annagabriela
11.01.06, 10:43
Po ukończeniu studiów nie mogłam znaleźć pracy. Składałam ok 200 podań
rocznie do różnych firm z różnych branż. Udało mi się załapać na 4 miesiące
do jednej firmy, do drugiej na sześć, do trzeciej na dwa.
Ciągła rozterka, strach o jutro, świadomość, że w każdej chwili mogę
wylecieć. No i wyleciałam. Koszmar.
Trochę odetchnęłam, kiedy dostałam zasiłek dla bezrobotnych. Nadal składałam
oferty. Otrzymałam jedną jedyną propozycję pracy w odległym mieście.
Przeniosłam się. Wynajełam sobie pokój i pracuję. Byłam zdecydowana.
Tylko jedna rzecz mnie niepokoi. W moich rodzinnych stronach tylko
narzekania, że bezrobocie, że cieżko, ale na mnie patrzą jak na odmieńca: no
jak tak można wyjechać, wszystko zostawić.
Ja uważam, że jak trzeba to można, ale w moich rodzinnych stronach nikt nie
chce o tym słyszeć, to nie uchodzi. Wszyscy wolą załapać byle jaką robotę,
byle była na miejscu i narzekać, że jest ciężko, że mało płacą. Spotkaliście
się z czymś takim?
Myślę, że to brak konsekwencji, źle im jest, ale nic nie robią, żeby coś
zmienić. Ich sprawa, ich życie, tylko, że ja czuję się napiętnowana, bo
zrobiłam coś inaczej niż inni.
Miarka już całkiem się przebrała, kiedy wzięłam się za interesy. Marzą mi się
inwestycje i wcześniejsza emerytura. Nie tylko mi się to marzą, ale wręcz
realizuję swoje marzenia. Mam cele, plany. Interesuję się marketingiem,
finansami, ekonomią. Otaczający mnie ludzie nawet nie rozumieją tych pojęć.
Nie chcą ich rozumieć.
Co wg was jest łatwiejsze:
mieć byle jaką pracę, harować i narzekać, ledwo wiązać koniec z końcem, byle
była gwarantowana wypłata na koniec miesiąca czy:
mieć ambicje, cele, dawać coś od siebie bez gwarancji, że się powiedzie,
starać się coś osiągnąć, zdobywać wiedzę?