dotttek
30.01.09, 16:24
sytuacja wygląda tak.
Zamieszkaliśmy razem. I jest ok.
jest ok do momentu.
jestem chwilowo niepełnosprawna - poruszam się o dwóch kulach z zakazem
obciążania jednej nogi którą jeszcze nie do końca zginam no i która boli przy
przeciążeniach - a co za tym idzie większości prac domowych nie mogę wykonywać.
Nie mogę umyć podłogi, okien, ciężko mi się myje naczynia, sprząta i tak dalej
i tak dalej.
Obiady robię ale też z trudnością [ważne, że wogóle moge gotować :P]
On przychodzi z pracy. rozkłada laptopa... i koniec.
Wspominam o podaniu obiadu - podaje. nie ma problemu. po jedzeniu dziękuje
całuje w czoło wkłada naczynia do zlewu i tam zostają...
i leżą. i leżą i leżą i nabierają mocy urzędowej. Dopóki nie mieliśmy małego
kota - naczynia myłam na drugi dzień. nieraz znajdowałam np kawałki chleba
rozmoczone w wodzie i tak dalej.. dostał reprymende. Teraz znajduje tylko
tytki z herbaty [kosz jest pod zlewem...] zdarza mi się czasem położyć na
brzegu zlewu śmieci. leżą tam dopóki sama ich nie wyrzucę - mimo że krząta sie
koło śmietnika.
butelki stoją równym rządkiem przy ścianie - mimo że wynosi śmieci regularnie
[tylko on chwilowo wychodzi z domu więc nie mogę ja ich wyrzucić]
"zrobisz kotu?" zaraz [nie robi albo robi po 4 poproszeniu]
"słuchaj wrzuć to do szafy bo ja nie dam rady" zaraz [okazało się że dałam
radę...ale co mnie to kosztowało to moje]
"powiesisz pranie?" zaraz [pranie leży kolejne 3 godziny w pralce]
przeprowadziliśmy się na początku stycznia.
nadal są nie pochowane rzeczy do szaf. to co jest schowane okupiłam
nadwyrężeniem nogi i spoceniem się od czoła po stopy.
Trochę mnie ta sytuacja drażni.
po pierwsze jestem w domu cały dzień i nic nie robię - wkurzona jestem na
siebie i cały świat że nie mogę tego ogarnąć a moje pole do popisu ogranicza
się jedynie do kuchni i gotowania.
po drugie wstyd mi jak ojciec czasem wpada a na podłodze syf [odkurzacz w
drodze - trzeba zamiatac na kolanach - ja nie jestem w stanie]
po trzecie - przewróciło się niech leży. jak ja nie podniosę on tego sam od
siebie nie zrobi
niby mogę to zrozumieć
pracuje [nie fizycznie co prawda ale zawsze] robi mi/nam zakupy [chociaż
czasem jest - nie chciało mi się tego szukać] opiekuje się mną [wsadza pod
prysznic przynosi herbatę rano w termosie]
ale podstawy leżą.
mam ochotę zastrajkować i nie robić nic i nie mówić nic poza tym co mogę zrobić
nie chcę w domu niewolnika który robi wszystko dla mnie. ale chciałabym żeby
mi jednak pomógł bardziej.
szczególnie że "wiedział co bierze" - wypadek miałam w pazdzierniku
nie wiem co robić. poradzicie?