notoja11
22.05.11, 13:32
Zapraszam do dyskusji, bez krzyczenia na siebie itd. Chciałabym poznać opinie osób o różnych światopoglądach i przedstawić swój. Niedługo biorę ślub konkordatowy. Nie uważam się za osobę szczególnie wierzącą, taki ślub nie jest mi potrzebny do szczęścia, więc można wietrzyć hipokryzję. Ja wolę jednak patrzeć na to w inny sposób – moi rodzice i dziadkowie oraz dziadkowie narzeczonego są osobami wierzącymi, chociaż nie dewotami, jednak bardzo zależy im na ślubie kościelnym. My, z racji tego, że szanujemy nasze rodziny i nie mamy ciągąt do robienia różnych rzeczy na zasadzie „nie, bo nie, odwalcie się”, postanowiliśmy zrobić wszystko w zgodzie „z tradycją” i dla pokrzepienia serc babć, żeby nie musiały się denerwować i mogły zaliczyć rodzinną imprezę:) Podjęliśmy decyzję, więc nie powinniśmy narzekać, ale… im dalej w las, tym mniej mamy sił. Załatwiliśmy bierzmowanie, zebraliśmy pierdyliard dokumentów (akty chrztu, świadectwa z religii, zaświadczenia z US i in.), zaraz spisujemy umowę przedślubną (musimy jeździć 260 km do mojej parafii już drugi raz, wiąże się to z braniem urlopów i ogólnie umiejętnością bilokacji), księdzu co chwilę przypomina się o jakichś sprawach. Robimy nauki przedślubne, udało nam się załatwić tygodniowe, 400 zł (na początku mowa było o „co łaska”) poszło… ale ok. – biurokracja, damy radę.
Czekają nas jeszcze wizyty w poradni rodzinnej i to jest największy problem. Uczenie mnie o własnej płodności, mierzeniu temperatury, obserwacji śluzu, zaznaczaniu kratek w kalendarzu, kiedy się zaciążać, żeby urodzić chłopca lub dziewczynkę… pytania o seks, antykoncepcję, ile chcemy mieć dzieci (bo że chcemy, to oczywiste, inaczej nie dostalibyśmy zgody na ślub), o to czy mieszkam z partnerem, gdzie będziemy mieszkać po ślubie – po prostu uważam, że godzi to w moją intymność, łamie różnego rodzaju prawa i przede wszystkim obraża. Mogę tylko podejrzewać, że gdybym była praktykującą katoliczką, nie byłoby inaczej, też czułabym, że „coś tu jest nie tak”. Czy to jest w ogóle zgodne z prawem? To dla mnie swego rodzaju inwigilacja, odzieranie z godności osobistej.
Nie piszcie „skoro wam to niepotrzebne, trzeba było tego nie robić i nie marudzić”, bo swoją motywację podałam wyżej. Fakt, nie umrę od tych wszystkich zabiegów, ale czy sądzicie, że to naprawdę musi być wszystko takie skomplikowane?? Nie wystarczy się po prostu kochać, chcieć założyć rodzinę, nie być w innych związkach małżeńskich? My chyba dotrwamy, ale jestem pewna, że były osoby, które nie dały rady przez to przejść.