Dodaj do ulubionych

Homilie, czytania na każdy dzień...

    • iktoto Homilia 4 Czw 1 02.02.11, 19:42
      Hbr 12,18–19.21–24
      Mk 6,7–13

      Wy natomiast przystąpiliście do góry Syjon, do miasta Boga żyjącego ... na uroczyste zebranie (Hbr 12).

      Autor Listu do Hebrajczyków daje nam przeciwstawienie pomiędzy przymierzem na Synaju wyrażającym się: dotykalnym i ogniem, mgłą, burzą itd. a nowym przymierzem w Jezusie Chrystusie, który przedstawia: miasto Boże, uroczyste zebranie, Kościół i samego Chrystusa. Zobaczmy na czym polega różnica? Najważniejsza polega na tym, że pierwsze przymierze na Synaju opisane jest w kategoriach zjawisk przyrody, mocnych i groźnych w swoim wyrazie, które reprezentowały objawienie się Boga na Synaju. Natomiast drugie przymierze widziane jest w kategoriach wspólnoty ludzi i aniołów, jest zgromadzeniem uroczystym w obliczu Boga. Tam nikt nie mógł wytrwać wobec strasznych zjawisk i nawet Mojżesz drżał, tutaj natomiast wszyscy wpatrują się w oblicze Boga bez lęku. Sam ten opis bardzo przypomina Apokalipsę z jej zasadniczą scenerią, na której rozgrywają się wszystkie wydarzenia. Jest nią uroczysta liturgia niebieska. Podczas niej odsłania się misterium i sens wydarzeń, jakie dokonują się na ziemi. Istotne jest to, że punktem odniesienia, zasadniczym obrazem prawdziwej rzeczywistości jest w niej, tak jak w Liście do Hebrajczyków, uroczyste zgromadzenie liturgiczne. Ten fakt zawiera w sobie ważne przesłanie i konsekwencje.

      W rozmowie z prof. Anną Świderkówną opublikowaną w książeczce: Od bogów pogańskich do Boga żywego tematem jest relacja do boga u pogan, u żydów i chrześcijan. Chodzi w niej o uchwycenie tego, co jest najważniejsze, co wyróżnia chrześcijański sposób odnoszenia się do Boga. Nie jest nim określenie Boga, czy imię Boga, co jest punktem kluczowym dla świadków Jehowy. Ostatecznie okazało się, że kategorią wyróżniającą chrześcijaństwo jest komunia, koinonija, communio. To pojęcie nie ma dokładnego odnośnika w języku polskim. Nie jest nim ani sama „wspólnota”, bo to określenie jest zbyt luźne, nie jest nim także „jedność”, bo to określenie może sugerować zlaniem się podmiotów. Komunia, jak to określiła p. Profesor, to taka wspólnota, w której każdy jej członek może powiedzieć do drugiego: „Wszystko co moje, jest twoje, a wszystko co twoje, jest moje”. Przy czym owo „moje” i „twoje” nie dotyczy tylko dóbr zewnętrznych, ale także wszystkiego czym jestem bez utraty własnej oryginalności. Punktem odniesienia jest komunia Trójcy Świętej. „Wszystko co moje, jest twoje ...” wypowiada Pan Jezus w Modlitwie arcykapłańskiej skierowanej do Ojca podczas Ostatniej Wieczerzy. To było jednocześnie miejsce, gdzie rodziła się owa komunia Boga z ludźmi, rodził się Kościół, to było zgromadzenie liturgiczne nowego porządku.

      Wy natomiast przystąpiliście do góry Syjon, do miasta Boga żyjącego – trzeba przeczytać w tym kontekście. Przystąpiliśmy do komunii z Bogiem żywym i Jego świętymi. Nie jest to już relacja do siły, potęgi, które przeraża, ale komunia osób, święte zgromadzenie. Pokropienie krwią, która przemawia mocniej niż [krew] Abla – wskazuje na krew Nowego Przymierza, przelaną przez Chrystusa na krzyżu. Samo pokropienie wskazuje na gest wykonywany podczas zawierania przymierza. Pamiętamy, że Mojżesz pokropił krwią ofiar zarówno ołtarz – symbol Bożej obecności i lud. Ten gest oznaczał wejście w ścisłą więź, więź tak mocną jak więź krwi, więź na życie i śmierć. I to doskonale wyraża ofiara Chrystusa. On oddał za nas swoje życie „nabywając nas na własność”, jak powie św. Paweł (por. Dz 20,28).

      To całe misterium obecne jest w Eucharystii. Tutaj mamy święte zgromadzenie z Chrystusem i Jego aniołami. Zawsze musimy pamiętać o tej drugiej stronie naszego zgromadzenia. Tutaj następuje pojednanie z Bogiem i wejście w komunię z Nim przez Chrystusa, który nie tylko się za nad wydaje, ale się także nam daje w komunii. Daje nam w ten sposób ów przystęp do miasta Boga żyjącego, Jeruzalem niebieskiego, do niezliczonej liczby aniołów, na uroczyste zebranie, do Kościoła pierworodnych, którzy są zapisani w niebiosach, do Boga (Hbr 12,22n). Tu się to dokonuje. Zasadniczy problem polega na naszej przytomności i prawdziwej obecności w misterium, w którym uczestniczymy.

      Msza św. kończy się rozesłaniem: „Idźcie w pokoju Chrystusa!” Tutaj dotykamy tego, co opisuje dzisiejsza Ewangelia. „Idźcie” – Pan Jezus wysyłał po dwóch na głoszenie Ewangelii. Dlaczego po dwóch, a nie pojedynczo? Nie bez znaczenia jest starotestamentowa zasada, że na świadectwie dwóch lub trzech winna opierać się sprawa. Dopiero świadectwo dwóch osób stawało się wiarygodne. Ale istnieje też inny, chyba ważniejszy powód: głoszona dobra nowina dotyczy owej komunii. Głoszenie komunii może być jedynie świadectwem, a nie ideologią. Takie świadectwo może złożyć jedynie żywa wspólnota. Pojedynczy człowiek może jedynie o niej opowiadać. Zobaczmy, jaki silny akcent kładzie na takim świadectwie Ojciec święty w adhortacji Vita consecrata. Apostolskie są wpierw wspólnoty, a jej członkowie dopiero jako ci, którzy z nich wychodzą i dalej świadczą. Myślę, że dzisiaj jest to szczególnie ważne, tego świat najbardziej potrzebuje: świadectwa prawdziwej komunii. Skończył się czas ideologii, nawet najwspanialszych, pobożnych, dzisiaj trzeba świadectwa komunii.

      Wy natomiast przystąpiliście do góry Syjon, do miasta Boga żyjącego, do komunii we wspólnocie świętych... Nie do potęgi większej od innych potęg. Nie do siły, którą można jakoś obłaskawić i wykorzystać do swoich celów, ale do komunii miłości z Bogiem żywym! Idźmy więc i tę komunię głośmy, komunię, nie ideę, wspaniałe recepty na życie, siłę, wspaniałość, ale komunię żywą, której uczymy się we wspólnocie z braćmi.


    • iktoto Homilia 4 Pt 1 04.02.11, 10:58
      Hbr 13,1–8
      Mk 6,14–29

      Ewangelia dzisiejsza opisująca okoliczności, które doprowadziły do ścięcia Jana Chrzciciela, przedstawia jedną z najbardziej wstrząsających scen Nowego Testamentu: ścięcie Jana Chrzciciela, proroka, „największego z narodzonych z kobiety”, z kaprysu monarchy namówionego przez Herodiadę za pośrednictwem Salome, jej córki. Scena odsłania przewrotność ludzkiego serca. W Piśmie Świętym mamy kilka przykładów podobnej przewrotności u kobiet: Izebel, żona Achaba – króla Izraela, zamordowała przewrotnie Nabota, aby zdobyć jego posiadłość, wymordowała proroków Pana, czyhała na śmierć Eliasza. Dalej Atalia, matka Ochozjasza, która wymordowała wszystkich swoich wnuków. Joel, która podstępnie zamordowała Sicerę. Podstępność i przewrotność to jeden biegun serca ludzkiego. Istnieją także przykłady heroicznych kobiet np. matki siedmiu synów z Księgi Machabejskiej, która patrzy na śmierć swoich synów umacniając ich w wierze. W każdym z nas istnieją oba bieguny: biegun zła i biegun dobra. Ostatecznie od nas zależy, w którą stronę pójdziemy. Wybór właściwie polega na tym, czy wybieramy drogę realizacji swoich pragnień, jakie się w naszym sercu pojawiają pod wpływem tego, co oferuje świat, czy szukamy pełnej prawdy ukrytej w Bogu.

      Herodiada nie była w stanie znieść krytyki św. Jan, który wytykał jej cudzołóstwo, zdradę swojego męża i pójście za innym i to do tego jego bratem! Jak widać na jej przykładzie, nienawiść potrafi całkowicie nas zaślepić. Pod jej wpływem nie można dobrze widzieć i odróżniać dobra od zła. Własne pragnienia stają się normą ponad wszystko. Dla przeprowadzenia swojej woli człowiek potrafi zrobić wszystko. Przestaje dla niego istnieć świętość. Szczególna potworność sceny polega nie tylko na tym, że Herodiada poleciła zabić proroka, w historii nie był to jedyny przypadek, prorocy bywali prześladowani, nienawidzeni i zabijani, o czym mówił sam Pana Jezus. Potworność zbrodni polega na tym, że Herodiada robi to za pomocą swojej córki wciągając ją w zbrodnię. Matka namawia swoje dziecko do bestialstwa! I co jest przerażające, Salome bez żadnego oporu od razu spełnia wolę matki! Gdzie jest sumienie? Dodatkowego kolorytu potworności nadaje scenie fakt, że dla zbrodni zostało wykorzystane piękno. Norwid pisał kiedyś, że piękno jest po to, by zachwycało do pracy, a ta po to, by się zmartwychwstało. W tej scenie piękno służy zbrodni! Jakaż profanacja! Ta scena powinna być dzisiaj wielkim ostrzeżeniem dla rodziców, którzy wychowują swoje dzieci dbając bardzo o ich piękno zewnętrzne, zdolności intelektualne, atrakcyjność, zapominając o ich sumieniu i wychowaniu do kierowania się prawdą. Piękno, jak widać, może służyć najgorszym sprawom!

      Herod podobnie nie potrafi się kierować prawdą i dobrem. Ważniejsze dla niego były względy ludzkie – spełnienie obietnicy danej po pijanemu, niż sprawiedliwość. Kiedy względy ludzkie i estetyczne zostają oderwane od prawdy i dobra, możliwe są najbardziej podłe czyny.

      Sam Herod Antypas w dalszym życiu doświadczył na sobie także kaprysu władcy. Cesarz Kaligula kilka lat po opisane w Ewangelii scenie (w 39 r.) odebrał mu królestwo i skazał na wygnanie.

      List do Hebrajczyków z kolei mówi nam o podstawowych zasadach relacji między osobami, pozwalające zachować pełnię życia. Wpierw i przede wszystkim należy strzec miłość z całej siły zarówno w wymiarze miłości braterskiej, jak i miłości małżeńskiej, dalej trzeba być wolnym od chciwości, skromnym, gościnnym, okazywać miłosierdzie wobec cierpiących, zaufanie pokładać w Bogu. Taki duch niesie z sobą pokój, a z nim radość życia, której ludzie rządzeni namiętnością na próżno będą szukali.


    • iktoto Homilia 4 Sob 1 04.02.11, 20:48
      Hbr 13,15–17.20–21
      Mk 6,30–34

      Autor Listu do Hebrajczyków modli się: niech [Bóg] was uzdolni do wszelkiego dobra, byście czynili Jego wolę, sprawując w was, co miłe jest w oczach Jego (Hbr 13,21).

      Święty Tomasz z Akwinu i klasyczna filozofia mówi, że wola człowieka zawsze pragnie dobra. Problem polega jednak na tym, że nie zawsze prawdziwie rozpoznaje dobro. Dlatego List do Hebrajczyków dopowiada, że dobro polega na tym, co jest zgodne z Bożą wolą. Jest to bardzo trudne doświadczenie. Kiedy np. młode małżeństwo dramatycznie przeżywa chorobę dziecka. Zaraz po urodzeniu miało kłopoty z oddychaniem, dlatego został podłączony do aparatu, potem, gdy je już odłączyli, okazało się, że złapało infekcję i miało wylew. Do tego odkryto poważną wadę serca i musiało przejść poważną operację. Przy czym przy takiej wadzie serca 40% dzieci ma zespół chorobowy Downa. Jeżeli jeszcze się dołoży do tego, że ojciec tego dziecka miał bardzo trudną drogę do Boga i to doświadczenie jest dla niego wielką próbą wiary, to pojawia się pytanie o Bożą wolę. O co Bogu chodzi w takiej sytuacji? Co jest dobrem w takiej sytuacji? Gładka sentencja, z którą każdy z nas się zgodzi, że Bóg zawsze chce dobra i robi to, co dla człowieka najlepsze, wobec takich doświadczeń staje się bardzo trudne do przyjęcia.

      Problem polega na tym, że my nie widzimy tego dobra w takich trudnych sytuacjach. Według naszych kryteriów dzieje się zło i to wobec niewinnego dziecka. Dlaczego?

      Trudno w tym momencie odpowiedzieć na to pytanie, ale zwróćmy uwagę na to, jak Pan Jezus wychowuje swoich uczniów. Po powrocie z wyprawy misyjnej bierze ich na osobność, aby się pomodlili. Byli wówczas pełni nadzwyczajnych doświadczeń. Zachwycała ich zdolność czynienia cudów, o czym wiemy z relacji innych ewangelistów. Pan Jezus, według relacji innych ewangelistów, mówi im, że trzeba inaczej patrzeć: nie z tego się cieszcie, że duchy się wam poddają, lecz cieszcie się, że wasze imiona zapisane są w niebie (Łk 10,20). U św. Marka Pan Jezus nic nie mówi, ale bierze uczniów na miejsce pustynne, aby odpoczęli i się pomodlili. Jedynie w ten sposób można prawdziwie odkryć to, co dobre. Tego się nie da zrobić w rozgardiaszu stale będąc zaangażowanym w świat i jego sprawy. Trzeba odejść na bok i spojrzeć przez modlitwę. Oczywiście nie może to być modlitwa, w której chciałbym jedynie przeforsować swoje: Panie daj mi to... Panie spraw, aby spełniły się moje pragnienia...

      Trzeba pozwolić Bogu przemówić. Apostołowie, pasterze ludu Bożego sami muszą odkryć to, co jest prawdziwym dobrem, aby mogli je później innym przekazywać. Pasterze są właśnie po to, by wskazywać nam prawdziwe dobra. Nie tak, jak sami byśmy chcieli, ale tak, jak je nam daje Bóg.

      Pan jest moim pasterzem,
      niczego mi nie braknie ...
      wiedzie mnie po właściwych ścieżkach
      przez wzgląd na swoją chwałę (Ps 23,1.3).
    • iktoto Homilia 5 Nd A 06.02.11, 11:51
      Iz 58,7–10; Ps 112(111), 4–5.6–7.8a.9

      1 Kor 2,1–5

      Mt 5,13–16

      Wy jesteście so­lą zie­mi... Wy jesteście światłem świa­ta (Mt 5,13.14). Pan Jezus uświadamia nam z jednej strony wielką godność i znaczenie, z drugiej zaś ogromną odpowiedzialność za objawienie prawdziwości Jego posłania. Sól jest tą odrobiną, która nadaje potra­wie smak, a światło czymś znikomym, co pozwala widzieć i rozpo­znać prawdziwy kształt wszystkiego. Tak ma być właśnie z nami w świecie.

      Zauważmy przy tym, że Pan Jezus nie wzywa nas do tego, byśmy się stawali solą, czy światłem, ale że nim jesteśmy! Czy chcemy, czy nie, jeżeli mienimy się być chrześcijanami, tj. uczniami Chrystusa, jako światło jesteśmy przez ludzi odczytywani. I dlatego od nas za­leży, czy orędzie Chrystusa, czy Ewangelia prawdziwie trafi do in­nych. Jest to niesamowita odpowiedzialność, jaką składa w nasze ręce Pan. To przecież sam Jezus przychodzi na świat jako jego światło. Takie orędzie usłyszeliśmy w tym tygodniu podczas święta Ofiarowa­nia Pańskiego, czyli, jak go popularnie zwiemy, Matki Bożej Grom­nicznej. Świeca jest symbolem małego Dziecka, które przyszło jako „światło na oświecenie pogan i chwałę ludu Bożego”. Dzisiaj sły­szymy, że my sami jesteśmy światłem! Czyli mamy udział w posłan­nictwie samego Chrystusa.

      Wynika to z naszego chrztu, który jest włączeniem nas w Chry­stusa, w Jego Ciało, które tu na ziemi uwidacznia się najwyraźniej w postaci Kościoła, czyli wspólnoty wiernych. Święty Paweł wypo­wiada tę prawdę jeszcze nieco inaczej, mówi, że jesteśmy zanurzeni w śmierci Chrystusa, a przez to mamy udział w Jego życiu. Otóż światło jest symbolem życia i je oznacza. Podobnie sól oznacza pełnię życia, życie o pełnym smaku. Jesteśmy światłem świata, bo przynależymy do Chrystusa, do Jego życia w zmartwychwstaniu, czyli w pełnym ży­ciu i dlatego mamy o tym życiu świadczyć.

      Czym ma być nasze światło? W Ewangelii Pan Jezus mówi o tym jasno:

      Tak niech świe­ci wasze światło przed ludź­mi, aby widzieli wasze dobre uczy­nki i chwalili Ojca wa­szego, który jest w niebie (Mt 5,16).

      Myślę, że bardzo precyzyjnie wypowiedział to św. Jan w swoim li­ście:

      Kto twierdzi, że żyje w światłości, a nienawidzi brata swego, dotąd jeszcze jest w ciemności. Kto miłuje swego brata, ten trwa w światłości i nie może się potknąć. Kto zaś swojego brata nienawi­dzi, żyje w ciemności i działa w ciemności, i nie wie, dokąd dąży, ponieważ ciemności dotknęły ślepotą jego oczy (1 J 2,9–11).

