kika_19
08.04.05, 23:47
Właśnie wróciłam z marszu. Byłam też trochę na Jana Pawła. Świeczki na
trawnikach, chodnikach, budkach telefonicznych, wszędzie. Tłum ludzi – całe
rodziny, pary, starsze osoby, młodzi, cudzoziemcy, Warszawiacy, nie-
Warszawiacy. W garniturach, szerokich spodniach, dresach. Gdzieniegdzie
cisza, więcej rozmów, raczej mało łez, dominuje zaduma i refleksja. Przy
przejściu dla pieszych na murku siedzi pan z gitarą, śpiewa razem z żoną i
małymi dziećmi, córka trzyma nuty. Wokół stoją ludzie. Patrzą się, robią
zdjęcia. 21:37. Syreny, klaksony, ludzie wstają, niektórzy ocierają łzy,
wpatrują się w świeczki oraz w siebie nawzajem. Nie poznają siebie, innych?
Cisza. Oklaski. Śpiew? Kibice idą środkiem ulicy, po torach.
Krzyczą: „chodźcie z nami”. Ludzie do tej pory kierujący się w stronę Al.
Solidarności stają w miejscu. Chwila wahania. Niektórzy idą za kibicami.
Skupienie, każdy idzie w swoją stronę, powoli, bez pośpiechu, czyli nie tak,
jak na codzień.
To jest piękne, imponujące, zastanawiające, niespodziewane, spontaniczne.
Tego było mi brak. Ktoś mówi, że jesteśmy straceni, nie zdolni do niczego, do
żadnych uniesień. Prof. Śpiewak mówi swoim studentom, że ich pokolenie nie
jest zdolne do „rewolucji”.
Jak długo to potrwa? Czy coś się w nas zmieni? W nas – wierzących i
niewierzących? W naszym narodzie? W moim pokoleniu? Właśnie obudziła się we
mnie wiara, że tak. A Wy?