Gość: ***
IP: *.proxy.aol.com
17.10.02, 16:26
ZAKAZANE KSIĘGI
Cenzura świecka i kościelna rozszalała się na dobre, gdy Jan Gutenberg
wynalazł druk.
Niebezpieczne dla rządzących teksty coraz łatwiej docierały do niepowołanych
rąk. Jedynym ratunkiem wydawało się być ustanawianie zakazów. Ale czy
rzeczywiście skutecznym?
W 1493 roku zakazano rozpowszechniania "Kroniki Norymberskiej" Hartmana
Schedela, ilustrowanej historii świata oraz opowieści o Joannie, która
podobno została papieżem w 855 roku.
Podobny los spotkał dzieła Giordano Bruno. Myśliciel tułał się po całej
Europie, publikując swoje teorie na temat kosmologii i religii. Były bardzo
niewygodne, więc nie znajdowały nigdzie akceptacji. Prześladowany za to
uczony skarżył się: "Cenzorzy chcieli zakuć w okowy mojego ducha, z człowieka
wolnego, służącego cnocie, chcieli uczynić niewolnika nędznej i głupiej
hipokryzji". Wreszcie - by się pozbyć mąciciela - Kościół zafundował mu stos.
Widząc, że z Kościołem nie ma żartów, Galileusz odwołał "herezję", którą
zawarł w swej książce. Potwierdzał w niej teorię Kopernika, że Ziemia obraca
się wokół Słońca, co wówczas było sprzeczne z prawem i nauką Kościoła.
W 1599 roku opublikowano pierwszy indeks ksiąg zakazanych - "Index Librorum
Prohibitum". Kto chciał przeczytać którąś z ksiąg umieszczonych na liście,
musiał uzyskać pozwolenie władz. Późniejsza wersja "Indexu", autorstwa
hiszpańskiego inkwizytora generalnego Sotomayora, zawierała nawet opis
technik cenzury. Jeśli książkę uznano za całkowicie zakazaną, palono ją. Gdy
była zakazana częściowo, wówczas specjalnym tuszem zamazywano wybrane
fragmenty.
Historia cenzury to historia ludzkiego cierpienia i walki z tyranią
ograniczającą wolność. Niekiedy głupota i hipokryzja cenzorów graniczyła z
absurdem. Tysiące "wywrotowych tytułów", które trafiały na stos w imię obrony
interesu publicznego czy racji stanu, dziś budzą tylko pobłażliwy uśmiech.
Ale z drugiej strony pokazują, jak prężni i uparci potrafią być obrońcy
Rozumu.
Nawet Biblii nie pozostawiono w spokoju.
Jak pisze Jerzy Gracz w książce "Archiwa Watykanu", najbardziej energicznie
zabrał się za nią papież Sykstus V (1585--1590).
Łacińska wersja Biblii z IV wieku naszej ery - Wulgata - była dziełem św.
Hieronima. Zajmowała nadrzędną pozycję nad innymi przekładami. Jej prymat
potwierdził dodatkowo sobór trydencki w 1546 roku, stwierdzając, że jest
wiernym przekładem pism świętych. Sykstus V doszedł jednak do wniosku, iż
najwyższy czas opracować naprawdę doskonałą wersję. Powołał do tego celu
specjalną komisję. Kiedy ta, po dwóch latach wytężonej pracy, przedstawiła mu
swoje propozycje, wyrzucił uczonych mężów twierdząc, że sam to zrobi
najlepiej.
Nad dziełem siedział osiemnaście miesięcy, po dwanaście godzin dziennie.
Trzymał się głównie tekstu z Louvain, który był jednym z gorszych. Przy
niejasnych fragmentach Sykstus V bez skrępowania dodawał kilka słów lub zdań
od siebie. Całe fragmenty układał kierując się jedynie własną fantazją.
Pomijał też całe wersy, jeśli nie pasowały do jego wizji. W twórczym zapędzie
pozmieniał też układ rozdziałów i numerację wersów. Im więcej teologów rwało
sobie włosy z głowy, tym bardziej Sykstus zdawał się być zadowolony.
Kiedy ukończył swe dzieło, wydał natychmiast bullę uznającą je za jedynie
prawdziwe. W cztery miesiące później zmarł.
Nowy papież, Grzegorz XIV (1590- -1591) nie mógł spać, myśląc jak całą tę
aferę odkręcić. A sprawa nie była łatwa. Mocą papieskiej władzy, pod groźbą
ekskomuniki, dzieło Sykstusa zostało narzucone całemu światu
chrześcijańskiemu. A pierwsze egzemplarze wyszły już z drukarni. Trzeba też
było za wszelką cenę bronić nieomylności papieża. Sposób wybrnięcia z tej
nader trudnej sytuacji znalazł dopiero kardynał Bellarmine. Zaproponował
Grzegorzowi XIV zorganizowanie "małej" mistyfikacji. Według tego planu
należało jak najszybciej wydać nową wersję Biblii i ogłosić, iż Sykstus, już
po wydaniu swojej wersji, odkrył wiele błędów popełnionych przez drukarzy
i "inne osoby", i że trzeba to poprawić. Tym bardziej że prosił o to na łożu
śmierci.
W tym samym czasie przeznaczono ogromne sumy na wykupienie pierwszej wersji.
Akcja "Biblia Sykstusa" trwała aż do 1592 roku. Dopiero za Klemensa VIII
(1592-1605) udało się radosną twórczość Sykstusa wykorzenić.
Ci, którzy próbowali przetłumaczyć Biblię na język ojczysty, także mieli
kłopoty z cenzurą.
Wydanie Roberta Estienne'a z 1528 roku zaatakowali paryscy teolodzy, którzy
chcieli powstrzymać jego rozpowszechnienie. Trzy lata wcześniej Anglik
Tyndall opublikował tłumaczenie Pisma Świętego. Większość egzemplarzy
skutecznie zniszczono - do dziś przetrwały jedynie fragmenty. Autora skazano
na śmierć.
Problemy z głupotą decydentów miał sam William Szekspir.
W 1597 roku napisał on dramat "Ryszard II". Fragmenty dotyczące oddania przez
Ryszarda tronu Bolingbrokowi kazała wykreślić królowa Elżbieta, uznając je za
nieodpowiednie. Sama sztuka też się jej nie podobała, bo była grana "w celu
zachęcenia poddanych do bycia niezadowolonymi". Również tragedia "Król Lir"
okazała się niesłuszna politycznie. Szaleństwo tytułowego władcy odczytywano
jako aluzję do króla Anglii Jerzego III. Fakt, że Jerzy był kompletnie
sfiksowany: nie mył się, każde zdanie kończył słowem "paw" i śmiertelnie
obawiał się własnej żony. Szekspir, choć wiedział, że sztuka przysporzy mu
kłopotów, nie zrezygnował z pokazania mechanizmów, jak władza niszczy ludzi i
związki między nimi.
Podobnie naraził się władcy William Prynne. Wydał legalnie, w 1633 roku,
książkę o głupocie i bezsensowności teatru jako sztuki. Na jego nieszczęście,
kilka tygodni później na angielskim dworze grano pastorałkę, królowa zaś
dowiedziała się o książeczce. Dzieło publicznie spalił kat, a w całym kraju
skonfiskowano kopie. Autora wsadzono do więzienia, nałożono nań wysoką
grzywnę i obcięto mu uszy. Kara jednak nie zamknęła mu ust. Kilka lat
później, wraz z kompanami, znowu stanął przed sądem z powodu książki.
Ponownie skazano go na... obcięcie uszu. Wyrok wykonano, usuwając to, co
pozostało po pierwszej egzekucji.
Jak bardzo władcy bali się krytyki, świadczy chociażby przypadek Clauda
Carlomana de Rulhiere, sekretarza francuskiej ambasady w Petersburgu.
Wspomnienia z pobytu w Rosji zawarł w książce "Historie i anegdoty o
rewolucji w Rosji: rok 1762". Przed wydaniem czytywał je głośno paryżanom na
spotkaniach towarzyskich. Caryca Katarzyna II na wieść o tym najpierw wysłała
swoich ludzi, by wykupili manuskrypt. Kiedy autor odmówił, postraszyła go
swoimi wpływami we Francji i zagroziła Bastylią. Ale de Rulhiere pozostawał
nieugięty. W końcu zgodził się nie wydawać wspomnień za życia Katarzyny.
Słowa dotrzymał i książka ujrzała światło dzienne dopiero rok po jej śmierci -
w 1797 r.
"Sztuka" cenzury została doprowadzona do absurdu za czasów władzy sowieckiej.
Książki nie tylko konfiskowano, wręcz przepisywano je na nowo, tak jak Wielką
Encyklopedię Sowiecką. W niej dokonywano zmian za każdym razem, gdy zmieniał
się przywódca. Po egzekucji Berii, w grudniu 1953 roku, trzeba było usunąć z
encyklopedii peany na jego cześć. Biblioteka Uniwersytetu Kalifornijskiego
otrzymała w 1954 r. nową wersję książki. Po Berii nie było już śladu, za to
można było przeczytać bardzo długi i wyczerpujący artykuł o... Morzu Beringa.
Po drugiej stronie Atlantyku, w krainie Wuja Sama, cenzorzy działali równie
sprawnie. Tam niczym diabła obawiano się Rosji i komunizmu. Zatrzymywano więc
wszelkie materiały propagandowe. W 1927 roku w Bostonie zakazano
dystrybucji "Państwa a rewolucji" autorstwa Lenina jako
książki "obscenicznej". Trzynaście lat później w Oklahoma City grupa śmiałków
dbających o wolny od komunizmu świat wpadła do księgarni niejakiego Roberta
Wooda. Przejęte książki, m.in. dzieła Lenina (w tym "Państwo a
rewolucję"), "Deklarację Niepodległości" oraz Konstytucję