biedronka_4
25.12.08, 23:24
Myślałam, że jak co roku święta spędzimy rodzinnie. Niestety męża dopadł
smętny nastrój.
Proszę powiedzcie co o tym myślicie bo ja już sama nie wiem jak mam to
odbierać i co o tym sadzić. Gdy byliśmy na Wigilii u mojego taty z którym
mieszka moja siostra z mężem i synem, zaprosił nas abyśmy też przyjechali dnia
następnego (czyli 25go). Mąż powiedział, że oczywiście przyjedziemy.
Ucieszyłam się bo wiedziałam, że tego dnia przyjedzie również brat mojego
szwagra z kilkumiesięczną córeczką. Nie mam swoich dzieci a bardzo je lubię,
więc chociaż „obce” dziecko chciałam pobawić. Następnego dnia kiedy to
mieliśmy jechać do taty mąż zaczął kręcić nosem, że nie ma ochoty itd. Wręcz
zarzucił mi, że bez konsultacji z nim zaplanowałam święta. Tylko, że po
pierwsze gdy pytałam go co robimy w święta odpowiedział, że nie wie. A po
drugie z jego rodziną nie ma jak spędzić święta bo siostry pojechały do rodzin
swoich mężów, jego brat jest świadkiem Jehowy, a z rodzicami (szczególnie z
ojcem) nie żyje w zgodzie. A po trzecie sam umówił się z moim tatą, że w I
dzień świąt zajrzymy do nich. Mąż stwierdził, że woli jechać do kolegi aby co
nieco wypić. Musiałam się trochę wysilić aby zechciał jednak jechać do mojego
domu rodzinnego. Udało się ... ale gdy zajechaliśmy powiedział mi, że
jesteśmy tylko na godzinkę i żebym czasem nie zasiedziała się dłużej.
Przyjechali również teście mojej siostry i brat mojego szwagra z żoną i 8mio
miesięczną córeczką. Mąż na początku nie chciał siąść z nimi do stołu.
Stwierdził, że ich nie lubi. Co jakiś czas spoglądał na zegarek. Gdy minęła
godzina kazał mi się zbierać. Ja bardzo chciałam zostać jeszcze z godzinkę bo
było naprawdę miło. Odkąd moja Mama nie żyje bardzo związałam się emocjonalnie
z tatą. Chciałam z nim pobyć trochę w święta zwłaszcza, że moja Mama zmarła
tuż przed świętami (kilka lat wstecz). Mąż zgodził się jeszcze trochę zostać
ale gdy upłynęła ta dodatkowa godzina wstał od stołu i głośno powiedział, że
musimy jechać. Wstał powiedział „dobranoc” i wyszedł. No cóż mi pozostało? Też
wstałam od stołu pożegnałam się. Gdy byliśmy w samochodzie zaczął dzwonić do
kolegi, aby spytać gdzie jest i czy wypiją jakąś flaszkę wódki. Prosiłam go
aby dał sobie spokój, bo to święta a on po kumplach dzwoni. Zezłościł się.
Dzwonił co parę minut a że kolega nie odbierał zadzwonił do niego na numer
stacjonarny. Odebrała jego matka i powiedziała, że go nie ma w domu. Mimo to
zamiast jechać prosto do domu, to pojechaliśmy do tego kolegi bo mąż chciał
zobaczyć czy czasem nie wrócił. Nie było go. Znowu dzwonił do niego na
komórkę. Za każdym razem jak kolega nie odbierał mąż robił się coraz to
bardziej zły. Spytałam go czemu aż tak mu zależy na tym spotkaniu,
odpowiedział że są święta i chciał się z kumplem wódki napić. A że kolega nie
odbierał to zadzwonił do drugiego, ten z kolei z żoną był u rodziny. Wtedy mąż
zadzwonił do brata – on również mu odmówił bo kładł się spać bo rano musi
wcześnie wstać. Mąż zezłościł się. Zaczął mówić że ma doła itd. że chce wypić
a nie ma z kim. Wydzwaniał po innych kolegach a gdy mu się telefon rozładował
to kazał abym dała mu swój aby mógł dalej obdzwaniać znajomych i pytać który
wypije. Wtedy spytałam go grzecznie czy aż tak koniecznie musi się napić, że
wydzwaniam po kumplach i to w święta, które raczej spędza się w gronie
rodzinnym. Wpadł w szał, od razu przycisnął mocniej pedał gazu. Zaczął
krzyczeć. Impulsywnie hamować i ponownie naciskać pedał gazu. Zaczął mnie
oskarżać, że mu kumpli zabrałam. Jakich kumpli? Owszem zabroniłam mu się
spotykać z czterema kumplami. Powód? Bo wzięli się za narkotyki i alkohol, to
kawalerowie którzy gdy mają kasę to przeznaczają na alkohol i środki
odurzające. Nawet sam mi o tym opowiadał jak oni nisko się stoczyli. A teraz
oskarża mnie, że ja mu ich zabrałam. Powiedziałam mu, że dla mnie oni są
ćpunami i nie chcę aby zadawał się z nimi. Wtedy odpowiedział, że jego to nie
obchodzi że ćpają, że mogą robić co chcą a i tak są jego kumplami.
A przecież przed ślubem powiedział, że żeni się bo jego zdaniem najwyższa pora
się ustatkować, stwierdził że wystarczająco się wyszalał i że najwyższa pora
zerwać z dotychczasowym towarzystwem. To były jego słowa skierowane do mnie i
mojego taty. Nikt na nim tych słów nie wymusił. A dziś 3 lata po ślubie
oskarżył mnie o coś takiego.
Waszym zdaniem o czym świadczy jego zachowanie? Jak to odbieracie? Powiem
szczerze, że ja jestem zaskoczona tym co usłyszałam od niego. Zwłaszcza tym,
że po prawie 10 latach związku (w tym ponad 3 lata po ślubie) stwierdził że
jednak nie dorósł do małżeństwa a tym bardziej do ojcostwa.
Wczoraj gdy łamaliśmy się opłatkiem życzył mi abyśmy żyli w zgodzie i abyśmy
mniej się kłócili. A dziś wściekał się bo nie miał z kim wypić i swoją złość
wyładował na mnie, krzyczał i był nie miły. Trochę się na wysłuchiwałam. Z
tego powodu doszło to sprzeczki. Wtedy przypomniałam mu co mi wczoraj życzył.
A on odpowiedział „że mi nic nie życzył tylko sobie”.