04.02.05, 13:16
Nie zauważyłem na forum linku do tego artykułu, a jest całkiem ciekawy.


Żółte niebezpieczeństwo

Tomasz P. Terlikowski
Przed żółtym zagrożeniem przestrzegał już Włodzimierz Sołowiow w Krótkiej
opowieści o Antychryście. Wizję przyszłej chińskiej potęgi kreślił też Samuel
Huntington w Zderzeniu cywilizacji. W ostatnich latach Państwo Środka wyrosło
na mocarstwo, z którym muszą się liczyć najpotężniejsi. Czy może to oznaczać,
że już wkrótce stanie się ono drugim biegunem w jednobiegunowym, jak na
razie, świecie?

Konflikt między Stanami Zjednoczonymi a Chinami naznaczy cały XXI wiek. Taką
tezę lansują od lat znani politolodzy amerykańscy: Samuel Huntington, Henry
Kissinger czy Zbigniew Brzeziński. Te dwa mocarstwa symbolizują całkowicie
przeciwstawne cywilizacje: z jednej strony liberalna Ameryka, ceniąca wolność
osobistą, gospodarczą i wartości demokratyczne, z drugiej, przynajmniej w
teorii, komunistyczne państwo, od wieków głoszące wyższość rodziny, wspólnoty
i państwa nad jednostką. Na to nakłada się jeszcze sprzeczność między
interesami politycznymi: Stany Zjednoczone mocno usadowiły się w rejonie
Pacyfiku, Chiny dążą do wyeliminowania ich stamtąd, oraz ekonomicznymi -
rynki zbytu. Wszystko to, zdaniem analityków, musi doprowadzić do starcia.


Wolność dla wszystkich


Najpoważniejszym źródłem konfliktu między Stanami Zjednoczonymi a Chinami
jest ideologia, a konkretnie prawa człowieka, których Państwo Środka nie
respektuje. Prześladuje zwolenników demokracji, chrześcijan różnych wyznań
(niemal codziennie w serwisach informacyjnych pojawiają się informacje o
aresztowaniach zwolenników podziemnych, a czasem i legalnych wspólnot
katolickich czy protestanckich), wyznawców kultu Falungong, Tybetańczyków,
buddystów itd., itp. Stany Zjednoczone nieustannie zwracają uwagę, że takie
postępowanie uniemożliwia Pekinowi ułożenie poprawnych stosunków ze światem
demokratycznym. Dla Waszyngtonu nie do przyjęcia jest już sam fakt, że Chiny
pozostają państwem komunistycznym, o systemie jednopartyjnym.


Przywódcy chińscy traktują te zarzuty jako próbę mieszania się w ich
wewnętrzne sprawy oraz narzucenia wartości niezgodnych z ich kulturą.
Ostatnio posunęli się nawet do zablokowania stron internetowych organizacji
zajmujących się obroną praw człowieka oraz religijnych, informujących o
zbrodniach chińskich komunistów. Jednak, jak wynika z raportu tygodnika The
Economist poświęconego Chinom, większość obywateli tego państwa nie podziela
zatroskania zachodnich państw ich losem. W porównaniu z reżimem sprzed 10-20
lat obecny system rządów pozostawia stosunkowo dużo wolności i pozwala
realizować ją na różne sposoby. Kłopoty mają tylko ci, którzy z powodów
politycznych lub religijnych jawnie sprzeciwiają się władzy.


Ropa dla Państwa Środka


Konflikt amerykańsko-chiński ma też bardziej konkretne podłoże: źródła
energii. Błyskawicznie rozwijająca się gospodarka chińska potrzebuje ich
coraz więcej. Już w ubiegłym roku Państwo Środka było drugim po Stanach
Zjednoczonych importerem ropy, ze zużyciem 5,46 miliona baryłek dziennie.
Jako że jej konsumpcja wzrasta o 7,5 procent rocznie, do 2030 roku powinny
stać się pierwszym. Aż 70 procent sprowadzanej ropy pochodzi z krajów
Bliskiego Wschodu. A to oznacza, że Chiny, dla własnego dobra, powinny
aktywnie zaangażować się politycznie w rejon Zatoki Perskiej. I robią to.