      Światłem jest autentyczna miłość obecna w naszym życiu. Jeżeli jej brak, nadal jesteśmy w ciemności (!), nawet wówczas, gdybyśmy z uporem starali się siebie samych i wszystkich wkoło przekonywać, że żyjemy w świetle. W Ewangelii Pana Jezusa charakterystyczne jest to, że rozstrzygająca o prawdzie jest nie deklaracja, ale praktyka ży­cia. Niestety zbyt często mamy do czynienia z antyświadectwem, z zakłamaniem, polegającym na tym, że ludzie uważają się za chrześci­jan, a swoim postępowaniem, brakiem miłosierdzia, przeczą Ewange­lii. Takie postępowanie staje się przyczyną niewiary w Jezusa Chry­stusa u innych. Można by przytoczyć wiele przykładów takiego anty­świadectwa, ale może nie warto, bo każdy zna je z własnego doświad­czenia.

      Warto uświadomić sobie, że światło, o jakim mówi Pan Jezus, nie jest czymś na pokaz, czymś co mamy okazywać innym. Ono jedno­cześnie jest światłem dla nas i światłem dla innych:

      Dziel swój chleb z głodnym, wpro­wadź w dom biednych tułaczy, nagiego, którego uj­rzysz, przy­odziej i nie odwróć się od współziomków. Wte­dy twoje świat­ło wzejdzie jak zorza i szybko roz­kwit­nie twe zdro­wie (Iz 58,7n).

      Nie chodzi zatem, o to, byśmy się pokazali dobrymi, miłosiernymi, sprawiedliwymi..., ale o to, byśmy nimi byli. Wtedy dopiero prawdziwie zaczyna w nas świecić światło. Niestety bardzo często staramy się stwarzać pozory miłości i życzliwości. I dziwimy się, że ludzie łatwo temu nie wierzą. Prawdziwego światła nie da się podrobić, udawać. Jego siłą jest autentyczność. I co jest niezmiernie istotne, tylko wówczas sami zaczynamy inaczej widzieć i rozumieć. Nasze prawdziwe zawierzenie Ewangelii wprowadza nas samych w światło. Wówczas doświadczamy, że Chrystus prawdziwie jest światłem. Sami stajemy się odblaskiem tego światła. Wszystko to otrzymuje bardzo konkretny kształt w naszej postawie życiowej. Ewangelia jest konkretnym światłem w naszym życiu.

      Święty Paweł w Liście do Koryntian wyznaje z całym przejęciem:

      A mowa moja i mo­je głoszenie na­uki nie mia­ły nic z uwodzących prze­konywaniem słów mąd­rości, lecz były uka­zy­wa­niem ducha i mocy, aby wia­ra wasza opie­rała się nie na mądrości ludzkiej, lecz na mo­cy Bożej (1 Kor 2,4n).

      Zawierzenie daje nam prawdziwe zakorzenienie w Bogu i dopiero wówczas nasze życie może stać się owym światłem, które nie jest jedynie czymś zewnętrznym, ale staje się mocą Bożą.
    • iktoto Homilia 5 Pn 1 06.02.11, 19:56
      Rdz 1,1–19
      Mk 6,53–56

      Na początku Bóg stworzył niebo i ziemię (Rdz 1,1).

      Pierwsze zdanie Pisma Świętego zasadniczo określa nasze odnajdywanie się w świecie. Wszystko zostało stworzone przez Boga. „Niebo i ziemia” oznacza dla Żydów wszystko. Grecy w tym miejscu użyliby słowa kosmos, czyli wszechświat. Żydzi mówili bardziej obrazowo odnosząc się do konkretnego doświadczenia. Ziemia i niebo to jest wszystko, co widzimy. Jednocześnie ziemia jest nam dana i ją znamy. Dzisiaj może lepiej niż kiedyś, niemniej stale pozostaje na niej coś do odkrycia. Niebo natomiast jest wysoko, jest dla nas niedostępne. Dzisiaj to, co oznacza ziemię, rozszerzyło się na kosmos badany coraz wnikliwiej od czasów Kopernika. Niebem nie jest dzisiaj to, co widzimy wzrokiem, ale raczej to, co jest poza horyzontem naszego poznania fizycznego, a co jednak istnieje i ma wpływ na nasze życie.

      Najważniejsze w tym pierwszym zdaniu Biblii jest stwierdzenie, że wszystko, co poznajemy i co przekracza nasze poznanie, posiada swoje źródło w Bogu, który to wszystko poprzedza i pozostaje poza. Jak mówimy w filozofii jest transcendentny wobec świata. Sam akt stworzenia jest przemyślany i celowy. Bóg przez trzy dni systematycznie stwarza wpierw przestrzeń: ziemię, niebo, morze, przestrzeń pod niebem a nad ziemią. W trzech następnych dniach tak stworzoną scenę wypełnia istotami żywymi, to znaczyło dla Żydów wówczas istoty, które się poruszały. Dlatego zaliczano do takich istot słońce, księżyc i gwiazdy, bo się poruszają.

      Całe stworzenie nosi w sobie Boży zamysł. Jest to niezmiernie ważne stwierdzenie. Największą pokusą człowieka jest rozpacz, czyli utrata sensu własnego życia i istnienia w całości. Co właściwie oznacza, że wszystko jest bez celu, przypadkowe, bezduszne. Do takiego wniosku może czasem dojść człowiek na podstawie swojego doświadczenia. Biblia natomiast już w pierwszym zdaniu wprowadza nas w przestrzeń uporządkowanego stworzenia, które ma swój sens i cel.

      Dopiero dalsze karty Pisma Świętego odsłaniają prawdę o wprowadzaniu przez Wroga nieporządku, chaosu i rozbicia wewnętrznego w człowieku i pomiędzy ludźmi. Autor Księgi Mądrości pisze na ten temat:

      Bo dla nieśmiertelności Bóg stworzył człowieka – uczynił go obrazem swej własnej wieczności. A śmierć weszła na świat przez zawiść diabła i doświadczają jej ci, którzy do niego należą (Mdr 2,23n).

      Święty Paweł później w Liście do Rzymian napisze, że całe stworzenie aż dotąd jęczy i wzdycha w bólach rodzenia i z upragnieniem oczekuje objawienia się synów Bożych, by uczestniczyć w wolności i chwale dzieci Bożych (Rz 8,22.19.20). Istnieje tajemnicze powiązanie całego stworzenia i jego relacji do Boga. Kluczową postacią jest w nim człowiek. To on w imieniu całego stworzenia wyraża więź z Bogiem. Dlatego jego grzech przeszedł na całe stworzenie. Dzisiaj widać to wyraźnie po katastrofalnych skutkach naszej działalności. Dlatego Bóg pragnie uzdrowić przede wszystkim człowieka, a przez niego dopiero nastąpi uzdrowienie całego świata.

      Ewangelia dzisiejsza przedstawia Jezusa jako cudownego uzdrowiciela: wszyscy, którzy się Go dotknęli, odzyskiwali zdrowie (Mk 6,56). W ten sposób ukazuje się On jako źródło odnowy. Na Taborze Bóg powie do Piotra, Jakuba i Jana: To jest mój Syn umiłowany, Jego słuchajcie (Mk 9,7).
    • iktoto Homilia 5 Wt 1 07.02.11, 21:46
      Rdz 1,20–2,4a
      Mk 7,1–13

      A wreszcie rzekł Bóg: Uczyńmy człowieka a Nasz obraz, podobnego Nam (Rdz 1,26).

      Ta decyzja Boga miała daleko idące konsekwencje. Bóg jak gdyby zastanawiał się przed stworzeniem człowieka, bo było to zamierzenie, które dotykało Jego samego. Człowiek miał być stworzony na Jego obraz, podobny do Bogu. Jeżeli nie miał to być jedynie pozór, to zamysł był niesamowity. Kiedyś w sporach o istnienie Boga dla ośmieszenia w ogóle idei istnienia Boga stawiano pytanie: „jeżeli Bóg jest wszechmocny, to czy potrafi stworzyć kamień, którego nie potrafiłby podnieść?” Pytanie oczywiście zawiera w sobie sprzeczność. Pokazuje ono bowiem raczej ułomność ludzkiej logiki, niż brak Bożej wszechmocy. Natomiast przy refleksji nad stworzeniem człowieka to pytanie uzyskuje nowy sens. Bóg stworzył wolną istotę, która może wykorzystać swoją wolność do odrzucenia Boga. Człowiek jest tym kamieniem, którego Bóg może nie podnieść, bo nie może zmusić go do odwzajemnienia miłości przez miłość.

      Dzisiejsza Ewangelia odsłania jeden z wymiarów ludzkiej przewrotności. Jest on o tyle dotkliwy, że przyjmuje pozór dbałości o religijną wierność. Taka przewrotność skrywana przed sobą samym jest największą przeszkodą na drodze spotkania się z Bogiem. Jeżeli człowiek kłamie, aby uzyskać dla siebie jakąś korzyść, wiedząc, że kłamie, ma szansę zobaczyć, że to kłamstwo jest czymś wstrętnym. Natomiast kiedy okłamuje siebie samego wmawiając sobie, że szuka Boga, kiedy w istocie szuka korzyści dla siebie czy to przez uznanie, czy w postaci władzy lub majątku, bardzo trudno mu zobaczyć swój grzech. Czym bardziej brnie w takim kłamstwie, tym trudniej się do tego kłamstwa przyznać. Pozór w którym tkwi staje się drugą naturą. Wyjście z tego zakłamania staje się rodzajem śmierci, której się ogromnie boimy. Okłamywanie samego siebie w sprawach wiary i moralnych postaw jest rodzajem grzechu przeciwko Duchowi Świętemu. Jak Bóg mógłby takiego zbuntowanego człowieka, zakłamanego w sobie doprowadzić do pojednania z sobą bez łamania danej mu wolności?

      Po grzechu pierworodnym właściwie rozpoczęła się historia zbawienia. Bóg stopniowo objawiał człowiekowi swój zamysł miłości przygotowując nas na objawienie go w swoim Synu, którego wydał za nasze grzechy. Takie świadectwo powinno skruszyć najbardziej twarde serce człowieka bez łamania jego wolności.

      Każdorazowa Eucharystia jest żywym uobecnieniem tego Bożego gestu.


    • iktoto Homilia 5 Czw 1 i 10.02 11.02.11, 10:49
      Rdz 2,18–25
      Mk 7,24–30

      Drugi opis stworzenia wyraża zasadniczą tajemnicę dotyczącą człowieka w sposób bardziej obrazowy niż pierwszy. W pierwszym czytamy: Stworzył więc Bóg człowieka na swój obraz, na obraz Boży go stworzył: stworzył mężczyznę i niewiastę (Rdz 1,27). Drugi opis stworzenia ujmuje tę samą prawdę jako swoistą historię. Oto Bóg widział, że nie jest dobrze, żeby mężczyzna był sam (Rdz 2,18). Dlatego postanowił stworzyć dla niego odpowiednią pomoc. Wszelkie zwierzęta przyprowadzone do mężczyzny otrzymywały od niego nazwę. Nadawanie nazwy oznacza władzę nad tym stworzeniem. Ten obraz wskazuje, że człowiek nie może odnaleźć właściwej dla siebie „pomocy” w relacji do istot, nad którymi panuje. Taka relacja nie daje mu pełni istnienia, do jakiego został stworzony. Potrzeba mu partnera, kogoś, a nie czegoś, kto jest „kością z jego kości i ciałem z mego ciała”. To znaczy posiada taką samą naturę, jest mu równy i posiada taką samą głębię, co pozwala nawiązań z nim więź, dzięki której człowiek może odkryć własną tożsamość. Dalsze zdanie jedynie potwierdza tę więź: Dlatego to mężczyzna opuszcza ojca swego i matkę swoją i łączy się ze swą żoną tak ściśle, że stają się jednym ciałem (Rdz 2,24). W tym zespoleniu człowiek odnajduje dopiero swoją tożsamość. To zdanie jest uznawane za powołanie przez Boga instytucji małżeństwa. Zobaczmy, że dokonuje się to w samym akcie stworzenia; może lepiej jeszcze wyraża to pierwszy opis mówiący o stworzeniu człowieka mężczyzną i kobietą, co od razu oznacza ukierunkowanie ku sobie. Drugi Sobór Watykański wyraził tę tajemnicę dotyczącą samej istoty człowieka słynnym zdaniem: „Człowiek bowiem jest jedyną istotą, którą Bóg stworzył ze względu na nią samą, ale nie zrealizuje się on w pełni inaczej, jak tylko jako bezinteresowny dar z siebie” (KDK 24).

      Małżeństwo jest podstawową formą realizacji ludzkiego istnienia. Można powiedzieć – najbardziej naturalną, wiążącą się ze stworzoną podwójnością ludzkiej istoty. Ale jak wskazuje sentencja soborowa, ta zasada nie odnosi się jedynie do małżeństwa. Jest ona bardziej uniwersalna. Dotyczy wszystkich ludzi, niezależnie od ich statusu i stanu. Człowiek może stać się sobą jedynie w szczerym darze z siebie. Jeżeli w małżeństwie takiego daru nie ma, nie jest to prawdziwe małżeństwo. Istnieje ponadto wiele innych sposobów bezinteresownego dawania siebie innym i spotykania się w takim obdarowywaniu. Małżeństwo jest najbardziej naturalnym i najbardziej wchodzącym w psychofizyczną intymność sposobem takiego obdarowania. Nie zawsze oznacza to jednak najgłębszą więź. Pan Jezus w Ewangelii ustala nową zasadę rodzinności: więź przez słuchanie słowa Bożego i wypełnianie go. W królestwie niebieskim, gdzie nie będą już się żenili ani za mąż wychodzili, zasada bezinteresownego daru z siebie niewątpliwie nadal będzie obowiązywała, dlatego że jest to po prostu zasada życia samego Boga. Historia stworzenia Ewy jest przykładem ogólniejszej prawdy że słowo Boże zawiera w sobie głębszą treść niż bezpośrednio uchwytny sens. Właściwie jego głębia stale nas przerasta.

      Małżeństwo stworzone przez Boga, a właściwie trzeba powiedzieć, że dotyczy to wszystkich relacji międzyludzkich, tworzy szczerą więź wzajemności pozbawioną jakiejkolwiek konkurencyjności, rywalizacji i chęci wykorzystania drugiego. To właściwie wyrażają słowa o braku wstydu mimo nagości. Grzech wprowadzi w tę więź złe, pożądliwe spojrzenie, które do dzisiaj dominuje wśród ludzi.

      Ewangelia przedstawia tajemnicze spotkanie Pana Jezusa z kobietą spoza narodu wybranego. Nie wszystko w tej scenie jest dla nas jasne. Na prośbę kobiety Jezus odpowiada, wydaje się, bardzo nieprzyjemnie, porównując pogan do psów: Pozwól wpierw nasycić się dzieciom; bo niedobrze jest zabrać chleb dzieciom, a rzucić psom (Mk 7,27). Jednak kobieta przyjmuje to z pokorą i dalej z uporem prosi: Tak, Panie, lecz i szczenięta pod stołem jadają z okruszyn dzieci (Mk 7,28). Ze względu na te słowa, a właściwie ze względu na jej pokorę, spełnia prośbę kobiety. Pan Jezus nie był posłany do pogan. Ojciec posłał Go do narodu wybranego. To dopiero Jezus wyśle swoich uczniów „na krańce świata”, by głosili Ewangelię „wszelkiemu stworzeniu” (zob. Mk 16,15). Stąd, wydaje się, Jego odmowa. Ale dlaczego taka szorstka i właściwie ubliżająca? Czy po to, by pokazać uczniom, czym w istocie jest żydowskie wynoszenie się nad poganami? A może po to, by sprawdzić pokorę kobiety i pokazać ją uczniom? Niemniej wydaje się, że jej pokora była dla Pana Jezusa świadectwem, że ta prośba była z natchnienia Ojca. W pokorze bowiem najbardziej zbliżamy się do Boga. Dlatego Pan Jezus nie był w stanie takiej prośbie odmówić. Pokora przywraca możliwość wejścia w zamierzoną przez Boga głęboką więź pomiędzy ludźmi. Jeżeli jej brak, taka więź jest niemożliwa.

      • iktoto Re: Homilia 5 Czw 1 i 10.02 11.02.11, 10:50
        10.02. – Świętej Scholastyki
        Oz 2,16b.21–22;

        Ap 19,1.5–9a

        Łk 10,38–42

        Dlatego chcę ją przynęcić, na pustynię ją wyprowadzić i mówić jej do serca (Oz 2,16).

        Ozeasz chyba jako pierwszy wprowadził kategorię oblubieńczą w opisie relacji Boga do człowieka. Ona, wydaje się, najlepiej oddaje to, o co chodzi Bogu względem nas. W Ewangelii, w scenie Marii i Marty, Pan Jezus mówi: Maria obrała najlepszą cząstkę, której nie będzie pozbawiona (Łk 10,42). Czym jest owa najlepsza cząstka? W przypadku Marii wyrażała się jej zasłuchaniem w słowa Pana Jezusa. Zasadniczo chodzi o przylgnięcie do Pana: chcę ją przynęcić, na pustynię ją wyprowadzić i mówić jej do serca. Wielkim pragnieniem Boga jest to, by mógł przemówić do naszego serca.

        Dlaczego nie może wprost przemówić do serca? Bóg przecież wszystko może. Niewątpliwie może niejako wlać w nasze serce widzenie, które nas zachwyci i pociągnie do Niego, nie dając szansy żadnym pokusom. Mógłby to niewątpliwie zrobić. Dlaczego zatem pojawia się trudność i jakaś niemożność wyrażająca się słowami: chcę ją przynęcić, na pustynię ją wyprowadzić? Problemem jest nasza wolność, którą nam Bóg dał. Odtąd może przemówić do naszego serca, jedynie całkowicie respektując naszą wolność. Dlatego nie chce się narzucać, nie chce nam jej odbierać.. W Jego wezwaniu zawsze jest aktualne: jeżeli chcesz, to chodź, to słuchaj...

        Jeżeli chcesz?! Dramat naszego życia polega na tym, że Boże zaproszenie brzmi niezmiernie dyskretnie, delikatnie, a oferty tego świata są silne, gwałtowne, namiętne. Dlatego Bóg wydaje się słaby, tak słaby w swoim wezwaniu, jak gdyby Go nie było. Natomiast to co jest na świecie, jawi się nam tak, jak gdyby była to prawdziwa rzeczywistość. W istocie jest dokładnie odwrotnie, bo przemija postać tego świata (zob. 1 Kor 7,31 i 2 Kor 4,18), natomiast obietnice Boże nigdy się nie kończą, stale pozostają niewzruszoną ostoją dla nas. Najbardziej oczywistym dowodem ulotności wszelkich dóbr tego świata jest śmierć. Ona nas całkowicie ogołaca ze wszystkiego tego, co mamy na tym świecie. Co pozostaje? Spotkanie z Bogiem. Maria obrała najlepszą cząstkę, której nie będzie pozbawiona (Łk 10,42) – tutaj, na ziemi, wybrała to, czego nikt i nic jej nie zabierze, nawet śmierć, wybrała przylgnięcie do Pana. Nieco później Pan Jezus powie do jej siostry: Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem. Kto we Mnie wierzy, choćby i umarł, żyć będzie (J 11,25).

