Gość: OLO I
IP: *.chello.pl
28.04.03, 15:17
W sobote pojechałem załatwiać cos na mieście. Dojechałem tam gdzie chciałem bez problemów. Wsiadam, kręce kluczykiem - dupa. Brak prądu na desce rozdz., rozrusznik kręci ale nie zapala. Na szczęście (a może nie?) obok był elektryk samochodowy(?). Zostawiłem mu auto, żeby coś z tym zrobił. I zaczęło się. Kostka przy stacyjce do wymiany, rozbebeszone przewody spod deski, alarm, zwieranie na krótko Bóg wie czego. Po 3 godz. w końcu mi nerwy puściły, kazałem mu skończyć (auto dalej nie uruchomione). Ściągnęłem z kumplami auto na mój parking, a mój brachol się tym zajął. 5 minut później wraca - auto chodzi :).
Co sie okazało? Poluzowała się wtyczka od kompa (o ile w Atu można to tak nazwać) ale obudowa wtyczki była na miejscu i nic nie było widać.
O ile ja się mogłem na tym nie znać, to ten gościu, zamiast zajrzeć pod maskę, rozpieprzył mi pół auta a drugie pół zamierzał, a i tak by nic nie znalazł. Jednym słowem strzeżcie sie takich panów Włodków!!