Dodaj do ulubionych

Chucherko - fanfik

20.05.26, 19:49
Coś tam wzięłam z zapowiedzi, ale niewiele ;)

Jędrzej Rojek szedł powoli krakowską ulicą Basztową i z przyjemnością rozglądał się dookoła. Drzewa na Plantach błyszczały się na żółto i czerwono w zachodzącym słońcu. Jesienne powietrze miało w sobie jakąś melancholię, która przebijała się nawet przez spaliny i smog. Liście szeleściły pod stopami. Mijając kolejne kamienice, nie mógł nie uśmiechnąć się na wspomnienie Roosevelta 5 – wprawdzie, w przeciwieństwie do większości kuzynostwa, nie wychowywał się tam, ale doskonale rozumiał – i troskliwie pielęgnował w sobie – przywiązanie do tradycji. Zarówno w jej architektonicznym wydaniu, jak i w każdym innym.
To właśnie spowodowało, że wybrał Uniwersytet Jagielloński jako miejsce, w którym po uzyskaniu licencjatu z filologii klasycznej zdecydował się kontynuować naukę na studiach magisterskich. Najstarsza uczelnia w Polsce, miasto słynne z szacunku dla osiągnięć akademickich, ta szczególna atmosfera – no i zachwyt dziadków, którzy, jak Jędrzej zauważył już dawno temu, nie zdołali ukryć rozczarowania, że żadne z ich wnuków nie poszło w ślady dziadka i ciotki Gabrieli (Jędrzej na ogół mówił „ciocia Gabrysia”, ale w duchu uważał, że „Gabriela” brzmi dostojniej, więc tak nazywał ją w myślach). Zatem on to zrobił: po maturze złożył papiery na filologię klasyczną. Nie mógł nie zauważyć, że niemal natychmiast jego akcje w rodzinie wzrosły. Wcześniej czuł się wykluczony z wielu rozmów, toczonych przy stole u ciotki Patrycji. Kręciły się wokół spraw na Roosevelta, gdzie bywał rzadko, i dotyczyły jego starszego kuzynostwa, które słabo znał, które prowadziło swoje dorosłe życie, ale miał nieraz wrażenie, że było nieustannie obecne w powietrzu. Japonistyka kuzynek Łucji i Ani; wygrywane konkursy architektoniczne Józefa; Ignacy Grzegorz, który stał się dyżurnym medialnym ekspertem w zakresie historii sztuki. No i ich rosnące potomstwo, z Mileną – „geniuszem matematycznym, po tym nicponiu jej ojcu” w opinii dziadków – na czele. Jędrzej miał wrażenie, że on i jego starszy brat Szymon stali się przezroczyści. Uczyli się nieźle – ale jak mogło się to równać z osiągnięciami Ignacego Grzegorza? Przez jakiś czas grali w piłkę nożną – ale Józef w swoim czasie grał lepiej. Gdy Jędrzej przygotowywał się do wyboru kierunku studiów, nic co mógłby wybrać, nie mogło się równać z japonistyką.
Aż do momentu, kiedy pod wpływem szczęśliwego natchnienia zdecydował: filologia klasyczna. Przez chwilę, widząc błysk w oczach dziadka, dumę mamy – biedna Matalia, wreszcie i ona mogła się czymś pochwalić, a nie tylko stanowić przedmiot kpin z powodu swojej niezdarności – i szczęście taty, który promieniał, że jego Jędrek będzie „tak szanowany jak jego dziadek” – poczuł wreszcie to, czego, jak zdał sobie sprawę, bardzo mu brakowało – uznania i dostrzeżenia ze strony rodziny. Tego rodzinnego paliwa wystarczyło na pierwszy rok. Na drugim do Jędrzeja dochodziło coraz mocniej, że on tych studiów nie lubi, nudzą go, nie bardzo wie, do czego mógłby je wykorzystać, a w zasadzie to najchętniej robiłby coś zupełnie innego, chociaż nie do końca wiedział co. Wytrzymał jakoś do licencjatu, ale zauważył któregoś dnia z pewnym przerażeniem, że chyba za bardzo przesadza z alkoholem. Mimo to wytrwał. Gdy podczas wizyty u ciotki Patrycji Babi zapytała go:
- To co, pewnie teraz magisterka? – Poczuł, że się dusi. Ale nie mógł odmówić. Ale bał się, że jeśli zostanie przy nich chociaż miesiąc, dwa dłużej, to stanie się coś bardzo złego. Chociaż nie wiedział, co. Ale poczuł, że musi wyjechać. Wybrał Kraków.
