piotr7777
04.11.13, 17:29
Jak wiadomo jednym z ulubionych obiektów ataku na braci Kaczyńskich (a teraz już tylko na tego, pozostałego przy życiu) jest kariera jego ojca w PZPR. Coś w stylu - jak się biorą na rozliczanie, niech zaczną od siebie.
Pozwoliłem sobie do sięgnąć do najbardziej miarodajnego źródła czyli osławionego artykułu Cezarego Łazarewicza w Newsweeku. Oczywiście nie uważam tego artykułu za wiarygodny i to nie dlatego, że mam takie a nie inne poglądy, ale dlatego, że kłóci się z moją pamięcią. Łazarewicz pisze np., że po śmierci Rajmunda nie było nekrologu a ja pamiętam, że był co najmniej jeden (w GW, którą wtedy dokładnie czytałem) i że miał pogrzeb na koszt miasta, co zresztą też wzbudziło protesty (Lech był wtedy prezydentem Warszawy).
Ale z drugiej strony - jeśli osoba maksymalnie niechętna podaje coś korzystnego to jest to w wysokim stopniu wiarygodne. Gdy np. w krytycznym artykule o arcybiskupie Pieronku czytamy, że nigdy nie dał się złamać SB, nie ma sensu tego negować.
Oczywiście Łazarewiczowi Rajmund KAczyński jest obojętny, ale tak on jak i jego pryncypał nienawidzą Jarosława, więc chętnie mu dokopią.
I co czytamy. Z jednej strony:
"Kiedy zaczęła się nagonka na Armię Krajową, było rzeczą prawdopodobną, że dosięgnie i jego – napisał na dziennikarskim portalu Studio Opinii jego znajomy ze studiów, który nie chce ujawnić nazwiska. – Koledzy doradzili jako osłonę – zapisanie się do partii. Z pozyskania Rajmunda Kaczyńskiego, człowieka z opinią uczciwego i sympatycznego, Oddziałowa Organizacja Partyjna była zadowolona. Nie był ani lizusem, ani donosicielem"
Zauważmy - źródło anonimowe. No ale jest dowód. A teraz przeciwdowód:
"Łączniczka R. uważa jednak, że informacja o wstąpieniu Rajmunda do PZPR jest nieprawdziwa i krzywdząca. W kwestionariuszach osobowych z lat 60., jakie udało mi się odnaleźć, Kaczyński senior w rubryce przynależność partyjna konsekwentnie wpisywał: „bezpartyjny”. Jego nazwisko nie pojawia się ani w dokumentach komitetu uczelnianego PZPR Politechniki Warszawskiej, gdzie pracował, ani we wspomnieniach najstarszych pracowników uczelni. Zaprzecza też prof. Wiesław Gogół, który z Kaczyńskim pracował od końca lat 50. w Instytucie Techniki Cieplnej Politechniki Warszawskiej."
Czyli - dla odmiany dwa świadectwa, z czego jedno pod nazwiskiem i dowód z dokumentu. O ile ludzie mogą się mylić, dokumenty nie kłamią - można się było wstydzić członkostwa w PZPR przed znajomymi, ale utajnienie go w oficjalnych formularzach byłoby bez sensu.
Wniosek - Rajmund Kaczyński nie należał do PZPR. Zapewne Łazarewicz chciał dojść do przeciwnych konkluzji, bo pisze dalej tak:
"Z drugiej strony, z całą pewnością Rajmund nie był też kimś, komu wpadłby do głowy pomysł obalania komunizmu. Uczelniana organizacja partyjna systematycznie wystawiała mu dobrą opinię. Był człowiekiem zaufanym. Dzięki temu mógł już w latach 60. wyjeżdżać na zagraniczne kontrakty do Anglii, Belgii, Holandii, RFN, Włoch i Libii. Władze PRL doceniały i nagradzały lojalnych pracowników – w latach 70. Rada Państwa przyznała Rajmundowi Kaczyńskiemu Złoty Krzyż Zasługi."
A Cenckiewicz pisze np., że takie wyjazdy były tylko dwa. I - w przeciwieństwie do Łazarewicza, który nie podaje żadnych źródeł, powołuje się na dokumentację paszportową SB. I to raczej on ma rację.
Mamy jeszcze kwestię rzekomych przyspieszonych kursów dla notabli, za które protagonista artykułu Łazarewicza miał dostać mieszkanie na Żoliborzu - znowu świadectwo jednego człowieka, tego samego, który imputował członkostwo w PZPR.
Wniosek - cała ta sensacyjna otoczka jest mocno dęta.