Raport amerykańskiej komisji senackiej zajmującej się relacjami między
Stanami Zjednoczonymi a Chinami już w roku 2002 alarmował, że Chińczycy
próbują stać się jednym z głównych graczy politycznych na Bliskim Wschodzie.
W zamian za ropę oferują tamtejszym reżimom broń konwencjonalną, a także
pomoc w uzyskaniu broni masowej zagłady. Zdaniem optymistów, proces ten może
przynieść pozytywne skutki. Chiny, wiedząc, że kolejne wojny mogą odciąć je
od źródeł energii, będą stabilizować sytuację w tym regionie. I w tym celu
nawiążą współpracę ze Stanami Zjednoczonymi. Pesymiści, jak Gal Luft, szef
Instytutu Analiz Bezpieczeństwa Światowego, sądzą jednak inaczej. - Historia
uczy czegoś zupełnie przeciwnego: superpotęgi z trudem współdziałają i
współistnieją w momencie, gdy w grę wchodzą źródła energii - twierdzi.


I to widać. Chiny nie tylko umacniają tradycyjne już więzi z Iranem (jednym z
najważniejszych swoich partnerów handlowych i drugim co do wielkości
dostawców ropy naftowej), ale próbują też zawiązać ściślejszy sojusz z Arabią
Saudyjską. Saudowie, jak wskazuje Luft, przyjmą chińską ofertę, ponieważ, po
pierwsze, Chiny mogą im pomóc zbudować techniczne możliwości pozwalające
stworzyć broń jądrową - jak wcześniej stało się to w Iranie czy Pakistanie -
po drugie zaś - w odróżnieniu od USA - nie domagają się od nich zmiany stylu
życia i sposobu rządzenia. Odciągnięcie królestwa Saudów od koalicji ze
Stanami Zjednoczonymi, choć na razie jedynie hipotetyczne, byłoby w istocie
początkiem wielkiego starcia na Bliskim Wschodzie. Trudno bowiem sobie
wyobrazić, by USA patrzyły obojętnie na chińską aktywność na tym polu.


Problemu surowcowego nie można lekceważyć. Trzeba pamiętać, że - pomijając
kwestie ideologiczne - II wojna światowa rozpoczęła się na Pacyfiku głównie
dlatego, że dynamicznie rozwijająca się Japonia potrzebowała na gwałt nowych
źródeł energii. I zaczęła prowadzić ekspansywną politykę, co skonfliktowało
ją ze Stanami Zjednoczonymi. Teraz może być podobnie.


Gospodarczy skok


Chiny, zdaniem wielu ekspertów, są obecnie jednym z głównych motorów
napędzających światową gospodarkę: tempo ich wzrostu gospodarczego (niektórzy
analitycy przewidują, że w najbliższym czasie podniesie się on do 10 procent)
jest nieosiągalne dla krajów Unii Europejskiej, a nawet Stanów Zjednoczonych.
I choć, oczywiście, na razie Chiny są państwem relatywnie ubogim, to w 2003
roku przyciągnęły więcej inwestycji niż Stany Zjednoczone. Przemysł,
szczególnie ciężki, rozwija się tak szybko, że w wielu gałęziach produkcji,
na przykład stali czy aluminium, Chiny wyprzedzają USA. Jeśli to tempo się
utrzyma, to - jak wskazuje raport The Economist - dzięki wstąpieniu do
Światowej Organizacji Handlu w roku 2020 PKB Państwa Środka osiągnie obecny
poziom PKB Stanów Zjednoczonych, a dochód na jednego mieszkańca będzie
wynosił 6700 dolarów miesięcznie.


