ralston 05.06.05, 00:18 No to zaczynam cykl wspomnieniowy z ostatniej wyprawy. Z góry przepraszam za przynudzanie. Odpowiedz Link Zgłoś Obserwuj wątek Podgląd Opublikuj
ralston Kosmów n/Bugiem 05.06.05, 00:19 W piątkowy wieczór docieramy do Kosmowa nad Bugiem. Wita nas rechot żab i chór niezliczonych słowików. Gospodarze – Pani Basia i Pan Artur witają nas bardzo serdecznie. Z racji na zbliżony wiek szybko przechodzimy na „ty”. Wkrótce na stole lądują wino gronowe własnej roboty (trochę słodkawe i mocne) oraz znakomita nalewka z wiśni. Miło spotkać na wsi młodych, wykształconych ludzi, którzy nie narzekają na swój los a biorą sprawy w swoje ręce. Z pomocą unijnych funduszy rozbudowali dom i przygotowali go na prowadzenie gospodarstwa agroturystycznego. Działają od niedawna, pokoje jeszcze pachną farbą, tak że trzeba okno otwierać bo duchota spać nie pozwala. Po chwili nie pozwalają spać żaby i słowiki, które zdają się prześcigać – kto głośniej poprowadzi nocny koncert. Parę minut później do chóru dołącza Mariusz donośnym chrapaniem – o spaniu mogę zapomnieć. Brak snu rekompensuje trochę przecudny świt i kontury drzew, wyłaniające się z mgły wstającej nad Bugiem. Zasypiam dopiero nad ranem. Wstajemy, pakujemy sakwy i bez śniadania ruszamy w drogę. Samochodem, śladem ubiegłorocznych wojaży docieramy do Hrubieszowa. Właściwą wyprawę zaczynamy od starego hrubieszowskiego kirkutu, a właściwie tego, co z niego pozostało. A zostało tego niewiele. Ot, wykoszona łąka, na niej kilkanaście może macew, zgromadzonych w jednym miejscu – tyle tylko śladów wielowiekowej obecności narodu żydowskiego na tych ziemiach... Odpowiedz Link Zgłoś
ralston Wołyń 05.06.05, 00:20 Z Hrubieszowa udajemy się drogą na wschód, w stronę wsi Gródek. Nazwa jest nieprzypadkowa, bo gdzieś tu w okolicy znajdowało się średniowieczne grodzisko, należące do Grodów Czerwieńskich. Wspinamy się piaszczystą drogą na grzbiet rozciągniętego szeroko za wsią pagórka, nazywanego Horodysko. Widoki stąd piękne na ukrańską stronę, ale żadnych śladów wałów, czy dawnej fosy odnaleźć się nie udaje. Przekonani, że kilka wieków historii skutecznie musiało zatrzeć ślady dawnej cywilizacji uznajemy, że z pewnością tutaj mieścił się poszukiwany przez nas legendarny gród Wołyń i kierujemy się dalej w stronę zabudowań wsi. Ku naszemu zaskoczeniu w pewnej chwili otwiera nam się widok na bardzo stromy pagórek, odcięty od sąsiadującej z nim od zachodu skarpy głęboką fosą. Nie ma żadnych wątpliwości – grodzisko było właśnie tutaj! Wdrapujemy się na płaski szczyt gdzie musiał znajdować się majdan i zanurzamy się głęboko w historii, bo ruskie latopisy wspominały o tym miejscu już w 990 roku, a badania archeologiczne potwierdziły istnienie w tym miejscu jakiejś osady już w VIII w. Tutaj mieściło się centrum plemienne Wołynian, stąd wzięła nazwę cała rozległa kraina. W kierunku północno-wschodnim widać ze wzgórza tzw. Królewski Kąt – miejsce, gdzie Huczwa wpada do Bugu i gdzie w 1018 roku przeprawiał się Bolesław Chrobry podczas swej wyprawy na Kijów. Woda na Bugu musiała być wtedy