mary_an
22.05.08, 15:38
Tak sie ostatnio zastanawialam, czemu nawet najbardziej zaciekli politycy jak
tylko dojda do wladzy, plaszcza sie przed biskupami, caluja ich po
pierscieniach itp. Jak sa w opozycji to glosno krytykuja Rydzyka i caly kler,
jak zajmuja wazne pozycje to nagle milkna. Patrz - sytuacja w Palikotem (nie
jestem jego fanka, ale sklonilo mnie to do moich przemyslen)
Czy jako przedstawiciele narodu, ktory oficjalnie w 90% jest katolicki,
politycy sa zmuszeni do popierania i plaszczenia sie przed kosciolem? Czy
jakby premierem zostala Senyszyn to tez by calowala biskopow w pierscien, bo
inaczej by ja zlinczowali i stracilaby wladze? Czy jest w ogole jakakolwiek
szansa, ze kiedys w Polsce rola kosciola bedzie mniejsza i osoby publiczne nie
beda panicznie baly sie krytykowac albo chodziac wyrazac swoje opinie nt
kosciola?
Zastanawiam sie, ile glosow straciloby PO, gdyby nagle stalo sie mniej
prokoscielne. Skoro maja powiedzmy 30% poparcia (strzelam, bo nie wiem), to
min. 50% tych osob to katolicy.
Jakbym zostala poslanka, albo inaczej zaangazowala sie w polityke to pewnie
tez musialabym sie nagle ukatoliczyc, wziac slub koscielny (Tusk wzial tuz
przed wyborami) i grac dewotke. Dewotke umiarkowana, zeby nie stracic glosow
mlodych i antykoscielnych. Wszystko tylko na pokaz, zeby statystycznie zdobyc
jak najwieksze poparcie. Wcale mi sie to nie podoba :(