krakoma
06.03.09, 18:54
Jak bardzo mozna rozczarowac sie innym czlowiekiem..?
Ostatniej nocy niestety mialam okazje sie o tym przekonac. Po wydawalo mi sie
obustronnie ciekawej siebie nawzajem korespondencji doszlo do spotkania.
Przyniesc mialam wino i filmy. Wczesniej nigdy ze soba na zywo nie
rozmawialismy, znalismy sie z widzenia, ze wspolnych zajec. Oczarowal mnie
swoja wiedza. Dwukrotnie nawiazywalismy kontakt mejlowy. Za drugim razem
wyznalam mu, ze mam do niego slabosc, ale doszlo do spiecia wyniklego z
nieporozumien. Powiedzialam, zeby przestal sie ze mna kontaktowac, bo sieje w
mojej glowie zamet. Przestal. Ostatnio widzialam go na mojej str. internetowej
i raczej impulsywnie niz z rozsadku napisalam do niego, ze juz sie uspokoilam,
ze scen wiecej robic nie bede. Nawiazala sie nowa korespondencja.. Zeszlo na
filmy. Powiedzialam, ze mam dostep do nowosci i moge sie podzielic. On na to,
ze ma dostep do nowej plazmy i tez moze sie podzielic. Brzmi zachecajaco,
odpisalam, przyniose wino. On na to ze okej, zamowi pizze... Moja deklaracja z
winem byla raczej zartobliwa, ale skoro podchwycil temat – czemu nie?
Spotkanie odbylo sie tydzien pozniej. Przez caly dzien bolal mnie z przejecia
brzuch, dreczyl niepokoj. Mialam bardzo mieszane uczucia, czy rzeczywiscie
dobrze robie, ale slowo sie rzeklo...
Wtaszczylam sie na 5 pietro. Zsapana - z ciezkim laptopem, 2 winami i innym
kramem. Zaprosil mnie do pokoju, od razu na moja prosbe zamowil nam jedzenie,
po czym zajal sie przerzucaniem filmow. Cala rozmowa wychodzila ode mnie.
Ciekawa jego stawialam pytania, on beznamietnie odpowiadal. Jak juz
dogadalismy sie co ogladamy (wall-e) usiedlismy na kanapie. Poprosilam, by
otworzyl wino, liczac ze alk. rozluzni dosc krepujaca atmosfere. Pelne
kieliszki staly na stole. Wzial sobie jeden, nie podajac mi drugiego. Aha,
pomyslalam sobie, bardzo milo. Olalam. Po pol h (szczatkowej rozmowy) dotarlo
jedzenie. Biedny pan, ktory taszczyl jedzenie na sama gore niestety nie
nacieszyl sie z napiwku. Kolega skwapliwie czekal, az pan wyda mu reszte w
klapiokach. Skoczyl do kuchni po sztucce. Po talerze juz nie. Pewnie szkoda
zeby sie brudzily. Jedlismy z plastikow. W ktoryms momencie podziekowal za
wino. Ja podziekowalam za zaproszenie. „Wlasciwie to sama sie zaprosilas“ -
odparl. Zatkalo mnie. Juz chyba w tym momencie powinnam byla wstac i sobie
pojsc. Zostalam odpierajac, ze wlasciwie to nie napisalam tego calkiem na
serio. Niesmak. Potem sie upilam. Dolewalam sobie co chwila wina. Od czasu do
czasu odzywalismy sie do siebie. Czasem nawet zabawnie. Nadeszla polnoc.
Poprosilam, zeby sprawdzil, kiedy przyjdzie tram. Sprawdzil. Nawet nie
zaproponowal, ze odprowadzi mnie (sama i wstawiona) do przystanku.
Podziekowalam za wieczor i poszlam.
To byl chyba najwiekszy kosz jakiego dostalam. Z taka obojetnoscia nie
spotkalam sie juz dawno. Najbardziej zabolalo, ze wcale nie chcial mnie
poznac, nie byl mnie ciekaw. Jedyne pytanie z jego strony bylo: jak bylo w
pracy? O to czym sie zajmuje juz nie spytal...
Zmarnowany wieczor.
Moja jedyna satysfakcja to taka, ze nie zostawilam kasy za salatke. Gdybym mu
dala, wzialby niechybnie. Ponadto wiem juz, iz moj wymarzony, wyidealizowany
jest zwyklym przecietniakiem bez manier i z wezem w kieszeni. Czuje sie jak
ostatnia naiwna.
Historie postanowilam spisac, zeby ukoic dusze, bo bardzo mnie to dotknelo i
caly czas o tym mysle.
Mysliscie ze moge wyslac mu moje refleksje? A moze powinnam po prostu zapomniec?