polski_humanista
23.01.07, 17:48
Jestem historykiem sztuki A.D. 1992. Średnia ze studiów: 4,9, „szóstek”
jeszcze wówczas nie było. Byłem pasjonatem. Od wielu lat bezskutecznie szukam
pracy w zawodzie bądź w zawodach pokrewnych. Gdybym był kilka lat starszy
mógłbym się „ciepło usadzić” jako „dożywotni” kustosz w jakimś małym muzeum.
Gdybym teraz kończył studia, od razu zaplanowałbym wyjazd za granicę.
Tymczasem ja wytrwale pracowałem dla RP, nieustannie inwestując w siebie
zarobione grosze i podnosząc kwalifikacje oraz nabywając umiejętności, z
naiwnym przekonaniem, iż jakiś polski pracodawca wreszcie to dostrzeże.
Od początku grudnia siedzę w domu na zwolnieniu lekarskim i „mam się
oszczędzać”. Diagnoza: odklejenie siatkówki w lewym oku; przeżyłem czarne
chwile. Na szczęście od razu miałem operację, która się udała i widzę, ale
jeszcze nie tak jak dotychczas, jeszcze mam pewne zniekształcenia.
Beznadziejnie sypiam. Okazało się, że dotychczasowy ruch, wędrowki,
zainteresowania i wycieczki równoważyły frustracje, wynikające z braku
zawodowej samorealizacji i jakoś to funkcjonowało. Teraz zostałem osaczony
przez czarne myśli, które są wrogiem tyleż podstępnym, co wymagającym
stawienia im czoła i szukania dalszych rozwiązań. One po prostu mówią o
niezadowoleniu i chęci innego życia.
Wiem, iż to, co mnie spotkało, było wynikiem długoletniego stresu, braku
możliwości realizacji swoich planów i ambicji i narastającego poczucia
beznadziei. Po prostu „nie chciałem już patrzeć” na otaczający mnie świat, w
którym nie ceni się wykształcenia i umiejętności, i w którym – odwrotnie do
logicznego prawa przyczyny i skutku – intelektualne i duchowe inwestycje w
żadnym razie się nie zwracają.
Mam wrażenie, iż moja wiedza i umiejętności nie są nikomu potrzebne. Bo cóż z
tego, że potrafię napisać o każdym dziele sztuki, literatury lub muzyki
klasycznej, tłumaczyć z angielskiego poezję chińskich pustelników i teksty
tajskich mnichów itp. itd., skoro w naszym kraju te „udziwnienia” nie są
nikomu potrzebne.
Dawno już przestałem zawracać głowę lokalnym pracodawcom – oni po prostu nie
wiedzą, co ze mną zrobić i jak mnie zaklasyfikować. W ich głowach nie mieści
się, że można celująco skończyć zarówno historię sztuki jak i bankowość, a
jeszcze pisać książki i artykuły – drżą im ręce, kiedy czytają CV. Pewnie
obawiają się, że zamierzam ich „wygryźć”. W jednym z urzędów pan rekrutujący
do pracy powiedział nawet, że „mam za wysokie kwalifikacje”. Inni, „bardziej
światli”, dziwią się, że nie pracuję w zawodzie, tak jakby było to po prostu
formalnością. „Idź Pan do muzeum” – słyszę, tak jakby tam czekał na mnie
rewelacyjny etat (naprawdę nie czeka żaden).
Tymczasem ja nie chcę nikogo wygryzać. Pragnąłbym po prostu żyć w kraju, gdzie
solidna wiedza, wysokie oceny, umiejętności i elastyczność pozwolą człowiekowi
na godne przeżycie, gdzie będzie się można przebić nie po trupach, ale w taki
godziwy, tradycyjny, mieszczański sposób; w przestrzeni, w której będzie
miejsce i dla mnie i dla jakiegoś przysłowiowego Kowalskiego, a żaden z nas
nie będzie traktował drugiego jak zagrożenia.
Mój idealizm spotkała ciężka kara. Od kilkunastu lat pracuję w jakiś
podrzędnych instytucjach, których podrzędność nawet by mi w żadnym stopniu nie
przeszkadzała, ponieważ nie mam chorobliwych ambicji, gdyby tylko te
organizacje godziwie wynagradzały swoich pracowników. Jednak ciężko żyć za 1,5
tys. złotych u pana właściciela, który sam zgarnia około 50 tys. miesięcznie i
jeszcze uważa, że wyświadcza nam przysługę zatrudniając, a naszym zadaniem
jest stanie u jego boku – jak 150 lat wcześniej u boku „Najjaśniejszego Pana”
Franciszka Józefa. Ciężej tym samym, że wbrew raportom prasowym, żadne
podwyżki „nie grożą”, raczej ruch w przeciwną stronę. Każdą zmianę przepisów
mój „chlebodawca” (czytaj: „chlebobiorca”) zrekompensuje sobie na nas, a to
oszukując na ZUS, a to płacąc wynagrodzenia w kopertach (sic!).
