kurczak1
25.07.15, 10:42
W wyborach samorządowych postawiłam krzyżyk obok osoby, którą znam ze świetnej organizacji, działalności na rzecz środowisk zagrożonych patologią, życzliwego - opartego na asertywności - stosunku do ludzi. Lista, z której startowala, budziła moją niechęć, ale to w żaden sposób nie zmieniało dokonań i charakteru wybranej.
Niestety, nie wzięłam pod uwagę, że głosuję w mieście na prawach powiatu, w ramach ordynacji proporcjonalnej; że nie wybieram osoby do rady miasta, tylko oddaję głos na listę partyjną.
Wówczas wypowiedziałam wojnę ordynacji proporcjonalnej. Bo niby jakim prawem MÓJ GŁOS oddany na przedsiębiorczą kobietę przeszedł na zasiedziałego w ławach rady seniora z jedynką na liście?! Wolę, żeby był to tzw. głos stracony. Uważam zresztą, że to żadna strata, gdy głos przepada w mniejszości. Trudno - wybrała większość. Strata jest znacznie dotkliwsza, gdy zasila on - w ordynacji proporcjonalnej - szeregi innego ugrupowania. (dzieje sie tak, gdy głos został oddany na partię, która nie przekroczyla 5-procentowego progu wyborczego) lub gdy - jak w tym przypadku - przechodzi na kogoś, kto nie wzbudza mojego zaufania.
Nie znoszę uogólnień. Dostrzegam wartościowe jednostki w każdej partii i w każdym ugrupowaniu społecznym i politycznym. Chcę wybierać świadomie wlaśnie tych ludzi: i do sejmu, i do samorządu lokalnego. Nie chcę, żeby mnie - wyborcę - łowiono na lep znanych nazwisk i wybitnych jednostek po to, żeby do wielkiej i małej polityki weszli kolejny raz ci sami bonzowie. Dlatego popieram jendomandatowe okręgi wyborcze.