reggie
26.06.02, 14:43
OSOBY DRAMATU:
kobieta Sobecka,
zawodnicy,
trener,
Ojciec Dyrektor,
baby na dziedzińcu,
wojaki,
chór,
woznica.
CZAS: - połowa czerwca Roku Pańskiego 2002.
MIEJSCE: - Plac św. Katarzyny,
Pałac Namiestnika Rydzyka.
Trener uprzednio swoją dziatwę zgromadziwszy w czarną karocę pośpieszanie
wkroczył. Zbierało się na burzę. Na gościńcu opustoszało, jakby noc jaka
nastała, ludziska miast ptactwa doglądać trwożnie się w chatach pozamykali.
-Wio! - Trener zakrzyknie - przeca li tylko czasu do zmierzchu mamy, natenczas
bowiem asfalt zwijają, lampy gaszą, a trza nam jeszcze do domów zdążyć!.
-Dokąd to zacne pany? - woźnica zapyta.
-Tam. Prosto do Namiestnika Rydzyka.
Konie ruszyły z kopyta. Na trakt Dedala i Ikara wjechali. -Niedaleczko już,
pałac tam, w oddali...
-Pprrrrr...... Trakt zakończył się już, mnie nie wolno dalej wielmożni panowie.
Wysiadają. Patrzą - zdewociałych niewiast prawdziwe pogłowie. Baby miejscowe
grube i przaśne, lamentują czemuś mocno i wyją ku baszcie.
Na baszcie wojaki dwa se siedzą, odrzwia stalowe przymknięte, wstępu dla bab
nie ma, -Zara, powi Trener, my do Ojca Gospodina!
Na to baby zesromotane wyraźnie, miejsce wnet zrobiły i cofły się dalej.
Takie wrażenie na babach zrobiło imię pasterza ludu miejscowego.
Weszli w sień.
-Zara, czyście wy li do Niego?- gruby wojak stanie, -Pochwalona Maryja, juści,
w ważny przyślim sprawie.
-A wy te żużlowce, no tak, kurzyta ino i hałasujeta, pospać człowiek nie może
po dyżurze w Pałacu, a nie mogę przecież tu spać, bo...
Naszym bohaterom jednak nie było po drodze słuchać wynurzń wojaka, poszli więc
pierwej do największych odrzwi, komnaty Ojca Dyrektora.
-Tera cicho... Nic nie gadać, stać spokojnie i na wszystko się zgadzać, dać
mnie mówić, nie bekać, O Matko Boska, jeszcze stracę pracę...
Puk, puk, puk.
-A ktu tam sie dobija?! - głos mocny zapyta.
-To my... Zuzlowcy... Do Ojca Rydzyka...
-Na kolana chamy, jak do mnie mówita, odrzwia dębowe stają otworem. Wchodzą.
W komnacie nieład jakiś, na tronie siedzi On, obok stoi cośkolwiek
skonfundowana kobieta tuszy zacnej. Przyrumieniona jakaś, Atiec Gospodin
wyciąga jakieś papiury, udaje, ze czyta, poprawia wektora pod ornatem, wreszcie
łagodnie powi:
-Nu, i z czym żeśta przyśli? Nieroby wy...
-Z ostatnim przykazaniem, derby w niedziela... Ukradkiem wskazuje podopiecznym
ziemię. Padają na kolana.
CDN