        Dlatego chcę ją przynęcić, na pustynię ją wyprowadzić – wobec ogromnego hałasu świata i jego atrakcji, przemijających, jak widzieliśmy, pustynia jawi się jako miejsce ogołocenia z tych pozorów. Doświadczenie pustyni prowadzi do wyciszenia i przez to słuchania tego, co pochodzi z prawdy. Tutaj dopiero Bóg może „przemówić do serca”, bo umilkł hałas tego świata. Ale to doświadczenie jest możliwe jedynie wówczas, gdy się na nie otworzymy. Samo wyprowadzenie na pustynię nie gwarantuje otwartości na głos Boga. Z historii Izraela wiemy, jak lud narzekał, bo w Egipcie miał „cebulę i czosnek”, a na pustyni jedynie mizerny chleb niedostatku. Ciągłe wracanie do przeszłości, noszenie w sobie pretensji, powodują, że Bóg nie może przemówić. To, co do nas mówi, nie dociera do serca.

        Pamiętam kiedyś rozmowę z koleżanką, która zachorowała na stwardnienie rozsiane. Chorowała już szereg lat, stopniowo osuwając się w zniedołężnienie. Stale walczyła o nadzieję, że się wyleczy. Pewnego razu mój kolega, dominikanin, patrząc na nią, jęknął: „Tyle cierpienia się marnuje!”. I ona wówczas zrozumiała, że jej cierpienie jest ogromnym kapitałem, który trzeba oddać Bogu, poświęcić w dobrej intencji.

        Aby pustynia stała się dla nas płodna, potrzeba jej akceptacji z naszej strony. Ale ta akceptacja jest naprawdę możliwa jedynie wówczas, gdy wiemy, że na jej tle dokonuje się spotkanie z Bogiem żywym. Że to On nas przez nią prowadzi i przemawia do naszego serca. Potrzeba z naszej strony odpowiedniej optyki i rozumienia, optyki sięgającej ostatecznej prawdy. Tę prawdę ukazują wizje z Apokalipsy: Alleluja, bo zakrólował Pan Bóg nasz, Wszechmogący (Ap 19,6). To królowanie Pana musi wpierw dokonać się w naszym wnętrzu, aby wszelkie doświadczenia prowadziły nas do tej ostatecznej pełni.

        Pustynia staje się miejscem odnajdywania życia, gdy nosimy w sercu to ostateczne spełnienie i tęsknotę za nim. To jest ów wybór najlepszej cząstki: uznanie Boga za osobistego Pana i Króla .Wszelkie ogołocenie staje się wówczas oczyszczeniem, sposobnością do lepszego patrzenia i rozumienia.

        Życie monastyczne, jakie wybrała św. Scholastyka, polega w istocie na wyjściu na pustynię z takim nastawieniem, by na niej spotkać Boga żywego. Aby to stało się możliwe, trzeba świadomie uznać, że nie ma dla nas niczego ważniejszego od Niego, od nieustannego szukania Go. Ta propozycja monastyczna jest aktualna także dla osób żyjących w świecie, ponieważ wyjście na pustynię dokonuje się w sercu każdego z nas.


    • iktoto Homilia 5 Pt 1 11.02.11, 10:50
      Rdz 3,1–8
      Mk 7,31–37



      Piękny zamysł Boży odnoszący się do człowieka i całego stworzenia został przez grzech głęboko podważony. Jego skutki do dzisiaj nas nękają. Opis grzechu rajskiego, podobnie jak poprzedzający go opis stworzenia Ewy, jest próbą obrazowego przedstawienia tajemnicy mieszkającego w nas grzechu. Jego istotę bardziej precyzyjnie i niejako bezpośrednio opisał w 7. rozdziale Listu do Rzymian św. Paweł. Genialność opisu grzechu rajskiego polega na tym, że niezmiernie syntetycznie oddaje on istotę samego grzechu i sposób jego działania. Warto sobie przemyśleć opisaną scenę dialogu pod drzewem w raju i dalej jej konsekwencje.

      Pytanie węża jest skierowane do Ewy, która reprezentuje emocjonalno-egzystencjalną sferę ludzkiego życia. Zauważmy, że nie jest ono w istocie pytaniem, choć posiada taką strukturę, ale pewną sugestią: Czy rzeczywiście Bóg powiedział: Nie jedzcie owoców ze wszystkich drzew tego ogrodu? (Rdz 3,1). Wąż pewnie wiedział dobrze, jaki był zakaz Boży. W pozornym pytaniu chodziło mu raczej o wzbudzenie wewnętrznego niepokoju, co jak widać z odpowiedzi Ewy, się mu udało. Ewa odpowiada: Owoce z drzew tego ogrodu jeść możemy, tylko o owocach z drzewa, które jest w środku ogrodu, Bóg powiedział: Nie wolno wam jeść z niego, a nawet go dotykać, abyście nie pomarli (Rdz 3,2n). Pierwsza część odpowiedzi jest prawdziwą relacją, natomiast dalsza odkrywa pojawiający się lęk: nawet go dotykać. Tego nie było w nakazie Boga, ale nie sama treść dodatku jest w tym momencie istotna. Najważniejszy jest lęk, który wyraża wyolbrzymienie Bożego zakazu. Zdradza on pojawiającą się w relacji do Boga separację. W relacji pełnego dziecięcego zaufania nie ma miejsca na lęk. Święty Jan w swoim liście napisał: W miłości nie ma lęku, lecz doskonała miłość usuwa lęk, ponieważ lęk kojarzy się z karą. Ten zaś, kto się lęka, nie wydoskonalił się w miłości (1J 4,18).

      To jest rozstrzygający moment w historii pojawienia się grzechu. Na zewnątrz nie wydaje się on jeszcze grzechem, nie ma jeszcze czynu, który łamie Boży zakaz, ale dokonało się już pęknięcie, które zaowocuje zewnętrznym grzechem. Musimy pamiętać, że w naszym życiu dzieje się podobnie. To sfera emocjonalno-egzystencjalna zasadniczo rozstrzyga o naszym myśleniu. Niestety, najczęściej myślimy życzeniowo, to znaczy tak układamy racje i argumenty, aby uzyskać sens zgodny z naszymi pragnieniami lub chęcią uniknięcia niekorzystnych wniosków. Jest to szczególnie widoczne w sporach pomiędzy ludźmi. Większość sporów dotyczy nie tyle obiektywnych spraw i zasad, ile opinii, intencji, interpretacji, nastawień, pretensji itd., czyli tego, co bezpośrednio wiąże się ze sferą emocjonalno-egzystencjalną. Wystarczy przyjąć za punkt wyjścia odpowiedni klucz interpretacyjny, którego podstawą jest ocena czyichś intencji i nastawień, a można stworzyć całą logiczną konstrukcję odnoszącą się do jego zachowań. Jednocześnie, gdy się przyjmie inny klucz oparty na innych ocenach intencji i nastawień, odsłania się zupełnie inny sens tego samego działania, czasem wręcz sprzeczny z poprzednim. Najbardziej otwarcie widać to w sporach politycznych odnoszących się do działań osób publicznych. Skrajnie przeciwstawne oceny i brak porozumienia pomiędzy dyskutantami ujawniają moc uprzednich nastawień.

      Kiedy pojawiło się pęknięcie w zaufaniu do Boga, wąż uderzył zdecydowanie. Zobaczmy jednak, że nie namawiał Ewy bezpośrednio do przekroczenia zakazu Bożego, ale „jedynie” podważył zaufanie do Boga: Na pewno nie umrzecie! Ale wie Bóg, że gdy spożyjecie owoc z tego drzewa, otworzą się wam oczy i tak jak Bóg będziecie znali dobro i zło (Rdz 3,4n). Jądrem grzechu jest zatem brak zawierzenia Bogu, co w konsekwencji prowadzi do osamotnienia i lęku. Lęk natomiast staje się podstawą do błędnego myślenia dążącego do zdobycia wyobrażonego dobra, które miałoby dawać człowiekowi zarówno poznanie, jak i poczucie osiągnięcia pełni i bezpieczeństwa przez panowanie nad wszystkim. Właśnie taka logika pojawiła się u Ewy: Wtedy niewiasta spostrzegła, że drzewo to ma owoce dobre do jedzenia, że jest ono rozkoszą dla oczu i że owoce tego drzewa nadają się do zdobycia wiedzy (Rdz 3,6).

      Podobnie jak w przypadku samego myślenia, tak i w relacjach pomiędzy osobami rozstrzygające jest nastawienie serca, które później rzutuje na sposób odbierania czyichś intencji i rozumienie sensu spotkania. Lęk, jaki się pojawił na początku dialogu z wężem, jedynie wzrasta i dokonuje coraz większego spustoszenia w relacjach nie tylko w odniesieniu do Boga, ale i wzajemnych relacjach między ludźmi, co obrazowo opisuje dalszy ciąg opowiadania:

      A wtedy otworzyły się im obojgu oczy i poznali, że są nadzy; spletli więc gałązki figowe i zrobili sobie przepaski. Gdy zaś mężczyzna i jego żona usłyszeli kroki Pana Boga przechadzającego się po ogrodzie, w porze kiedy był powiew wiatru, skryli się przed Panem Bogiem wśród drzew ogrodu (Rdz 3,7n).

      Lęk nie pozwala człowiekowi stanąć przed Bogiem twarzą w twarz, co ma fatalne konsekwencje: niezdolność do przyznania się do grzechu i prośby o przebaczenie. I nawet gdyby Bóg chciał przebaczyć i pojednać się z człowiekiem, nie może udzielić przebaczenia, gdy człowiek wcale nie prosi o nie, a zamiast tego się tłumaczy. Człowiek chce usprawiedliwienia swojego czynu, a nie przebaczenia. Tym samym chce uznania swojej separacji od Boga, a nawet swoistej opozycji do Niego, a tym samym trzyma się w relacji zewnętrznej do Boga. To jednak jest sprzeczne z samą istotą życia i człowieka w szczególności, bo poza Bogiem nie ma życia, ale jedynie jakieś przerażające pustką istnienie.

      Rozpoczynająca się od tego momentu historia spotkania Boga z człowiekiem stanie się historią objawienia wielkości Bożej miłości i Jego wierności człowiekowi mimo popełnionego przez niego grzechu. W pełni objawił to Bóg w swoim Synu posłanym po to, abyśmy poznali Jego miłość. Dlatego Pan Jezus powiedział podczas Ostatniej Wieczerzy, że grzech polega na tym, że nie wierzą we Mnie (zob. J 16,9), czyli nie wierzą w tak daleko idącą miłość Boga.

      Aby w to uwierzyć, trzeba wewnętrznie w pełni otworzyć się na Boże objawienie. Myślenie pod presją lęku i własnych pragnień nie pozwala dostrzec Boga i Jego dobroci nawet wtedy, gdy jej bezpośrednio doświadczamy. Dlatego właśnie w Ewangelii Pan Jezus nakazuje nie mówić innym o doznanym uzdrowieniu. Ten zakaz wskazuje na potrzebę osobistego, we własnym sercu rozważenia doznanego cudu i dostrzeżenia w nim Boga w Jego zbawczym działaniu. Samo uzdrowienie jest bowiem jedynie znakiem czegoś o wiele głębszego. Uzdrowiony w końcu i tak straci nie tylko zdrowie, ale i życie. Natomiast prawdziwy Boży dar jest wieczny. Jeżeli nie odkryjemy tego wiecznego daru, wszystko ostatecznie straci swój sens w chwili naszej śmierci.

      Dajmy sobie szansę odkrycia głębi Bożego obdarowania i miłości, jakich jesteśmy odbiorcami na co dzień. Wyrwijmy się na moment z targowiska świata i skupmy się na tym, czego doświadczamy, patrząc na to przez pryzmat serca.


    • iktoto Homilia 5 Sob 1 11.02.11, 16:47
      Rdz 3,9–24
      Mk 8,1–10

      „Adamie, gdzie jesteś?” Pytanie Boga, skierowane do człowieka w raju po grzechu pierworodnym, sięga bardzo głęboko. Gdzie jesteś? Oczywiście Bóg wiedział, gdzie Adam jest. Nie chodziło zatem o miejsce przebywania Adama. To pytanie jest przede wszystkim apelem; słowa: gdzie jesteś przede wszystkim wyrywają z całkowitego zaaferowania pragnieniem przeprowadzenia własnych planów. Trzeba powiedzieć, że jesteśmy bardzo mocno naznaczeni „myśleniem życzeniowym”, to znaczy takim patrzeniem i ocenianiem, które potwierdza nasze pragnienia. Siła pragnienia, by było tak, jak byśmy chcieli, jest ogromna i myślę, że ulegają jej wszyscy w mniejszym lub większym stopniu i na różne sposoby. Z tradycji monastycznej wiemy, że walka z myślami kierowanymi własnymi upodobaniami jest podstawowym zadaniem mnicha. „Myślenie życzeniowe” jest rezultatem ulegania pokusie owych „myśli”. Zamyka nas ono we własnej subiektywności, którą pragnie się potwierdzić zewnętrznymi argumentami.

      Gdzie jesteś? To pytanie stara się nas wyrwać z owego zamknięcia i stawia nas w otwartej perspektywie. Można oczywiście na nie odpowiadać, trzymając się swojego zamknięcia. Wówczas jednak odpowiedź przybiera formę usprawiedliwiania się: Usłyszałem Twój głos w ogrodzie, przestraszyłem się, bo jestem nagi, i ukryłem się ... Niewiasta, którą postawiłeś przy mnie, dała mi owoc z tego drzewa i zjadłem (Rdz 3,10.12).

      Pytanie Boga jednak niepokoi: gdzie jesteś? co to za droga, którą idziesz, dokąd ona prowadzi? Co robisz, jaki to ma sens?... Jest ono wezwaniem do wyjścia z ukrycia, do stanięcia w prawdzie. Inaczej mówiąc: spójrz, gdzie się znajdujesz egzystencjalnie, dokąd zmierzasz, kim się stajesz? Jeżeli się tłumaczysz, to znaczy, że masz coś do ukrycia, gdzieś uciekasz, nie przyjmujesz prawdy. Wyjdź z ukrycia i stań się sobą.

      Każdy z nas idzie jakąś drogą. Gdzie jesteśmy obecnie? Czy to jest naprawdę ta droga, którą mamy iść? Takie pytania są nam niezmiernie potrzebne. Stają się one dla nas szansą wyjścia z naszego zamknięcia. Aby je prawdziwie podjąć i na nie odpowiedzieć, trzeba nabrać dystansu do siebie i swoich przeżyć i starać się spojrzeć na siebie niejako z zewnątrz. Tutaj jednak stajemy wobec lęku. Boimy się obnażenia naszej słabości, naszego grzechu. Jeżeli do tego dochodzi, staramy się bronić.

      Nikt i nic nie jest w stanie nam dać takiej perspektywy, jaką daje Bóg i spojrzenie na siebie wraz z Nim. Opis z Księgi Rodzaju podaje dalej przebieg swego rodzaju śledztwa, a następnie wyrok, jaki wypowiada Pan Bóg. Tak to wygląda w oczach człowieka, który zgrzeszył i się boi, który jeszcze nie wyszedł ze swojej kryjówki. Jeszcze niczego nie zrozumiał. Nie zrozumiał miłości Boga do niego i odbiera Boże działanie w kategoriach sprawiedliwości karzącej.

      Trzeba będzie całych tysiącleci wychowywania do odkrycia prawdy o Bożym miłosierdziu. Niestety, nie wystarczył prosty gest, jakich człowiek doznaje. Po wyroku Pan Bóg sporządził dla mężczyzny i dla jego żony odzienie ze skór i przyodział ich (Rdz 3,21). Był to gest ojcowskiej miłości. Takim gestem było także „wypędzenie” człowieka z raju, aby stan nieautentycznego istnienia się nie utrwalił i nie pozostał czymś niezmiennym. Praca w „pocie czoła” stała się dla człowieka szansą odkrycia Boga i Jego miłości. Tak się stało z „marnotrawnym synem” i chyba w perspektywie tej przypowieści Pana Jezusa trzeba odczytać sens naszego wydalenia z raju. Niestety, często tego nie rozumiemy, widząc jedynie karzącą rękę Boga. Nie widzimy owej tęsknoty ojca za synem, jaką ukazuje przypowieść Pana Jezusa.

      Nasze spojrzenie zaciemnia subiektywizm. Znamy wszyscy przysłowie: Każdy sądzi według siebie. Właśnie rzutowanie na Boga tego, co jest w naszym sercu, nie pozwala zobaczyć inaczej. I tutaj trzeba czegoś, co nas wyprowadzi z zamknięcia w kręgu własnych myśli. „Gdzie jesteś Adamie?” To pytanie pozostaje dla nas wielką szansą.

      Ewangelia ukazuje inną możliwość: znak. Zobaczmy: na pustkowiu wokół Jezusa gromadzi się wielka rzesza ludzi. Szukali Go, szli za nim nieraz całymi dniami, aby Go słuchać. On mówi im o bliskości królestwa Bożego, czyli przywróceniu pełnej harmonii pomiędzy Bogiem i człowiekiem. Można powiedzieć: o powrocie do raju. Pragnęli tego słuchać. Wyczekiwali tej nowiny od wieków. Wydaje się, że uwierzyli.

      Po nauce Pan Jezus dokonuje rozmnożenia chleba i ryb. Karmi cały tłum siedmioma chlebami i kilku rybami. Pamiętamy: jesteśmy na pustkowiu, na ziemi bezpłodnej. Od razu przypomina się pustynia i manna. Czy jednak ci ludzie to skojarzyli? Dalsze wydarzenia wcale tego nie potwierdziły. Wkrótce Pan Jezus musi napomnieć uczniów, że nic nie rozumieją z tego znaku.

