braineater
15.05.07, 14:11
czyli Wielki Biały Bwana spotyka muzyków z ekipy Fela Kutiego i sprawdza, co się da z nich wykrzesać.
I jest tak, że zamknięcie trzech Murzynów w garażu w mieście Lahti, gdzie słowo upał występuje w kontekscie temparatur oscylujących w okolicach -20C nie wyszło nikomu na dobre.
Teoretycznie jest tak, że na tej płycie sa wszystkie firmowe znaki Tenora, które powodowały, że co nagrał, to było masterpisem, albo prawie masterpisem. Jest zdrowa jazzowa napierdalanka, jest Jukka Eskola wycinający cudawianki na trabce, sa naprawdę nieźli mistrzowie afro-beatu, którzy mimo mocno emerytalnego wieku, nadal wiedzą, co chcą od muzyki, jest hajlajtowy instrumentalny hicior Horror Waters, jest wreszcie Tenor z kolejnymi wesołymi tekstami, głównie o dupach i próbujący wrócić do okresu kiedy to chciał zostać najbardziej białym barymwhitem; jest powrót do kompozycji w stylu tych, które niepodzielnie rządziły na Intervision i wreszcie jest profesjonalizm nagrań.
Tylko to wszystko nie jest w stanie zaśłonić jednego faktu, a mianowicie, że płytka ta jest kurewnie nudna. Gdyby nie ten wspomniany już Horror Water,, cudownie robujany instrumenta, co go spokojnie można postawić obok Much More Psychodelic albo Take Me, Baby, to człowiek mógłby sobie zapodac ten materiał, połozyć głowę na poduszcze i nic kompletnie by go przez tę godzinę nie obudziło.
I normalnie nie rozumiem o co chodzi - fakt, nudna płyta może trafić się każdemu, nawet Waitsowi (Alice), ale żeby aż tak, to to jest po prostu niepojęte. Wszystko jest tam jakieś strasznie rozwlekłe, pozbawione uczucia jak albumy Britnejki, przepieszczone w produkcji, tak jakby była to płyta spod znaku 'hej popatrzcie jak mistrzowsko pitolimy na tych instrumentach' zamiast jak wszystkie dotychczasowe dokonania Tenora, czyli 'cześć, przyniosłem wam muzę, co urywa łeb'.
Bleh, się nie spodziewałem, że można tak profesjonalnie spieprzyc materiał, co się tak dobrze zapowiadał.
P:)