sloggi
19.11.05, 00:26
Wczoraj zaczął się w nich "Męski tydzień", czyli akcja polegająca na tym, że
panie nie mogą wchodzić do sklepów tej sieci. Panowie - jak najbardziej. W
przerwie między zakupami mogą nawet pograć w piłkarzyki.
Przed południem klientów w sklepie w Galerii Mokotów było niewielu. Sami
panowie. Przekraczam próg. Nic. Idę dalej, oglądam ubrania, krążę między
półkami. Nic. Nikt mnie nie wyrzuca. Zaczynam się niecierpliwić. Po paru
minutach podchodzi ekspedientka i pyta, czy może mi pomóc. Czyli - jest jak
zawsze.
Na moje pytanie o akcję wyjaśnia, że nikt mnie nie wyrzuci. Na razie, bo
jeszcze nie przyszła hostessa. Pojawi się za kwadrans. Piętnaście minut krążę
po Galerii, później zaglądam do sklepu. Jest hostessa ubrana w krótkie
spodenki i foliową torebkę ze znaczkami. Przypominają drogowe znaki zakazu, w
środku jest przekreślony rysunek kobiety. Wykłada zasady akcji - albo wyniosę
się ze sklepu, albo przypnę sobie znaczek. Tak napiętnowana będę mogła krążyć
od swetra do swetra. Negocjuję.
W tym czasie do sklepu wchodzi kobieta. Hostessa mnie porzuca, robi wykład
innej - niemile widzianej - klientce. Ta najpierw przypina znaczek, ale po
chwili go zdejmuje i wychodzi ze sklepu.
Trzymam znaczek w dłoniach. - Jest do zwrotu - zaznacza hostessa. Przypiąć?
Nie przypiąć? Problem rozwiązuje się sam - znaczek okazuje się bublem i nie
chce się nigdzie przypiąć.
Wychodzę ze sklepu.
miasta.gazeta.pl/warszawa/1,34862,3022255.html