Tempo rozwoju, które jest efektem częściowych reform rynkowych po 1990 roku,
jest tak szybkie, że analitycy zaczynają przestrzegać przed... możliwym
krachem chińskiej gospodarki. Większość inwestycji bowiem odbywa się tu na
kredyt, a nierównomierny rozwój poszczególnych gałęzi, który pogłębia różnice
społeczne, oraz potwornych rozmiarów korupcja mogą się przyczynić do nagłego
pęknięcia balonu inwestycji lub masowych rozruchów na nieznaną dotąd w
Chinach skalę. Dlatego władze już zaczęły mówić o konieczności schłodzenia
tempa rozwoju gospodarki.


Jednak to nie z tego powodu chińscy decydenci nie mogą spać spokojnie.
Badacze RAND Corporation, firmy specjalizującej się w analizach politycznych
i geopolitycznych, w raporcie "Fault Lines in China's Economic Terrain"
(Błędne kierunki w rozwoju ekonomicznym Chin) przestrzegają, że niezwykle
poważnym problemem, z którym władze Chin muszą się jak najszybciej uporać,
jest rosnące bezrobocie (w 1999 roku 170 milionów osób, czyli 23 procent
aktywnej zawodowo ludności, było bez pracy. W 2003 roku było ich już niemal
30 procent). Destrukcyjny wpływ na sytuację gospodarczą i polityczną ma także
brak wystarczających źródeł wody oraz epidemia AIDS. Jeśli Chiny odpowiednio
szybko nie poradzą sobie z tymi wyzwaniami, ich gospodarkę czeka krach, a to
może mieć opłakane skutki dla polityki światowej.


Jak bowiem pisze Gordon G. Changa, autor książki The Coming Collapse of China
(Nadchodzący upadek Chin), poświęconej problemom gospodarczym Chin, jeden z
możliwych scenari
Obserwuj wątek
    • sirland Re: c.d. 04.02.05, 13:17
      Chińska Armia Ludowo-Wyzwoleńcza
      jest dziś największą armią świata. Chiny, według danych CIA, dysponują obecnie:
      około 400 bombami jądrowymi, około 50 rakietami strategicznymi zdolnymi do
      przenoszenia broni jądrowej, które są w stanie dosięgnąć każdego punktu na
      Ziemi, ponad 500 rakietami średniego zasięgu mogącymi przenosić broń jądrową.
      Ponadto chińska armia ma około 10 tysięcy czołgów ciężkich, 1,5 tysiąca czołgów
      lekkich, ponad 5 tysięcy transporterów opancerzonych, 15 tysięcy dział.

      Marynarka stanowi najsłabsze ogniwo militarne Chin. Dysponuje 50 okrętami
      podwodnymi, 70 niszczycielami i fregatami, 900 okrętami patrolowymi, 150
      okrętami desantowymi.


      Również lotnictwo rozwija się błyskawicznie. Chiny mają w tej chwili ponad 5
      tysięcy myśliwców i ponad 500 bombowców. Ogółem posiadają ponad 6 tysięcy
      samolotów wojskowych. Największą siłą ChALW jest jej liczebność: 2,3 miliona
      żołnierzy w służbie czynnej, 11 milionów rezerwistów oraz 206 milionów po
      ogólnym przeszkoleniu wojskowym.


      W 2003 roku oficjalny budżet obronny Chin został zwiększony z 17 do 25
      miliardów dolarów. Z danych CIA wynika jednak, że tak naprawdę Pekin wydaje na
      ten cel znacznie więcej - niemal 56 miliardów dolarów.


      Istotną słabością chińskiej armii jest jednak jej zacofanie. Podstawę wojsk
      pancernych na przykład stanowią chińskie odpowiedniki czołgów T-72, całkowicie
      bezbronne wobec amerykańskich czołgów typu Abrams.

      Gospodarka


      W 2003 roku Chiny zanotowały 9,1-procentowy wzrost PKB (według niektórych
      analityków było to 10 procent), i to mimo kryzysu związanego z epidemią SARS.
      Od 1998 roku Chiny pod względem wielkości PKB wyprzedziły, między innymi,
      Kanadę, Włochy i Francję. Chiny z roku na rok coraz więcej importują. W 2003
      roku trzecia część światowego eksportu żelaza trafiła właśnie tam. Rośnie
      import ropy naftowej. Podobnie jest ze złomem, stalą i aluminium. W ubiegłym
      roku prawie co drugi kontenerowiec z tymi surowcami był przeznaczony dla Chin.
      W lutym tego roku pierwszy raz od niepamiętnych czasów Chiny odnotowały deficyt
      handlowy. Światowa gospodarka staje się coraz bardziej uzależniona od tego
      największego wschodzącego rynku zbytu.


      Jeśli Chiny zdecydują się na zapowiadane schłodzenie gospodarki, to państwa
      azjatyckie odczują to niezwykle mocno. Szacuje się, że w wypadku zmniejszenia
      przez Chiny importu o 10 procent wzrost PKB Korei i Taiwanu zmaleje o 1
      procent, a Tajlandii o 0,5 procenta.

      Kierunki polityki zagranicznej


      Obecnie dyplomacja Chin skupiona jest przede wszystkim na przeciwstawieniu się
      światowej hegemonii Stanów Zjednoczonych oraz zdobyciu dominacji politycznej i
      gospodarczej w rejonie Azji i Pacyfiku.


      W ostatnich 10 latach Chiny zmieniły kierunki i sposoby działania w polityce
      zagranicznej. Spowodowane to jest zmianą priorytetów gospodarczych i
      ekonomicznych. Jak wskazuje Ryszard Zaleski, redaktor miesięcznika Stosunki
      Międzynarodowe, już podczas kryzysu ekonomicznego w Azji w latach 1997-98 Chiny
      działały na rzecz ustabilizowania sytuacji finansowej w regionie. W 2001 roku
      Szanghaj był gospodarzem szczytu Forum Współpracy Gospodarczej Azji i Pacyfiku
      (APEC), rok później ChRL podpisała umowę o wolnym handlu ze Stowarzyszeniem
      Narodów Azji Południowo-Wschodniej (ASEAN) oraz ratyfikowała umowę mającą na
      celu przekształcenie Chin i Azji Południowo-Wschodniej w strefę wolnego handlu.
      W listopadzie 2002 roku Pekin podpisał z ASEAN cztery umowy dotyczące
      współpracy w zakresie bezpieczeństwa, gospodarki i rolnictwa. Rok później ASEAN
      pozwolił ChRL jako pierwszemu krajowi niebędącemu członkiem tej organizacji
      przystąpić do Traktatu o Dobrosąsiedzkich Stosunkach i Współpracy. W ostatnich
      kilku latach chińskie władze udzieliły paru sąsiednim krajom pomocy w postaci
      niskooprocentowanych pożyczek. Zaangażowały się także we współpracę w ramach
      Szanghajskiej Organizacji Współpracy.


      Poprawnie rozwijają się także kontakty ChRL z do niedawna potępianą przez nie i
      krytykowaną Japonią. Coraz częściej w polityce wobec Japonii Chińczycy odchodzą
      od wizerunku ofiary i rozwijają wymianę gospodarczą.

      • sirland Re: i wywiad 04.02.05, 13:17
        Rozmowa z Waldemarem Dziakiem, kierownikiem Zakładu Azji i Pacyfiku Polskiej
        Akademii Nauk

        - Samuel Huntington wieszczy, że konflikt między Stanami Zjednoczonymi a
        Chinami naznaczy cały wiek XXI. Czy można powiedzieć, że oba te kraje zmierzają
        do nieuchronnego konfliktu?

        - Oficjalnie nie. Oficjalne stosunki polityczne są poprawne. Współpraca
        gospodarcza świetnie się rozwija. Chiny są bardzo atrakcyjnym partnerem dla
        Stanów Zjednoczonych i vice versa.


        - Jednym słowem, nie ma się czego obawiać?


