Gość: Smutna
IP: 81.15.160.*
18.02.03, 14:26
Cześć,
wiem, że teraz narażę się tłumom bezrobotnych, który marzą o jakiejkolwiek
pracy, ale... ja już nie mam siły...Uwaga! - będę narzekać :-)
2 lata temu skończyłam, idiotka jedna, zarządzanie :-(((( idiotka, bo wiecie
jak to jest, specjalistów w tej dziedzinie mamy na pęczki, a pracy dla nich
wcale. Na swą obronę dodam, że było to ściśle biorąc zarządzanie zasobami
ludzkimi i że mnie to naprawdę pasjonowało, o czym świadczy 5 na dyplomie.
Pracuję od 3 lat, to moja druga firma, pierwszej pracy nie skomentuję, była
ciekawa, zgodna z wykształceniem i niestety.... firma zakonczyła, z rożnych
powodów działalność. Musioałam szybko coś znależć - wiecie, kredyt na
mieszkanie....
Zostałąm Asystentką Prezesa.... O firmie się nie będę wypowiadać, skomentuje
tylko szefa. Boże, ludzie, w życiu nie widzieliście takiego głąba!!! Facet
nie zna się na niczym, ja nie wiem jak on tę radę nadzorczą przekonał do
siebie.... Chociaż, w sumie, mnie też nabrał. Jestem osoba bardzo
dynamiczną, i, może to dziwne, ale lubię jak jest dużo do zrobienia, bo
rozpiera mnie energia i nie lubię się nudzić. Mój szef, wtedy jeszcze in
spe, na rozmowie wstępnej "nastraszył " mnie, że firma ma trochę kłopotów w
związku z czym będę miała mnóstwo roboty, będę po prostu robota zwalona, bo
on teraz sam biedaczek nie wyrabia, tyle ma na głowie, tysiące ludzi
dzwonią , pisza przychodzą itp. trzeba się z nimi a) spotykać, b) odpisywać
c) spławiać. Mnóstwo korespondencji (tu było "hmmm, ma pani doświadczenia
dziennikarskie? rewelacja, tego mi trzeba, mam tony korespondencji,
materiały promocyjne trzeba opracować, dział handlowy sobie nie radzi"),
tysiące spotkań ("będzie Pani reprezentować firme na zewnątrz, zna pani
jakieś języki obce? tak? super, me too, naturlich, my ciągle jeżdzimy na
targi, za parę tygodni mam spotkanie w RPA, trzeba mi kogoś kto się tym
zajmie"). I mnóstwo takich uwag, obietnic.... Powiedzcie, czy to zawsze tak
jest? Opowiem wam jak wygląda moja praca. Moje obowiązki: zerwac rano
kolejną kartkę z kalendarza bo szef się czepia jak rano wchodzi i jest
wczorajsza, zrobić mu kawę, umyc kieliszki bo poprzedniego dnia siedzial i
chlał wieczorem, po czym pojechał taki napruty samochodem do domu, czasem
zasypia w samochodzie na parkingu, wręczyć listonoszowi nasze listy,
odebrać listy do nas (ja sama rzadko coś piszę, bo właściwie nie mam po co),
odebrać telefony do prezesa. KONIEC. Zajmuje mi to w sumie, łącznie z
niespodziewanymi wypadkami jakąś godzinę może dwie. Poza tym, szef obiecał
mi, że bedę wtajemniczona we wszystkie sprawy firmy, skoro mam w jego
imieniu występować, nawet te telefony odbierać. Wygląda to tak, że ja nic
nie wiem, jak zresztą reszta firmy. Dzwoni np. pani z kancelarii prawnej, bo
ma się odbyć walne, a ja nie jestem w stanie odpowiedzieć na żadne jej
pytanie. Ludzie, w spółce akcyjnej, asystentka prezesa nie wie, jaki jest
skład akcjonariatu... I, uwierzcie, próbowałam to znaleźć w dokumentach, ale
takie rzeczy jak wyciąg z KRS lub akty notarialne z walnych zgromadzeń
prezes wozi ze sobą w teczce (sic!!!!). Dokumenty, takie jak bilans,
rachunek wuników itp również. Co prawda w firmie są jakies tego typu rzeczy,
ale ja nie jestem w stanie dojść do tego które są aktualne, bo są opatrzone
post-it'ami: "pierwsza wersja", "wersja po badaniu biegłego", "wersja dla
rady nadzorczej" itp :-)))Próbowałam od niego wyegzekwować wersję
prawdziwą:) ale prawda to rzecz względna dla niego. Poradziłąm sobie z tym
problemem i poprosiłam księgową o tę "główną" wersję, ale i taki nie wiem
komu co mogę pokazać, dla pewności nikomu nic nie pokazuję :))) To samo gdy
ktoś dzwoni - ja nic nie wiem, nic nie mam :-))) przestało mi sie chcieć
wiedzieć, serio, jeżeli ja mam w firmie, w której pracuję zdobywac
informacje wręcz pokątnie, to po co się wysilać? widocznie nie powinnam tego
wiedziec i już. Dodam jeszcze , że szef obiecał że za kilka miesięcy
