Gość: makary
IP: 193.0.117.*
29.01.04, 10:41
Nieco bardziej skomplikowane rozwiązanie
Nasi politycy w Brukseli sprawiali wrażenie, że są plemieniem, któremu grozi
zagłada. I słusznie. Gorsze notowania w kraju mają już tylko gangsterzy –
pisze Andrzej Stasiuk.
ANDRZEJ STASIUK
23.12.2003
Drogi Thomasie*, poprosiłeś mnie, abym napisał tekst o „upartych Polakach”.
Zdaje się, że nie będzie to łatwe. Tak samo jak nie byłoby łatwo pisać
o „głupich Polakach”, „mądrych Polakach”, „Polakach przystojnych”
albo „Polakach niezbyt urodziwych”. Od mniej więcej 43 lat sam jestem
Polakiem. Oglądam swój naród, żyję jego życiem, czasami doprowadza mnie on do
szału, czasami wprawia w podziw, ale naprawdę miałbym kłopot, gdybym chciał
znaleźć jeden przymiotnik, którym mógłbym go określić. Takiego przymiotnika
po prostu nie ma. Określanie całych narodów za pomocą przymiotników w ogóle
jest dość ryzykowne. To ryzyko biorą na siebie najczęściej miłośnicy
stereotypów, czyli ludzie niezbyt inteligentni i w dodatku tchórzliwi.
Stereotyp chroni ich przed skomplikowaną materią świata oraz uświadomieniem
sobie własnej głupoty.
„Uparty Polak”, „solidny, pozbawiony polotu Niemiec”... cóż to znaczy... Rok
temu w mojej okolicy, która, jak sam widziałeś, składa się głównie z lasów,
gór i pustkowi, przebywał właśnie pewien Niemiec. To było zimą. Mieszkał w
lesie albo w opuszczonych pasterskich szałasach. Miał ze sobą dwa psy,
własnoręcznie skonstruowany oszczep i próbował polować na zwierzynę – tak jak
robili to nasi wspólni przodkowie. Wyglądał mniej więcej tak, jakby wyglądał
Robinson Kruzoe, gdyby los rzucił go na nieco mniej tropikalną wyspę: odziany
w skóry, obuty w łapcie, spod tego przyodziewku widać było tylko skołtunioną
brodę i czarną strzechę włosów. Widziałem go tylko raz, ale moi znajomi
z „alternatywnych” kręgów, którzy się z nim zaprzyjaźnili, twierdzili, że
pobyt w polskich górach traktuje jako trening przed pieszą wyprawą na
Syberię. Tropiła go Straż Graniczna, ale zdaje się, że był sprytniejszy.
Potem gdzieś przepadł. Pewnie jest już w Jakucji.
Tyle o stereotypach. Domyślam się jednak, że intencją Twojego pytania, czy
też sugestii, była ciekawość, na ile ostatnie działania polskich polityków na
arenie międzynarodowej są odzwierciedleniem naszego narodowego charakteru.
Tutaj też mamy problem: do końca nie wiadomo, czy istnieje coś takiego jak
narodowy charakter. To po pierwsze. Po drugie wydaje mi się, że politycy w
ogóle są czymś w rodzaju odrębnego narodu, a raczej czymś w rodzaju ludu,
jakiejś grupy etnograficznej albo plemienia. W każdym razie nasi politycy w
Brukseli sprawiali wrażenie, że są plemieniem, plemieniem, któremu grozi
zagłada. Ich obawy są jak najbardziej uzasadnione. Nie mają oni ostatnio
najlepszych notowań w kraju. Mówiąc szczerze, mają jak najgorsze. Zdaje się,
że gorsze mają tylko gangsterzy, ale tych przynajmniej podziwia spora część
bezrobotnej młodzieży. Polityków nie podziwia nikt. No, może tylko oni siebie
nawzajem. Psychologicznie jest to sytuacja mało komfortowa, ale dość dobrze
znana z historii: Jeżeli naród odwraca się plecami do swoich reprezentantów,
jeżeli im nie ufa, ba, jeśli wręcz nimi gardzi, to reprezentanci szukają
zewnętrznego wroga, przed którym będą bronili narodu wmawiając mu, że są
narodu jedyną i ostatnia szansą.
Nasz premier przed wyjazdem do Brukseli powiedział: „Polacy są narodem
dumnym”. Zupełnie jakby wybierał się na jakąś wojnę. Na zdrowy rozum, udając
się na polityczne negocjacje, jeżeli już musiał coś powiedzieć, to raczej,
że „mądrym”, „rozsądnym” albo chociaż „sprytnym”.
Inny polityk, człowiek na co dzień dość inteligentny, wymyślił hasło „Nicea
albo śmierć” i przez parę dni ta złota myśl powtarzała się w nagłówkach
wszystkich gazet, jakby kraj staczał się w krwawą rewolucję albo wróg chciał
nam odebrać przynajmniej jeden powiat, albo i województwo. Tak mógłby sobie
pomyśleć jakiś kosmiczny przybysz słabo zorientowany w polityce i retoryce
naszych czołowych postaci życia publicznego.
Nieudolni politycy potrzebują wojny. Bycie „przeciw” jest zawsze łatwiejsze,
ponieważ zwalnia nas z działania i całą robotę muszą odwalać inni. Ale
to „przeciw” nie wynika z uporu, ono wynika ze strachu, z irracjonalnego lęku
przed blamażem, z pretensji większych niż możliwości, z niepewności, z
kompleksów, z podejrzliwości, po prostu z obawy przed światem.
Są takie chwile, gdy wierzę, że demokracja poprzez powszechne wybory jest w
stanie wyłonić przedstawicieli narodu, którzy w jakiś tajemniczy i
niezgłębiony sposób rzeczywiście personifikują jego prawdziwy obraz, jego
prawdziwe cechy. Jest to jednak wiara czysto teoretyczna. Bo wystarczy, że
trochę przyjrzę się rzeczywistości, i od razu widzę, że owszem, ogólne cechy
personifikują się jak najbardziej w konkretnych przedstawicielach, tyle tylko
że są to cechy akurat najgorsze. Mój naród nie jest jakiś wyjątkowy. Bywa
beznadziejny, ale tak w ogóle, zwłaszcza gdy mu nikt nie przeszkadza, potrafi
być cool. Czasami jednak mam wrażenie, że wszystko co mu się udało zrobić,
zwłaszcza przez ostatnie 15 lat, zrobił wbrew swoim reprezentantom, zrobił im
na przekór. No więc, drogi Thomasie, może to właśnie jest ten „polski upór”?
Na koniec jedna anegdota. Przytacza ją Andrzej Bobkowski, świetny polski
pisarz, który tak miał dość Polaków oraz Europy w ogóle, że po II wojnie
wyniósł się aż do Gwatemali. W swoich „Szkicach piórkiem” opowiada o tym,
jak jego ojciec, oficer, podczas wojny bolszewickiej dostał się wraz 1z całą
dywizją w radzieckie okrążenie. Dowodzący generał zwołał wszystkich oficerów
i wygłosił płomienne, patriotyczne przemówienie, które zakończył
słowami: „Panowie! Nadeszła ta chwila. Musimy umrzeć!” Zaległa cisza i wtedy
ojciec Bobkowskiego, pełniący obowiązki szefa sztabu, powiedział: „Jakkolwiek
wydostanie się z tej sytuacji, proponowane przez pana generała, jest
najprostsze, to warto byłoby przedtem spróbować jakiegoś bardziej
skomplikowanego środka ocalenia”.
Bardzo lubię tę opowieść. Coś mi mówi, że w moim kraju i w warunkach jak
najbardziej pokojowych jeszcze długo zachowa świeżość.
Pozdrawiam Cię serdecznie.
* Thomas Steinfeld jest szefem działu literatury w „Süddeutsche Zeitung”.
© Andrzej Stasiuk, opubl. w Süddeutsche Zeitung