      Spójrzmy na owo rozmnożenie chleba w kontekście wyroku wydanego w raju na Adama:

      Przeklęta niech będzie ziemia z twego powodu: w trudzie będziesz zdobywał od niej pożywienie dla siebie po wszystkie dni twego życia. Cierń i oset będzie ci ona rodziła, a przecież pokarmem twym są płody roli. W pocie więc oblicza twego będziesz musiał zdobywać pożywienie, póki nie wrócisz do ziemi, z której zostałeś wzięty; bo prochem jesteś i w proch się obrócisz! (Rdz 3,17–19).

      Widzimy, jak znak rozmnożenia chleba przerywa niejako owo przekleństwo trudu zdobywania pokarmu, owocu ziemi. W ten sposób kończy się wyobcowanie i rzeczywiście przybliża się królestwo Boże. A co zrozumieli ci, którzy tyle wysiłku włożyli, by odnaleźć Tego, który im mówił o tym królestwie, którzy tak pragnęli, aby ono przyszło? A oto było obecne w ich doświadczeniu, a oni nic nie rozumieli!

      To przedziwny fenomen. Coraz bardziej mnie to zdumiewa i wydaje mi się, że my jesteśmy zupełni podobnie do tych ludzi. Jesteśmy tak samo ślepi mimo ogromnego wysiłku, jaki wkładamy w znalezienie tego królestwa. A ono przecież jest pomiędzy nami. Szczególnie wyraźnie jest obecne podczas Eucharystii. Wiemy o tym wszyscy. Ale czy to przemienia nasze serce?

      Gdzie jesteś, kiedy jesteś na Eucharystii? Gdzie jesteś, kiedy jesteś gdziekolwiek? Czy jesteś przed Bogiem, czy przed sobą i swoimi wyobrażeniami, swoimi myślami? Gdzie jesteś?

      Od tego, gdzie prawdziwie jesteśmy, zależy nasze życie lub śmierć nie kiedyś, ale tu i teraz.

      Panie, daj nam odwagę stawania w prawdzie, zdolność patrzenia, daj nam oczy do widzenia i uszy do słuchania, które przemieniają nasze serce. Amen.


    • iktoto Homilia 6 Nd A 14.02.11, 16:41
      Syr 15,15–20

      1 Kor 2,6–10

      Mt 5,17–37

      Przed ludźmi życie i śmierć, co ci się podoba, to bę­dzie ci dane (Syr 15,17).

      Syracydes uświadamia nam zasadniczą sytuację człowieka na świecie: wybór życia lub śmierci. Jest to wybór ostateczny. Nie ma niczego pośredniego pomiędzy nimi ani nie da się ich pogodzić, podobnie jak nie można pogodzić ze sobą ognia i wody. Na świecie dzisiaj często wybieramy sytuacje pośrednie: trochę tego i trochę tamtego. Odpowiada to naszemu polskiemu: „Jakoś to będzie”. Ostatecznie jednak nie będzie „jakoś”, ale albo pełnia życia w królestwie Boga, albo wieczne potępienie. Wybór należy do nas. Dokonuje się on przez wybór lub odrzucenie Bożych przykazań:

      Jeżeli zechcesz, zachowasz przykazania, a dochować wier­ności jest Jego upodobaniem. Położył przed tobą ogień i wodę, co zechcesz, po to wy­ciągniesz rękę… Ni­ko­mu nie przykazał być bezbożnym i nikomu nie ze­zwo­lił grze­szyć (Syr 15,15n.20).

      Nasza wolność jest naszym największym problemem. Często, niestety, uciekamy w usprawiedliwienie naszych złych czynów, mówiąc, że musieliśmy, że Bóg nas takimi stworzył. Ten argument w sporze o odpowiedzialność moralną jest niezmiernie ważny wykorzystywanym także publicznie w coraz to nowych skandalach i kolejnych lustracyjnych sensacjach. Wskazanie, że upadają nawet najwybitniejsi ludzie, daje innym „usprawiedliwienie” ich moralnej miałkości. „W imię prawdy” pokazuje się zło w Kościele i na szczytach władzy, co nie tylko podważa zaufanie, ale w jeszcze większym stopniu służy lepszemu samopoczuciu obserwatora tego wszystkiego, który może sobie powiedzieć: „Panie, miej mnie za usprawiedliwionego, bo jeżeli oni tak grzeszą, to moje grzechy są wobec ich grzechów niczym!”. Stąd taka atrakcyjność sensacji dotyczących duchownych, sióstr zakonnych i ludzi wysoko postawionych.

      Stopniowo powstaje wizja całości jako ogromnej kałuży błota, w której wszyscy się taplają, tylko niektórzy udają świętych. „Ale jeżeli wszędzie jest bagno, to ja wcale nie muszę być czysty!” To jednak nie jest prawda. Na świecie mimo wszystko jest więcej dobra niż zła. Tyle tylko, że zło jest widoczne i głośne. Największym złem nieustannego karmienia ludzi sensacjami, pomijając kwestię ich prawdziwości jest pokazywanie, jak życie toczy się jedynie wokół tego, co można zdobyć: władzę, pieniądze i sławę. Nic innego się nie liczy, a to oznacza, że nie liczy się także Bóg. Nie rozstrzygając o tym, czy On jest, czy nie i jaki jest, wprowadza się praktyczny ateizm, czyli całkowite ignorowanie Boga. Syracydes przypomina: Uważaj, żyjesz w obliczu Boga:

      Ponieważ wielka jest mądrość Pana, potężny jest wła­dzą i widzi wszystko. Oczy Jego patrzą na bo­ją­cych się Go, On sam po­zna­je każ­dy czyn człowieka (Syr 15,18n).

      Jeżeli tak, to niezależnie od grzechów innych ludzi, będziemy sądzeni z grzechów własnych. Grzechy innych nas nie usprawiedliwiają. Nie stoimy w szeregu konkurentów, którzy starają się zdobyć lepszą pozycję, i cieszymy się, że inni przez swoje grzechy wypadają z konkurencji. My żyjemy przed Kimś i dla Kogoś i dlatego życie ma sens. Jeżeli żylibyśmy jedynie dla siebie, śmierć obnażyłaby cały bezsens naszego życia, które sami wybraliśmy!

      W tej perspektywie warto spojrzeć na Prawo Boże. Pan Jezus mówi w Ewangelii: Nie sądźcie, że przy­szedłem znieść Prawo albo Proroków. Nie przy­szed­łem znieść, ale wypełnić (Mt 5,17). Nie chodzi jednak o Prawo rozumiane jako norma porównawcza pozwalająca nam zobaczyć, ile zyskaliśmy, gdzie jesteśmy, czy jesteśmy lepsi od innych, czy nie… Pan Jezus nie tak rozumie Prawo. Ono jest drogowskazem w życiu. Dlatego jest naszą mądrością, prowadzi nas do życia pełnego, którego ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani ser­ce człowieka nie zdołało po­jąć, jak wielkie rzeczy przy­gotował Bóg tym, któ­rzy Go miłują (1 Kor 2,9). W naszym ziemskim życiu tak naprawdę dopiero się przygotowujemy do prawdziwego życia. Rodzimy się do niego, wybierając drogę Chrystusa, która naznaczona jest krzyżem. Jesteśmy jak dzieci, które się uczą, którym nie wystarczy jedynie samo formalne brzmienie przepisów Prawa, ale potrzeba im Nauczyciela, który by wyjaśnił i pokazał, co te przepisy naprawdę znaczą. Jezus, „wypełniając Prawo i Proroków”, jest tym Nauczycielem.

      Ciekawy jest jednak sam kierunek pogłębienia sensu przykazań. Pan Jezus nie stara się rozszerzać zakresu obowiązywania przykazania. I tak np. dla przykazania: „nie zabijaj” nie rozszerza zakresu zakazu na morderców albo np. na zwierzęta. Jezus idzie w zupełnie innym kierunku – wskazuje na to, co się dzieje w sercu człowieka. To w sercu człowieka dokonuje się wybór dobra lub zła. To w sercu wybieramy życie lub śmierć. W nim rozbrzmiewa głos Boga do nas skierowany, czyli sumienie, na który odpowiadamy „tak” lub „nie”. Wszelkie kombinowanie od Złego pochodzi i ma służyć naszemu samousprawiedliwieniu. Tak czy inaczej prowadzi do kłamstwa, czyli pod władzę ojca kłamstwa.


    • iktoto Homilia 14.02. 14.02.11, 16:42
      14.02. – Świętych Cyryla i Metodego
      Dz 13,46–49

      Łk 10,1–9

      Żniwo wprawdzie wielkie, ale robotników mało; proście więc Pana żniwa, żeby wyprawił robotników na swoje żniwo (Łk 10,2).

      Przedziwne jest to, że Bóg, aby doprowadzać człowieka do zbawienia, potrzebuje innego człowieka. Przecież można by sobie wyobrazić, że dokonuje tego sam przez jakiś rodzaj oświecenia czy duchowego ożywienia od wewnątrz. Przecież rzeczywiście to Syn Boży dokonał zbawienia wszystkich ludzi, jednak kiedy mówi o zbawieniu przekazywanym wszystkim ludziom, wskazuje na potrzebę „żniwiarzy”, czyli ludzi powołanych do głoszenia wiary. Ponadto Pan Jezus nadaje tym głosicielom ogromną władzę. Nie chodzi jedynie o moc uzdrawiania i wypędzania złych duchów, ale w dalszym fragmencie Ewangelii, dzisiaj nieczytanym, uznaje, że odrzucenie słów Jego posłańców było właściwie równoznaczne z odrzuceniem Jego własnych słów. Dlatego Sodomie lżej będzie w ów dzień niż temu miastu (Łk 10,12).

      Warto zwrócić uwagę na pewne elementy dzisiejszej sceny.

      Następnie wyznaczył Pan jeszcze innych siedemdziesię­ciu dwu i wysłał ich po dwóch przed sobą do każdego miasta i miejscowości, dokąd sam przyjść zamierzał (Łk 10,1).

      Pan Jezus wysyłał uczniów tam, gdzie sam przyjść zamierzał. Ich orędzie miało przygotować Mu drogę. Dzisiaj możemy powiedzieć więcej: On sam był treścią ich orędzia. Głosili bliskość królestwa Bożego, którym był On sam, czego wysyłani uczniowie mogli jeszcze nie wiedzieć. To się objawiło w pełni dopiero po Jego zmartwychwstaniu i Zesłaniu Ducha Świętego.

      Zauważmy,że głoszenie nie dotyczy jakiejś doktryny ani jakichś moralnych zasad. Chodziło o prostą nowinę: Przybliżyło się do was królestwo Boże (Łk 10,9). Przy samym powitaniu uczniowie mieli mówić: Pokój temu do­mowi. Dalej mieli przyjmować od odwiedzanych ludzi wszystko, co im podali do jedzenia, a sami mieli uzdrawiać chorych. Uczniowie przekazywali ludziom wieść o Jezusie, który przyniósł ze sobą to orędzie. Uczniowie mogli innym opowiadać to, czego sami doświadczyli, zobaczyli i poznali, obcując z Jezusem. Ich orędzie było żywą relacją świadków przypieczętowaną znakami uzdrowień, które wskazywały na realność głoszonej obietnicy. Głoszenie Ewangelii jest zawsze świadectwem i tylko jako świadectwo ma sens.

      Nie bez znaczenia było to, że Pan Jezus wysyłał ich po dwóch. Oczywiście pamiętamy, że na świadectwie dwóch opierały się wszelkie świadectwa w Starym Testamencie. Świadectwo jednego nie było w pełni wiarygodne. Niemniej głoszona Ewangelia dotyczyła nowego życia w miłości. Takie świadectwo jest możliwe jedynie, gdy głosiciele wzajemnie się miłują. A do tego trzeba, by tworzyli jakąś wspólnotę. Dwójka to najmniejsza wspólnota. W pojedynkę można jedynie przekazywać myśli. Wydaje mi się, że nasze głoszenie Ewangelii ciągle ma znamiona indywidualnego przekazywania myśli, nauki, wiedzy. Brakuje mu świadectwa wspólnoty, życia miłości we wspólnocie braterskiej. A dzisiaj właśnie to jest bardzo ważne dla człowieka. Dwudziesty wiek przyniósł na różne sposoby kompromitację wspaniałych idei głoszonych przez ludzi z rozmaitych orientacji. Dzisiaj człowiek potrzebuje świadectwa życia i to nie tylko indywidualnego, ale wspólnego.

      Przy czym świat, do jakiego Pan Jezus wysyła uczniów, jest pełen przeciwności: Oto posyłam was jak owce między wilki (Łk 10,3). Nasze bycie w świecie nie jest spokojnym przebywaniu u siebie, ale na obczyźnie wśród wielu niebezpieczeństw. Dlatego trzeba mieć w sobie zdecydowanie i bardzo jasną świadomość tego, co się głosi i ku czemu samemu się zmierza. Stąd właśnie: Nie noście ze sobą trzosa ani torby, ani sandałów; i nikogo w drodze nie pozdrawiajcie. Chodzi o to, by nie dawać się odciągnąć od zasadniczego celu swojego posłania, nie koncentrować się na własnych potrzebach i nie budować sobie dogodnych układów międzyludzkich.

      Przypominamy sobie przypowieść Pana Jezusa o przewrotnych rolnikach. Pan wysyłał do nich posłańców, by odebrać należny sobie plon. Niestety, ci ich wyrzucili, pobili, a nawet ukamienowali. Pan posłał wówczas inne sługi, więcej niż za pierwszym razem, lecz i z nimi tak samo postąpili. Wtedy postanowił posłać swojego syna, którego ci zamordowali (zob. Mt 21,33–41). Zauważmy, że ten scenariusz się powtarza w życiu Pana Jezusa w ujęciu Łukasza. Dzisiejsza Ewangelia opisuje drugie rozesłanie uczniów. Pierwsze obejmowało 12 apostołów. To natomiast 72 uczniów.

      Dramat odrzucenia powtarza się także po zmartwychwstaniu i Zesłaniu Ducha Świętego. Czytamy o tym w Dziejach Apostolskich między innymi w pierwszym czytaniu dzisiejszego dnia. Istotne jest jednak samo doświadczenie uczniów. W Dziejach Apostolskich odrzucenie Ewangelii przez Żydów spowodowało skierowanie się do pogan, co przyniosło obfity plon i wiele radości wśród tych ostatnich. W Ewangelii Pan Jezus wskazuje na doświadczenie. Uczniowie mają wszystkich pozdrawiać pozdrowieniem pokoju. Jeśli tam mieszka człowiek godny pokoju, wasz po­kój spocznie na nim; jeśli nie, powróci do was (Łk 10,6). Ocena, kto jest człowiekiem pokoju, dosłownie „synem pokoju”, nie należy do głosicieli. Jest to raczej tajemnica, jaką spotykają w drugim człowieku. A powiedzmy dokładniej: odbicie Boga w drugim. Tak samo głosiciele uczą się odnajdywać Tego, którego sami głosili innym. Jeżeli ich słowo nie trafia do właściwego człowieka, pokój wraca do nich.

      Głosiciele powinni także umieć przyjmować od innych to, czym ich oni obdarzają, szanując ich starania. W ten sposób głoszenie Chrystusa staje się jednocześnie drogą odnajdywania Chrystusa. Głoszenie nie jest indoktrynacją, ale inspirowaniem się wzajemnie. Ostatecznie później takie głoszenie powinno owocować powstaniem wspólnoty uczniów Chrystusa. Nikt nie pozostaje nauczycielem, bo jedynym Nauczycielem jest Jezus Chrystus i Jego trzeba nie tylko głosić, ale uczyć się rozpoznawać w innych, w sytuacjach, w swoim życiu. Głoszenie królestwa Bożego jest głoszeniem żywej Osoby, której się doświadcza nieustannie także w samym głoszeniu. To jest dla nas wielki dar, jakim nas ubogaca drugi człowiek, spotykany na naszej drodze, kimkolwiek by on był.

      Bardzo ważne jest uświadomienie sobie, że rodzina jest pierwszym i podstawowym miejscem głoszenia Chrystusa. Niezastąpione pozostaje w tym przypadku świadectwo miłości. To ono najczęściej rozstrzyga potem o wyborach dorastającego dziecka. Świadectwo miłości buduje w nim najgłębsze podstawy jego późniejszej dojrzałej wiary.


    • iktoto Homilia 6 Wt 1 14.02.11, 20:06
      14.02. – Świętych Cyryla i Metodego
      Dz 13,46–49

      Łk 10,1–9

      Żniwo wprawdzie wielkie, ale robotników mało; proście więc Pana żniwa, żeby wyprawił robotników na swoje żniwo (Łk 10,2).

      Przedziwne jest to, że Bóg, aby doprowadzać człowieka do zbawienia, potrzebuje innego człowieka. Przecież można by sobie wyobrazić, że dokonuje tego sam przez jakiś rodzaj oświecenia czy duchowego ożywienia od wewnątrz. Przecież rzeczywiście to Syn Boży dokonał zbawienia wszystkich ludzi, jednak kiedy mówi o zbawieniu przekazywanym wszystkim ludziom, wskazuje na potrzebę „żniwiarzy”, czyli ludzi powołanych do głoszenia wiary. Ponadto Pan Jezus nadaje tym głosicielom ogromną władzę. Nie chodzi jedynie o moc uzdrawiania i wypędzania złych duchów, ale w dalszym fragmencie Ewangelii, dzisiaj nieczytanym, uznaje, że odrzucenie słów Jego posłańców było właściwie równoznaczne z odrzuceniem Jego własnych słów. Dlatego Sodomie lżej będzie w ów dzień niż temu miastu (Łk 10,12).

      Warto zwrócić uwagę na pewne elementy dzisiejszej sceny.

      Następnie wyznaczył Pan jeszcze innych siedemdziesię­ciu dwu i wysłał ich po dwóch przed sobą do każdego miasta i miejscowości, dokąd sam przyjść zamierzał (Łk 10,1).

      Pan Jezus wysyłał uczniów tam, gdzie sam przyjść zamierzał. Ich orędzie miało przygotować Mu drogę. Dzisiaj możemy powiedzieć więcej: On sam był treścią ich orędzia. Głosili bliskość królestwa Bożego, którym był On sam, czego wysyłani uczniowie mogli jeszcze nie wiedzieć. To się objawiło w pełni dopiero po Jego zmartwychwstaniu i Zesłaniu Ducha Świętego.

