monikate
13.01.03, 11:04
Pracuję na umowę-zlecenie (to już 4-ta z kolei); mam zastępstwo za panią,
która najpierw była na dłuuugim urlopie bezpłatnym, a teraz jest na długim
zwolnieniu lekarskim, które to zwolnienie przeciągnie się najprawdopodobniej
do połowy lipca. Akurat b. mi ta praca odpowiada, ale jest to wszakże tzw.
prowizorka. Szukałam i szukam możliwości zatrudnienia się tu na stałe,
wykazując się i dobrą pracą, i tzw. postawą, i znajdowaniem odpowiednich
dojść. Na razie nic, nic nie wychodzi. No i raptem jest propozycja, aby
pójść gdzie indziej, na ETAT! A wiadomo, coć to znaczy dzisiaj... Głos
serca, chęci moje trzymają mnie tutaj, chcą zostać tutaj, rozsądek
mówi: "Głupia jesteś, jeszcze zostaniesz na bruku i będziesz sobie pluła w
brodę, żeś olała ten etat". Ale ja już pracowałam w takiejże instytucji
wiele lat i chodziłam do tej pracy z nienawiścią. Podobno trzeba słuchać
tego swojego wewnętrznego głosu... (Patrz choćby filozofia Tao). Mówią mi
bliscy - co z tego, że będziesz miała etat, jak będziesz przychodziła do
domu nieszczęśliwa? Wiem, na co bym poszła. Przerabiałam to. Rzuciłam ten
znienawidzony etat państwowy i prowadziłam działalność gospodarczą, nie
przewidziawszy recesji gospodarczej... Krach pieniężny i siedzenie w domu
wykańczały mnie psychicznie, a pracy szukałam - b. aktywnie - 1,5 roku! To
był horror. I co mam zrobić? (Podejmowanie decyzji przychodzi mi nieraz z
trudem). Zostać tu, gdzie dobrze się czuję, ale skąd rychło mogę póść na
zieloną trawkę czy iść "do etatu", do ogłupiającej pracy i babskiego,
kawusiowo-herbacianego, b. toksycznego towarzystwa? B. proszę o jakieś
sugestie, pozdrawiam!