Teraz, gdy szedł Basztową, nie mógł nie zauważyć, że oglądano się za nim. Nosił się bardzo elegancko – ku zachwytowi dziadków – i teraz miał na sobie szykowny płaszcz, na którym układał się odpowiednio długi szal, do tego nosił dobrze wypastowane buty, drogie spodnie, a wszystko w idealnie dobranych kolorach. Całości dopełniała gładko zaczesana fryzura i starannie przystrzyżony zarost.
Gdy Jędrzej złapał spojrzenie przechodzącej obok studentki, zrobiło mu się ciepło na sercu. Lubił te spacery. Chodził na nie często. Mówił sobie i innym, że „chłonie ducha Galicji”. W głębi duszy wiedział jednak, że pozostawanie samemu na stancji było niebezpieczne – za blisko do Żabki. Gdy zaś ograniczył używki, zauważył, że w zasadzie nie umiał rozmawiać z innymi. Czasem dzwonił do Szymona, ale nie mógł tego robić za często. Brat chyba zaczynał się orientować, że mimo że Jędrzej barwnie opisywał swoje krakowskie życie, to w rzeczywistości miał wrażenie, jakby spadał w otchłań. Był na czwartym roku studiów. Powinien już dawno podjąć pracę, określić się jakoś. Nie umiał tego zrobić. Nie wiedział po co i jak.
Gdy zrównał się z budynkiem szkoły muzycznej, drzwi nagle się otworzyły i wyszła z nich tak ciekawa grupa, że aż przykuło to jego uwagę. Grupa młodych osób w renesansowych strojach i z instrumentami muzycznymi podążyła w kierunku pasów. Pewnie szli grać na Rynek. Jędrzej przyglądał się, jak dziewczyny chwytały za suknie i unosiły je delikatnie nad ziemią. Idąca na ostatku dziewczyna, najdrobniejsza z nich, musiała przystanąć, gdy trochę za długa tkanina zamiotła liście na chodniku. Jakie chucherko, pomyślał. Gdy dziewczyna próbowała jednocześnie chwycić tkaninę i utrzymać w dłoni flet, spod pachy wypadły jej nuty, ale najwidoczniej nie zauważyła tego, bo za chwilę nie oglądając się, ruszyła dalej za resztą.
Jędrzej podbiegł, zgarnął nuty i zawołał:
- Czekaj, zgubiłaś nuty!
Ale akurat przejechał tramwaj i kilka samochodów. Tymczasem kawalkada muzyków już szła po pasach. Jędrzej potruchtał w ich kierunku. Zanim wkroczył na pasy, przejechało kolejne kilka aut, więc dogonił grupę dopiero na Plantach, gdy ustawiali się już do grania.
Jędrzej szybko znalazł właścicielkę zguby, gdy odwrócona plecami konsultowała coś z koleżanką. Podszedł bliżej i chrząknął.
- Cześć, przepraszam, ale to chyba twoje – zauważył.
Odwróciła się, a on na moment zapomniał, żeby podać jej zgubę.
Spod renesansowego czepka pokazała mu się drobna, trójkątna twarz z dużymi oczami o intrygującym fioletowym kolorze. Miała uroczy nosek i jeszcze bardziej uroczy uśmiech, gdy zadziwiająco silnym głosem powiedziała:
- Och, dzięki! Nawet nie zauważyłam!
I roześmiała się.
Jędrzej nagle zapomniał języka w gębie. Znów odchrząknął, rozejrzał się niepewnie i zagaił:
- Co gracie?
- Renesansowe melodie. – Pokazała mu flet. – Widzisz, to renesansowy.
- Nie znam się – wyznał.
- Zbieramy na wyjazd do Hiszpanii na koncert. Mamy zaproszenie, ale nie pokryli nam całości kosztów za przelot i nocleg. Więc jak chcesz, to możesz się dorzucić!
Roześmiała się. Jędrzej przez chwilę poczuł niesmak, że otwarcie mówi o pieniądzach – w jego rodzinie temat nie istniał. Niesmak jeszcze wzrósł, gdy zobaczył, jak inni członkowie orkiestry rozkładają futerał.
Stojący nieco dalej chłopak w barwnym stroju zawołał:
- Ustawiamy się!
- Zaczynamy – mruknęła dziewczyna do Jędrzeja.
Mruknął coś, odsunął się na stosowną odległość, a potem wśród rosnącej grupki gapiów patrzył jak grała. Dziwiło go, jak jej drobna postać nie pasowała do siły melodii fletu. Został na całym koncercie i potem patrzył z pewną dezorientacją, jak otwarcie cieszyła się, gdy wrzucano do futerału monety i banknoty, kłaniała się wraz z innymi i na hasło „bis” posłusznie wracała do gry. On też coś miał i mógłby wrzucić, ale czuł się dziwnie skrępowany, więc, ostatecznie zmieszany, wycofał się.
Dopiero w domu w pełni sobie uświadomił, że przecież chciał zapytać ją o imię i wziąć jakiś kontakt.

Obserwuj wątek
    • ako17 Re: Chucherko - fanfik 20.05.26, 20:36
      fionnuala napisała:

      > Coś tam wzięłam z zapowiedzi, ale niewiele ;)

      > - Zaczynamy – mruknęła dziewczyna do Jędrzeja.
      > Mruknął coś, odsunął się na stosowną odległość, a potem wśród rosnącej grupki g
      > apiów patrzył jak grała. Dziwiło go, jak jej drobna postać nie pasowała do siły
      > melodii fletu. Został na całym koncercie i potem patrzył z pewną dezorientacją
      > , jak otwarcie cieszyła się, gdy wrzucano do futerału monety i banknoty, kłania
      > ła się wraz z innymi i na hasło „bis” posłusznie wracała do gry. On też coś mia
      > ł i mógłby wrzucić, ale czuł się dziwnie skrępowa

      Ładne :) chociaż zupełnie nie w tonie Jeżycjady. Zwłaszcza tej późnej, nazywanej neojeżycjadą ;) Trochę się wyrazy powtarzają, jeśli chodzi o warstwę językową:
      > - Zaczynamy – mruknęła dziewczyna do Jędrzeja.
      > Mruknął coś,
    • fionnuala Re: Chucherko - fanfik 20.05.26, 20:44
      Przez następne kilka tygodni wędrując po centrum Krakowa, częściej niż przedtem chodził po Basztowej, ale nie spotkał jej. Nie wiedział, czy go to cieszyło, czy smuciło. Było w niej coś, a jej gra go urzekła – potem szukał usłyszanych melodii na YouTube. No i sama szkoła muzyczna, obycie z muzyką dawną zyskało jego aprobatę. W jego inteligenckiej rodzinie również ceniono muzykę, zwłaszcza klasyczną. Widział kilka występów kuzynki Laury i przywykł uważać, że lubi operę (chociaż coraz częściej jakiś głos w głębi pytał go: „Na pewno?”.)
      Stracił już nadzieję, gdy którejś niedzieli, znowu przechodząc przez Planty, coś się zmieniło. Najpierw natknął się na grupę niedaleko Teatru Słowackiego i chciał ją wyminąć – były to osoby w kryzysie bezdomności, które przyszły na kanapki i zupę, rozdawane tradycyjnie w niedzielę na Plantach przez grupę wolontariuszy. Jędrzej dyskretnie szczelniej otulił twarz szalem, a potem mimowolnie skrzywił się, gdy zobaczył, jak na bocznym stanowisku grupa medyczna opatrywała rany niezbyt przyjemnie wyglądającej osoby. Przyspieszył kroku, ale mimowolnie zagapił się na stoisko z wydawką. Jakiś chłopak rozdawał kanapki, jakaś dziewczyna chodziła między osobami w kolejce i zagadywała; Jędrzej przeniósł wzrok na stół. Inna dziewczyna w dredach i okularach energicznie nalewała chochlą zupę do plastikowych talerzyków. Była dziwnie drobna, a kiedy się roześmiała…
      Jędrzej podszedł bliżej. Tak, to ona – Chucherko. Śmiała się, zagadywała. W pewnym momencie doleciało do niego:
      - No tak, czasem wszystko jest popiep…
      Jędrzej był wstrząśnięty. Nie mógł uwierzyć – taki język! U tej wspaniałej dziewczyny z renesansowym fletem! A może to nie ona, tylko jakaś siostra bliźniaczka?
      Tymczasem ona też go dostrzegła i pomachała mu.
      - Kolego od nut! – zawołała. – Chodź do nas na zupę!
      Zagryzł wargi. Miał ochotę znów odejść, ale przemógł się i stanął w kolejce za jednym niezbyt przyjemnie pachnącym mężczyzną. Gdy kolejka posuwała się do przodu, wciąż zadawał sobie pytanie, czy nie lepiej byłoby odejść. Ale stwierdził, że nie. Już raz to zrobił i niepewność go dręczyła. Lepiej było zostać.
      Gdy dotarł do niej, jego rozczarowanie jeszcze wzrosło: jej oczy wcale nie były fioletowe, tylko zwyczajne, szare.
      - Nie miałaś ostatnio okularów – zauważył.
      Prychnęła.
      - Na występ? Pewnie, że nie. To by popsuło cały efekt. Założyłam szkła kontaktowe.
      Nie mógł oderwać wzroku od jej dredów. Zupełnie nie pasowały do uprzednio stworzonego jej obrazu. Mówiła nadal melodyjnie i dźwięcznie, z ożywieniem, ale dobór słów… Jego niesmak rósł. Pomyliłem się, uznał, ale coś nie pozwalało mu odejść. Dlatego gdy dostał swoją porcję zupy, ustawił się niedaleko, jedząc w niewygodnej stojącej pozycji i obserwując, jak niedawna dama jego serca zagaduje, śmieje się i zachęca do jedzenia.
      Potem ktoś ją zmienił i podeszła do niego.
      - Pierwszy raz?
      - Tak – odparł lakonicznie. I dodał w myślach: mam nadzieję, że ostatni. Przez chwilę coś go zaswędziało i wystraszył się, czy nie złapał świerzbu albo wszy. Co by powiedzieli dziadkowie, gdyby mnie tu widzieli!
      - Ja tu jestem prawie co tydzień, chyba że wyjeżdżam. Byliśmy w tej Hiszpanii. Chcesz zobaczyć zdjęcia?
      Wstrząs za wstrząsem. Bezpośredniość, zero tajemniczości, która, jak wpajano mu w domu, była ważna w kobiecości, by „pułapka nie biegała za myszą”.
      Nie czekając na jego odpowiedź, wyciągnęła telefon i wyświetliła galerię.
      - Tu jesteśmy z ekipą. A tu na wycieczce.
      - Wiesz co – powiedział z rezerwą – byłoby mi łatwiej to oglądać, gdybym wiedział chociaż, jak masz na imię.
      I znów roześmiała się.
      - No tak… Mów mi Ika.
      - Jestem Jędrzej.
      - Dobra Jędrzej, miło mi, słuchaj, ja na chwilę znikam, bo mam rzeczy do zrobienia, ale przyjdę zaraz. Daj mi telefon, będzie potrzebny.
      I znów został sam. Wsadził ręce w kieszenie i nie wiedział, co robić, więc tylko obserwował uwijających się wolontariuszy i osoby, które przyszły po posiłek. Ika robiła zdjęcia i kręciła rolki. Gdy zapasy wyczerpały się, zwinięto termosy, szybkowary i stoły, zapakowano do pobliskiego auta i część wolontariuszy odjechała. Ika została i podeszła do Jędrzeja. Promieniowała zadowoleniem.
      - Będziemy robić kanapki.
      - Będziecie rozdawać?
      - Tak, ale nie tutaj. Jeździmy z nimi do pustostanów. Trzeba będzie zorganizować zbiórkę odzieży. Idzie zima, to zawsze ciężki czas. Sporo pracy. Chcesz pomóc?
      Jędrzej wzdrygnął się. Poczuł złość i dezaprobatę. Oto spotykają się drugi raz, a ona znowu coś od niego chce. Jak nie pieniędzy, to jakiegoś aktywizmu. Owszem, zarówno pierwsza i druga inicjatywa są chwalebne i pożyteczne, jednakowoż… Gdzie głębokie rozmowy, tak cenione przez jego rodzinę? Ika wydała mu się nagle bardzo płytka.
      - Niestety chyba nie mam czasu.
      Na chwilę posmutniała, ale zaraz uśmiechnęła się.
