nowytor.nowytor8
20.09.07, 09:09
"Joanna i Andrzej Gwiazda
ul Wejhera 3 C, m. 118
80-346 Gdańsk
Gdańsk, 12.07.2005
Do Kolegium Instytutu Pamięci Narodowej
Informację o zamiarze Bogdana Borusewicza ubiegania się o stanowisko prezesa
IPN przyjęliśmy ze zdumieniem i najwyższym niepokojem.
Naszym zdaniem B. Borusewicz jest wyjątkowo nieodpowiednim kandydatem i to z
wielu powodów. Przez cały okres naszej znajomości, to jest od 1977 roku,
Borusewicz postępował nielojalnie, prowadził podwójne gry ze szkodą dla
opozycyjnej działalności. W realizacji swoich prywatnych lub, co gorzej,
nieznanych grupowych celów nie cofał się przed kłamstwem i rzucaniem
najcięższych oskarżeń na swoich współpracowników. Szczególnie niebezpieczną
cechą Borusewicza, dyskwalifikującą go jako pracownika IPN, jest skłonność do
przejmowania i ukrywania ważnych dokumentów.
Uważamy, że Bogdan Borusewicz na stanowisku prezesa byłby gwarantem
nierzetelności IPN, gwarantem naginania prawdy do własnych potrzeb.
Uzasadnienie
Nierzetelność, podobnie jak rolę agenta, w wielu przypadkach można wykazać
tylko poprzez ciąg faktów, z których każdy z osobna można wytłumaczyć zbiegiem
okoliczności lub jakimiś szczególnymi przyczynami.
Bogdana Borusewicza poznaliśmy w 1977 roku. Był ważnym uczestnikiem gdańskiej
opozycji ze względu na członkostwo w KOR. W grupie WZZ Wybrzeża był jedynym
niepracującym, co oznaczało nie tylko wolny czas. Po "zgubieniu ogona"
pozwalało też długo działać swobodnie, a także wyjeżdżać do odległych
miejscowości. Gdy bezpiece udało się w Komitecie Założycielskim WZZ umieścić
agenta Edwina Myszka, Borusewicz tak się nim zachwycił, że spotkania WZZ
traktował już tylko jako okazję do rozmowy z Myszkiem, starał się spotkanie
jak najszybciej skończyć, aby wyjść i bez świadków omówić wspólne sprawy. Być
może przyczyną był brak zaufania do nas. Koledzy powiedzieli nam, że
Borusewicz podejrzewa nas o współpracę z SB, ponieważ na działalność WZZ
przeznaczaliśmy jedną pensję. Nam zarzucał nieumiejętność ułożenia sobie
dobrych stosunków z kierownictwem w zakładzie pracy, ponieważ nie potrafimy,
tak jak Myszk, otrzymać, kiedy trzeba, zwolnienie lekarskie, urlop, a nawet
samochód na przywiezienie z Warszawy powielacza, który oczywiście nigdy do nas
nie dotarł.
Borusewicz powiedział nam, że otrzymuje informacje od sprzyjającego opozycji
oficera SB. Jednak wszystkie informacje, jakie Borusewicz nam przekazał
rzekomo z tego źródła, były fałszywe. Np. Borusewicz uparcie twierdził, że w
zakładach pracy SB nie werbuje tajnych współpracowników, że wystarczy nadzór
etatowego "opiekuna" z komendy. Po jednym z zatrzymań na 48 godzin Borusewicz
chciał nam dać numer telefonu jakiegoś majora SB, który obiecał mu pomoc w
przypadku
większych kłopotów i upoważnił go do przekazania tego numeru również nam.
Wymogliśmy na nim wówczas obietnicę, że nigdy z tego telefonu nie skorzysta.
Już w okresie, kiedy działalność WZZ rozwinęła się na większą skalę, wciąż
spotykaliśmy grupy robotników i studentów, którym Borusewicz zakazywał
kontaktów z WZZ pod pozorem przestrzegania zasad konspiracji. Może dlatego
cieszył się opinią doskonałego konspiratora, chociaż przy przekazywaniu
ulotek, gazetek albo
klisz do druku wpadki trafiały się bardzo często.
WZZ były jedyną grupą na Wybrzeżu, która oprócz refundacji niewielkich
zasiłków dla wyrzuconych z pracy (w późniejszym okresie, kiedy mieliśmy już
równocześnie 14 spraw w Komisji Rozjemczej i Sądzie Pracy) nie otrzymała nigdy
pomocy z KOR.
Wobec stałego braku materiałów poligraficznych za własne dolary, przy pomocy
znajomego marynarza sprowadziliśmy z Zachodu pakiet matryc do powielacza.
Matryce te ukryliśmy w trzech miejscach, uprawniając Borusewicza do
skorzystania z nich w przypadku naszego uwięzienia. Kiedy matryce były
potrzebne, okazało się, że wszystkie nasze schowki są puste. Borusewicz zabrał
je następnego dnia po przedstawieniu go gospodarzom naszych konspiracyjnych
mieszkań.
WZZ otrzymywały z Warszawy za darmo znaczne ilości "Robotnika". Natomiast,
mimo wielkiego zainteresowania, nie mieliśmy dostępu do innych wydawnictw i
książek.
W odpowiedzi na monity "koledzy" z KOR stawiali coraz to nowe wymagania, a gdy
zorganizowaliśmy w Warszawie własne lokale ("skrzynki"), łączników, transport
i zapewnili płatność z góry - dostawy okazały się niemożliwe. Mogliśmy
rozprowadzać tylko książki, które nie znalazły nabywców w RMP. Dopiero w 1982
roku w obozie internowanych w Białołęce koledzy z Warszawy przyznali, że
Borusewicz stanowczo sprzeciwił się sprzedawaniu jakichkolwiek wydawnictw WZZ-tom.
Po dyskusyjnym spotkaniu WZZ, na którym Lech Wałęsa opowiadał, jak w 1970 roku
pomagał SB identyfikować uczestników grudniowej rewolty, Borusewicz pożyczył
od nas taśmę magnetofonową , na której (za zgodą uczestników) nagrane było
całe spotkanie. Borusewicz nie wierzył, że Wałęsa mógł się przyznać, chciał
taśmę odsłuchać, zrobić kopię i oddać. Nie oddał mimo licznych monitów, dzięki
czemu może do tej pory wierzyć w niezłomność Wodza, a my mogliśmy tylko
gołosłownie oskarżać Wałęsę.
Mimo to, wciąż staraliśmy się być wobec Borusewicza lojalni, tłumacząc jego
"dziwactwa" kompleksami, małym wzrostem, nieporadnością organizacyjną, a
także brakiem jakichkolwiek osobistych doświadczeń w pracy zawodowej. Byliśmy
lojalni,
ale wobec nielojalności z jego strony budowaliśmy własną sieć komunikacji. W
książce Janiny Jankowskiej "Portrety niedokończone" w wywiadzie z Borusewiczem
ze zdumieniem przeczytałem, że Gwiazda nic nie wiedział o przygotowaniach do
strajku (w 1980 roku). Borusewicz starał się zataić przed nami te
przygotowania, ale na szczęście wiedziałem nawet, w którym mieszkaniu
zamierzał ukryć Wałęsę
oczekującego na rozwój strajku. Później pracownik Elmoru - Strój, były ubek,
wskazał mi to mieszkanie, jako operacyjne mieszkanie SB.
Gdy wyszedłem z więzienia w 1985 roku, wielu kolegów z Solidarności
przepraszało mnie, że nie mogą się ze mną kontaktować, ponieważ Borusewicz
kategorycznie im tego zakazał. Borusewicz przeprowadził w tym czasie
najbardziej spektakularną akcję dezintegrującą środowisko opozycji - ogłosił,
że Marek Kubasiewicz jest agentem SB. Według zgodnych relacji ludzi związanych
z RKK, Kubasiewicz był organizatorem i kierownikiem sieci kolportażu,
uczestniczył w
zebraniach RKK, znał wszystkie drukarnie, redakcje, kolporterów i tzw.
skrzynki, czyli miejsca przekazywania materiałów i wydrukowanych pism. Po
"zdemaskowaniu" agenta nie nastąpiła żadna wpadka ani w sieci RKK, ani w
ugrupowaniach niezależnych. Gdyby rzeczywiście M. Kubasiewicz był agentem to,
uwzględniając pełne zaufanie RKK do dwóch ujawnionych już agentów: Molkego,
Cholewy i innych jeszcze nieujawnionych oraz spotkania Bogdana Lisa z
pułkownikiem Ulanowskim, SB być może oszczędziłaby RKK, ale z całą pewnością
uderzyłaby w niezależne ugrupowania, które RKK bardzo wyraźnie choć
nieoficjalnie zwalczała. Ludzie związani z RKK sądzą, że bezpośrednim powodem
oskarżenia M. Kubasiewicza było wykrycie, że traktował on sieć kolportażu jako
otwartą i kolportował również pisma ugrupowań nie podporządkowanych RKK
(między innymi "Skorpiona" i "Poza Układem", pisma mojej żony).
Gdy wyszedłem z więzienia, "osądzenie" Marka Kubasiewicza już się dokonało.
Borusewicz, jako uzasadnienie oskarżenia, podawał ludziom rozmaite dowody,
dostosowane do środowiska, w którym miały być przekonujące. W sumie zebrałem
16 takich "dowodów". Część z nich nawzajem się wykluczała, część była
sprzeczna ze względu na czas i miejsce, część oparta na zdarzeniach, które nie
miały miejsca,
a jeszcze inne wprost wykluczały agenturalność Marka Kubasiewicza. Ci wszyscy,
którzy nie uznali tych oskarżeń za prawdziwe, zostali wykluczeni z wszelkiej
współpracy z RKK. Objęło to Ewę Kubasiewicz, Magdę i Marka Czachorów, moją
żonę, mnie i szereg innych osób. W stanie wojennym Borusewicz oskarżył o
współpracę z SB Bożenę Ptak-Kasprzyk,..."