Moje starania, aby się od tego uwolnić nie przyniosły rezultatu. To śmieszne,
ale w dzisiejszej Polsce o wiele łatwiej zmienić współmałżonka, aniżeli pracę!
Kiedy ostatnio czytałem 6-tomową „Wielką Wojnę białych ludzi” Arnolda Zweiga,
czułem się jakbym czytał o sobie i o innych podobnych mnie współobywatelach.
Najgorsze było to poczucie beznadziei, takiej ściany, której nie można obejść
i braku wyjścia. Wprawdzie nad głową nie latają mi szrapnele czy granaty, ale
moje uczucia są adekwatne do uczuć tych ludzi – pozbawionych możliwości
wyjścia, pozbawionych kontroli nad swoim życiem, pozbawionych przyszłości i
żyjących w przeświadczeniu, że wszystko to, co ich otacza dzieje się jakby
poza nimi, bez udziału ich woli – a oni tylko muszą ponieść ofiarę za decyzje
podejmowane przez innych.
Mam już dość tego stanu. Mam 38 lat, za chwilę będzie za późno na jakiekolwiek
zmiany. Przez szereg lat cierpiałem na bezsenność, teraz nawaliło oko. Co
będzie dalej? Może jakiś nowotwór, od którego już nie będzie odwrotu i nie da
się go skorygować laseroterapią?
W ostatnich dniach doszedłem do wniosku, – są jednak zalety przymusowego sam
na sam z myślami, – że ten kraj nie zasłużył na ludzi takich jak ja. Kraj,
który marnuje jednostkowe szanse tysięcy obywateli łamie im tym życie. Śmierć
jest powolna, poprzedzona zgorzknieniem, załamaniem, frustracją, depresją,
utratą radości życia, które jest przecież nadrzędną wartością. Dziś już nie
żyjemy jak społeczeństwa kilkaset lat temu – dziś widzimy, jak żyją inni, jak
można żyć i jakie treści można nadać życiu. Nie da się już wszystkiego
wytłumaczyć w kategoriach fatum, losu czy woli boskiej – te terminy są
zupełnie nieadekwatne. Nie da się już zaciskać zębów w nieskończoność – to
dobre na 2-3 lata, ale na 15?
Może poszukam szczęścia za granicą? Boję się tego cholernie, głównie z uwagi
na oddzielenie od małego syna, który mnie bardzo kocha. Jednak moja rodzina i
tak nie ma przed sobą przyszłości, jeżeli będzie zmuszona żyć dalej za takie
grosze i w takim upokorzeniu, jakim jest niemożność wyrażenia swoich pragnień
i planów. Złość i gniew, na to, co mnie otacza, i tak już ją drążą od środka.
Nie wiem jak to zrealizuję, nie wiem czy mi się uda. Nie mam nikogo za
granicą, kto mógłby mi pomóc. Znam tylko dobrze angielski i przyzwoicie
niemiecki. Zacznę od portali internetowych – może tu się coś objawi. Nie
dysponuję umiejętnościami manualnymi i szkoda, bo jako hydraulik czy monter
już może od kilku lat bym pracował nad Sekwaną czy Tamizą. Ale może i ja coś
znajdę. Pracy się nie boję. Jeśli zarobię kilka razy więcej, to łatwiej też
będzie znieść, że to praca poniżej moich oczekiwań. A poza tym zawsze
pozostanie nadzieja, – którą tu już tracę, mimo całego idealizmu i wiary w
drugiego człowieka.
Mimo, iż życie boleśnie mnie zraniło, nadal wierzę, że znajdę swoje miejsce w
jakiś uczciwy sposób, jak nie tu, to za granicą. Chciałbym tylko, abyście
wiedzieli, jak żyją w prowincjonalnej Polsce ludzie - było nie było – niegłupi
i uczciwi, którym nie brakuje inteligencji i dobrej woli. Z Warszawy, gdzie
jest więcej możliwości, nie zawsze to dobrze widać.
Boli mnie, jak wiele lat, najlepszych lat młodości mojego życia upłynęło
bezpowrotnie w poniżających warunkach pracy i ile energii, która mogła
przynieść innym szczęście i dobro, nie została wykorzystana. Teraz każda
chwila jest cenna, bo za moment będzie za późno. U większości polskich
pracodawców już jest – 40-tka to śmierć zawodowa…
Zdaję sobie sprawę, że jestem może za wrażliwy. Cóż, „trzy czwarte chorób
ludzi inteligentnych płynie z ich inteligencji” mawiał Marcel Proust. Tym
większa jest odpowiedzialność tego państwa, które nie potrafiło z