tendonina
28.03.13, 20:23
Po sześciu latach bycia w związku zaszłam w ciążę. Cieszę się ogromnie, mój partner też, tylko niestety zaczęłam inaczej patrzeć na nasz związek i zauważać pewne rzeczy, które wcześniej nie miały miejsca lub których ja nie widziałam. Na razie się nie złoszczę otwarcie, obserwuję, zresztą wiem, że rozmowa będzie trudna i przekonanie go do jego winy prawie niemożliwe. A może faktycznie to moje urojenia?
Kilka przykładów:
Jestem w czwartym miesiącu. Oprócz tego, że urósł mi brzuch, nie przytyłam. Mój partner uparcie twierdzi, że mój brzuch powienien być mniejszy i za dużo jem. Z mojego punktu widzenia staram się odzywiać dobrze, czasami nie mogę sobie po prostu odmówić słodyczy i lodów, czasami jem po 21...ale w sumie zawsze tak miałam. Uwagi mnie denerwują i są dla mnie przykre. On twierdzi, że nie mam prawa się obruszać, bo sama sobie szkodzę.
Robimy świąteczne zakupy. On nie chce wziąć wózka, bo twierdzi, że sobie lubi dźwigać koszyk. Ten robi się z czasem cięższy. Dużo ludzi, tłok, kolejki przy kasach. Po wyjściu ze sklepu jest obrażony, że nie pojechałam sama, bo przecież wiem, że on nie znosi zakupów. Ja niestety też nie.
Wieczorem okazuje się, że zapomnieliśmy o wodzie. Jedziemy do sklepu, kupujemy kilka rzeczy. Ja kręcę się jeszcze, bo spotkałam koleżankę, on idzie płacić. Okazuje się, że nie może tego zrobić kartą. Daję mu kilka złotych, przy kasie okazuje się, że brakuje jeszcze dwóch złotych. On wraca do mnie, jest zły, rzuca mi gotówkę do wózka i mówi, żebym sobie sama wzięła tę wodę, bo dla niego to już obciach. W drodze do samochodu robi mi wyrzuty, że kupiliśmy juz tyle rzeczy i po jaką cholerę jechaliśmy znowu.
Mieszkamy za granicą, on jest tutaj miesiąc i uczy się języka plus szuka pracy. Na początek musi wziąć cokolwiek, ale szuka tylko jako barman. Żadna inna nie wchodzi w grę, bo nie będzie pachołkiem. Narzeka, że nie mamy pieniędzy (tylko ja pracuję i zarabiam średnio, ot żeby się utrzymać), że ja będąc tutaj 1,5 roku nie mam prawie oszczędności (on też nie ma, ale jak mówi, nie miał możliwości nic uskładać, bo wiadomo jakie w Polsce zarobki). NA moje sugestie, że może weźmie pracę np. magazyniera obraża się i mówi, że nie musiał tutaj przyjeżdżać i zrobił to dla mnie (kiedy zaszłam w ciążę).
Moja koleżanka, która była świadkiem niektórych sytuacji, uważa, że powinnam szybko od niego uciekać, bo zachowuje się jak rozpieszczony dzieciak (ma 31 lat).
Dodam, że ja też nie jestem święta w tym związku. Jestem dość emocjonalna, chociaż będąc w ciąży bardzo się uspokoiłam. Na pewno mogłabym być bardziej samodzielna, np. nauczyć się dobrze jeździć samochodem, ale nie mam do tego talentu niestety. Mieszkamy 3 km od najbliższego sklepu, autobusy prawie nie jeżdżą, a ja nie mogę dużo chodzić, bo robi mi się słabo.
Czy ja nie wyolbrzymiam? Czy powinnam zmienić coś w sobie? Czy za dużo tutaj mojej winy?