        - Wręcz przeciwnie. W najbliższym dziesięcioleciu Stany Zjednoczone będą miały
        jednego liczącego się konkurenta na mapie świata - Chiny, które - czy się to
        komuś podoba, czy nie - są wschodzącym supermocarstwem. A ponieważ obecnie
        jedyne supermocarstwo to są Stany Zjednoczone, jest rzeczą oczywistą, że Chiny
        będą konkurowały właśnie z nimi. I w pewnym momencie musi dojść do kolizji
        interesów tych państw. Pytanie tylko, gdzie się ona ujawni, kiedy i w jakiej
        skali.


        - Ten konflikt dwóch potęg - jednej globalnej, a drugiej jeszcze regionalnej -
        można już dostrzec w Korei Północnej.


        - Oczywiście. Chiny, gdyby tylko chciały, mogłyby natychmiast rozwiązać problem
        północnokoreański. Mają bowiem wszystkie możliwe środki nacisku na Phenian:
        pomoc gospodarczą, wojskową, surowcową, wpływy polityczne, najlepszy kontakt z
        przywódcami. Dlaczego tego nie wykorzystują? Dlatego że problem koreański
        jest "bólem głowy" dla polityki amerykańskiej. A po co likwidować ból głowy
        swojego przeciwnika?


        Ostatnio jedna z japońskich gazet opublikowała raport, z którego wynika, że
        Chiny nie rozwiązują problemu koreańskiego, bo nie chcą. I to jest prawda. One
        chcą go rozwiązywać, a nie rozwiązać. Im istnienie problemu
        północnokoreańskiego się po prostu opłaca. Dzięki niemu zresztą zupełnie
        inaczej układają się też stosunki japońsko-chińskie czy południowokoreańsko-
        chińskie. Dzięki istnieniu Korei Północnej i Japonia, i Korea Południowa muszą
        się bardziej liczyć z Chinami. To, oczywiście, bardzo ryzykowne. Przecież jeśli
        Korea Północna stanie się państwem nuklearnym, będzie to niebezpieczne także
        dla Chin.


        - Strefą konfliktu jest chyba również Tajwan.


        - Oczywiście. Tajwan, poszukując gwarancji bezpieczeństwa, może sięgnąć po broń
        nuklearną. A to by oznaczało, że rozkręca się spirala zbrojeń atomowych w Azji.
        Broń taką mają już Indie, Chiny i prawdopodobnie Korea Północna. A przecież
        Japonia, zważywszy że jej sojusznicy i przeciwnicy już taką broń posiadają lub
        posiądą, też pewnie będzie chciała ją mieć.


        - Jeśli spojrzeć dalej, to kolejną strefą konfliktu wydaje się Bliski Wschód,
        na który w poszukiwaniu ropy aktywnie zaczyna wkraczać chińska dyplomacja. Czy
        tylko ropa motywuje chińską aktywność w tym rejonie świata?


        - Nie tylko ropa, ale interesy strategiczne. Według polityków chińskich, celem
        Stanów Zjednoczonych jest okrążenie Chin. Dlatego wymyśliły sobie walkę z
        terroryzmem. Pod pozorem eliminowania źródeł terroru aktywnie działają na
        Zakaukaziu, w Afganistanie, Japonii, Korei Południowej i właśnie na Bliskim
        Wschodzie. Wszystko po to, by osłabić Chiny. Aktywność Pekinu w Zatoce Perskiej
        jest dyplomatyczną kontrofensywą antyamerykańską.


    • robisc Re: Chiny 05.02.05, 00:20
      troche juz na ten temat dyskutowalismy.

      forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=17007&w=18558862&a=18558862
    • bush_w_wodzie forum chiny 21.02.05, 00:57
      forum.gazeta.pl/forum/71,1.html?f=25095
      zauwazylem ze jest niestety malo uczeszczane. moze jakby ich popytac to by sie
      uaktywnili?

      ten watek(?) mi sie spodobal na poczatek:

      forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=25095&w=18968575
    • bush_w_wodzie smok albo robak - styl zycia 21.02.05, 01:10
      mysle ze mocno przeslodzone ale mimo to ciekawe:
      forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=25095&w=19905538&a=19905538
      fragmenty:

      Natchniony ideologią rewolucyjny byt przeobraził się w przyziemne posiadanie –
      przede wszystkim pieniędzy, potem rzeczy, potem przyjemności, ale także –
      sprzyjających temu wszystkiemu znajomości i koneksji (guanxi), pozwalających
      na robienie pieniędzy bez przeszkód. Już wtedy Chińczycy ukuli hasło xiang
      qian kan (czyt. s’jang c’hjen khan), które w zależności od identycznie
      czytanego zapisu może znaczyć „patrzeć wprzód” (tak jak to nakazywała
      oficjalnie partia) lub „patrzeć na pieniądze” (tak jak interpretował to lud).
      Nie było w tym niczego nowego: w tradycji chińskiej bogactwo zawsze stawiano
      na czołowym miejscu obok długowieczności i potomków męskich, a jedno z
      popularnych przysłów mówiło: „z pieniędzmi – smok, bez pieniędzy – nędzny
      robak”.

      <...>

      Dominujące w rozmowach dzisiejszej elity miejskiej w Chinach tematy to zarobki,
      dobrze płatna praca, kurs akcji na giełdach w Szanghaju, Shenzhenie i
      Hongkongu, kupno domu lub mieszkania (ma je na własność już ponad połowa
      ludności miast) i jego gustowne urządzenie (jedno z kryteriów – liczba
      toalet...), możliwości studiów za granicą. Liczą się „znamiona prestiżu” w
      rodzaju telefonów komórkowych, komputerów, samochodu, modnej odzieży, a
      ostatnio także urlopowe podróże zagraniczne.

      <...>

      Współczesnymi bohaterami i idolami dla młodego pokolenia w Chinach są ludzie
      interesu, którzy jak przysłowiowy pucybut z Nowego Jorku doszli do wielkich
      pieniędzy z niczego. Takim idolem był swego czasu wspomniany Mou Qizhong; dziś
      są takimi wzorcami jeszcze bogatsi od niego: Ren Zhengfei – były oficer armii
      chińskiej, którego telekomunikacyjna firma Huawei jest szacowana na pół
      miliarda dolarów, czy hodowca drobiu Liu Yongchang, który dorobił się
      obliczanego na równo miliard dolarów majątku na paszy dla kur. Najstarszy i
      najbogatszy w ChRL businessman – 84-letni Rong Yiren (były wiceprzewodniczący
      ChRL, czyli zastępca głowy państwa), plasuje się niejako w innej kategorii,
      ponieważ jest potomkiem bankierów i przemysłowców, ergo dziedzicem rodzinnej
      fortuny, nieco uszczuplonej przez władze komunistyczne po 1949 r.

      <...>

      Zarabiających duże i wielkie pieniądze jest jeszcze w Chinach niewielu:
      zaledwie 1 proc. ogółu ludności (1,25 mln osób) może poszczycić się rocznym
      dochodem wynoszącym ponad 200 tys. yuanów (24 tys. dol.). W Shenzhenie
      przeciętna pensja miesięczna to 1852 yuany (224 dol.), w Kantonie – 1231 y (149
      dol.). Niespełna 5 proc. ludności ma na swoich kontach ponad połowę ogółu
      oszczędności, wynoszących 6 trylionów yuanów, a do 20 proc. obywateli należy 80
      proc. wkładów oszczędnościowych. Nadal na czele listy najbardziej pożądanych
      zawodów widnieją profesje politycznie nacechowane – mer, sekretarz partii,
      minister, gubernator, i to nie ze względu na zarobki, które są śmiesznie niskie
      (premier zarabia w ChRL 266 dol. miesięcznie, a minister 169 dol.), lecz
      koneksje, zakres władzy i uprawnień oraz wszelkie „dodatki”.

      • sirland Re: smok albo robak - styl zycia 21.02.05, 12:31
        Jak już się trochę dorobią, to zacznie im czegoś brakować. A czego może
        brakować facetom, którzy w Chinach stanowią większość?

        wink

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka