Forum Praca Praca
ZMIEŃ
    Dodaj do ulubionych

    ogłoszenia pracy za granicą

    IP: *.parczew.sdi.tpnet.pl 20.11.03, 03:51
    w gazetach jest wiele ogłoszeń ofert pracy za granicą (sezonowe, budowy
    itp),podane są tylko numery komórek. Czy to wszystko jest kant? Czy ktoś
    korzystał, skorzystał z tych ogłoszeń? Proszę o opinie.
    pozdr.
    Obserwuj wątek
      • Gość: Torsten Re: ogłoszenia pracy za granicą IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl 20.11.03, 15:36
        W większości przypadków jest to kant, i decydując się na taki wyjazd licz się,
        że masz tylko 5% na otrzymanie tej pracy. W zeszłym roku wraz z trójką kolegów
        pojechaliśmy do hiszpani, gdzie pracodawca oferował pracę na budowie. W efekcie
        na spotkanie (już na miejscu w Maladze) przyjechało dwóch osiłków. Sądząc z ich
        gadki byli doskonale przygotowani i zapewnie nie byliśmy ich
        pierwszymi "klientami", nie dalismy się wyjebać, ale ostrzegam wszystkich: z
        ogłoszenia, na komórkę i zagranicą to można tylko w łeb dostać!!!
      • agatamal Re: ogłoszenia pracy za granicą 27.11.03, 17:15
        Drogi bermanie to nie kit jezeli firma jest lojalna i ma pozwolenie
        MInisterstwa Pracy to nie ma obaw.Ja jeatem przedstawicielka takiej firmy to
        ITC.Zalatwiamy kontrakty,prawie w calej Europie,i ludzie z naszych wyjazdow sa
        bardzo zadowoleni.Zapraszam do wpolpracy napisz agata@intercen.pl
        Podam ci wszystkie informacje
        Pozdrawiam
        Agata Malek
      • Gość: igebski@wp.pl Re: ogłoszenia pracy za granicą -Przestrzegam! IP: *.matarnia.pl / *.matarnia.pl 29.11.03, 18:35
        Wydaje się, że duch Ojca Pio opuścił okolice Foggii i San Giovanni Rotondo.
        Tereny, na których uczył się i pełnił swą posługę najsłynniejszy stygmatyk
        świata, są obecnie opanowane przez grupy oszustów z Polski, którzy bezkarnie
        żerują na swoich rodakach.
        Zaczyna się od niewinnego ogłoszenia w Gazecie Wyborczej: „Włochy, praca przy
        zbiorach winogron, mandarynek i oliwek. Bez prowizji. Tel. 696-501-432” . Dalej
        przebiega już wszystko według z góry ustalonego schematu. Potencjalny pracownik
        dzwoni i dopytuje się o szczegóły. Pośrednik zapewnia, że praca jest załatwiona
        na 100%. Wystarczy tylko zabrać ze sobą 450 złotych na transport oraz 100 euro
        na zakwaterowanie.
        - Mieszkania są naprawdę porządne, a nie jakieś tam baraki, o jakich się czasem
        słyszy – przekonuje. – Dlatego warto za nie zapłacić. Proszę też nie zapomnieć
        o śpiworze, bo noce są chłodne – troszczy się nasz dobrodziej.
        Nasz pośrednik nie przedstawia się co prawda z imienia i nazwiska, ale jest tak
        miły, że radzi co zabrać do jedzenia i dokładnie tłumaczy, jak dojechać na plac
        Andrzeja w Katowicach, skąd ma odjechać autokar.
        - O nic więcej proszę się nie martwić. Zawieziemy pana na miejsce, a prowizję
        pobierzemy sobie od plantatora.
        To ostatnie stwierdzenie do końca usypia moją czujność. „Przecież to nie może
        być oszust, bo co by z tego miał? – myślę sobie.
        Decydujemy się jechać we trójkę: ja, Danka i Sławek. Z Gdańska do Katowic
        podrzuca nas samochodem syn Danki. Jest piątek rano, 10 października 2003 roku.
        Na miejscu okazuje się, że na wyjazd do Włoch czekają liczne grupy ludzi z
        całej Polski. Podjeżdżają po nich busy i autokary. Sławek zaczyna mieć złe
        przeczucia. Jednak my z Danką twardo obstajemy przy wyjeździe.
        O wpół do dwunastej (półgodzinne spóźnienie) podjeżdża autokar z napisem Pietro
        za szybą, ale naszego pośrednika nie widać.
        - On wsiądzie w Żorach – uspokaja dysponent (właściciel?) autobusu.
        Faktycznie, na stacji benzynowej w Żorach wsiadł jakiś osobnik i zebrał od
        kilkunastu osób po 450 zł. Nie był zbyt rozmowny. Na wszelkie pytania
        odpowiadał, że we Włoszech będzie czekał na nas łącznik, który wszystko nam
        wyjaśni.
        Po 27 godzinach jazdy przez Czechy, Austrię i włoskie wybrzeże Adriatyku
        dotarliśmy w okolice Foggii. Po drodze wysiadały kilkuosobowe grupki, na które
        oczekiwały już busy. Nasza grupa liczyła 14 osób.
        Kierowca wysadził nas w szczerym polu i niezwłocznie odjechał. Wtedy ze
        stojącego nieopodal samochodu wysiadł młody człowiek ze złotym łańcuchem na
        szyi. Patrząc na długie czubki swoich kowbojek, mówił o tym, że będziemy mieć
        pracę nawet do stycznia. Winogrona co prawda się skończyły, a oliwki jeszcze
        nie dojrzały, ale pracy w rolnictwie nigdy nie brakuje. Kto będzie pracowity,
        to na pewno zarobi. Po tym wprowadzeniu przystąpił do sedna sprawy:
        - Za chwilę zawieziemy was na kwaterę, ale najpierw musimy się rozliczyć. Mam
        nadzieję, że wszyscy mają po 100 euro, tak jak było umówione?
        - A nie moglibyśmy najpierw zobaczyć tej kwatery? – zapytał ktoś.
        - Nie, to zresztą nie są pieniądze za kwaterę. Za pracę trzeba płacić. Nie
        wiecie o tym?
        Powoli schodziło nam bielmo z oczu. Jednak nie wszyscy do końca uświadamiali
        sobie, w co wdepnęliśmy.
        - A nie można by wpłacić teraz zaliczki, a później uregulować resztę z
        pierwszej tygodniówki?
        - Nic z tego! Ja też muszę się z kimś rozliczyć – długowłosy brunet był już
        nieco rozdrażniony. – Załatwiamy wam pracę, a wy tu macie jakieś głupie
        obiekcje.
        W tym czasie podjechał biały bus z elbląską rejestracją, z którego wysiadło
        dwóch niezbyt sympatycznie wyglądających mężczyzn, Jeden z nich mówił po
        rosyjsku.
        - No, szkoda czasu – ponaglał nas ten ze złotym łańcuchem. – Kto zapłaci, ten
        jedzie na kwaterę, a jak ktoś nie chce, to może wracać do domu.
        Powoli zaczęliśmy wyjmować pieniądze.
        Ściśnięci jak śledzie w beczce podjechaliśmy dwa kilometry dalej. Po wyjściu z
        auta zobaczyliśmy stojący na kompletnym odludziu budynek. Wyglądał jak typowy
        magazyn: wysokie ściany, betonowa posadzka z kratką ściekową pośrodku. Na
        zewnątrz był szlauch podłączony do rury z wodą. Za toaletę służyły okoliczne
        pola.
        - Może to nie są pałace, ale da się mieszkać – pocieszał nas jeden z
        czwórki „opiekunów”. – Prąd macie za półtora euro dziennie, jedzenie będziemy
        wam dowozić. Do pracy też was zawieziemy, no, może nie wszystkich od razu…
        Raptem wybuchło zamieszanie. Do Sławka, który spisywał na karteczce numer
        rejestracyjny busa, doskoczył jeden z pośredników i zaczął go okładać
        pięściami, krzycząc: „Ty mendo j…..! Ty chciałbyś sprzedać nas glinom! Ja cię
        ukatrupię i zakopię tam, gdzie nikt cię nie znajdzie!”.
        Wszyscy stali jak sparaliżowani. Było nas dwunastu mężczyzn, w tym kilku dobrze
        zbudowanych. Ktoś tylko nieśmiało (ja?) powiedział : „Zostawcie go!”
        - Co, jeszcze komuś się coś nie widzi?! – wrzasnął „Rusek” i ruszył w stronę
        samochodu. – Mam wyciągnąć broń?
        Nikt się nie odezwał.
        - Won, żebym cię tu więcej nie widział. S……..j stąd razem ze swoją panią! –
        usłyszał Sławek.
        Po odejściu Sławka i Danki nasi „patroni” próbowali nieco załagodzić sytuację.
        - Wszyscy pracujemy na czarno i nie możemy tolerować takich mend, które
        donoszą. Zresztą, my się z policją dogadamy, ale wy stracicie pracę i was
        deportują.
        Nadal milczeliśmy.
        Po paru minutach nasi bossowie odjechali (wraz z nimi mój nowy
        śpiwór) „załatwiać interesy” – jak nam powiedzieli. Obiecali niedługo wrócić.
        Teraz wszystkim otworzyły się gęby. Naradzaliśmy się co robić. Ja postanowiłem
        bez zwłoki ruszać śladem Sławka i Danki. Inni przez kilka minut jeszcze się
        wahali.
        Dogoniłem Sławka. Wziąłem część jego bagażu na mój wózek (co za szczęście, że
        go zabrałem) i ruszyliśmy powoli w stronę stacji kolejowej w Orta Nova. Sześć
        kilometrów w skwarze, objuczeni bagażem ciężkim od prowiantu, pokonywaliśmy
        ponad trzy godziny. Po jakimś czasie dogoniła nas reszta grupy. Jakoś nikt nie
        śmiał spojrzeć Sławkowi w oczy.
        Gdzieś w połowie drogi zobaczyliśmy „naszego” busa. Jechał z kolejną grupą
        frajerów (kilka godzin później spotkaliśmy ich na dworcu w Foggii).
        Do Foggii pojechaliśmy pociągiem, oczywiście na gapę. Konduktor coś tam
        mruczał, ale my tylko bezradnie rozkładaliśmy ręce.
        Na dworcu spotkaliśmy sporo Polaków. Wszyscy nam się dziwili, że daliśmy się
        tak nabrać: „Nie oglądacie telewizji czy co?”
        - Lepiej powiedzcie, co robić dalej – odpowiadaliśmy.
        - Jak macie kasę, to wracajcie do domu, a jak nie, to szukajcie pracy, żeby
        zarobić na drogę. Za darmo nikt was nie zawiezie.
        Noc przekoczowaliśmy w poczekalni dworcowej.
        Rano zaczęliśmy rozglądać się za jakimś środkiem transportu. Okazuje się, że
        powrót do Polski jest bardzo łatwy. Z Foggii i z Neapolu kursuje mnóstwo
        autokarów i busów. Jest tylko jeden warunek: pieniądze! Ceny za przejazd
        kształtują się w przedziale 80 – 90 euro od osoby. Nie ma co marzyć o tym, aby
        jakiś przewoźnik zlitował się i wziął kogoś za darmo. Na szczęście miałem
        rezerwowe 95 euro i 100 PLN. Sławek dołożył 20 euro. To wystarczyło, aby jeden
        z właścicieli busa zabrał cała naszą trójkę. Zapowiedział wszakże, że trzeba mu
        jeszcze dopłacić 400 PLN. Na „zabezpieczenie” tej kwoty zabrał Sławkowi i Dance
        paszporty.
        W busie, do którego wsiedliśmy, jechała kolejna grupa „wysadzonych w kosmos”.
        Wykiwano ich w Neapolu. Jedyną satysfakcję mieli z tego, że widzieli na własne
        oczy, jak ich pośrednika „oklepali” ci, którzy przyjechali przed tygodniem i
        też zostali zrobieni w przysłowiowego wała.
        Sławkowi strasznie spuchły stopy. Nie może włożyć butów i porusza się z
        trudnością. Ma też gorączkę. Nie wiemy, jaka może być tego przyczyna

    Nie pamiętasz hasła

    lub ?

     

    Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

    Nakarm Pajacyka