      Zauważmy,że głoszenie nie dotyczy jakiejś doktryny ani jakichś moralnych zasad. Chodziło o prostą nowinę: Przybliżyło się do was królestwo Boże (Łk 10,9). Przy samym powitaniu uczniowie mieli mówić: Pokój temu do­mowi. Dalej mieli przyjmować od odwiedzanych ludzi wszystko, co im podali do jedzenia, a sami mieli uzdrawiać chorych. Uczniowie przekazywali ludziom wieść o Jezusie, który przyniósł ze sobą to orędzie. Uczniowie mogli innym opowiadać to, czego sami doświadczyli, zobaczyli i poznali, obcując z Jezusem. Ich orędzie było żywą relacją świadków przypieczętowaną znakami uzdrowień, które wskazywały na realność głoszonej obietnicy. Głoszenie Ewangelii jest zawsze świadectwem i tylko jako świadectwo ma sens.

      Nie bez znaczenia było to, że Pan Jezus wysyłał ich po dwóch. Oczywiście pamiętamy, że na świadectwie dwóch opierały się wszelkie świadectwa w Starym Testamencie. Świadectwo jednego nie było w pełni wiarygodne. Niemniej głoszona Ewangelia dotyczyła nowego życia w miłości. Takie świadectwo jest możliwe jedynie, gdy głosiciele wzajemnie się miłują. A do tego trzeba, by tworzyli jakąś wspólnotę. Dwójka to najmniejsza wspólnota. W pojedynkę można jedynie przekazywać myśli. Wydaje mi się, że nasze głoszenie Ewangelii ciągle ma znamiona indywidualnego przekazywania myśli, nauki, wiedzy. Brakuje mu świadectwa wspólnoty, życia miłości we wspólnocie braterskiej. A dzisiaj właśnie to jest bardzo ważne dla człowieka. Dwudziesty wiek przyniósł na różne sposoby kompromitację wspaniałych idei głoszonych przez ludzi z rozmaitych orientacji. Dzisiaj człowiek potrzebuje świadectwa życia i to nie tylko indywidualnego, ale wspólnego.

      Przy czym świat, do jakiego Pan Jezus wysyła uczniów, jest pełen przeciwności: Oto posyłam was jak owce między wilki (Łk 10,3). Nasze bycie w świecie nie jest spokojnym przebywaniu u siebie, ale na obczyźnie wśród wielu niebezpieczeństw. Dlatego trzeba mieć w sobie zdecydowanie i bardzo jasną świadomość tego, co się głosi i ku czemu samemu się zmierza. Stąd właśnie: Nie noście ze sobą trzosa ani torby, ani sandałów; i nikogo w drodze nie pozdrawiajcie. Chodzi o to, by nie dawać się odciągnąć od zasadniczego celu swojego posłania, nie koncentrować się na własnych potrzebach i nie budować sobie dogodnych układów międzyludzkich.

      Przypominamy sobie przypowieść Pana Jezusa o przewrotnych rolnikach. Pan wysyłał do nich posłańców, by odebrać należny sobie plon. Niestety, ci ich wyrzucili, pobili, a nawet ukamienowali. Pan posłał wówczas inne sługi, więcej niż za pierwszym razem, lecz i z nimi tak samo postąpili. Wtedy postanowił posłać swojego syna, którego ci zamordowali (zob. Mt 21,33–41). Zauważmy, że ten scenariusz się powtarza w życiu Pana Jezusa w ujęciu Łukasza. Dzisiejsza Ewangelia opisuje drugie rozesłanie uczniów. Pierwsze obejmowało 12 apostołów. To natomiast 72 uczniów.

      Dramat odrzucenia powtarza się także po zmartwychwstaniu i Zesłaniu Ducha Świętego. Czytamy o tym w Dziejach Apostolskich między innymi w pierwszym czytaniu dzisiejszego dnia. Istotne jest jednak samo doświadczenie uczniów. W Dziejach Apostolskich odrzucenie Ewangelii przez Żydów spowodowało skierowanie się do pogan, co przyniosło obfity plon i wiele radości wśród tych ostatnich. W Ewangelii Pan Jezus wskazuje na doświadczenie. Uczniowie mają wszystkich pozdrawiać pozdrowieniem pokoju. Jeśli tam mieszka człowiek godny pokoju, wasz po­kój spocznie na nim; jeśli nie, powróci do was (Łk 10,6). Ocena, kto jest człowiekiem pokoju, dosłownie „synem pokoju”, nie należy do głosicieli. Jest to raczej tajemnica, jaką spotykają w drugim człowieku. A powiedzmy dokładniej: odbicie Boga w drugim. Tak samo głosiciele uczą się odnajdywać Tego, którego sami głosili innym. Jeżeli ich słowo nie trafia do właściwego człowieka, pokój wraca do nich.

      Głosiciele powinni także umieć przyjmować od innych to, czym ich oni obdarzają, szanując ich starania. W ten sposób głoszenie Chrystusa staje się jednocześnie drogą odnajdywania Chrystusa. Głoszenie nie jest indoktrynacją, ale inspirowaniem się wzajemnie. Ostatecznie później takie głoszenie powinno owocować powstaniem wspólnoty uczniów Chrystusa. Nikt nie pozostaje nauczycielem, bo jedynym Nauczycielem jest Jezus Chrystus i Jego trzeba nie tylko głosić, ale uczyć się rozpoznawać w innych, w sytuacjach, w swoim życiu. Głoszenie królestwa Bożego jest głoszeniem żywej Osoby, której się doświadcza nieustannie także w samym głoszeniu. To jest dla nas wielki dar, jakim nas ubogaca drugi człowiek, spotykany na naszej drodze, kimkolwiek by on był.

      Bardzo ważne jest uświadomienie sobie, że rodzina jest pierwszym i podstawowym miejscem głoszenia Chrystusa. Niezastąpione pozostaje w tym przypadku świadectwo miłości. To ono najczęściej rozstrzyga potem o wyborach dorastającego dziecka. Świadectwo miłości buduje w nim najgłębsze podstawy jego późniejszej dojrzałej wiary.


    • iktoto Homilia 6 śr 1 15.02.11, 18:51
      Rdz 8,6–13.20–22

      Mk 8,22–26

      Opis uzdrowienia niewidomego w Betsaidzie następuje w Ewangelii według św. Marka zaraz po krótkim dialogu Pana Jezusa z uczniami z wczorajszej Ewangelii. Kończy się on wyrzutem Jezusa: Jeszcze nie rozumiecie? (Mk 8,21). Brak rozumienia jest ślepotą. Aby zacząć rozumieć, trzeba nauczyć się patrzeć, trzeba uzdrowić oczy serca. Opis uzdrowienia niewidomego ma w tym kontekście symboliczne znaczenie. Nawiązuje do rytu sakramentu chrztu, sakramentu nawrócenia, czyli przemiany spojrzenia i rozumienia. Z tego względu warto się przyjrzeć temu opisowi.

      Ludzie, którzy przyprowadzili niewidomego do Jezusa, prosili, żeby się go dotknął (Mk 8,22). Pewnie chodziło im o uzdrowienie przez dotknięcie. Ludzie oczekują po prostu uzdrowienia i niczego więcej. Natomiast Pan Jezus zawsze robi coś więcej i to więcej jest zasadniczą treścią, jaką chce przekazać. Samo uzdrowienie jest znakiem wskazującym na głębszą treść. Zobaczmy, że uzdrowienie dokonało się w dwóch etapach: wpierw Pan Jezus zwilżył mu oczy śliną, położył na niego ręce i zapytał: Czy widzisz co? (Mk 8,23). Następuje potem pierwsze wrażenie widzenia: Widzę ludzi, bo gdy chodzą, dostrzegam ich niby drzewa (Mk 8,24). Nie jest to jeszcze widzenie pełne i prawdziwe. W porównaniu z brakiem jakiegokolwiek widzenia jest to niewątpliwie widzenie, ale do pełni widzenia potrzeba coś więcej:

      Potem znowu położył ręce na jego oczy. I przejrzał /on/ zupełnie, i został uzdrowiony; wszystko widział teraz jasno i wyraźnie (Mk 8,25).

      Patrząc od strony medycznej na ludziki zmysł wzroku, wiemy, że poza samym rejestrowaniem światła i kształtów potrzeba jeszcze zdolności umysłowej rozróżniania i interpretacji tego, co wzrok widzi. U niewidomego po ponownym nałożeniu rąk Pana Jezusa następuje coś podobnego. Niewidomy zaczyna widzieć i coś rozpoznawać. Nałożenie na oczy śliny przypomina namaszczenie oczu podczas chrztu, natomiast nałożenie rąk przypomina sakrament bierzmowania dający nam Ducha Świętego, który pozwala rozumieć to, co widzimy. Cała scena przypomina podobną scenę z Ewangelii według św. Jana (zob. J 9). Tam podobnie niewidomy od urodzenia zostaje uzdrowiony w dwóch etapach. Wpierw odzyskuje wzrok, naturalną zdolność widzenia. Na końcu jednak po licznych perypetiach, gdy zdał sobie sprawę, że oczy otworzył mu prorok, przy spotkaniu Jezusa w świątyni zaczyna w Nim widzieć Syna Człowieczego (zob. J 9,35–38). O takie uzdrowienie w istocie chodzi Panu Jezusowi także w dzisiejszej Ewangelii.

      W tym celu ważne jest polecenie, aby uzdrowiony nie wstępował do wsi. Całe wydarzenie mogłoby wówczas zostać sprowadzone do sensacji wokół uzdrowienia, jak to miało miejsce w wielu podobnych sytuacjach. Aby zrozumieć, trzeba wewnętrznie uświadomić sobie, co się stało i Kto tego dokonał. Do takiej refleksji potrzeba samotności i milczenia.

      W dzisiejszym pierwszym czytaniu spotykamy się także z obrazem zapowiadającym chrzest. Wody potopu zatopiły wszelkie zło i w ten sposób oczyściły ziemię. Jednak po potopie zło znowu się pojawiło. Bóg mówi na koniec czytanego fragmentu:

      Nie będę już więcej złorzeczył ziemi ze względu na ludzi, bo usposobienie człowieka jest złe już od młodości. Przeto już nigdy nie zgładzę wszystkiego, co żyje, jak to uczyniłem (Rdz 8,21).

      Okazuje się, że nie da się radykalnie jednorazowo przez działanie zewnętrzne wyeliminować zła, gdyż jest ono wewnętrzną tajemnicą człowieka. W teologii nazywa się tę prawdę „tajemnicą nieprawości” w sercu człowieka albo bardziej popularnie grzechem pierworodnym. Chrzest jako zewnętrzny gest nie załatwia wszystkiego. Potrzeba wewnętrznej przemiany serca, która dokonuje się przez współdziałanie człowieka z Bogiem.


    • iktoto Homilia 6 Czw 1 16.02.11, 21:29
      Rdz 9,1–13
      Mk 8,27–33

      Za kogo uważają Mnie ludzie?

      Odpowiedzi, jakie padają, nawiązują do znanych postaci. Jezus jest brany za jednego z poprzedników. Tak w sposób naturalny myśli człowiek: spotykając coś, odnosi to do czegoś, co zna. Jeżeli czegoś nie zna, to pojawia się lęk. Trzeba to coś lub tego kogoś jakoś określić, umieścić w znanej przestrzeni rozumienia, sensu. W tym jednak przypadku ludzie mają do czynienia z Kimś zupełnie innym, z Kimś, kto nie miał przed sobą żadnego adekwatnego wzoru. On nie jest taki jak jeden z dawnych proroków ani nawet nie jest drugim Mojżeszem. Jest Kimś zupełnie innym. Jego inność niepokoi. Jak wiemy, na różny sposób próbowano tę inność wyjaśniać. Uczeni w Piśmie, widząc Jego cudotwórczą moc, mówili: Ma Belzebuba i przez władcę złych duchów wyrzuca złe duchy (Mk 3,22). Chcieli mieć łatwe wyjaśnienie tego, co widzieli, a ponieważ nie podobały się im Jego słowa, próbowali Go zdyskredytować w ten sposób. Pan Jezus w tym kontekście powiedział o grzechu przeciw Duchowi Świętemu. Ale nie tylko przewrotne uproszczenie uczonych w Piśmie jest niewłaściwe. Każde uproszczenie jest złe, bo zamyka na prawdę o Nim. Dlatego bardzo istotne pozostaje pytanie:

      A wy za kogo mnie uważacie?

      Odpowiedź Piotra: Ty jesteś Mesjasz, jest niewątpliwie dobra. Dlaczego zatem Pan Jezus surowo im przykazał, żeby nikomu o Nim nie mówili (Mk 8,30)? Bo nawet „wiedząc”, kim jest, nie wiedzą, a raczej wiedzą źle. Dlatego zaraz potem mówi im o swoim cierpieniu i śmierci. Reakcja św. Piotra wskazuje, jak rzeczywiście jeszcze niczego nie rozumieli. Pan Jezus wręcz przyrównuje rolę Piotra do roli szatana, który staje się dla niego przeszkodą, odciągając od wykonania misji, jaką Mu zlecił Ojciec. Najbardziej dramatyczna była walka z taką pokusą w Ogrójcu. Piotr w swojej dobroduszności, nie wiedząc o tym, starał się Pana Jezusa odwieść od Jego celu, czym spełniał podobną rolę jak Szatan.

      Jezus jest Kimś zupełnie innym niż postacie znane z historii. Aby poznać, Kim naprawdę jest, trzeba osobiście przejść przez Jego doświadczenie paschalne: odrzucenie, cierpienie, śmierć i w zmartwychwstaniu zobaczyć pełnię prawdy. Wówczas stajemy się nowymi ludźmi.

      Dzisiejsze pierwsze czytanie, będące dalszym ciągiem opowieści prehistorii biblijnej o potopie, mówi o nowy porządku na ziemi po opadnięciu wód potopu. Bóg przemawia do człowieka:

      Bądźcie płodni i mnóżcie się, abyście zaludnili ziemię. Wszelkie zaś zwierzę na ziemi i wszelkie ptactwo powietrzne niechaj się was boi i lęka. Wszystko, co się porusza na ziemi i wszystkie ryby morskie zostały oddane wam we władanie (Rdz 9,1n).

      Podobne są słowa Boga skierowane do ludzi w pierwszym opisie stworzenia. Bóg nieco zmienia polecenie odnoszące się do pożywienia. W tym rozdziale pokarmem dla człowieka zostają nie tylko rośliny, ale także zwierzęta:

      Wszystko, co się porusza i żyje, jest przeznaczone dla was na pokarm, tak jak rośliny zielone, daję wam wszystko. Nie wolno wam tylko jeść mięsa z krwią życia (Rdz 9,3).

      Potop stał się typem odnowy i początkiem nowego stworzenia, które powstało z doświadczenia śmierci i zniszczenia. To, co dawne, przeminęło i oto wszystko staje się nowe. Zasadniczą nowością jest przymierze zawarte przez Boga z człowiekiem. Po raz pierwszy Bóg się do czegoś zobowiązuje w odniesieniu do człowieka. Pomiędzy Bogiem i człowiekiem pojawia się relacja zobowiązania, przy czym Bóg się zobowiązuje o wiele bardziej niż człowiek. Ostatecznym przymierzem jest to zawarte w Jego Synu przez Jego śmierć i zmartwychwstanie. Wejście z Nim w przymierze oznacza nasz udział w Nim, co całkowicie przerasta nasze wyobrażenia. One są największą przeszkodą na drodze prawdziwego spotkania się z Nim. Tak też było za czasów Jezusa. Wyobrażenia na temat mesjasza powodowały, że nie rozpoznano Go, gdy się pojawił.

      To samo zagraża nam. Nasze wyobrażenie Jezusa nie pozwala nam spojrzeć na Niego inaczej. Przez długie wieki oswoiliśmy się z Bogiem, który stał się Człowiekiem i potem cierpiał za nas i ostatecznie zmartwychwstał. Nasze przyzwyczajenie nie pozwala nam doświadczyć pewnego szoku np. przy Komunii, gdy słyszymy: „Ciało i Krew Chrystusa”, co znaczy: sam Chrystus, jedność Boga i Człowieka w jednej Osobie, która pragnie, abyśmy mieli udział w tej jedności. To zaproszenie, jakim konkretnie jest gest wyciągniętej ręki kapłana z tymi słowami, dzisiaj także wymaga odwagi otwartości na Tego, który się nam daje.
    • iktoto Homilia 6 Pt 1 18.02.11, 12:13
      Rdz 11,1–9
      Mk 8,34–9,1



      Opowieść o wieży Babel ukazuje kolejny wymiar grzechu człowieka, grzech w wymiarze społecznym. Przypomnijmy, że w rozdziale 3. grzech pierworodny odnosił się do odrzucenia zakazu Boga, czyli był przede wszystkim grzechem wobec Boga. Ten grzech miał swoje konsekwencje także w wymiarze spotkania z drugim człowiekiem – kobieta i mężczyzna zaczęli się wstydzić wzajemnie. W 4. rozdziale Księgi Rodzaju spotkaliśmy grzech Kaina – zabójstwo jego brata Abla. Był to grzech wymierzony przeciw drugiemu człowiekowi. Dzisiejsze opowiadanie mówi o grzechu społeczności ludzkiej jako całości.

      Opowiadanie należy do prehistorii biblijnej. Nie jest historyczne. Jednak prawdopodobnie odnosi się do jakiegoś wydarzenia z prawdziwej historii ludzi rejonu Bliskiego Wschodu, a konkretnie ludzi żyjących w rejonie Mezopotamii. Zgodnie z opowiadaniem przybyły tam ludy ze wschodu, z wysokich gór, być może z Himalajów. Ponieważ w swojej pierwotnej ojczyźnie czciły one boga na wierzchołkach gór, kiedy przyszły na rozległą równinę, starały się wybudować piramidę, która miała im zastąpić szczyt góry. I rzeczywiście odnajduje się w tym rejonie piramidy, na których szczycie znajdowała się mała świątynia boga.

      Można przypuszczać, że ten fakt został przyjęty za podstawę opowiadania, które miało wyjaśnić przyczynę wielojęzyczności ludzi i nieustannie istniejący problem braku prawdziwego porozumienia, z którego powstawały spory, niesnaski, kłótnie, nienawiści i wojny. Jest to niewątpliwie problem i dzisiaj. Widać, że jest to składowa tajemnicy grzechu pierworodnego. Podobnie jak grzech indywidualny ma swoje źródło w pysze człowieka, tak grzech społeczny ma także swoje źródło w pysze społeczności.