      - Jasne. No to do zobaczenia kiedyś pewnie przy okazji. Ja muszę jechać tam do nich. Na razie.
      Poczuł ulgę i zadowolenie, że nie uwikłał się w znajomość, której jego rodzina raczej by nie pochwalała. Prostacki język, dredy! W pewien sposób czuł się oszukany.
      Wieczorem rozmawiał z rodziną przez Google Meet. Rodzice byli akurat u dziadków, więc między troskliwymi pytaniami ojca i Matalii słychać było szorstkie uwagi babci i łacińskie cytaty dziadka, który często przy okazji takich rozmów wspominał swoje studia na filologii klasycznej.
      - A tamten profesor…
      Dziś Jędrzej nie słuchał uważnie, przed oczami raz po raz stawała mu trójkątna twarzyczka w okularach, w obramowaniu dredów. Ku swojemu zaskoczeniu czuł dziwne ciepło i przyłapał się nawet na myśli, że przedstawienie takiej dziewczyny dziadkom mogłoby być nawet całkiem ciekawe.
      Cały tydzień zastanawiał się, czy w niedzielę iść z powrotem na Planty. Kładąc się spać w sobotę wieczorem był przekonany, że nie pójdzie. Ale gdy obudził się rano i spojrzał na zegarek, w panice wyskoczył z łóżka – był prawie spóźniony. Z trudem, ale jednak zdążył.

    • fionnuala Re: Chucherko - fanfik 20.05.26, 21:39
      Na przemian przyciągała go i odpychała. Z trudem kojarzyła, kto to Marek Aureliusz, nie rozumiała znaczenia tych wszystkich „fugit hora” czy „per aspere ad astra”, którymi on nasiąkł od dzieciństwa. Nie wiedziała, kto to Krystyna córka Lavransa. Nie miała krewnych akademików, lekarzy, nauczycieli, biznesmenów ani śpiewaczek operowych.
      - To w takim razie czym zajmują się twoi rodzice? – nie wytrzymał wreszcie, gdy opowiedział jej o dziwactwach ciotek i karierze ekscentrycznej kuzynki, a ona skwitowała tylko:
      - No nieźle, trochę to dziwne, ale pewnie wyższe sfery tak mają.
      Spojrzała na niego i wzruszyła ramionami.
      - A to takie ważne? – Po czym dodała po chwili. – Ojciec wyszedł po mleko, a mama prowadzi zakład krawiecki.
      Jędrzejowi rozbłysły oczy.
      - Jakieś stroje dla teatrów? Opery?
      Najpierw przystanęła i spojrzała na niego, a potem roześmiała się w charakterystyczny sposób, tak że nie był pewien, co właściwie ją bawiło.
      - Skąd! Zwykły zakład krawiecki. Tu wszyć zamek, tam przyszyć guzik.
      Znowu poczuł rozczarowanie.
      Ale też przyciągała go. Ta jej niezwykła bezpośredniość. Gdy na przykład spotkali się w jej wynajmowanym mieszkaniu w Nowej Hucie i zapytała go:
      - Masz gumki?
      Poczuł, że się zaczerwienił. Przed oczami przebiegła mu twarz nieszczęsnej kuzynki Róży, o której opowieści krążyły ku przestrodze młodego pokolenia, więc przez chwilę znów nie mógł niczego powiedzieć, więc tylko pokręcił głową. Ale ona znowu uśmiechnęła się i zawołała:
      - To nic! Ja chyba gdzieś mam.
      I rzeczywiście miała. Gdzieś w tle trzasnęły drzwi: wróciła współlokatorka. Ika roześmiała się tylko i włączyła muzykę z YouTube’a – żadne tam renesanse, a rap. Potem odwróciła się i śmiało spojrzała mu w oczy, a potem Jędrzej zrozumiał wiele z tego, co przedtem tylko mgliście przeczuwał.
      Po wszystkim poczuł się w obowiązku wynagrodzenia jej tego, co zaszło. Upierał się, żeby pojechali wspólnie do Poznania, przedstawić ją rodzicom i dziadkom. I znowu go zaskoczyła:
      - Co ty, zwariowałeś?
      - No wiesz… - tłumaczył strapiony. – Po tym co zaszło…
      Coś błysnęło wtedy w jej oczach. Zawołała gniewnie:
      - Co ty chcesz, zaręczać się? A może od razu ślub? Jędrzej, proszę cię! Zejdź na ziemię! Ja nie wiem nawet, czy chcę z tobą być!