zatrudni sekretarkę, żeby mnie odciążyć i zebym mogła się skupić tylko na
pomocy jemu. HA HA HA, jeżeli odpadnie mi kalendarz, kawa, kieliszki i
korespondencja.... to chyba zwariuję z nudów. A, jedna ciekawostka, zanim
mnie zatrudnił, miał sekretartkę, ale "nie miał do niej zaufania" bo była
zatrudniona prze poprzedni zarząd z którym prezes jest na noże. Co zatem
zrobił mój guru zarządzania? Kazał mi przyjść w poniedziałek do pracy, nic
nie mówiąc sekretarce że przyjdę, jak przyszłam i powiedziałam po co, to
mało z krzesła nie spadła. Zapytała prezesa czy ma szukać nowej pracy, na co
on jej powiedział, że absolutnie nie, po czym 2 dni później wręczył jej
wypowiedzenie. Dodam, że na wstępie wszyscy mnie dzięki temu
bardzo "polubili", stwierdzając że pewnie jestem jakąś jego protegowaną, a
co istotne, jest ogólnie znienawidzony. Nawet firmy kooperujące z nami
uważają go za kretyna.... a oni nie mają go na codzień.... Nie mam siły
przytaczać tu przykładów jego kretynizmu, może tylko wspomnę, że jego
sposobem rozwiązywania spraw jest unikanie podejmowania decyzji w mysl
zasady, że jak się nie mówi i nie mysli o problemie, to go nie ma. Do 100 %
spraw tak podchodzi... Potem dzwonią kontrahenci, którym np. coś obiecał,
oni naciskają, on nie potrafi zdecydować czy dać im to co obiecał, ja w
rozmowie z nimi mówię ze nic nie wiem... po paru tygodniach idą do
konkurencji. A prezes się wścieka że nam sprzedaż pada i wścieka sie na
dział handlowy że to ich wina. Co jeszcze? jak tylko usłyszy jakieś obco
brzmiące słowo, natychmiast chce się do wiedzieć co to znaczy, i potem
wplata to w swoje bardzo kwieciste przemowy, które uwielbia (on nie udziela
odpowiedzi, on przemawia, a z jego odpowiedzi nic nie wynika). Tydzień bez
nowego słowa, to tydzień stracony.... Ulubione ostatnio zwroty i słowa: " de
facto" "apoteoza" "abgrejdować" :) "stricte" . W kazdym zdaniu muszą
wystąpić wszystkie. "De facto abgrejd Cifa to stricte swoista apoteoza
czystości" - do sprzataczki uzywającej nowego Cifa do sprzątania WC. No może
przesadziłam z tym przykładem, ale w tym duchu. Abgrejdować można wszystko,
a Accessa ściąga się z internetu :)
O, przypomniało mi sie coś, jest w dodatku strasznym żarłokiem - pierwszy
przy stole, akcja niczym szarańcza, ostatni odchodzi od stołu. Wstyd się
pokazać publicznie. Kiedyś zaprosił pracowników (w czasach gdy faktycznie
ktoś poza nim jeżdził na targi), na obiad.Ponieważ porcje były ogromne,
ludzie nie dokończyli jedzenia. WIecie co zrobił prezes na oczach mnóstwa
ludzi, w tym innych gości targów? pozjadał te wszystkie resztki z talerzy:))
przydsięgam, wszystkie, ponadgryzane nawet kotlety :)))
Wracam do głownego mojego problemu - nienawidzę mojej pracy. Głównie się w
niej nudzę, próbuję znależć coś innego, ale wiecie jak to jest....
Problemen właściwie nie jest nuda, bo zawsze można się czymś zająć, o,
chociażby poszperać w inernecie.... ale ja mam za ścianą szefa, który
uwielbia z hukiem wpadać do mojego biura.... i sprawdzać mimochodem co
robię.... Wiecie jak trudno jest udawać że się coś robi? ja błagam
współpracowników o jakąś robotę -adresuje koperty, robię ksero itp. żeby
tylko coś robić na prawdę jak on wpada a nie tylko udawać.... próbowałam z
nim o tym rozmawiać, ale z nim to jak grochem o ścianę.... CO jeszcze mogę
dodać? nie wolno mi chorować, urlop? jaki urlop? od maja 2002 tam pracuję,
miałam 3 dni urlopu w tym czasie, nie w kupie, oczywiście, w sierpniu,
październiku i grudniu :) jak miałam cieżką grypę (dodam że w biurze było 15
stopni, teraz mam 18 bo wyżebrałam farelkę, w korytarzu i WC dalej 12 stopni)
to stwierdził, że on mi de facto pozwolenia na zwolnienie lekarskie nie
dał :)
Teraz moje pytanie: czy ja nie jestem normalna? czy może z moim szefem coś
nie tak jak trzeba? czy Wam pasoawała by taka robota? może to wielkie
szczęście nudzić się w pracy? może powinnam się cieszyć że w ogóle mam ja