      Chodźcie, zbudujemy sobie miasto i wieżę, której wierzchołek będzie sięgał nieba, i w ten sposób uczynimy sobie znak, abyśmy się nie rozproszyli po całej ziemi (Rdz 11,4).

      Jak kiedyś wąż kusił Ewę perspektywą „bycia jak Bóg”, tak tutaj pojawia się podobna pokusa sięgania nieba, które jest odwiecznym symbolem Boga. W raju, gdy człowiek uległ tej pokusie, doświadczył czegoś wręcz odwrotnego: zamiast podobieństwa do Boga nastąpiło rozbicie tego obrazu i pojawienie się nieusuwalnego napięcia w relacji do drugiego człowieka. Podobnie w przypadku ambicji osiągnięcia nieba i jedności wszystkich ludzi pojawia się rozbicie i nieporozumienia. Ich źródłem są egoizm i ambicje. I podobnie jak w przypadku grzechu pierworodnego i w tym przypadku spotykamy się z paradoksem: człowiek chce sam osiągnąć coś, co Bóg dla niego przygotował w swoim zamyśle miłości. Jednak to samo: osiągnięcie nieba, czyli Bożego mieszkania, ma zupełnie inny sens w ludzkim wyobrażeniu niż w Bożym . „Ludzkie niebo” okazuje się piekłem, czego ludzie nieraz w swojej historii doświadczyli i dlatego Bóg nie mógł go ludziom dać na wieki. Podobnie jak w raju, gdy ich z niego wypędził, aby nie spożyli owocu z drzewa życia i nie utrwalili swojego stanu rozbicia na wieki.

      Wyrastające z pychy egoizm i ambicje uniemożliwiają wejście w prawdziwe życie, które jest w Bogu, źródle życia. Jego życie jest komunią osobową. Do takiej komunii jesteśmy zaproszeni. Ale nie można do niej dojść bez śmierci naszego fałszywego ja skoncentrowanego na sobie. Dotyczy to nie tylko jednostki, ale i całej społeczności, jak widać w dzisiejszym opowiadaniu. W Ewangelii Pan Jezus wypowiada jedną z najważniejszych zasad życia duchowego: kto chce zachować swoje życie, straci je; a kto straci swe życie z powodu Mnie i Ewangelii, zachowa je (Mk 8,35). Jeżeli w grzechu, zarówno indywidualnym jak społecznym, chęć osiągnięcia życia dzięki własnemu wysiłkowi człowieka spowodowała życie w cieniu śmierci, czyli pozór życia, tak oddanie tego życia Jezusowi, także w wymiarze indywidualnym jak zbiorowym, przynosi prawdziwe życie. Jezus przychodzi, aby odwrócić fatalne skoncentrowanie się na sobie i swoich ambicjach karmionych fałszywymi wyobrażeniami. Nikt z nas nie uniknie śmierci własnego fałszywego „ja”. Jeżeli jednak zrobimy to ze względu na Jezusa, otrzymamy udział w Nim i jego życiu. Eucharystia jest misterium tego nowego życia. Oby stała się ona prawdą w nas.


    • iktoto Homilia 6 Sob 1 18.02.11, 20:09
      Hbr 11,1–7
      Mk 9,2–13



      Dziwi nas fakt, że Pan Jezus przykazał swoim uczniom, aby nikomu nie rozpowiadali o tym, co widzieli, zanim Syn Człowieczy nie powstanie z martwych (Mk 9,9). Dlaczego nie mieli mówić innym o tym, co widzieli, o Jego chwale? Przecież gdyby o tym opowiedzieli, gdyby On objawił się w ten sposób także innym, pewnie wszyscy by uwierzyli! Może wtedy nie byłoby tyle zła i nieszczęść na świecie? Takiego znaku oczekiwali Żydzi. Pan Jezus jednak konsekwentnie odmawia dania takiego znaku. Dlaczego? Dlaczego Bóg nie działa w sposób widoczny dla wszystkich, namacalny, niepodważalny? Dlaczego milczy?

      Pewnie nie byłoby Mu trudno zafascynować człowieka. Gdyby się ukazał w całej swojej chwale, to albo byśmy pomarli, jak o tym mówi Stary Testament, albo na taki widok nie byłoby żadnej innej alternatywy. Wszyscy by poszli za Nim. On jednak pragnie, byśmy Go kochali, byśmy Go wybrali w wolności, a nie poszli za Nim w ślepym zafascynowaniu, nieposiadający żadnego innego wyboru.

      Spójrzmy, jakie światło daje nam dzisiejsza scena z Ewangelii. Kiedy Jezus ukazał się uczniom w chwale, usłyszeli oni głos Ojca: To jest mój Syn umiłowany, Jego słuchajcie (Mk 9,7). Ojciec mówi nam: idźcie za Nim. Co to znaczy?

      Wcześniej w opisie sceny czytamy, że Jezus rozmawiał z Mojżeszem i Eliaszem. Z Ewangelii według św. Łukasza dowiadujemy się, że mówili o Jego odejściu, którego miał dokonać w Jerozolimie (Łk 9,31). Rozmawiali zatem o Jego męce i śmierci na Golgocie. Samo przemienienie staje się w ten sposób sceną przygotowującą tajemnicę męki i śmierci Jezusa. Okazuje się, że nie Tabor, ale Golgota wraz z późniejszym zmartwychwstaniem Jezusa jest pełnią objawienia. Sam Jezus mówi o tym: A Ja, gdy zostanę nad ziemię wywyższony, przyciągnę wszystkich do siebie (J 12,32). W ten sposób objawia On pełną prawdę o Bogu, o Jego miłości do końca.

      Potem, gdy schodzili z góry, uczniowie pytali Jezusa o Eliasza i jego misję naprawienia wszystkiego. Jezus wskazał im wówczas na misję zarówno Eliasza, jak i Jego samego w kategoriach cierpiącego Sługi Jahwe: Ma On wiele cierpieć i być wzgardzonym (Mk 9,12). Sługa Jahwe jest dla Jezusa kluczem do rozumienia Jego własnej misji. To samo nam wskazuje. Wczorajsza Ewangelia mówiła o potrzebie oddania swojego życia dla Niego, co na inny sposób wyrażają słowa o potrzebie wzięcia swojego krzyża i pójściu za Nim. Nasze życie jest drogą. Nie jesteśmy gotowi, ale się stajemy. A staniemy się takimi, jakimi siebie wybierzemy przez konkretne wybory życiowe. Wezwanie Ojca: Jego słuchajcie, wskazuje nam wyraźnie drogę. Nie są nią żadne sztywne zasady, choćby najwznioślejsze, ale zawierzenie Jezusowi. Jest to droga wiary, na której stopniowo odkrywamy pełnię miłości Boga i dajemy się jej pociągnąć. Odkrycie wewnętrznej więzi z Jezusem jako Przewodnikiem na naszej drodze jest czymś zasadniczym w życiu. Bez tego odkrycia i pójścia za nim nie można dojść do pełni życia, jaka się w Nim objawiła.

      List do Hebrajczyków z dzisiejszego pierwszego czytania wskazuje na doświadczenia postaci biblijnych, które uzyskały szczególną więź z Bogiem. Każda z nich uzyskała ją dzięki zawierzeniu. Jedynie ono tworzy wewnętrzne powiązanie z Bogiem. Gdyby Bóg objawił się wszystkim, podobnie jak Jezus objawił się na Taborze, nasza więź z Nim byłaby więzią zewnętrzną, bo na zewnątrz się objawił. Objawienie miłości do końca porusza serce i dlatego pociąga wszystkich od wewnątrz. Trzeba to jednak odkryć i temu zawierzyć. W odpowiedzi na takie objawienie pojawia się wewnętrzna fascynacja i pragnienie przylgnięcia nie tylko do samej postaci, ale też do miłości i jej wymagań. I tego właśnie pragnie Bóg dla nas, abyśmy żyli taką samą dynamiką, jaką On żyje.


    • iktoto Homilia 7 śr 1 22.02.11, 20:03
      Syr 4,11–19

      Mk 9,38–40



      Mądrość wywyższa swych synów i ma pieczę o tych, którzy jej szukają (Syr 4,11).

      Księgi mądrościowe Starego Testamentu były dla katechumenów swoistym podręcznikiem wprowadzającym w podstawy życia chrześcijańskiego. Było to szczególnie trafne w odniesieniu do kandydatów do chrześcijaństwa pochodzących z pogan. Dla ludzi myślących po grecku o wiele łatwiej było zrozumieć zasady mądrościowe odnoszące się do życia niż misteria zawarte w sakramentach.

      Same księgi mądrościowe Starego Testamentu były pisane już w okresie hellenistycznym i czerpały także z mądrości filozoficznej Greków. Stąd stosunkowa łatwość przyjęcia ich przez pogan. Wysławiana przez te księgi mądrość posiada jednak bardzo określony rodowód – jest zakorzeniona w Bogu. W Ewangelii głoszona mądrość uzyska głębię, której nie miała w filozofii. To, co księgi mądrościowe określają słowem „mądrość”, w Nowym Testamencie uzyskuje swoje dopełnienie w Osobie Jezusa Chrystusa, którego św. Jan Ewangelista nazywa Logosem, a św. Paweł wprost „mądrością od Boga” (zob. 1 Kor 1,28–30). I tak literacka personifikacja mądrości uzyskuje konkretne ucieleśnienie w Osobie Jezusa Chrystusa, Syna Bożego. Warto w tym kontekście odczytać dzisiejszy fragment z Księgi Mądrości Syracha.

      Myśl: Kto ją miłuje, miłuje życie, a kto dla niej rano wstaje, będzie napełniony weselem (Syr 4,12) uzyskuje swoje dopełnienie w słowach Chrystusa: Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem. Kto we Mnie wierzy, choćby i umarł, żyć będzie (J 11,25) i wielu podobnych do nich. W Prologu do Ewangelii według św. Jana Słowo, Logos jest jednocześnie światłem, które oświeca każdego człowieka na świat przychodzącego (zob. J 1,9). Przyszło ono na świat, do swoich, którzy jednak Go nie przyjęli – pisze w następnym wierszu św. Jan. Nieco wcześniej w Prologu czytamy:

      W Nim było życie, a życie było światłością ludzi, a światłość w ciemności świeci i ciemność jej nie ogarnęła (J 1,4n).

      Istnieje wyraźna walka ciemności ze światłem. Stąd pojawia się trudność poznania mądrości, chociaż ona jest zakorzeniona w sercu każdego człowieka. Dlatego też potrzebny jest wysiłek zdobywania mądrości. Syracydes pisze:

      W początkach powiedzie go trudnymi drogami, bojaźnią i strachem go przejmie, dręczyć go będzie swoją nauką, aż nabierze zaufania do jego duszy i wypróbuje go przez swe nakazy; następnie powróci do niego po drodze gładkiej i rozraduje go, i odkryje mu swe tajemnice (Syr 4,17n).

      Mądrości nie da się zdobyć jedynie drogą nauki teoretycznej. Ona odnosi się do życia i jest prawdziwą sztuką życia. Dlatego jej uczeń musi zostać wypróbowany przez wytrwałość w posłuszeństwie nakazom.

      W tekście z Księgi Syracha widać dalsze analogie z Chrystusem-Mądrością: Kto ją posiądzie, odziedziczy chwałę, a gdzie ona wejdzie, tam Pan błogosławi (Syr 4,13). Zacytowany fragment przypomina słowa Pana Jezusa:

      I także chwałę, którą Mi dałeś, przekazałem im, aby stanowili jedno, tak jak My jedno stanowimy (17,22).

      Dalsze słowa z Księgi Syracha: Którzy jej służą, oddają cześć Świętemu, a miłujących ją Pan będzie miłował (Syr 4,14), odnajdują swój odpowiednik i dopełnienie w wypowiedzi Pana Jezusa:

      Ojciec bowiem nie sądzi nikogo, lecz cały sąd przekazał Synowi, aby wszyscy oddawali cześć Synowi, tak jak oddają cześć Ojcu. Kto nie oddaje czci Synowi, nie oddaje czci Ojcu, który Go posłał (J 5,22n).

      Podobnie słowa: Kto jej słucha, sądzić będzie narody (Syr 4,15), znajdują swoje dopełnienie w słowach Pana Jezusa:

      Zaprawdę, powiadam wam: Przy odrodzeniu, gdy Syn Człowieczy zasiądzie na swym tronie chwały, wy, którzy poszliście za Mną, zasiądziecie również na dwunastu tronach, sądząc dwanaście pokoleń Izraela (Mt 19,28).

      W dzisiejszej Ewangelii widzimy bardzo krótką scenę, w której Pan Jezus uczy swoich uczniów mądrości przez zmianę sposobu patrzenia. Zamiast ciasnego, zamkniętego do kręgu swoich bliskich, daje im perspektywę szeroką:

      Nie zabraniajcie mu, bo nikt, kto czyni cuda w imię moje, nie będzie mógł zaraz źle mówić o Mnie. Kto bowiem nie jest przeciwko nam, ten jest z nami (Mt 9,39n).

      Niestety, dzisiaj dosyć często mamy do czynienia u chrześcijan z ciasnym, zamkniętym myśleniem. Warto pamiętać tę zupełnie inną perspektywę Pana Jezusa, którą nam przekazuje nie tylko w tym fragmencie Ewangelii.
    • iktoto Homilia 22.02. 22.02.11, 20:04
      P 5,1–4

      Ps 23,1–6

      Mt 16,13–19

      Ty jesteś Mesjasz, Syn Boga żywego... Ty jesteś Piotr [czyli Skała] i na tej Skale zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne go nie przemogą. Te dwa stwierdzenia są ze sobą bardzo ściśle związane: wyznanie wiary w Jezusa jako Mesjasza i budowanie Kościoła, czyli wspólnoty zakorzenionej w Chrystusie.

      Myślę, że warto sobie przypomnieć inne słowa Pana Jezusa: Kto /we Mnie/ wierzy, ma życie wieczne (J 6,47). Takie i podobne słowa powtarzają się w Ewangelii według św. Jana wiele razy. W swoim liście natomiast św. Jan mówi, że wiara polega na uznaniu, że Jezus jest Mesjaszem:

      Któż zaś jest kłamcą, jeśli nie ten, kto zaprzecza, że Jezus jest Mesjaszem? Ten właśnie jest Antychrystem, który nie uznaje Ojca i Syna. Każdy, kto nie uznaje Syna, nie ma też i Ojca, kto zaś uznaje Syna, ten ma i Ojca (1 J 2,22n).

      Wiara w to, że Jezus jest Mesjaszem, jest fundamentem naszej przynależności do Boga i naszego udziału w Jego królestwie. Bez tej wiary nie ma chrześcijaństwa. Święty Jan uzupełnia tę wiarę ogólnie przyjętą wówczas prawdą, że Jezus jest Synem Bożym, co także znalazło się w dzisiejszej Ewangelii, chociaż egzegeci uważają, że jest to dodatek redaktora, a nie autentyczne słowa św. Piotra. Niemniej ważne jest wyznanie wiary w Jezusa jako Mesjasza. To wyznanie zawiera się w samym określeniu: Jezus Chrystus. Nie jest to określenie samej osoby na wzór naszego imienia i nazwiska czy takiego jak np. :Jezus z Nazaretu. Dzisiaj, niestety, określenie Jezus Chrystus jest rozumiane tak, jak to ostatnie i praktycznie tak stosowane przez większość ludzi. Natomiast jest ono wyznaniem, że Jezus jest Mesjaszem. I co jest dla nas tak ważne, dzięki wypowiedzeniu tej wiary w dzisiejszej Ewangelii Jezus obiecuje św. Piotrowi, że będzie skałą, na której zbuduje On swój Kościół.

      Ta wypowiedź zasadniczo odnoszona jest do faktu powstawania i dalszego rozwoju Kościoła na całym świecie. Stała się ona argumentem w ręku Kościoła rzymskiego przemawiającym za prymatem Piotra w gronie apostołów, a później jego następców w gronie biskupów. Warto jednak zauważyć, że wskazuje ona na ścisłe powiązanie wyznania wiary w Jezusa Chrystusa i misterium Kościoła, którego nikt nie przemoże. Ta prawda nie odnosi się jedynie do wymiaru społeczno-historycznego, ale także do życia każdego z nas. Kiedy prawdziwie wyznajemy, że Jezus jest Mesjaszem, powstaje w nas i z nas fundament owej wewnętrznej świątyni, w której zamieszkuje sam Bóg. Każdy z nas jest Kościołem Bożym, którego fundamentem jest wyznanie wiary w to, że Jezus jest Mesjaszem, Synem Boga żywego.

      Co to jednak znaczy wyznawać, czyli wierzyć, że Jezus jest Mesjaszem? Pierwsze, co się rzuca w oczy, to bezpośredniość wypowiedzi będącej odpowiedzią. To wyznanie nie jest jedynie ogólnym stwierdzeniem, powtarzaniem za wszystkimi, że Jezus jest Mesjaszem, ale jest odpowiedzią na pytanie zadane przez Jezusa: A wy za kogo Mnie uważacie? (Mt 16,15). Istotne jest to, że wyznanie wiary następuje jako osobista odpowiedź na Boże pytanie. To wezwanie niejako rodzi we mnie uśpione „Ja”, jak to ma miejsce w scenie powołania Izajasza: Oto ja, poślij mnie! (Iz 6,8). Niezmiernie ważne jest uświadomienie sobie, że nasze „ja” jest odpowiedzią, że my sami jesteśmy obrazem i dlatego dla swojego prawdziwego życia potrzebujemy źródła, praobrazu, wezwania, na które stajemy się odpowiedzią. Ta prawda jest zupełnie fundamentalna w życiu duchowym. Czasami zapominamy o niej, kiedy za bardzo koncentrujemy się na naszych obowiązkach moralnych. Wydaje się nam wówczas, że to my sami musimy coś zrobić. Natomiast w istocie mamy odpowiedzieć na Boże wezwanie i wprowadzić je w życie, czyli podjąć i nadać konkretny kształt temu, co przychodzi do nas jako wezwanie. A jeżeli tak, to najważniejsza w życiu duchowym jest postawa słuchania wszystkiego tego, co przychodzi do nas od Boga. Autentyczny postęp duchowy następuje jedynie w żywym dialogu: wezwanie Boże i nasza odpowiedź. Sami z siebie niczego prawdziwie dobrego nie zrobimy.