niższa niż dzisiaj, bo Nestor w swojej „Powieści minionych lat” pisze o tym, że Bolesław rzekę sforsował nie schodząc z konia, a za nim jego woje, mimo, że na drugim brzegu stał Jarosław ze swym wojskiem. Gdyby dziś próbowali tej sztuki, to cała historia Polski mogłaby potoczyć się zupełnie inaczej... A tak Wołyń wraz z pozostałmi Grodami Czerwieńskimi dostał się w ręce polskie. Nie na długo zresztą... ale nie o tym chciałem. A chciałem o kolejnym materialnym śladzie tego, że tędy przebiegała granica kulturowa między Wschodem a Zachodem. Otóż na Horodysku, leżącym o kilometr na południe stąd, które mylnie braliśmy na początku za sam Wołyń, odkryto pochówek wczesnośredniowiecznego wojownika z pełnym uzbrojeniem, na które składały się: miecz z XII wieku o złamanym ostrzu, z prostym jelcem, charakterystyczny dla Słowiańszczyzny Zachodniej oraz typowy, wschodni łuk z kołczanem, którego używali wyłącznie Słowianie wschodni - u Słowian zachodnich pozostawał praktycznie nieznany. Na grzbiecie Horodyska i u jego stóp, na wschodnich stokach znajdowała się kiedyś wieś Gródek. Tam gdzie dziś ciągną się malownicze łąki nadbużańskie. Była tam cerkiew unicka, później po kasacie zamieniona w prawosławną i klasztor bazylianów. Cerkiew niestety spłonęła jeszcze przed wojną a sama wieś została zniszczona w czasie wojny i walk poslko-ukraińskich oraz podczas powojennych wysiedleń... Dzisiejszy Gródek leży nieco na zachód od dawnego i czas już zmierzać ku jego północnemu krańcowi by odnaleźć mostek na Huczwie i móc jechać dalej... Odpowiedz Link Zgłoś
awee No co jest ? :) 10.06.05, 15:56 Rals, czyżbyś też potrzebował podręcznego zestawu do pisania ? Zatem: korkociąg www.fide.pl/img/henckels/305/39614-000.jpg wena www.wena.bialystok.pl/grafika/m_wena_logo.gif czas www.testuj.to.pl/ :) Odpowiedz Link Zgłoś
ralston Re: No co jest ? :) 10.06.05, 16:42 Awee, jesteś niezrównana. :) pozostaje mi tylko odpowiedzieć: forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=10955&w=10295508&a=24927188 bo innych wymówek już nie mam :) Odpowiedz Link Zgłoś
ralston Teptiuków, Moroczyn 12.06.05, 23:53 Zaraz za grodziskiem zatrzymujemy się na chwilę na drewnianym moście, żeby jeszcze przez chwilę popatrzeć na Wołyń, oddzielony teraz od nas leniwym nurtem Huczwy. Chwilę później droga rozwidla się i trzeba zdecydować, czy jedziemy w prawo – przez nadbużańskie łąki do Husynnego, czy prosto - do Teptiukowa, a później szosą na wschód. Po krótkiej naradzie wybieramy jednak Teptiuków a na decyzję nie bez wpływu pozostają świeże w pamięci widoki ze szczytu Wołynia – szeroko tu i ówdzie rozlana po łąkach woda, tworząca formy nie dające się, z racji na rozmiar, określić trywialnym słowem „kałuża”. Droga na wprost wydaje się pewniejsza. Jak się po kilkunastu minutach okazuje – nie pozbawiona jednak wrażeń. Kiedy zbliżamy się do kolejnego mostku na jednym z dopływów Huczwy, okazuje się, że mostek stanowi wyspę, oblaną dookoła wodą. Nie ma rady, trzeba ściągać buty i skarpety i w bród pokonywać drogę do mostu. Na szczęście woda nie tylko płynie leniwie, ale do tego jest ciepła – w sumie nawet przyjemne urozmaicenie w upalny dzień. Małe rybki śmigają spłoszone wokół stóp, pachnie mokrą trawą – aż rodzi się pokusa, żeby tu zostać na dłużej. Ale plan jest napięty, zostało jeszcze wiele kilometrów do przejechania – nie ma rady, trzeba ruszać dalej. Póki co, ostrego ruszania dalej uskutecznić się nie da. Następny dopływ Huczwy i historia się powtarza – znowu most oblany wokół wodą. Znowu brodzenie, tym razem w głębszej wodzie – na tyle głębokiej, że sakwy miejscami mącą jej lustro. Na szczęście słońce dogrzewa na tyle mocno, że wszystko wysycha jeszcze zanim dotrzemy do pierwszych zabudowań Teptiukowa, którego udokumentowana historia sięga XV w. Dziś śladów tak zacnego rodowodu nie widać. Po zabudowaniach dworskich prawie nie zostało śladu, ot jakieś ruiny, ostały się jedynie resztki parku dworskiego. Przejeżdżamy w poprzek wsi, przecinając drogę z Hrubieszowa do przejścia granicznego w Zosinie i udajemy się na północ w stronę równie starego, jak Teptiuków, Moroczyna. Po jakichś 2 – 2,5 kilometrach wjeżdżamy w szpaler starych jesionów, które prowadzą do starego dworu Chrzanowskich. A właściwie, do tego, co z niego pozostało po gospodarowaniu tutaj PGR-u... Kilka takich dworków, w których urzędowały PGR-y, już na wschodniej granicy widzieliśmy, ale ten jest w najbardziej opłakanym stanie. Przewodnik mówi o akcentującym fasadę czterokolumnowym portyku, nad którym znajduje się balkon. Z trudem mogę doliczyć się kolumn trzech, a balkon już tylko wyobrazić sobie mogę. Ciągle sterczą jeszcze bezradnie trzy oryginalne półkoliste facjatki, przez których puste otwory okienne podziwiać można tylko błękit nieba, bo dach zawalić musiał się już dawno... Jeszcze gorzej budowla wygląda od strony parku. Nędzne resztki reprezentacyjnego tarasu, na których można połamać sobie nogi i wyszczerbione złomki ścian dopełniają ponurego widoku. Park, niegdyś świetny, dziś też jest zaniedbany i zachwaszczony. Staw z niewykoszonymi brzegami pomału będzie zarastał... Wewnątrz nie ma podłóg, wszędzie unosi się zapach stęchlizny i woń pozostałości po libacjach alkoholowych. Mimo to postanawiamy zostać tu na popas, bo czas już na śniadanie. Rozsiadamy się w cieniu starej lipy i przygotowujemy jedzenie, doczytując dalsze informacje z przewodnika. Otóż ciekawe historie wiążą się z kapliczką ustawioną w alei dojazdowej do pałacu. Przewodnik mówi o XVIII wiecznej mini budowli z silnie wybrzuszoną częścią cokołową. To, co dziś możemy oglądać błyszczy „śliczną” cegłą klinkierową, to „ohydne” wybrzuszenie zlikwidowano, stawiając proste, równe ściany, które mogą cieszyć oko. Aha – w międzyczasie gdzieś się zapodziała figura św. Jana Nepomucena, więc w środku straszą jakieś odpustowe obrazki. Miejsce to, choć dziś pięknie rozsłonecznione i ciche, ma jednak swoje ponure tajemnice. Wspomina o nich w jednej ze swoich książek prof. Wiktor Zin. Według niego, w czasie powstania styczniowego kozacy przywieźli tu wozem czeterech pojmanych powstańców i powiesili ich na drzewach, mimo że niespełna kilometr stąd znajdowało się stałe miejsce egzekucji. Ciała wisiały ku postrachowi przez kilka dni. Później, już w czasie okupacji w II wojnie, dwóch żandarmów niemieckich przywiozło właśnie tutaj jakiegoś Żyda. Ustawionego pod kapliczką zabili jednym strzałem a wszystko odbyło się w całkowitym milczeniu. Czyżby to miejsce miało jakąś siłę przyciągania zła? Odpowiedz Link Zgłoś
ralston Re: up :) 29.06.05, 15:12 Przerwa w pisaniu spowodowana jest spędzaniem czasu na planowanie najbliższej wyprawy. To już w najblizszy weekend. Odpowiedz Link Zgłoś
ralston Re: up :) 29.06.05, 15:22 A tym razem to będzie odcinek od Gulbieniszek, przez Wiżajny, Puńsk, Sejny do... dokąd się uda. Odpowiedz Link Zgłoś
ralston Re: up :) 29.06.05, 21:37 ralston napisał: > Przerwa w pisaniu spowodowana jest spędzaniem czasu na planowanie najbliższej > wyprawy. To już w najblizszy weekend. No i zapeszyłem :( No to będą dalsze odcinki.* * może Odpowiedz Link Zgłoś
ralston Husynne 30.06.05, 00:02 Z Moroczyna czerwonym szlakiem, gruntową drogą, ruszamy w stronę Husynnego. Dojeżdżając do pierwszych zabudowań wsi, mijamy gdzieś po prawej stronie miejsce, gdzie przed wojną stał szlachecki dwór i folwark. Dziś nie ma już po nich nawet śladu. Podobnie jak po dawnej cerkwi unickiej, potem prawosławnej całkowicie zniszczonej w tzw. akcji rewindykacyjnej, przeprowadzonej w 1938 r. Kiedy dojeżdżamy do szosy prowadzącej do przejścia granicznego w Zosinie, zaczynamy błogosławić decyzję żeby nie jechać łąkami nad Bugiem. W miejscu, w którym mielibyśmy potencjalnie wjeżdżać do Husynnego, znajduje się w tej chwili... pokaźnych rozmiarów jezioro. Łąki aż do samego Bugu zalane są wodą. Tu nie ma mowy o brodzeniu, jak wcześniej. Pokonanie tego odcinka mogłoby zająć nam całe godziny i to z gwarancją przemoczenia wszystkiego – do ostatniej sztuki odzieży w sakwach. Aż ciężko uwierzyć, że w tym właśnie miejscu, pod koniec września 1939 roku odbyła się największa bitwa na Zamojszczyźnie. Stoczyła ją grupa kilku oddziałów polskich z wielu różnych ugrupowań, m. in. szwadron ułanów jazłowieckich i oddział konnej policji z Warszawy. W pierwszej fazie bitwy kawaleria rozbiła oddziały piechoty Armi Czerwonej i kiedy już to, co dzisiaj znajduje się pod wodą było pokryte ciałami poległych krasnoarmiejców, do walki wkroczyły sowieckie jednostki pancerne. Przewaga sił była olbrzymia – niemal całość polskich sił została otoczona i wzięta do niewoli. 25 jeńców – nieszczęśników, jeszcze tego samego dnia Sowieci zakłuli bagnetami. Oficerowie zotali przewiezieni do obozów w Starobielsku i Ostaszkowie... Dziś już żadnych śladów tych dramatycznych wydarzeń w Husynnem nie widać. Wieś sprawia wrażenie całkiem zamożnej, obejścia uporządkowane, domy w dobrym stanie, na ogół murowane – widok prawie jak w Polsce Zachodniej. Ale trzeba przyznać, że łatwiej niż gdzie indziej tutaj gospodarzyć, bo ziemie żyzne jak mało gdzie. Same czarnoziemy, lessy i rzeczne mady... Odpowiedz Link Zgłoś
ralston Najdalej na wschód... 30.06.05, 23:34 Po kilkunastu minutach dojeżdżamy do pierwszych zabudowań Strzyżowa. Przy rozwidleniu dróg wita nas niezbyt urodziwa cerkiewka unicka p.w. Narodzenia NMP, z początku XIX w. w 1875 roku zamieniona na prawosławną po przeprowadzonej przez Rosjan kasacie unii, zaś po wysiedleniach1947 r. poddana przebudowie i przekształcona w kościół rzymskokatolicki. Nieco z tyłu znajduje się drewniana dzwonnica – rówieśniczka cerkwi, a po lewej stronie znajduje się już starszy, pochodzący z 1925 roku, drewniany budynek plebanii. Ładnych, drewnianych domów jest zresztą w Strzyżowie więcej, ale najciekawszym chyba obiektem jest dawny pałac Lubomirskich, leżący we wschodniej części wsi. O ileż piękniej prezentuje się dziś niż dwór w Moroczynie. Choć pierwotnie barokowy (wzniesiony między 1762 a 1786 rokiem), po kilku przebudowach nabrał bardziej klasycystycznego charakteru. Chrzanowscy – właściciele majątku w Moroczynie kupili ten pałac pod koniec XIX wieku i założyli wówczas w okolicy dużą cukrownię, która działa do dziś. I tu kryje się tajemnica dobrego stanu pałacyku – mieści się w nim po prostu biuro zarządu cukrowni. W nieco gorszym stanie znajdują się jednak dwa sąsiadujące z pałacem pawilony. Oba zwieńczone kopułą, oparte na planie ośmiokąta zdradzają brak troski, jaką obdarzono sam pałac. Nieco lepiej prezentuje się prawy z nich, mieszczący dawniej kaplicę, lewy, w którym znajdował się lamus wygląda zdecydowanie gorzej... Piękne jest położenie całego zespołu pałacowego, który dopełniają parterowe oficyny po obu stronach i centralnie umieszczony duży kolisty klomb – całość leży na skarpie nad Bugiem i strona południowa to rozległy widok na zakola rzeki i podtopione aktualnie łąki. Ciekawy widok przedstawiają również zabudowania samej cukrowni – wzniesione z czerwonej cegły przemysłowe budynki mają swój wyraźny charakter i mimo, że może nie tak piękne jak pałac, to jednak o ileż bardziej urokliwe niż wzniesione już po wojnie wielkopłytowe osiedle robotnicze na przeciw. Niestety to własnie te bloki i budynki cukrowni najbardziej kształtują dziś charakter Strzyżowa i patrząc na nie aż trudno uwierzyć, że jesteśmy w tak zacnej, bo wzmiankowanej w ruskich kronikach już w II połowie XIV wieku miejscowości... Strzyżów pozostaje już za nami i właśnie dojeżdżamy do Zosina. Na prawo widać już przejście graniczne z Ukrainą a dalej, nieco ukryte w zieleni na nadbużańskiej skarpie, zabudowania Uściługa (czyli miasta u ujścia Ługu do Bugu). To również prastare miasto, dawniej jeden ze znaczniejszych grodów czerwieńskich i zarazem jedna z najstarszych osad na Wołyniu. A my znajdujemy się właśnie w najdalej na wschód wysuniętym skrawku Polski... Odpowiedz Link Zgłoś
janou Re: Najdalej na wschód... 01.07.05, 10:58 Ja sie nigdy nie nudze kiedy cie czytam,tylko ci zazdroszcze ze tak ladnie opowiadasz i tak ladnie piszesz po polsku.P Odpowiedz Link Zgłoś
ralston Re: Najdalej na wschód... 01.07.05, 11:13 Dzięki Janou za miłe słowa. Ale to nie jest ładne pisanie po polsku, tylko może co najwyżej poprawne (a i to nie zawsze - wrzucam tu coś, czego na ogół nie czytam przed wklejeniem i potem często odkrywam błędy). Odpowiedz Link Zgłoś