joanna_mary
21.11.09, 12:50
Witajcie,
Ciekawa jestem, jak to wygląda u innych, bo u mnie kiepsko i sama już nie
wiem, czy to ja się czepiam, czy rzeczywiście coś jest nie tak.
Jestem singlem, kończę studia, pracuję. Mam kilkoro przyjaciół jeszcze "z
dawnych czasów" - wszyscy już albo żonaci, albo mężaci, albo dzieciaci.
Problem polega na tym, że od jakiegoś czasu normalne spotkanie przy kawie czy
wyjście na koncert, nie mowiąc już o jakimś 2-dniowym wyjeździe, graniczy
niemalże z cudem. Ciągle słyszę tylko "nie wiem", "może", "zobaczymy" -
wówczas od razu wiadomo, że nic z tego nie będzie. A jeśli już rzeczywiście
udaje się umowić, to zawsze (ZAWSZE) ja muszę być stroną dopasowującą się,
jadącą na drugi koniec miasta, etc. I OK, trudno, może te 25 lat to już wielce
stateczny wiek i nie ma czasu na piwo i przyjaźnie, tylko domy, kredyty i
pieluchy. OK. Sęk tylko w tym, że te wszystkie deklaracje o ogromnej roki
tychże przyajźni w zyciu, etc, wychodzą właśnie ze strony tychże wiecznie
"niamających czasu".
I co z tym zrobić? Ja nie chce być ciągle czyjąś zapchajdziurą w grafiku,
wpadać na kawę i patrzeć jak koleżanka gotuje obiad. Chciałabym, by czasem to
do mnie ktoś się dostosował, wydzielił czas "tylko dla mnie", skoro najpierw
deklaruje, jaka to ta nasza przyjaźń nie jest ważna.
Ostatnio przyjaciólka "obraziła się", że nie powiedziałam jej od razu, że
dostałam nową pracę. Tylko kiedy miałam to zrobić, skoro 4 na 5 naszych
spotkań odwołala, a przez telefon nie sposób ja złapac?
Czy to jest tak, że ludziom wydaje się, że jak ktoś nie ma dzieci i kredytu na
głowie, to automatycznie "nie ma żadnych problemów", zawsze ma czas, pełno
czasu, i ochotę na wieczne dostosowywanie się?
Podkreślam na koniec: dla mnie to nie problem, trudno, może rzeczywiście
wszyskto się kończy, może rzeczywiście niektóre znajomości z biegiem czasu
trzeba sobie darować. Tylko po co ludzie pieprzą te wszystkie bzdury "jaka to
nie jesteś ważna i mi potrzebna", podczas gdy całe ich zachowanie dobitnie
temu przeczy?