ulubiony19
08.04.11, 23:13
Około 1,5 h temu przeszedłem samego siebie. Dość dawno czegoś w ten deseń nie robiłem, więc znów mocno poczułem, że żyję.
Ostatnio chodzę (spokojnie, głownie z łóżka do..., z auta do auta, z auta do... itd) trochę podminowany. Zaczyna mnie coś ostatnio wku...ać ten nasz kraj, przepisy, ludzie, drogi... Of koz ja jak to ja, staram się na wszystko patrzeć z jakimś tam dystansem i humorem, ale stałem się bardziej drażliwy i niecierpliwy.
Wczoraj, wracając do domu dostałem mandat 200 zł i 6 pkt (albo 4). Do mojego domu prowadzi jedna z kilku dróg. Ja jechałem tą najbardziej parszywą (bo miałem jeszcze gdzieś po drodze zboczyć). Co prawda ona najszybciej doprowadza mnie do domu (uwzględniając tą samą prędkość), ale poza tym jest okropna. Na początek jest dość długi, kręty fragment w zabudowaniach (czyli i trza 50-60 km/h jechać), gdzie zawsze (!) trafia się przede mną jakaś melepeta jadąca 30-40 km/h i hamująca przed każdym zakrętem. Tu niespecjalnie da się bezpiecznie wyprzedzać, a jedyna okazja robi się po przejechaniu tej partii zakrętów, kiedy przed tobą jest krótka prosta "w polu" umazana ciągłą linią. Potem jest już dość długi łuk, który należy przejeżdżać z prędkością 40 km/h:), ale normalnie można wpaść w niego przy 150 zwyczajnym autem bez zbliżania się do granicy przyczepności (no chyba, że się sprowokuje auto do głębokiego uślizgu) i jest przyjemnie. Ja wyprzedziłem takiego melepete przed tym łukiem ( a więc na zakazie), a na wyjściu z zakrętu drogówka do mnie pomachała, bo za szybko. Wszystko fajnie, ładnie, już pal6 co oni tam robili i tyle. Mandatu i tak nie zapłacę. Leję na to ciepłym moczem. Niech se sami przyjdą po kapustę.
A dlaczego wyprzedziłem i przekroczyłem prędkość? Bo chciałem wykorzystać warunki drogowe do tego, żeby odcinek przejechać szybciej. Tym bardziej, że tam "trzeba" wykazać się przezornością: za tym łukiem jest kawałek w miarę niezłej prostej, tyle że zajebiście wąskiej, jeśli nie wyprzedziłbym planktonu przed ta prostą, wlókłbym się przez kilometr za kimś, kto ze strachu nie umożliwi przeprowadzenia manewru wyprzedzania (a ja też nie chcę narażać ludzi na stres, niech jadą...). Jeśli się wcześniej zostawi z tyłu niedzielnych, a na prostej (także będącej już wybitnie na zadupiu) nie zjawi się przed tobą jakaś "L", to można sporo czasu zaoszczędzić. A to się przydaje, bo dalej jest też prosta, ale po bombardowaniu -dziury walczą ze sobą o miejsce. Jest tak źle , że nawet jadąc bardzo szybko, "nie przeleci się tego" i trzeba wypatrywać najgorszych przeszkód.
Ja kuźwa nie rozumiem. Wszystko jest, wódka, bigos, boiska, szybki internet, paliwo za piątkę, Alfy Romeo w policji, nawet helikoptereem "pirata" będą "ścigać" i wyliczanki prędkości robić. Ale żebyś ty, durny kierowco poczuł się czasem jak ten Niemiec, to ni hu hu. Wszystko na odwrót. Komicznie jest to, że ten zafajdany odcinek drogi jest nieruszany już chyba od 30 lat. Za same mandaty mojego kuzyna dali by już radę połatać dziury pewnie. Ale po co. Lepiej nastawić zakazów, ograniczeń, malować linie, "powężać" drogi nowymi chodnikami i wysyłać patrole w miejsca, gdzie żeby się zabić, trzeba być idiotą.
Apropo jeszcze mojego portfela
forum.gazeta.pl/forum/w,20,122843137,122843137,Moze_lepiej_nie_wychodzic_z_lozka_.html
Sprawca of koz nie odnaleziony. Wiadomo, sam sobie zaszkodziłem, ale nawet jakbym robił tak 10x w roku, to ludzie od tego powinni się bardziej starać. W końcu to jest przestępstwo.
