokie, że mogli uważać się za część klasy
          średniej. Dziś Wal-Mart to nieco ponad 2 proc. amerykańskiego PKB. Ogromnej
          rzeszy swoich pracowników nie zapewnia ani stałej pracy, ani ubezpieczenia, ani
          pensji pozwalających ich rodzinom przekroczyć próg ubóstwa. Dziś na wolnym
          rynku to ten drugi model się sprawdza.
          Jeśli ktoś jest zainteresowany tym tematem to polecam książki "Turbokapitalizm" czy "Pułapka globalizacji"

          dobry jest też ten cytat:
          "Chociaż Sam Walton zarabiał miliardy na ludzkiej namiętności gromadzenia
          przedmiotów, mentalnie należał do pionierskiej epoki
          kapitalizmu. Max Weber mógłby go uznać za modelowy przykład ascetycznego
          protestanckiego biznesmena budującego wielkie przedsiębiorstwo. Walton zawsze
          latał klasą ekonomiczną, jeździł starą półciężarówką i ubierał się w Wal-
          Marcie. "Jeden mój but kosztuje więcej niż jego całe ubranie" - miał powiedzieć
          o Waltonie jego osobisty prawnik. Niestrudzenie gromadził ogromny majątek, ale
          był wrogiem ostentacyjnej konsumpcji. Potrafił blokować awans podwładnego za
          to, że jeździł zbyt drogim samochodem"
          w zestawieniu z tym:
          "Na aukcji w Sotheby's 30 listopada anonimowy kolekcjoner kupił za 8,1 mln dol.
          namalowany przez Gilberta Stuarta sławny portret Waszyngtona. Portret -
          pokazujący prezydenta ze szpadą na kolanach i z traktatem z Wielką Brytanią w
          ręku - należał kiedyś do Aleksandra Hamiltona, innego z ojców założycieli
          republiki. Przez ponad sto lat był chlubą kolekcji nowojorskiej biblioteki
          publicznej, ale musiał z powodu braku pieniędzy zostać sprzedany.
          Dziennikarz "New York Timesa" dowiedział się, że kupcem prawdopodobnie była
          Alice L. Walton"

          co on oddaje, ano to że protestancki etos, wychodzący z założenia że należy żyć skromnie i pracować ciężko dla dobra Pana szlag trafił

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka