lupus.lupus
01.07.04, 09:16
Suplement do poniedziałkowej dyskusji w "Warto porozmawiać".Poniżej obszerna
(proszę Giwi o wyrozumiałość)analiza Adama Wielomskiego.
Dla nas-żałobiników po Starym Porządku sygnały nadchodzące z Brukseli są
niepokojąco oczywiste.Zaproponowany projekt Konstytucji UE jawnie gwałcący
podstawy europejskiej tożsamości powinien być początkiem szerszej dyskusji
nad kondycją znanej nam cywilizacji.
"Unia Europejska, na pierwszy rzut oka, zdaje się być nową jakością –
dobrowolnym zjednoczeniem państw – w historii świata. Warto jednak zastanowić
się, czy historia zna już przypadki powstania podobnych państw o
uniwersalistycznym charakterze, gdzie jednoczą się wszystkie kraje oparte na
podobnej kulturze? Zjednoczenie nie jest czymś unikalnym w historii. Świat
zna już przykłady zjednoczenia się w jeden organizm państwowy. Cały znany
ówcześnie świat grecki (z przyległościami) połączył pod swym berłem
Aleksander Wielki, tworząc wielką syntezę hellenizmu. Również pod berłem
Rzymu powstało imperium, gdzie świat został zjednoczony, a poza jego
granicami pozostały tylko a-cywilizowane hordy barbarzyńców. Obydwie te
ludzkie konstrukcje zawaliły się z niesamowitym hukiem, kryjąc pod swoimi
ruinami nie tylko przywódców tych uniwersalnych struktur, lecz i zakrywając
popiołem całą kulturę ludów imperia te tworzących. Warto zastanowić się, czy
ten rozpad starożytnych państw uniwersalnych był uzależniony od przyczyn
zewnętrznych, obiektywnych, czy też sama konstrukcja państwa uniwersalnego
miała w sobie zarodki autodestrukcji, które doprowadziły hellenizm i Rzym do
zagłady. Czy Unia Europejska podąży ich śladem?
Każda cywilizacja jest bytem żywym i przechodzi przez koleje losu podobne do
wszelkich żywych organizmów: rodzi się, żyje, umiera. U narodzin cywilizacji
kryje się zawsze zjawisko jej wyodrębnienia od otoczenia. Cywilizacja
powstaje wtedy, gdy dokonuje swej samoidentyfikacji, a mieszkający w niej
ludzie bezbłędnie rozróżniają kim jesteśmy „my”, a kim są „obcy” . „Obcy”
różni się wszystkim: strojem, mową, wartościami, religią,
światopoglądem. „Obcy” stanowią odrębny świat ideowy, zamkniętą kulturową
całość, podobną do kuli. Problem nie tkwi w tym, że obcy musi być tym
gorszym, wystarczy, że inaczej myśli, jego pojęcia moralne, etyczne, prawne i
polityczne są odmienne. Samo nauczenie się przez niego naszego języka nie
powoduje, że staje się jednym z nas, gdyż jego sposób patrzenia na świat nie
uległ zmianie. Feliks Koneczny (1862-1949) doszedł po długich badaniach do
wniosku, że cywilizacje – czyli zbiorowości o odmiennych sposobach myślenia
i „metodach życia zbiorowego” – powstają wraz z załamaniem się systemu
rodowego . Wtedy pierwotna jedność kulturowa rodzaju ludzkiego uległa
procesowi dyferencjacji. Odmienność tę Koneczny ujmował mianem quincunxa,
czyli różnych pojęć co to jest zdrowie, dobrobyt, dobro, prawda i piękno .
Weźmy prosty przykład: co to jest prawda? Dla Greków jest to „zgodność
twierdzenia z rzeczą”; dla chrześcijan, to myśl Boga, jak świat powinien
wyglądać; dla ortodoksyjnych Żydów, to, co zgodne z interesami narodu
wybranego. Okazuje się, że nawet tak podstawowe dla ludzkiej egzystencji
pojęcie nie jest jednoznaczne i jest definiowane wedle kontekstu
cywilizacyjnego. Jak pisze Oswald Spengler (1880-1936), „nie ma jednej
rzeźby, jednego malarstwa, jednej matematyki, jednej fizyki, ale wiele” .
Proporcja, harmonia, formy wyrazu sztuki naszej cywilizacji i np. chińskiej
są zupełnie odmienne, nasza matematyka niczym nie przypomina matematyki
greckiej, której cele są czysto-religijne (poprzez udowodnienie harmonii
świata, który można ująć w kategorie matematyczne, dowodzimy, że został
stworzony przez wyższą Inteligencję – bogów). W nauce i sztuce, poprzez
symbole religijne, wyraża się odmienność sposobów ludzkiego myślenia. Pojęcia
czasu i przestrzeni – różnorako rozumiane w poszczególnych cywilizacjach –
wyrażają odmienny stosunek człowieka do Boga. To dlatego Grecy i Rzymianie
zwali „obcych” barbarzyńcami, a ci pierwsi nie dopuszczali ich nawet do
zawodów sportowych. „Obcym”, jeśli nawet pozwolono osiedlić się w ramach
państwa, nie dawano praw obywatelskich (metojkowie); ci drudzy, zwali
cudzoziemców hostis, czyli „obcy”, ale i „wróg”. Ta przegroda prawna była
wyrazem ich obcości cywilizacyjnej. Cywilizacja w okresie wzrostu, mająca
silne poczucie tożsamości, broni swojej pozycji wewnątrz tworzących ją
państw, jak i na arenie międzynarodowej i niejednokrotnie ściera się zbrojnie
z obcymi cywilizacjami – wymieńmy tu np. krucjaty, rekonkwistę, wojny z
Turkami. Z przedstawicielem obcej cywilizacji można zawrzeć rozejm, jednak
nigdy nie będzie on naszym bratem. Prężna cywilizacja postrzega samą siebie
na kształt kuli: cały jej świat znajduje się wewnątrz kuli, tam powstają
wszystkie pojęcia i wartości. Z innymi cywilizacjami-kulami nie miesza się,
stykając się z nimi jedynie sferą kuli. Gdy do takiego zetknięcia dochodzi,
mamy konflikt, często wojnę.
Cechą wyróżniającą cywilizację w czasie wzrostu jest jej bezwarunkowe
przekonanie, że wartości które wyznaje mają charakter absolutny. Członek
takiej cywilizacji, spotykając przedstawiciela innej, z góry uznaje, że jego
system wartości jest prawdziwy, a system „obcego” jest fałszywy. Nie ma tu
więc mowy o tolerancji, ani zgody na kosmopolityzm. Świątynia obcego
natychmiast jest burzona i na tym miejscu powstaje świątynia poświęcona
własnym bogom, kościoły wyrastają w miejscu meczetów (i odwrotnie, w
zależności, kto zwyciężył). Jeśli średniowieczny Europejczyk będzie się czuł
członkiem paneuropejskiej wspólnoty, to dlatego, że opiera się ona na
poczuciu wspólnych wartości: szacunku dla Boga-Pantokratora, wspólnocie
dogmatów, podobieństwie świąt, tradycji królewskiej, nawet na wspólnym
języku – łacinie. „Europa” nie ma tu znaczenia geograficznego, lecz
kulturowe. Dlatego średniowieczny Europejczyk nie używa tego pojęcia, woląc
słowo Christianitas.
Konsekwentnie, jeśli kultura powstaje wtedy, gdy dochodzi do wyodrębnienia
jej tożsamości z otoczenia, to jej schyłek charakteryzuje się poprzez zanik
pojęcia tożsamości. Jednym z wyraźnych symptomów dekadencji cywilizacji jest
więc kosmopolityzm. Za epoki hellenistycznej, Grekiem mógł stać się każdy,
kto nauczył się zwulgaryzowanego dialektu greckiego (koine), w późnym Rzymie
cesarskim obywatelami byli wszyscy wolni mieszkańcy imperium i nikogo nie
dziwiło, że germański barbarzyńca zostawał dowódcą legionów – w połowie
złożonych także z barbarzyńców. Pod koniec imperium, Germanie nawet przestali
zmieniać swoje imiona na rzymskie, zostając przy swoich „barbarzyńskich”.
Grecja i Rzym, w przededniu swojego upadku, cierpiały na niezwykle silny
kosmopolityzm – uczucie, które w Europie pojawić się miało znów w wieku
XVIII , a które stoi u podstaw Unii Europejskiej. Kosmopolityzm jest wyrazem
utraty umiejętności samo-definiowania się ludzi, którzy nie czują się
związani z rodzimymi symbolami i sposobem myślenia. Pojęcia własne i cudze są
im jednakowo bliskie, czy raczej, jednakowo obce. Kosmopolityzm nie oznacza
bowiem zrozumienia obcego myślenia, lecz niezrozumienie mentalności
konstytuującej własnej kulturę, której – w mniemaniu kosmopolity – nic nie
wyróżnia spośród innych . Dla kosmopolity gotycka katedra lub dzieło
Velazqueza są równie piękne jak chińskie pałace lub maski wojenne Zulusów.
Kosmopolita ocenia bowiem sztukę przez pryzmat prywatnej estetyki i mody, a
nie przez pojęta estetyczne charakterystyczne dla kultury zachodniej. To
forma wyrazu załamania się poczucia tożsamości. Dlatego współcześni
kosmopolici tak chę