Powód tego, że chłopaki se nie poradziły, to kiepski monitoring (słabo widać, a jeśli już to w skromnym obszarze). Ja jebie. Podjeżdza jakiś ciul
, zatrzymuje auto przed wejściem na stację, wychodzi z auta, schyla się po mój portfel i odjeżdża. I tego nie widać!? To co ku... widać? Jak jest monitoring, to powinien funkcjonować tak, jak trzeba, a nie nagrywać tylko tych, co tankują. Następnym razem jak pojadę na tą stację, to zatankuję aż mi się na buty będzie wylewać i odjadę. Ciekawe czy wtedy monitoring pomoże ująć złodzieja.
Obywatel jest zawsze ru...y i tylko on sam może całkowicie zadbać o swój los. Nikt ci nie pomoże, jak się noga podwinie.
Jestem nieusatysfakcjonowany.
Co do sedna. Dziś podjechałem na taki parking. Mały, szpetny, źle ukształtowany. Ogólnie lipa jak cholera. Ale na parkometr starczyło, który stoi od kilku tygodni. Cały był zapchany, z małym wyjątkiem. Jakiś przygłup postawił Lagune na dwóch miejscach i to jeszcze krzywo. Rozemocjonowany nie pomyślałem i wmontowałem się na milimetry w sumie. Po chwili zauważyłem, że dam radę wyjść tylko dachem, ale to głupie by było. Przejechałem więc na skraj parkingu, ustawiając się zgrabnie, aczkolwiek raczej poza końcem trochę. Wiem, to brzydko z mojej strony, więc usprawiedliwia mnie tylko to (obiektywnie raczej nic), że tak zaparkowane auto absolutnie nie wadzi nikomu i niczemu (wniosek taki, że parking jest źle wyznaczony-za mało go). Bileciku nie brałem, bo już późno było.
Przychodzę po dłuższej chwili i patrzę, a tu auto skute jakby się cuda działy. Przeszedłem się po parkingu w celu sprawdzenia, czy jeszcze kogoś wyróżniono. Ale nie. I tu poczułem się znieważony: pełno debili stojących kilometr od siebie (bynajmniej nie z powodu, że im ktoś może lakier pocharatać-wozy mieli niechlujne), ze dwóch stojących za dwóch i cymes- Panamera, na której szybie za cholerę nie mogłem odnaleźć stosownej wlepy...
Zrobiłem więc coś, o czym od dawna marzyłem w sumie. Mianowicie, wyruchałem szeryfa:)
Na początku chciałem odjechać razem z blokadą, nagrać to i wrzucić na jutuba:) Ale jeszcze za cienki do tego jestem. Postanowiłem, że jakoś się pozbędę tego balastu. Myślałem na początku, że zadzwonię po znajomego laweciarza, który uniesie auto i ustawi na lawetę (ja ma zwyklą, więc musiałbym targać). Ale sam znalazłem sposób jak to obejść (no tak po prawdzie to podobny wyczyn krąży gdzieś w sieci:)). Uniosłem auto na podnośniku, co dawało lepszy dostęp do śrub i pozwalało kręcić kołem. Trochę gimnastyki z kluczem i koło udało się zdjąć!:) Założenie "zapasówki" było już formalnością. Gdyby to było jakaś zniszczona stalowa obręcz, to bym zostawił na środku, żeby panów wpienić i ośmieszyć. A tak włożyłem do bagażnika i odjechałem.:)
Co do samego klinowania, to jest to okropnie zły pomysł dla kogoś takiego jak ja. Lewusy obiły mi krawędź tylnego błotnika!!! Tak być nie powinno. Myślę, że wiele razy im się to zdarza. Gdyby to auto (tak w ogóle to był nowy VW Passat) było moje, to bym czekał na strażników, celem skopania ich tyłków.
Teraz sam jestem złodziejem, ale niedługo będę rozkminiał z kumplem, jak uwolnić koło bez cięcia tego szajsu. Jak już to zdejmiemy, to pomaluję to różowym szprejem i po północy zawiozę w to samo miejsce. Ale to nie koniec. Biorę ze sobą gruby łańcuch, którym przymocuję klina do takiego dość masywnego drzewka rosnącego przy krawędzi miejsca mojego postoju:)
Ale będą jaja!:)
Teraz mi napiszcie, co mi za to grozi. Zapewne spisali numery, być może zrobili fotę.
Jutro pewnie policja do mnie zajrzy, nie (na pewno mnie nie będzie)?
Pozdr