markus.kembi
30.07.07, 17:10
Już pisałem kiedyś, nie będę się powtarzał, o swojej sytuacji. W skrócie - 2
lata temu skończyłem studia, a konkretnie ekonomię, i nigdzie na stałe nie
pracowałem, od 2 lat jestem bezrobotny, a więc de facto od zawsze. Marazm,
rezygnacja, momenty załamania - to już było wiele razy i to dawno temu, ale
nie o tym chciałem napisać.
Osobom z którymi studiowałem jakoś się udało. Z większością tych osób nie mam
stałego kontaktu, ale mam od czasu do czasu jakieś wieści z drugiej, trzeciej
ręki. Są to osoby, o których nie można powiedzieć, a przynajmniej nie można
było powiedzieć zaraz po ukończeniu studiów, że znacznie przewyższają mnie
jeśli chodzi o kwalifikacje. Ale tak się już złożyło, że komuś się udało, ktoś
złożył CV i dostał pracę, ja złożyłem i nie dostałem. W większości przypadków
mieli po prostu więcej szczęścia (a tak w ogóle co to jest to "szczęście", co
zrobić, żeby je mieć?) albo znali kogoś, kto gdzieś ich polecił, na początek
wystarczyło a później jakoś sobie poradzili.
Tak więc mogę się przyglądać jak inni rozwijają się zawodowo, kupują
samochody, zakładają rodziny, a dla mnie to nieosiągalne. Inni mają
kilkuletnie doświadczenie zawodowe a ja w dalszym ciągu stoję w miejscu i
teraz już jestem nikim. Ale nie mam do siebie pretensji, że popełniłem jakiś
błąd, że zrobiłem coś źle, nie wykorzystałem danej mi szansy. Bo tak naprawdę
czuję się jakbym nie dostał nigdy szansy, niewiele mogę mieć sobie do
zarzucenia. Starałem się jak mogłem, odrzuciło mnie stu kilkudziesięciu
pracodawców. Czasami miałem przestoje w poszukiwaniach zatrudnienia, ale nie z
lenistwa, a raczej z apatii, rezygnacji albo po prostu miałem tego wszystkiego
dosyć i potrzebowałem troche czasu, żeby odpocząć. Teraz, po latach, moja
wartość na rynku pracy jest już prawie żadna. Nie marzę już nawet, żeby mieć
normalne życie jak inni, chcę się z tego po prostu jakoś wygrzebać, żeby jakoś
to się ułożyło. Szkoda, że jest tak jak jest.