      To go naprawdę zraniło. Wyszedł wtedy i znowu włóczył się po mieście.
      Ale dzień później jakby nigdy nic, zabrała go do sklepu z mangami, a dwa dni później niespodziewanie oświadczyła, że chciałaby, żeby jej towarzyszył w salonie tatuażu.
      Wybrała jakiś chiński znak, a jako miejsce wskazała przedramię. Gdy Jędrzej stał i przyglądał się pracy tatuażysty, pojawiła mu się myśl: ciekawe właściwie, jak by to było zajmować się czymś takim.
      Gdy zeszła z fotela i z dumą pokazała mu swój wzór, uścisnął ją tak gwałtownie, że aż spojrzała na niego, zdziwiona.
      Zatem jeździł do niej, chodził na uczelnię, gdzie zajęcia napawały go na przemian śmiertelną nudą i przerażeniem; przyzwyczaił się do wydawek na Plantach i ludzi, którzy je odwiedzali. Wkręcił się w jej towarzystwo. Nauczył się jeść połowę pizzy na kolację i drugą połowę na śniadanie i wychodzić w niewyprasowanym swetrze.
      Gdy rozmawiał z rodziną, udawał, że nic się nie zmieniło. Tylko parę razy wymknęło mu się: „No”, a dziadek zgromił go spojrzeniem, a ojciec poruszył się niespokojnie. Jędrzej przypomniał sobie nagle scenę z dzieciństwa, gdy został skrytykowany za coś podobnego i nagle poczuł dziwny spokój. Pierwszy raz w życiu poczuł, że temu władczemu spojrzeniu nie musi się podporządkować. Po rozmowie poczuł takie szczęście, że aż go rozpierało. Musiał pojechać do Iki. Nie odbierała telefonu i nie odczytywała wiadomości.
      Niezrażony, wsiadł więc w tramwaj numer cztery, popędził do klatki schodowej w jej bloku, niecierpliwie wstukał kod i dotarł po schodach do jej drzwi. Otworzyła współlokatorka – Kasia czy Ania, nie pamiętał. Gdy rozpoznała Jędrzeja, wyraz twarzy zmienił jej się nagle.
      - Wejdź, powiedziała.
      Zadyszany, opadł na krzesło.
      - Szukam Iki – wydyszał.
      - Nie ma jej tu – odparła współlokatorka ostrożnie.
      - A gdzie jest?
      - Wyjechała. Zostawiła ci coś.
      Zdziwiony, ale bez żadnych przeczuć, otworzył list. Przeczytał go, spojrzał na Kasię czy Anię, a ona tylko skinęła głową.
      Jędrzej znowu przeczytał wiadomość. I znowu. I znowu. Ale wciąż sens nie chciał do niego dotrzeć. Wreszcie powiedział:
      - Nie wierzę.
      - Naprawdę wyjechała.
      Chwilę siedzieli w ciszy.
      - Mówiła ci dlaczego?
      Kasia czy Ania unikała jego wzroku. Wreszcie mruknęła:
      - Wspominała coś, że się męczy, że nie pasujecie do siebie. Ale długo wahała się. Ona cię kochała. Naprawdę. I bała się, że sobie bez niej nie poradzisz.
      - Ale jednak odeszła! – wybuchnął.
      Współlokatorka Iki bez słowa otworzyła lodówkę i wyjęła butelkę piwa bez etykiety.
      - Masz, napij się.
      Ku swojemu zdumieniu Jędrzej odsunął butelkę, wstał i poprawił płaszcz.
      - Dzięki, ale i tak chyba zająłem ci trochę czasu. Muszę iść. Na razie.
      Nie pamiętał, jak wsiadł do tramwaju. Nie widział ludzi wokół siebie. Wreszcie jakiś impuls kazał mu się ocknąć i wyjść. Ale to nie był jego przystanek.
      Za to studio tatuażu znajdowało się całkiem niedaleko.
      Jędrzej ruszył, najpierw trochę bojaźliwie, ale potem już coraz energiczniej.
      • mariamm87 Re: Chucherko - fanfik 21.05.26, 12:15
        Jako Krakuska (i Nowohucianka!) głośno krzyczę - wincyj mi tego fanfika proszę dać!

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka