Gość: rozterka
IP: *.supermedia.pl
28.06.02, 14:06
Tytuł wątku jest może bardziej prowokacyjny, niż oddający istotę problemu. Ale
po kolei.
Kiedyś (było do dość dawno temu - 9 lat) poznałem dziewczynę. Coż tu wiele
mówić - pierwsza, prawdziwa Wielka Miłość. Wszystko było fantastyczne: mogliśmy
rozmawiać godzinami, rewelacyjne łóżko, piekna kobieta, trochę wspólnych hobby.
Potem przyszły studia i znaleźliśmy się w innych miastach, setki kilometrów od
siebie. Walczyliśmy dzielnie, "na odległość" przetrwaliśmy 2 lata... No
właśnie, po 2 latach odległości (w sumie 4 latach bycia razem) odszedłem.
Powody? Nie, nie odległość była tu najważniejsza, może nawet nie była istotna.
Po prostu było mi zbyt dobrze... Już wyjaśniam. Chyba w pewnym momencie zaczęła
się we mnie budzić jakaś potrzeba poznania świata, coś mnie gnało do miejsc, w
których jeszcze nie byłem. Chciałem wszystko zdobyć, wszystkiego spróbować.
Problemy w związakach z kobietami? Wydawało mi się, że ten problem dotyczy
tylko innych. Żyjąc w tej błogiej nieświadomości związałem się z kimś innym.
Jest fajnie: wspólne podróże, łatwe i wygodne życie. Tylko, że powoli zaczęło
się okazywać, że to nie z każdym dane jest przeżyć tą iskrę niesamowitości.
Zaczęło tak bardzo brakować rzeczy, które wydawały mi się takie oczywiste,
dane "na dzień dobry". Okazało się, że nie każda kobieta jest taka sama...
Brzmi to strasznie naiwnie, ale to przez to, że myślałem, że jak w pierwszym
związku wszystko od początku dobrze się układało, to w kolejnym może być tylko
lepiej. Niestety, coś tam ciągle przeszkadzało, zacząłem tesknić, za tym co
było. To, co pierwotnie wydawało się zwykłe i oczywiste, okazało się czymś
fantastycznym, czego nie potrafiłem dostrzec i docenić.
Zawsze wydawałem się sobie "poukładany", dlatego długo odrzucałem te wszystkie
wspomnienia z przeszłości. Wydawało mi się, że jak już podjąłem decyzję o nowym
związku, to muszę w niej trwać. Tylko ten cholerny, uporczywy ból, który
powracał szczególnie wieczorem... W pewnym momencie chciałem zalegalizować
obecny związek, ale wydawało mi się że było by to oszukiwanie siebie i mojej
obecnej partnerki. No więc podczas pobytu w rodzinnym mieście, kiedy
wspomnienia stały się szczególnie mocne, napisałem list do "byłej". Że chiałbym
się zobaczyć. Tak naprawdę to chciałem, żebyśmy się zobaczyli, żebym się
przekonał, że to już wygasło, że tylko mi się wydawało, że mogę rozpocząć nowe
życie w spokoju. Po kilku dniach Ona zadzwoniła. Skończyło się na kilku
rozmowach telefonicznych. Dowiedziałem się, że aktualnie z kimś jest.
Pomyślałem więc, że to tylko mi ta przeszłość jest ciągle żywa, że Ona jest
szczęśliwa z kim innym. Przestałem odbierać telefony, urwałem kontakt. Nie
chciałem rozwalać jej życia.
Tak mineło 1,5 roku. Ja się dalej próbowałem przystosować, jakoś zagłuszyć
myśli o uczuciach. Bolało, ale dało się życ. I cóż się wydarzyło? Ona
zadzwoniła, że tym razem to Ona chce się spotkać. 2 tygodnie temu doszło do
spotkania i dalej wszystko potoczyło się lawinowo. To było tak, jakby te 5 lat,
kiedy byliśmy oddzielnie, nie istniały. Wszystko wróciło z taką samą siłą.
Okazało się, że znowu mogę o wszystkim rozmawiać, wyartykułować te rzeczy, o
których nawet bałem się myśleć. Znowu dotykanie kobiety stało się czymś
wspaniałym, mistyczny, nie mającym nic wspólnego z czysto mechanicznym aktem
fizycznym. Jakieś ostateczne słowa znowu nabrały właściwego wymiaru.
Coż, nie mogę się dłużej oszukiwać. To naprawdę jest miłość. Ten były związek
okazał się jedynym, w którym byłem w stanie powiedzieć "kocham", myśleć o
zostaniu "na zawsze", spokojnie patrzeć na wizję ślubu, dzieci, starości... I
wiem, że Ona myśli dokładnie tak samo. Oboje wiemy, że to co nas spotkało, nie
zdarza się codziennie, że wszystkie związki porównywaliśmy do tego, co było
między nami. Godzinami wisimy na telefonie, wymieniamy dziesiątki e-mail. Jest
jak w bajce...
No właśnie... Jak w bajce... Tylko tak cholernie się boję, że za bajkę
przyjdzie zapłacić jakąś straszną cenę. Że to wszystko jest tak piękne, że nie
może być prawdziwe.
Pozsotaje jeszcze problem mojego obecnego związku. Przeraża mnie to, że będe
musiał skrzywdzić tą kobietę, która stała się moją przyjaciółką. Z jednej
strony wiem, gdzie jest prwdziwe uczucie, z drugiej - zastanawiam się, czy nie
prościej i mniej boleśnie byłoby zacisnąć zęby i trwać w raz podjętej decyzji.
Wiem, że tego problemu nikt za mnie nie rozstrzygnie, a rozstrzygnięcie nie
będzie proste. Ale proszę, napiszcie, czy Wam też przytrafiły się takie powroty
po latach? Jak to się skończyło?
No tak, właśnie dostałem kolejny e-mail od niej. Jestem już
zupełnie "rozklejony". Cudownie popaprane jest to całe życie...