martunisek
02.03.08, 16:33
P. jest moim przyjacielem od początku studiów, właściwie już w pierwszych
tygodniach poczuliśmy, że łączy nas coś więcej. Pierwszy rok to było
docieranie się, zwierzenia, powoli poznawaliśmy siebie nawzajem... Drugi rok
to okres naszej bliskości. Czułam, że powoli się zakochuję, ostrożnie,
nieufnie, bojąc się zranienia i odtrącenia. W połowie roku P. zabił mnie
wyznaniem, że jest gejem. Kilka tygodni wcześniej poznał chłopaka, który
studiuje z jego współlokatorem i zauroczył się. Nie potrafiłam ani krzyczeć,
ani płakać, do dziś dziękuję sobie, że jednak nie odważyłam się na wyznanie mu
swoich uczuć.
Ale nie to jest najgorsze, przez to, że się tak do siebie zbliżyliśmy i ja i
on nie potrafimy żyć bez siebie, całe dnie spędzamy razem, śpimy ze sobą jak
brat i siostra. On sobie nie zdaje sprawy z tego, że ja już ponad rok tak
cierpię i łudzę się, że jednak nie jest gejem, że to chęć eksperymentowania
(kiedyś miał dziewczyny). Odczuwam fizyczny ból, kiedy go nie ma obok mnie,
powstrzymuje łzy, kiedy mówi o swoich chłopaku. Nie potrafię przerwać błędnego
koła, nie potrafię przestać go kochać, nie potrafię przestać sie przyjaźnić...