ewakurz
25.05.04, 13:23
Witam i wychodze z krzakow aby dorzucic jeszcze jeden przyklad, ze czasem
jest troche inaczej, niz sie by moglo wydawac :-)
Pracuje sobie w obcym kraju w takim panstwowym informatycznym, wiekszosc
moich kolegow to chlopaki w wieku poborowym ktorych zycie polega na
instalowaniu komputerow i kopaniu pilki, pare babek i paru gosci miedzy 30tka
a 50tka.
Przychodzi sobie jeden z owych atrakcyjnych do mego biura na pogaduszki i
lekki podryw, eleganckim gestem poprawia okulary Dolce G. na zgrabnym nosku,
pokazuje hollywoodzkie zabki i zaczyna mila, swiatowa konwersacje o tym i o
owym. Konwersacja schodzi na jego druga prace, znaczy wykladowcy w tutejszej
szkole handlowej, regionalnego kaganca oswiaty. Pytam sie grzecznie o to i o
owo, jak wyglada egzamin z biurotyki, jakie inne przedmioty mlodziez
studiuje... Wawrzyniec (tak sie imie jego na polski tlumaczy) wyjasnia, ze
ksiegowosc, (pytam: matematyki nie?, a Wawrzyniec, ze nie, matma to w
podstawowce), historia, angielski, jezyk lokalny znaczy francuski, czyli
(powiada Wawrzyniec) ortografia, i te...eee, no wiesz, koniugacje, (-
gramatyka? -pytam) no tak, znaczy gramatyka, no i te, ee ee, no wiesz,
teksty, alnaliza tekstow znaczy, o kurcze,jak to sie nazywa... (literatura?-
pytam niesmialo) ano wlasnie, ta literatura znaczy sie.
Ot i tyle. Potem smy uczenie konwersowali na inne tematy. (a moze w innych
tematach?)
Forumowicze, ja juz nie wiem! Ratunku! Potrzebna mi jakas busola zeby sie
odnalezc na mapie idiotyzmu, ja juz nie wiem, co kto wie, czego nie wie, co
wiedziec powinien a bez czego moze sie spokojnie obejsc.