      Otóż właśnie ta autentyczna odpowiedź na Boże wezwanie otwiera nam bramę królestwa. Pan Jezus daje Piotrowi świętą władzę (taki sens ma słowo hierarchia), czyli władzę wiązania i rozwiązywania na dwóch płaszczyznach: na ziemi i w niebie jednocześnie. Jeśli przeniesiemy to na wewnętrzną prawdę każdego z nas, oznacza ona, że w naszym życiu wszystko uzyskuje podwójny wymiar: to, czego dokonujemy na ziemi, otrzymuje wartość w wymiarze królestwa Bożego. Niezmiernie ważne jest odkrycie, że to, co tutaj robimy, ma większe znaczenie, niż byśmy sobie wyobrażali. To, w czym uczestniczymy, całkowicie nas przerasta. Jeżeli sobie z tego nie zdajemy sprawy, możemy popełniać najrozmaitsze głupstwa. Kiedy natomiast otwiera się przed nami ta przestrzeń, nasze czyny nabierają zupełnie innego sensu, co innego staje się ważne, całkiem inaczej oceniamy nasze życie i to, co się dzieje itd. Pan Jezus nieraz wskazuje na inne wartościowanie. Może najbardziej klasyczne są błogosławieństwa, które dla zwykłego ludzkiego spojrzenia wydają się zaprzeczeniem błogosławieństwa. I nie da się na siłę przyjąć ich na zasadzie: Pan Jezus powiedział, więc tak jest. Niewątpliwie takie stawianie sprawy ma swój sens pedagogiczny, ale prawdziwe widzenie w kategoriach błogosławieństw następuje dopiero wówczas, gdy otwiera się ta podwójna perspektywa.

      Wyznanie, że Jezus jest Mesjaszem, a dokładniej moja odpowiedź: Ty jesteś Mesjaszem, Synem Boga żywego, oznacza, że widzę w Nim realizującą się ową podwójną rzeczywistość: ziemską, widzialną i niebieską, niewidzialną, ale obecną w widzialnej ziemskiej. Jest to widzenie misteryjne, takie jak w sakramencie: znaki widzialne urzeczywistniają się w wymiarze królestwa Bożego, urzeczywistniają to, co oznaczają. „Ty jesteś...” znaczy dla mnie teraz: w Tobie mam przystęp do Ojca i Jego królestwa, w Tobie moje życie otrzymuje wieczny wymiar. Po prostu Ty jesteś moim zbawieniem.

      Takie wyznanie pociąga za sobą konsekwencje: moje życie, które teraz rozgrywa się na obu płaszczyznach, staje się wyraźnie świadectwem, przed którym nie mogę uciec. Jeżeli przed nim uciekam, ponownie zapadam się we wcześniejszą nieświadomość. Tym razem jednak jest to wyraźna zdrada osobiście spotkanego Jezusa. Dlatego wyznanie: Ty jesteś Mesjaszem, Synem Boga żywego, wymaga odwagi i jednoznacznego zawierzenia, przed czym się często bronimy. Ale jedynie w odważnym podjęciu tego wyznania jest nasze zbawienie.
    • iktoto Homilia Czw 1 23.02.11, 20:34
      Syr 5,1–17

      Mk 9,41–50

      Nie zwlekaj z nawróceniem do Pana ani nie odkładaj tego z dnia na dzień (Syr 5,7).

      Zarówno Syracydes jak i Pan Jezus w Ewangelii wzywają nas do po­ważnego potraktowania życia przed Bogiem. To jest wezwanie fundamentalne. Między innymi wyraża się ono w księgach mądrościowych bardzo często powtarzaną prawdą: bojaźń Boża początkiem mądrości. Otóż nie chodzi o lęk przed Bogiem, ale właśnie o powagę, o poważne traktowanie Go. Żeby dać jakiś obraz dla przybliżenia, o co chodzi, przytoczę opowiadanie Gogola pt. „Rewizor”. Otóż w pewnym miasteczku Imperium Rosyjskiego dowiedziano się o tym, że ma do niego przyjechać rewizor z Moskwy. Ponieważ cała elita miasta tworzyła swoisty układ, wszystko było załatwiane przez znajomości, kumoterstwo itd. Władze miały dobre kontakty z województwem, z którym także wszystko dało się podobnie załatwić, zatem wszystko szło znakomicie. Aż tu nagle wiadomość, że przyjeżdża rewizor z Moskwy. A tam już znajomości nie sięgały. Nie wiadomo, czy da się z nim cokolwiek załatwić, czy można go obłaskawić itd. Strach padł na wszystkich.

      I nagle przejeżdża do miasta jakiś nieznajomy, dobrze ubrany, tajemniczy człowiek. Budzi podejrzenie, że właśnie on jest rewizorem. Zaczyna się cała gra związana z załatwieniem spraw. Zapraszano go na przyjęcia, dawano podarunki, zabawiano, jak się dało. On niczemu nie przeczył... Wreszcie po jakimś czasie wszystko się dało załatwić, dano łapówki i nieznajomy pojechał odprowadzony i żegnany przez wszystkich. Wszyscy odetchnęli. Załatwione. A tu nagle usłyszeli: rewizor właśnie nadjeżdża!

      Przyjrzyjmy się słowom Syracydesa. Jego wskazania można by streścić do zasady: nie myśl, że z Bogiem „jakoś to będzie”, że da się z Nim wszystko jakoś załatwić. Nie! Z Bogiem nie da się niczego załatwić. Kiedy ci się będzie zdawało, że wszystko już pozałatwiałeś, to właśnie okaże się, że ten, z którym załatwiałeś, to zupełnie ktoś inny, to nie Bóg żywy. To jakiś bożek, a może lepiej trzeba by powiedzieć: diabeł, ten który chce grać rolę Boga. I to wszystko, co załatwiłeś, to jedna wielka mistyfikacja.

      Z Bogiem nie da się niczego załatwić. Z Bogiem można jedynie prawdziwie żyć, bo On jest życiem. Kiedy szukamy życia gdzieś indziej, a On ma nam jedynie to umożliwić, a może nawet ma nam po prostu nie przeszkadzać, to budujemy tylko domek z kart.

      Poważnie potraktuj słowo Boże, prawdziwie zawierz mu i według niego postępuj, a wtedy poznasz, że jest ono słowem życia. Tutaj Ewangelia daje nam jedno jasne pozytywne wskazanie:

      Kto wam poda kubek wody do picia, dlatego że należycie do Chrystusa, zaprawdę, powiadam wam, nie utraci swojej nagrody (Mk 9,41).

      Inne zdania, podobnie jak u Syracydesa, odnoszą się do niewłaściwych postaw, są ostrzeżeniem przed kombinowaniem wobec Boga wynikającym z liczenia na to, że „jakoś to będzie”. Bardzo groźnie brzmią zdania typu:

      Jeśli twoje oko jest dla ciebie powodem grzechu, wyłup je; lepiej jest dla ciebie jednookim wejść do królestwa Bożego, niż z dwojgiem oczu być wrzuconym do piekła (Mk 9,47).

      Podkreślają stopień powagi, z jaką należy podchodzić do Boga i Jego zaleceń. Są przysłowiowe i nie należy ich brać za praktyczne wskazania . Jeżeli widzimy, że część naszego organizmu nam przeszkadza iść do nieba, to ją usuńmy. Nie o to chodzi. Przede wszystkim nasz sąd o tym,co nam prawdziwie przeszkadza, nigdy nie będzie w pełni obiektywny. Z historii pamiętamy, że Orygenes chciał uśmierzyć w sobie namiętności seksualne i się wykastrował, zgodnie z tym zaleceniem. Później jednak zrozumiał, że to nie o to chodzi, że został zwiedziony przez szatana. Te sentencje mówią jedynie o potrzebie absolutnie poważnego potraktowania słów od Boga.

      To, że my nie traktujemy Bożych obietnic, a także ostrzeżeń poważnie, widać właściwie na każdym kroku. Weźmy np. takie zalecenie podane przez Pana Jezusa:

      Jeśli więc przyniesiesz dar swój przed ołtarz i tam wspomnisz, że brat twój ma coś przeciw tobie, zostaw tam dar swój przez ołtarzem, a najpierw idź i pojednaj się z bratem swoim. Potem przyjdź i dar swój ofiaruj! (Mt 5,23n).

      Czy mamy w sobie takie nastawienie, gotowość na takie postępowanie? Albo takie sztandarowe błogosławieństwo, pod którym wszyscy się podpiszemy obiema rękami:

      Błogosławieni jesteście, gdy /ludzie/ wam urągają i prześladują was, i gdy z mego powodu mówią kłamliwie wszystko złe na was. Cieszcie się i radujcie, albowiem wasza nagroda wielka jest w niebie (Mt 5,11n).

      Kto z nas cieszy się i raduje, gdy go prześladują, dlatego że przynajmniej stara się, na ile jest to w jego mocy, sprawiedliwie postępować i pełnić wymagania Ewangelii? Pewnie teoretycznie wszyscy tego pragną, ale spójrzmy całkiem realnie: gdy przychodzi na nas jakieś utrapienie, jeżeli ktoś nam coś zarzuci, co wówczas się w nas dzieje? Gdzie jest ta radość, pokój ducha...?

      Jeżeli tak, to w takim razie jak przyjmujemy Ewangelię? Na co w istocie liczymy? Czego szukamy w życiu?

      Być może, najlepiej świadczy o naszym braku zawierzenia fascynacja świętymi. Oni bowiem rzeczywiście zawierzyli Ewangelii i było ich stać na konsekwentną postawę. Oni po prostu uwierzyli i poszli za słowem, któremu uwierzyli. Dlaczego ich tak mało? Przecież każdy z nas powinien taki być! Święci są naszym wyrzutem sumienia i wskazaniem, że jednak można w pełni uwierzyć.

      Bo każdy ogniem będzie posolony. Dobra jest sól; lecz jeśli sól smak swój utraci, czymże ją przyprawicie? Miej­cie sól w sobie i zachowujcie pokój między sobą! (Mk 9,49n).

      Ewangelia jest w istocie wielkim wołaniem o realizm zawierzenia słowu i obietnicy. I odkrycie tego realizmu dla siebie jest najważniejszą sprawą w naszym życiu. Na tym odkryciu i pójściu za nim polega metanoja, przemiana serca.


    • iktoto Homilia 7 Pt 1 24.02.11, 20:30
      Syr 6,5–17

      Mk 10,1–12

      Co więc Bóg złączył, tego człowiek niech nie rozdziela! (Mk 10,9).

      Małżeństwo przez Pana Jezusa jest widziane w kontekście zamysłu stwórczego Boga. Jako takie jest ono wcześniejsze niż jakakolwiek społeczność i jakakolwiek religia. Z tej racji żadna religia ani żadne prawo społeczne nie są w stanie zalegalizować rozwodu. To, co się dokonuje podczas małżeństwa, jest aktem wzajemnego zawierzenia się sobie. Nie można zwolnić się z danego słowa przez odniesienie się np. do sądu.

      W pierwszym dzisiejszym czytaniu Syracydes mówi o wartości przyjaźni:

      Wierny bowiem przyjaciel potężną obroną,
      kto go znalazł, skarb znalazł.
      Za wiernego przyjaciela nie ma odpłaty
      ani równej wagi za wielką jego wartość.
      Wierny przyjaciel jest lekarstwem życia;
      znajdą go bojący się Pana (Syr 6,14–16).

      Gdyby ktoś chciał się prawować ze swoim przyjacielem w sądzie, zarzucając mu coś, byłoby to bezsensowne. Jeżeli jednak do czegoś takiego by doszło, to znaczyłoby, że przyjaźń już się wcześniej skończyła. Prawowanie się w sądzie jest poniżej godności przyjaźni. I to samo trzeba by odnieść do małżeństwa. Jeżeli związek mężczyzny i kobiety połączyła miłość, czyli coś Boskiego, to wszelkie prawowanie się jest rodzajem zbezczeszczenia. Gdzieś wcześniej nastąpiła zdrada miłości.

      Niestety, dzisiaj bardzo często dochodzi do rozwodów. Dwoje kochających się ludzi nie może już więcej ze sobą wytrzymać. Dlaczego? Dlaczego skończyła się ich miłość? Najczęściej dlatego, że każdy rozumie ją według siebie samego i to najczęściej zgodnie ze swoim upodobaniem. Natomiast miłość jest z Boga i dlatego nas całkowicie przerasta. My jedynie możemy być w szkole miłości. Dlatego jeżeli prawdziwie chcemy związać się z kimś więzią miłości, musimy się zgodzić na tę szkołę. Jeżeli koniecznie chcemy przeforsować swoje upodobania, to już w tym momencie zdradzamy miłość. Zawarty na tych zasadach związek był rodzajem zakłamania. Przy takim podejściu nie było prawdziwego oddania się drugiej osobie w miłości, ale oczekiwanie spełnienia noszonych w sobie oczekiwań.

      Niestety, dzisiejsza kultura propaguje miłość rozumianą jako rodzaj przyjemnego spędzania czasu, układ wzajemnie dawanych sobie przyjemności. Stąd np. dziecko, które by się miało narodzić z tego związku, przeszkadza i dlatego oferuje się rozmaite środki, aby nie doszło do poczęcia, a jeżeli już do niego doszło, środki do usunięcia niepożądanej ciąży. Jest to filozofia egoizmu. Nie jest to miłość, a nawet jest to wręcz przeciwieństwo miłości. Dzisiejsza egocentryczna kultura powoduje ogromne spustoszenie w życiu ludzi. Nie pozwala się im w pełni zrealizować. Drugi Sobór Watykański wypowiedział ważną zasadę odnoszącą się do życia człowieka: „Człowiek jest jedyną istotą, którą Bóg stworzył dla niej samej i człowiek może się zrealizować w pełni tylko przez szczery dar z siebie” (KDK 24). Zdrada miłości nie tylko jest grzechem przeciw drugiemu i przeciw Bogu, ale jest przede wszystkim grzechem przeciw nam samym, gdyż jest wyzbyciem się możliwości dojścia do pełni swojego życia.

      Miłość małżeńska musi być oparta na przyjaźni. Musi wyrastać z głębokiego spotkania w świecie wartości i ducha. Jeżeli dochodzi w takim spotkaniu do powiedzenia drugiemu pełnego „ty”, a sami stajemy się „ja”, to każde zejście na poziom „on”, „ona” jest zdradą. Spory, dochodzenie swoich racji, oskarżanie i sądy są jedynie tej zdrady konsekwencją. Największym niebezpieczeństwem powstającego związku jest brak spotkania: „ja – ty” we wspólnym „my”. Niebezpieczeństwo jest o tyle poważne, że wielkie emocje nie pozwalają zobaczyć obiektywnej wartości spotkania. Każdy przeżywa po swojemu, zgodnie ze swoimi wyobrażeniami, nie widząc, że drugi przeżywa to samo zupełnie inaczej i widzi zupełnie inny sens samego spotkania. Powstaje wówczas wielki pozór spotkania, przy jednoczesnej wielkiej obcości. Jeżeli później do spotkania jednak nie dochodzi, pojawia się wówczas ogromna presja w kierunku przerwania cierpienia, jakie powstaje przy wzajemnym obcowaniu ze sobą.

      W tym wszystkim zdradzona jest sama miłość, która jest dla nas szansą na dojście do pełni życia. Nikt nam nie da usprawiedliwienia z przegrania własnego życia.


    • iktoto Homilia 8 Wt 1 28.02.11, 21:30
      Łabędź niemy (Cygnus olor) – gatunek dużego, wędrownego ptaka wodnego z rodziny kaczkowatych (Anatidae), zamieszkujący Eurazję od Łaby i Półwyspu Jutlandzkiego po Pacyfik. Przeloty: marzec-kwiecień i wrzesień-grudzień. Zimuje w Europie, północnej Afryce oraz środkowej i południowej Azji. Jest jednym z najcięższych ptaków latających.

    • iktoto Homilia 8 śr 1 02.03.11, 13:39
      Syr 36,1.4–5a.10–17

      Mk 10,32–45

      Nie wiecie, o co prosicie (Mk 10,38).

      Trzeba by powiedzieć mocniej: Niczego nie rozumiecie! Scena z Ewangelii ukazuje dramatyczną rozbieżność ludzkiego i Bożego myślenia. Pan Jezus po około trzech latach nauczania i świadectw zbliża się do kresu swojej misji, przychodzi do Jerozolimy, gdzie zostanie wydany arcykapłanom i uczonym w Piśmie. Oni skażą Go na śmierć i wydadzą poganom. I będą z Niego szydzić, oplują Go, ubiczują i zabiją, a po trzech dniach zmartwychwstanie (Mk 10,33). To już trzeci raz mówi uczniom o tej strasznej perspektywie. Mówi do nich jak do przyjaciół, najbliższych sobie osób. Zamiast zrozumienia i wczucia się w dramatyzm sytuacji słyszy pytanie: Daj nam, żebyśmy w Twojej chwale siedzieli jeden po prawej, drugi po lewej Twej stronie (Mk 10,37). Kompletny brak wyczucia tego, co się w Nim działo i tego, o co chodzi w głoszonej przez Niego Ewangelii! To wszystko dzieje się na kilka dni przed męką i śmiercią!

      W takim momencie można się całkowicie załamać. Cały wysiłek włożony w kształtowanie uczniów wydaje się bezowocny. Nadal kierują nimi pragnienia i myśli według kategorii tego świata. Po ludzku można powiedzieć, że Jezus poniósł klęskę pedagogiczną. Uczniowie niczego nie zrozumieli. To ludzkie poczucie powiększy tak ogromne cierpienie, jakie Go czeka. Co może ich jeszcze oświecić?

      Sama sytuacja stanowi doskonałą ilustrację prawdy o nas samych. Odsłania niesamowity opór umysłu w przyjęciu czegoś, co przekracza znane nam kategorie, przy jednoczesnym upartym trzymaniu się wyobrażeń, jakie sobie wytworzyliśmy wcześniej. Trzykrotnie powtarzana zapowiedź męki nie trafia, nie zostaje przyjęta i przemyślana. Widać uczniowie odrzucili ją. Przywiązanie do własnych wyobrażeń było silniejsze niż słowa Mistrza. Rozproszenie się uczniów świadczy o tym, że dotyczyło to wszystkich, a nie tylko Jakuba i Jana.

