fionnuala
20.05.26, 19:49
Coś tam wzięłam z zapowiedzi, ale niewiele ;)
Jędrzej Rojek szedł powoli krakowską ulicą Basztową i z przyjemnością rozglądał się dookoła. Drzewa na Plantach błyszczały się na żółto i czerwono w zachodzącym słońcu. Jesienne powietrze miało w sobie jakąś melancholię, która przebijała się nawet przez spaliny i smog. Liście szeleściły pod stopami. Mijając kolejne kamienice, nie mógł nie uśmiechnąć się na wspomnienie Roosevelta 5 – wprawdzie, w przeciwieństwie do większości kuzynostwa, nie wychowywał się tam, ale doskonale rozumiał – i troskliwie pielęgnował w sobie – przywiązanie do tradycji. Zarówno w jej architektonicznym wydaniu, jak i w każdym innym.
To właśnie spowodowało, że wybrał Uniwersytet Jagielloński jako miejsce, w którym po uzyskaniu licencjatu z filologii klasycznej zdecydował się kontynuować naukę na studiach magisterskich. Najstarsza uczelnia w Polsce, miasto słynne z szacunku dla osiągnięć akademickich, ta szczególna atmosfera – no i zachwyt dziadków, którzy, jak Jędrzej zauważył już dawno temu, nie zdołali ukryć rozczarowania, że żadne z ich wnuków nie poszło w ślady dziadka i ciotki Gabrieli (Jędrzej na ogół mówił „ciocia Gabrysia”, ale w duchu uważał, że „Gabriela” brzmi dostojniej, więc tak nazywał ją w myślach). Zatem on to zrobił: po maturze złożył papiery na filologię klasyczną. Nie mógł nie zauważyć, że niemal natychmiast jego akcje w rodzinie wzrosły. Wcześniej czuł się wykluczony z wielu rozmów, toczonych przy stole u ciotki Patrycji. Kręciły się wokół spraw na Roosevelta, gdzie bywał rzadko, i dotyczyły jego starszego kuzynostwa, które słabo znał, które prowadziło swoje dorosłe życie, ale miał nieraz wrażenie, że było nieustannie obecne w powietrzu. Japonistyka kuzynek Łucji i Ani; wygrywane konkursy architektoniczne Józefa; Ignacy Grzegorz, który stał się dyżurnym medialnym ekspertem w zakresie historii sztuki. No i ich rosnące potomstwo, z Mileną – „geniuszem matematycznym, po tym nicponiu jej ojcu” w opinii dziadków – na czele. Jędrzej miał wrażenie, że on i jego starszy brat Szymon stali się przezroczyści. Uczyli się nieźle – ale jak mogło się to równać z osiągnięciami Ignacego Grzegorza? Przez jakiś czas grali w piłkę nożną – ale Józef w swoim czasie grał lepiej. Gdy Jędrzej przygotowywał się do wyboru kierunku studiów, nic co mógłby wybrać, nie mogło się równać z japonistyką.
Aż do momentu, kiedy pod wpływem szczęśliwego natchnienia zdecydował: filologia klasyczna. Przez chwilę, widząc błysk w oczach dziadka, dumę mamy – biedna Matalia, wreszcie i ona mogła się czymś pochwalić, a nie tylko stanowić przedmiot kpin z powodu swojej niezdarności – i szczęście taty, który promieniał, że jego Jędrek będzie „tak szanowany jak jego dziadek” – poczuł wreszcie to, czego, jak zdał sobie sprawę, bardzo mu brakowało – uznania i dostrzeżenia ze strony rodziny. Tego rodzinnego paliwa wystarczyło na pierwszy rok. Na drugim do Jędrzeja dochodziło coraz mocniej, że on tych studiów nie lubi, nudzą go, nie bardzo wie, do czego mógłby je wykorzystać, a w zasadzie to najchętniej robiłby coś zupełnie innego, chociaż nie do końca wiedział co. Wytrzymał jakoś do licencjatu, ale zauważył któregoś dnia z pewnym przerażeniem, że chyba za bardzo przesadza z alkoholem. Mimo to wytrwał. Gdy podczas wizyty u ciotki Patrycji Babi zapytała go:
- To co, pewnie teraz magisterka? – Poczuł, że się dusi. Ale nie mógł odmówić. Ale bał się, że jeśli zostanie przy nich chociaż miesiąc, dwa dłużej, to stanie się coś bardzo złego. Chociaż nie wiedział, co. Ale poczuł, że musi wyjechać. Wybrał Kraków.
Teraz, gdy szedł Basztową, nie mógł nie zauważyć, że oglądano się za nim. Nosił się bardzo elegancko – ku zachwytowi dziadków – i teraz miał na sobie szykowny płaszcz, na którym układał się odpowiednio długi szal, do tego nosił dobrze wypastowane buty, drogie spodnie, a wszystko w idealnie dobranych kolorach. Całości dopełniała gładko zaczesana fryzura i starannie przystrzyżony zarost.
Gdy Jędrzej złapał spojrzenie przechodzącej obok studentki, zrobiło mu się ciepło na sercu. Lubił te spacery. Chodził na nie często. Mówił sobie i innym, że „chłonie ducha Galicji”. W głębi duszy wiedział jednak, że pozostawanie samemu na stancji było niebezpieczne – za blisko do Żabki. Gdy zaś ograniczył używki, zauważył, że w zasadzie nie umiał rozmawiać z innymi. Czasem dzwonił do Szymona, ale nie mógł tego robić za często. Brat chyba zaczynał się orientować, że mimo że Jędrzej barwnie opisywał swoje krakowskie życie, to w rzeczywistości miał wrażenie, jakby spadał w otchłań. Był na czwartym roku studiów. Powinien już dawno podjąć pracę, określić się jakoś. Nie umiał tego zrobić. Nie wiedział po co i jak.
Gdy zrównał się z budynkiem szkoły muzycznej, drzwi nagle się otworzyły i wyszła z nich tak ciekawa grupa, że aż przykuło to jego uwagę. Grupa młodych osób w renesansowych strojach i z instrumentami muzycznymi podążyła w kierunku pasów. Pewnie szli grać na Rynek. Jędrzej przyglądał się, jak dziewczyny chwytały za suknie i unosiły je delikatnie nad ziemią. Idąca na ostatku dziewczyna, najdrobniejsza z nich, musiała przystanąć, gdy trochę za długa tkanina zamiotła liście na chodniku. Jakie chucherko, pomyślał. Gdy dziewczyna próbowała jednocześnie chwycić tkaninę i utrzymać w dłoni flet, spod pachy wypadły jej nuty, ale najwidoczniej nie zauważyła tego, bo za chwilę nie oglądając się, ruszyła dalej za resztą.
Jędrzej podbiegł, zgarnął nuty i zawołał:
- Czekaj, zgubiłaś nuty!
Ale akurat przejechał tramwaj i kilka samochodów. Tymczasem kawalkada muzyków już szła po pasach. Jędrzej potruchtał w ich kierunku. Zanim wkroczył na pasy, przejechało kolejne kilka aut, więc dogonił grupę dopiero na Plantach, gdy ustawiali się już do grania.
Jędrzej szybko znalazł właścicielkę zguby, gdy odwrócona plecami konsultowała coś z koleżanką. Podszedł bliżej i chrząknął.
- Cześć, przepraszam, ale to chyba twoje – zauważył.
Odwróciła się, a on na moment zapomniał, żeby podać jej zgubę.
Spod renesansowego czepka pokazała mu się drobna, trójkątna twarz z dużymi oczami o intrygującym fioletowym kolorze. Miała uroczy nosek i jeszcze bardziej uroczy uśmiech, gdy zadziwiająco silnym głosem powiedziała:
- Och, dzięki! Nawet nie zauważyłam!
I roześmiała się.
Jędrzej nagle zapomniał języka w gębie. Znów odchrząknął, rozejrzał się niepewnie i zagaił:
- Co gracie?
- Renesansowe melodie. – Pokazała mu flet. – Widzisz, to renesansowy.
- Nie znam się – wyznał.
- Zbieramy na wyjazd do Hiszpanii na koncert. Mamy zaproszenie, ale nie pokryli nam całości kosztów za przelot i nocleg. Więc jak chcesz, to możesz się dorzucić!
Roześmiała się. Jędrzej przez chwilę poczuł niesmak, że otwarcie mówi o pieniądzach – w jego rodzinie temat nie istniał. Niesmak jeszcze wzrósł, gdy zobaczył, jak inni członkowie orkiestry rozkładają futerał.
Stojący nieco dalej chłopak w barwnym stroju zawołał:
- Ustawiamy się!
- Zaczynamy – mruknęła dziewczyna do Jędrzeja.
Mruknął coś, odsunął się na stosowną odległość, a potem wśród rosnącej grupki gapiów patrzył jak grała. Dziwiło go, jak jej drobna postać nie pasowała do siły melodii fletu. Został na całym koncercie i potem patrzył z pewną dezorientacją, jak otwarcie cieszyła się, gdy wrzucano do futerału monety i banknoty, kłaniała się wraz z innymi i na hasło „bis” posłusznie wracała do gry. On też coś miał i mógłby wrzucić, ale czuł się dziwnie skrępowany, więc, ostatecznie zmieszany, wycofał się.
Dopiero w domu w pełni sobie uświadomił, że przecież chciał zapytać ją o imię i wziąć jakiś kontakt.