meimei
04.03.09, 11:29
Robert patrzył na nią, jakby była końcem świata, jakby nigdy nie miała zdarzyć
się w jego życiu, choć pamięć o niej zakłócała naiwną wiarę w szczęście i
spełnione marzenia z dzieciństwa. To był właśnie moment, w którym musiała
spakować walizkę, włożyć do niej swoje rzeczy, po czym wyjść drzwiami, których
więcej nigdy już za sobą nie zamknie. W końcu ileż razy można je zamykać i
otwierać tylko po to, by zatrzasnąć z jeszcze większym hukiem?
Agnieszka przymknęła oczy i wyobraziła sobie siebie płynącą łodzią po bagnach
Everglades. Jej nowe życie. Robert stawał się przeszłością. Przeszłością, z
którą można się rozstać, ale której nie można zmienić. Jej zasmarkane
świadectwo siedziało pod kołdrą w swoim pokoju i cicho pochlipywało,
podsłuchując rozmowę rodziców. Antoś. Musi wejść do jego świata i na chwilę
wypełnić go swoim zapachem, aby poczuł się w tym znajomym otoczeniu
bezpiecznie, aby przypomniał sobie, że także w najbardziej dramatycznych
momentach jest obok niego coś stałego, coś, czego nie zabierze mu nawet koniec
świata, ani rozwód jedynych rodziców, jakich miał. Tego też nie mogła zmienić,
nie mogła dać mu dodatkowej matki i ojca, którzy ze swymi idealnymi,
kompatybilnymi charakterami zajęliby teraz miejsce jej i Roberta. Nie mogła
zmienić schematów rządzących światem, nawet jeśli kiedyś obiecała sobie, że
się w nie nie wpisze. Nigdy. Ale teraz słowo nigdy musiała zastąpić słowami
pełnymi wątpliwości i niewiary w los, w miłość i w zwykłą ludzką niezłomność.
We własną niezłomność. Słowa. Słowa mogła zmieniać. Słowa były jej życiem,
choć same miały własną egzystencję od niej niezależną. Wiedziała, że nadszedł
czas, aby zająć się słowami. Aby poukładać je w rzędy, zapełnić nimi strony,
zapisać je i ujarzmić, tak jak ujarzmia się własne lęki, własne nic nie warte
życie – tak jak nadaje się temu życiu sens, zmienia jego znaczenie. Ciągi słów
znaczyły co innego niż pojedyńcze słowa. Nadszedł czas, aby nadać sens
linijkom i stronom, które od dawna czekały na nią, tak obojętnie, jak
staruszek obserwujący koniec świata znad swoich tyczek z pomidorami. Cóż
znaczyła ona wobec cichej doskonałości liter, wobec nabrzmiałej poezją
historii i wyrysowanej prozą czasoprzestrzeni? A jednak, pomimo swej
obojętności, czekały właśnie na nią.
Antoś też czekał na nią w swojej bezgranicznej gorliwości, niecierpliwie, jak
czeka się na pierwszą gwiazdkę i na północ, o której przez szczelinę w oknie
wślizgują się duchy. Jedyna rzecz, jaka jej się w życiu udała, na którą jednak
nie zasługiwała. Ten śliczny chłopiec z kędziorkami jak mały kupid powinien
był urodzić się w rodzinie bez skaz, albo przynajmniej w rodzinie. Ona i
Robert nie mogli stworzyć rodziny, nawet nie chcieli jej stworzyć. Chcieli
spróbować czegoś nowego, czegoś, co zachwalały hollywoodzkie superprodukcje i
o czym piały baśnie i legendy. Wielka tajemnica, bo przecież to coś
niezgłębione było jak wiara. Każdy pisarz, każdy filozof, każda babcia i matka
opowiadały o tym inaczej, więc skąd młodzi ludzie, jakimi byli wtedy, mieli
wziąć wiedzę na ten temat? Jak mogli odgadnąć, czy to na pewno to, a jeśli nie
to, czy to chociaż podstawa pozwalająca to stworzyć, zrobić, wypracować? Jak
dwoje naiwniaków zapragnęli miłości i stwierdzili, że skoro obydwoje
zapragnęli jej w tym samym czasie, może potrafią obdarzyć się nią nawzajem.
Nie potrafili. Chcieli od życia zupełnie różnych rzeczy, co innego uważali za
ideał szczęścia, co innego ich rozśmieszało, co innego wzruszało – i podczas
gdy to wszystko byłoby absolutnie do przejścia, pogrzebaczem bijącym po
plecach tę ich niby-miłość był fakt, że zupełnie nie obchodziło ich, czego ta
druga osoba, w której oczy się patrzyło podczas przysięgi wypowiadanej przed
ołtarzem, chce od życia, co uważa za ideał szczęścia, co ją śmieszy, a co
wzrusza. I tak przeszli przez te kilka długich lat, udając sami przed sobą, że
się kochają, wierząc w to nawet czasami, wierząc we własną siłę, która miała
wystarczyć, by stworzyć tej idealnej, nie skażonej jeszcze światem, istocie
prawdziwy dom, w którym dwoje ludzi kocha trzeciego człowieka, nawet jeśli
gdzieś w głębi zdaje sobie sprawę z tego, że nie kocha siebie nawzajem.
Robert nic nie mówił. Jego wzrok wiercił jej dziurę w sercu i rył napis, który
już zawsze odbijać się jej będzie niewypowiedzianym wyrzutem: „to twoja wina”.
Tak, to była jej wina. To ona zapragnęła nagle dla siebie czegoś więcej, albo
chociaż czegoś innego. Przestała już wierzyć w tę miłość, którą sobie
wymyślili i nagle bardzo mocno potrzebowała innej wiary, która trzymałaby ją
przy życiu. Po chwili Robert podszedł do niej i ujął jej dłoń w swoją. Była
lodowata jak dłoń kogoś wyrwanego życiu.
- Nie oddam ci Antosia – powiedział sucho i obojętnie.