vanilla_eyes
26.07.11, 15:23
Mieszkam za granica. Jestem bardzo samotna osoba, kiedys mialam kolezanke Polke ale wrocila do Polski, nie jest mi latwo poznawac ludzi (fobia spoleczna), odcinam sie od nich.
M. poznalam w kwietniu ubieglego roku. Jeszcze zanim zaczelismy byc razem wiedzialam, ze od 3 lat jest chory (astrocytoma - twor w mozgu). Bral leki przeciwpadaczkowe, czasami mial takie napady, ze drgala mu prawa reka i noga, dosyc mocno. On bardzo sie tego wstydzil, napady byly czestsze przy wysilku, wiec odpadaly spacery, wyjscia na miasto itp. Lekarze przez ten czas nic nie robili, bo guz sie nie powiekszal.
Ale w styczniu zaczal. I skutkiem tego miala byc zaplanowana na czerwiec operacja. W maju zareczylismy sie. Od tego czasu nie moglismy sie przestac klocic, stres robil swoje. Po kolejnej awanturze on wyjechal (juz na ta operacje) bez pozegnania. Mowie wyjechal, bo za granice, gdzie pracuje jego ojciec, i gdzie podobno wszystko jest lepsze niz tutaj. Razem z nim wyjechala jego matka i brat. Nie pojechalam ja, bo musialabym miec wize i zaproszenie, ktorego szanowny tatus mi odmowil, bo "nie jestem rodzina". Ciagle klocilismy sie.
Zblizal sie dzien operacji. Przelozona. Kolejny termin - przelozona. Znowu - przelozona. I tak minely ponad 2 tygodnie. W tym czasie praktycznie zero kontaktu, tylko kilka minut rozmowy dziennie. No i wreszcie. Wiedzialam, ze bedzie nieprzytomny, po narkozie, na oiomie - wiec bez telefonu. Obiecal ze matka zadzwoni. Matka, ktora tutaj wmawiala mi ze jestem jak jej corka, ze mnie kocha itd. Zadzwonila na 1 minute, powiedziala ze M. byl zbyt zdenerwowany (operacja "na zywo") i ze operacja przelozona znowu. 3 dni piekla czekania, zero kontaktu. Wydzwaniam do wszystkich, nikt nie odbiera. W koncu sms od matki "ze ona nie moze z nikim rozmawiac i ze to normalne matczyne uczucia". A gdzie moje uczucia, ku*wa? Czas mija. On na oiomie 2 tyg. Nic nie wiem, nikt mi nic nie mowi. W koncu telefon juz od niego, ze jest ok, 2 tygodnie i wraca, w tym czasie bedzie mial 4 radioterapie, bo usuneli tylko 97% guza. Ja go opieprzam, nerwy mi puszczaja, on mowi ze matka mu powiedziala, ze byla w stalym kontakcie ze mna. Pisze do matki smsa z "podziekowaniami", ona pyta jak ja moge ja tak traktowac. Ja ja! Jestem w depresji, mowie mu, pocielam sie, potrzebuje jakiejs pomocy, nie daje rady sama. Wytrzymaj, mowi. Nie wytrzymam bez ciebie. Ciagle mysle tylko o tym, zeby umrzec. Bedziesz zdrowy, ale stracisz mnie.
M. dzwoni, ja nie odbieram przez kilka dni. Ten tydzien ma byc tym ostatnim bez niego.
Dzisiaj sms, ze nie mial jeszcze zadnej radioterapii, zacznie w sobote, 20 sesji, po jednej dziennie. I takie samo 20 dni chemioterapii. Czyli to rak sie pytam? Wczesniej nie bylo mowy o chemii. Nie odpowiada. Moglbys to miec tutaj, mowie. Tu nie ma takiej techiniki, odpowiada. Kiedy wracasz, pytam. "Za jakis miesiac". Czyli w sumie bedzie 2,5 miesiaca, wiesz?
Wiem, ze on sie tam nie bawi. Ale tym bardziej nie bawie sie ja. Nie mam do kogo przyslowiowej geby otworzyc. Oni sa tam wszyscy razem, widza go, rozmawiaja z nim, wszystko wiedza. Ja nie wiem nic. Dzisiaj mijaja 43 dni od kiedy wyjechal. Sposobu w jaki potraktowali mnie jego rodzice nigdy im nie wybacze. Nie chce ich widziec. I tego co zrobil on tez. Wiem, ze chce byc zdrowy, ale byly inne sposoby, zrobic to tutaj, albo wrocic teraz. Powalczyc o mnie choc troche. Nigdy tego nie robiles, mowie. Niegdy mnie nie prosiles, zebym z toba byla, niegdy nie wybierales mnie zamiast kogos czy czegos, nigdy nie zrobiles niczego o co prosilam bez szukania wymowek albo klocenia sie, mowie. Nie zostawiaj mnie, odpowiada.
Nie kontaktuj sie ze mna, jestes tak samo zaslepiony tym chorym krajem jak twoi pieprzeni rodzice, enjoy!!! pisze do niego. On juz nie odpowiada.
Nienormalni jestesmy, co? Ale ja juz naprawde nie moge. Mam depresje, wiem to, i martwie sie o niego jak cholera. A ten egoista nawet tego nie jest w stanie zrozumiec.
Mam ochote go zostawic i cieszyc sie jego cierpieniem, a minute pozniej pojsc pieszo tam gdzie jest, tylko po to zeby go przytulic.
Nie wytrzymam tego miesiaca. Nie dam rady. A co jezeli bedzie jeszcze dluzej? Nic nie idzie po naszej mysli, cala ta sytuacja ma najgorszy z mozliwych scenariusz. Czego jeszcze mam sie spodziewac???