alterego4
19.08.08, 19:42
Wróciłem dziś rano z nocnej zmiany, wpadłem do domu tylko na chwilę żeby
zawieźć starsze dziecko do przedszkola. W czasie, kiedy syn się ubierał,
usiadłem na moment na sofie rzucić okiem na wiadomości w internecie i
znienacka usłyszałem (znane mi od lat) zrzędzenie na temat tego, że ZNÓW nie
włożyłem butów do szafki tylko zostawiłem je na podłodze. Oczywiście strasznie
się wku..łem i wyszedłem poczekać przy aucie. W tym czasie młodsze dziecko
przeturlało się na łóżku i z niego spadło, oczywiście i na szczęście dzieci są
z gumy i nic mu się nie stało, ale rzecz jasna to MOJA wina, bo przecież moja
żona nie może WSZYSTKIEGO robić sama.
Efekt: cały dzień się do siebie nie odzywamy, przenoszę się na wspomnianą sofę
spać i nie widzę perspektyw na poprawę sytuacji - dzisiejsze zdarzenia
podziałały jedynie jak katalizator bo kryzys tego małżeństwa wisiał w
powietrzu od dawna (brak seksu, zalążki kryzysu wieku średniego itp. itd.)
Jesteśmy jako związek w tym samym miejscu co 3 lata temu, kiedy nieomal się
rozwiedliśmy - po prostu odtwarzamy ten sam scenariusz.
Tak więc, drogie panie, ugryźcie się czasem w język.