      Uświadomienie sobie tej trudnej prawdy dotyczącej każdego z nas jest niezmiernie ważne w życiu duchowym. Nie wystarczy zmienić jednej wizji Boga na inną, aby prawdziwie stać się Jego uczniem. Żydzi przecież mieli dobrą wizję Boga, ale jednak nie byli w stanie Go przyjąć, gdy do nich przyszedł! Aby Go prawdziwie przyjąć i za Nim pójść, trzeba otwartości myśli uwolnionej od oczekiwań według własnych wyobrażeń, zdolności rzetelnego rozeznawania prawdy i zawierzenia Temu, który ją głosi. Wobec przerażającej tajemnicy naszego upartego trzymania się własnych wyobrażeń i sposobu myślenia jest to wysiłek ogromny. Podjęcie go samemu oznacza nieustanne kwestionowanie i sprawdzanie wszelkich myśli, intuicji, uczuć, wyobrażeń, jakie się w nas rodzą. Brak poczucia pewności nieustannie będzie nas wówczas prześladował. Wątpienie stanie się z czasem ważniejsze od pojawiającej się prawdy i wartości. Klęska jest niejako założona jako nieuchronny wynik całego wysiłku. Przekonanie, że nigdy nie dojdziemy do prawdy, stanowi założenie a priori współczesnego myślenia. Taka wydaje się dzisiejsza duchowa sytuacja intelektualistów.

      Wysiłek podejmowany na własną rękę prowadzi do nieuchronnej przegranej. Albo ulegniemy zwiedzeniu, albo i tak nie dojdziemy do prawdy. U podstaw takiej pesymistycznej wizji leży ogromna ambicja posiadania wiedzy będącej absolutną pewnością. To, co było pokusą przy grzechu pierworodnym, nadal nad nami dominuje i podobnie jak u początków, jest przyczyną przegranej.

      Jeżeli po ludzku spojrzeć na pedagogiczny wysiłek Jezusa, to wydaje się, że rodzi się podobnie pesymistyczny wniosek: „I tak nie da się uczniom pokazać prawdy”. Jezus jednak się nie załamuje. Inaczej widzi siebie i swoją misję. W Ewangelii mówi na końcu:

      Kto by między wami chciał się stać wielkim, niech będzie sługą waszym. A kto by chciał być pierwszym między wami, niech będzie niewolnikiem wszystkich. Bo i Syn Człowieczy nie przyszedł, aby Mu służono, lecz żeby służyć i dać swoje życie na okup za wielu (Mk 10,44n).

      Jego troska nie koncentruje się wokół uchwytnego efektu: nawrócenia uczniów, ale na służbie prawdzie do końca. Nieco później, podczas Ostatniej Wieczerzy, powie o konieczności swojego odejścia, aby mógł przyjść Duch Prawdy, który dopiero doprowadzi uczniów do całej prawdy (zob. J 16,13). Sam widzi siebie jak sługę nieużytecznego, który zrobił swoje. Jego dzieła dokończy Inny. Wcześniej niejednokrotnie wskazywał na postawę dziecięcą jako warunek wejścia do królestwa. Polega ona na ufnej otwartości na Ducha i braku ambicji posiadania absolutnej wiedzy. Dziecko się uczy i cieszy się każdym nowym odkryciem. W jego postawie odkrywana prawda i wartość jest ważniejsza od sceptycznego wątpienia. Dziecko jest w drodze do dojrzałości i nie musi się uważać za kogoś ważnego i posiadającego absolutną wiedzę i władzę. Jest otwarte na to, co przychodzi i nie stara się uparcie trzymać przyjętych pojęć. Ono się uczy, a nie stara udowodnić swoich racji. Dziecięca postawa wyrasta ze świadomości uczestnictwa w ogromnym misterium Boga, który się nam daje i pragnie udzielić nam pełni życia. Jeżeli cokolwiek ma się w nas dokonać, to będzie to Jego dzieło, któremu nie możemy przeszkadzać.
    • iktoto Homilia 8 Czw 1 03.03.11, 14:04
      Syr 42,15–25

      Mk 10,46–52

      Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną! (Mk 10,47).

      Te słowa niewidomego Bartymeusza spod Jerycha stały się podstawą tak zwanej „modlitwy Jezusowej”, bardzo bogatej tradycji modlitewnej Kościoła Wschodniego. I rzeczywiście sama scena z Ewangelii jest ilustracją modlitwy i odpowiedzi na nią. Niewidomy z uporem woła o pomoc. Kiedy starają się go uciszyć, tym bardziej woła: Synu Dawida, ulituj się nade mną! (Mk 10,48). Scena przypomina dwie krótkie przypowieści Pana Jezusa o modlitwie. Jedna mówi o uporze, z jakim ktoś w nocy dobija się do domu swojego przyjaciela, prosząc go o chleb dla gościa, który do niego przybył. Druga mówi o bezbronnej wdowie, która z uporem przychodzi do sędziego, prosząc go o obronę przeciw wrogowi. Oboje są wysłuchani dzięki swojemu uporowi. I tak też jest w dzisiejszej scenie.

      Determinacja, z jaką Bartymeusz wołał, wyrażała jego niezachwianą wiarę w Jezusa i Jego moc. To następny warunek dobrej modlitwy. Wszystko, o co w modlitwie prosicie, stanie się wam, tylko wierzcie, że otrzymacie (Mk 11,24). Określenie: „Synu Dawida” było w istocie wyznaniem wiary w Jezusa jako Mesjasza.

      Kiedy niewidomy stanął przed Panem Jezusem, usłyszał pytanie: Co chcesz, abym ci uczynił? (Mk 10,51). Właściwie możemy się dziwić, dlaczego Pan Jezus pyta, przecież sama sytuacja była dostatecznie wymowna. Wszyscy wiedzieli, o co niewidomy prosił. Jednak Pan Jezus pyta go bo pragnie, aby on sam wypowiedział swoją prośbę. Podobnie Pan Jezus pragnie, abyśmy Go prosili o to, czego potrzebujemy. Łaska, jakiej nam udziela, staje się w ten sposób odpowiedzią na naszą prośbę. Sformułowanie własnej prośby ma ważne znaczenie dla dalszego dialogu: Rabbuni, żebym przejrzał (Mk 10,51). Okazuje się bowiem, że Bóg daje zawsze według swojej miary, a nie według miary naszych oczekiwań. Kiedy sobie uświadamiamy nasze prośby i ich spełnienie, z czasem okazuje się, że nasze pragnienie sięga o wiele głębiej i dalej. Sama modlitwa prośby okazuje się jedynie pewnym etapem dialogu i jak o tym pisze Katechizm Kościoła Katolickiego, „jest ona – w sposób paradoksalny – odpowiedzią ...”. Modlitwa jest odpowiedzią wiary na darmową obietnicę zbawieniaPor. J 7, 37-39; Iz 12, 3; 51, 1, odpowiedzią miłości na pragnienie Jedynego Syna” (KKK 2561).

      Jedynie jako dialog dalej istniejący modlitwa staje się drogą prowadzącą do pełnego zjednoczenia z Jezusem. Bartymeusz w odpowiedzi na łaskę odzyskania wzroku szedł za Nim drogą (Mk 10,52). Inna scena mówiąca o przywróceniu wzroku niewidomemu od urodzenia kończy się nowym cudem przejrzenia. Pan Jezus, spotykając uzdrowionego w świątyni, pyta go: Czy ty wierzysz w Syna Człowieczego? (J 9,35). Za moment do niedawna jeszcze niewidomy wyznaje swoją wiarę. Przejrzał, aby uwierzyć w Syna Człowieczego. Taka wiara, według zapowiedzi Pana Jezusa, daje życie wieczne: Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem. Kto we Mnie wierzy, choćby i umarł, żyć będzie (J 11,25). Modlitwa ze swojej istoty prowadzi do głębokiej więzi osobowej z Jezusem. To On ostatecznie okazuje się darem, a wszelkie pośrednie są jedynie zapowiedzią tego jednego Daru.

      Eucharystia, do której przystępujemy, jest misterium tego jedynego Daru.


    • iktoto Homilia 8 Sob 1 05.03.11, 21:50
      Syr 51,12–20

      Mk 11,27–33

      Jak łatwo zdobyć mądrość, a jak niewielu do niej dochodzi! Syracydes w pierwszym dzisiejszym czytaniu daje nam świadectwo swojej drogi do mądrości. Pisze : Nakłoniłem tylko trochę ucha mego, a już ją otrzymałem i znalazłem dla siebie rozległą wiedzę (Syr 51,16). Dlaczego tak łatwo otrzymać mądrość, tak trudno ją osiągnąć?

      Zobaczmy, jakie podaje warunki osiągnięcia mądrości sam Syracydes: szukałem jawnie mądrości w modlitwie (Syr 51,13). Młody Syracydes wiedział, że mądrości należy szukać na modlitwie! Nie w książkach uczonych, nie na wykładach filozofii, ale na modlitwie. Mądrość nie jest po prostu wiedzą, ale nieustannym sięganiem do źródła. Modlitwa jest tą postawą, która pozwala czerpać od samego Boga. Oczywiście nie każda modlitwa jest takim czerpaniem. Najczęściej kojarzymy modlitwę z zanoszeniem próśb do Boga. W tym przypadku raczej prosimy o coś, co sami odczuwamy jako brak. Jest to tylko jeden z rodzajów modlitwy i to nie najważniejszy. Syracydes szukał na modlitwie mądrości, a zatem pytał Boga i wsłuchiwał się w Jego głos. Tylko taka modlitwa pozwala czerpać mądrość od Boga. Koncentracja na naszych prośbach zamyka nas w subiektywnej wizji świata i tego, co dobre.

      Dalej Syracydes pisze: serce me w niej się rozradowało, noga moja wstąpiła na prostą drogę (Syr 51,15). Aby zrozumieć, co znaczą te słowa, warto przypomnieć sobie krótki dialog Pana Jezusa z „bogatym młodzieńcem” (zob. Mk 10,17–22). Szukał on drogi do zbawienia i przyszedł zapytać o nią samego Jezusa. Nie mógł lepiej trafić! Ale kiedy usłyszał, że trzeba sprzedać wszystko, rozdać ubogim i zrezygnować z budowanych zabezpieczeń, przestraszył się i odszedł zasmucony. Okazuje się, że brakło mu prawdziwego zdecydowania. Syracydes natomiast się rozradował tym, co usłyszał i wstąpił na tę drogę. Kiedy szukamy mądrości, musimy mieć w sobie decyzję prawdziwego szukania prawdy, a nie jedynie potwierdzenia naszych racji, akceptacji naszej dotychczasowej drogi. Prawda może ukazać istniejący w nas zasadniczy fałsz, a przez to zakwestionować wszystkie nasze dotychczasowe osiągnięcia. Decyzja autentycznego szukanie mądrości i prawdy jest trudna, bo czasem graniczy ze zgodą na przekreślenie sensu dotychczasowego żmudnie budowanego planu życia. Wydaje się, że właśnie to było przyczyną nieprzyjęcia Jezusa przez ówczesnych uczonych w Piśmie i starszych. Ewangelia pokazuje brak prostoty w ich pytaniu. Wcale nie chodziło im o prawdę, ale o przeforsowanie swoich racji. W takim przypadku nie ma o czym rozmawiać. Nic się nie da zrobić.

      Aby iść drogą mądrości, trzeba nie tylko zdecydowania, bo takie może mieć także fanatyk, ale potrzebna jest jeszcze prostota i konsekwencja. I tutaj sięgamy do sprawy zasadniczej, do przełożenia osiągniętej mądrości na praktykę życia. Syracydes pisze: Postanowiłem bowiem wprowadzić ją w czyn, zapłonąłem gorliwością o dobro i nie doznałem wstydu (Syr 51,18). Mądrość nie jest teorią, ale praktyką życia. Jeżeli ktoś nawet wie bardzo dużo, ale nie potrafi tego w swoim życiu wprowadzić, pozostaje głupcem. Wydaje się, że zasadniczy fenomen monastycznego życia polega na praktycznym korzystaniu z mądrości Ewangelii Jezusowej. Mnisi postanowili zrobić z niej swoją drogę życia. Reguły zakonne starają się jedynie zabezpieczyć ten wysiłek. Nie zawsze udaje się najlepiej to realizować. Nieraz zdarzają się upadki. Syracydes pisze: ręce wyciągałem w górę, a błędy przeciwko niej opłakiwałem (Syr 51,19). Życie jest nieustanną walką wewnętrzną. Wiedza o tym już jest początkiem mądrości, a podjęcie tej walki w postawie modlitewnej jest życiem mądrością.

      Kiedy sobie zdajemy sprawę z ciężaru walki, możemy się przerazić i zrezygnować. W tym momencie warto sobie przypomnieć słowa Pana Jezusa:

      Weźcie moje jarzmo na siebie i uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokorny sercem, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych. Albowiem jarzmo moje jest słodkie, a moje brzemię lekkie (Mt 11,29n)

      Kiedy wydaje się nam, że sami musimy tę mądrość osiągnąć, to ciężar zadania nas przerasta. Kiedy natomiast mamy w sobie prostotę dziecka, ona sama nas znajduje. Syracydes pisze: Skierowałem ku niej moją duszę i znalazłem ją dzięki czystości (Syr 51,20).


    • iktoto Homilia 9 Nd A 05.03.11, 21:50
      Pwt 11,18.26–28

      Rz 3,21–25a.28

      Mt 7,21–27

      Dzisiejsze czytania przedstawiają, wydawałoby się, pewną sprzeczność. Z jednej strony Mojżesz, przekazując Izraelowi Prawo Boże, mówi jednoznacznie, że kładzie przed nim błogosławieństwo i przekleństwo, błogosławieństwo, jeś­li usłuchacie po­le­ceń waszego Pana Boga, które ja wam dzisiaj daję (Pwt 11,27), czyli wtedy, gdy będą przestrzegali Prawa Bożego właśnie im przekazanego. Prze­kleństwo, jeśli nie usłuchacie po­leceń waszego Pana Bo­ga, jeśli odstąpicie od drogi, któ­rą ja wam dzisiaj wska­zu­ję, a pójdziecie za bogami ob­cymi, których nie znacie (Pwt 11,28), czyli gdy nie będą posłuszni otrzymanemu Prawu Bożemu.

      Święty Paweł natomiast pisze w liście do Rzymian o „sprawiedliwości Bożej nie­za­leżnej od Prawa, poświadczonej jednak „przez Prawo i Pro­roków” (zob. Rz 3,21). Na końcu dzisiejszego drugiego czytania słyszymy mocne słowa: czło­wiek osiąga uspra­wied­li­wienie przez wiarę, niezależnie od peł­nienia na­ka­zów Prawa (Rz 3,28). Z jednej strony zatem słyszymy, że powinniśmy usłuchać poleceń Pana, czyli Prawa, z drugiej zaś, że zbawienie otrzymujemy dzięki wierze, a nie pełnieniu nakazów Prawa.

      Pozorna sprzeczność bierze się stąd, że Prawo, jakie otrzymali Żydzi za pośrednictwem Mojżesza, było żywym słowem Boga, natomiast z czasem stało się ono literą prawa. Żywe wskazania mają to do siebie, że są apelem do serca, natomiast litera prawa skupia się na formalnej stronie działania. Jak wiemy z doświadczenia, żadne prawo nie jest w stanie wyczerpać bogactwa życia. Nie jest w stanie wskazać nam właściwego postępowania w każdej sytuacji. Prawo daje najogólniejsze wskazania i właściwie, jak to potem ujął św. Paweł, stało się wychowawcą wiary:

      Do czasu przyjścia wiary byliśmy poddani pod straż Prawa i trzymani w zamknięciu aż do objawienia się wiary. Tym sposobem Prawo stało się dla nas wychowawcą, /który miał prowadzić/ ku Chrystusowi, abyśmy z wiary uzyskali usprawiedliwienie. Gdy jednak wiara nadeszła, już nie jesteśmy poddani wychowawcy. Wszyscy bowiem dzięki tej wierze jesteście synami Bożymi – w Chrystusie Jezusie (Ga 3,23–26).

      Wiara natomiast pociąga nas ku głębszemu wsłuchaniu się w autentyczne słowa Chrystusa, które są apelem do serca, a nie jedynie do rozumu i woli. Dobrze ilustruje to autentyczny komentarz Pana Jezusa do Prawa, jaki mamy w tak zwanym Kazaniu na górze. Kiedy omawia On poszczególne przykazania, interesuje Go nie formalny zakres Prawa, ale to, co się dzieje w sercu człowieka. Podobnie odpowiadając na pytanie o to, kto jest moim bliźnim (zob. Łk 10,29), czyli w istocie na pytanie o zakres obowiązującego nas prawa miłości bliźniego, Pan Jezus nie rozwodzi się nad zakresem osób będących naszymi bliźnimi, ale wskazuje na czyn wyrastający z serca, przez który stajemy się bliźnimi innych. O naszym posłuszeństwie Bogu i Jego poleceniom rozstrzyga wsłuchanie się sercem w Jego słowo. Formalna strona Prawa może stać się i niestety często się staje, znakomitą ucieczką od Bożego wezwania rozbrzmiewającego w sercu.

      Z tej racji Pan Jezus nie daje nam żadnego nowego przykazania, nie podaje żadnych nowych zasad, ale przypomina jedynie przykazanie miłości, wskazując tylko siebie jako wzór realizacji tego przykazania. W ten sposób On sam staje się dla nas Prawem Bożym. Nie jest to już zatem żadna litera prawa, ale żywe Słowo, czyn miłości, które zobowiązują w głębi naszego serca. I do tego odnoszą się słowa Pana Jezusa z dzisiejszej Ewangelii:

      Każdego więc, kto tych słów moich słu­cha i wypełnia je, można porównać z czło­wiekiem roz­tropnym, który dom swój zbudował na ska­le. Spadł deszcz, wezbrały potoki, zerwały się wichry i ude­rzyły w ten dom. On jednak nie runął, bo na ska­le był utwierdzony (Mt 7,24n).

      W istocie to Słowo jest słowem Ojca. Dlatego: nie każdy, któ­ry Mi mówi: “Panie, Panie”, wejdzie do królestwa nie­bies­kie­go, lecz ten, kto spełnia wolę mojego Ojca, któ­ry jest w nie­bie (Mt 7,21). Słowo Ojca z nieba jest jednocześnie słowem, które rozpoznajemy w naszym sercu. Dopiero rozpoznanie tego wewnętrznego słowa w Prawie, jakie otrzymaliśmy przez Mojżesza, podjęcie go w zawierzeniu, jest prawdziwym posłuszeństwem Ojcu. Przez to dokonuje się prawdziwe budowanie na niewzruszonej skale, którą jest Jezus Chrystus.


Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka