Gamecorner zrobił swoje, przedstawił trzydniówkę i wnioski. Teraz my, pykające sobie w
gry szaraczki.
Wciąż jestem w trakcie gry, zatem może mnie ona jeszcze straszliwie negatywnie
zaskoczyć. Niemniej na razie odnoszę wrażenie, że F:NV to powrót starego dobrego
Fallouta. Należy jak najszybciej zapomnieć o wpadce, jaką był F3 i cieszyć się godną
kontynuacją. Dlaczego tak uważam?
Pustkowia nareszcie są puste! Już nie jest tak, że za każdym krzakiem siedzi
supermutant, bandyta, albo krwiożerczy przedstawiciel fauny. Całe to wrogie tatałajstwo
gromadzi się wokół miejsc, gdzie jest co uprawiać, bądź na kogo polować i to ma sens. A
przy tym jest co zwiedzać i w czym myszkować. Jest dobrze.
Powróciły żywe postacie! Nawet bandyci do odstrzału otrzymali choćby cechę,
która ich wzbogaca. Czasem zabawną (Queenie), czasem niekoniecznie. Wrażenie robi
np. spotkanie z elitarnym oddziałem snajperów RNK - każdy ma swoją historię oo
opowiedzenia, która czasem może wpłynąć na historię innych członków oddziału. Mogłem
się w te historie uwikłać i nagle oddział stał się czymś żywym i interesującym, a fakt, że
można wspólnie z nimi powalczyć sprawił dodatkowo, że pomiędzy moją postacią, a
oddziałem nawiązał się jakiś rodzaj więzi. Fajnie! Znów - jak w F1 i F2 - detale graja
ważną rolę!
Walka nie stanowi podstawy tej gry! Tzn. oczywiście - każdemu graczowi przyjdzie
się nastrzelać. Ale jednak można część zadań rozwiązać dzięki retoryce (albo innym
umiejętnościom), zamiast urządzać masakrę. Świetnie, w dodatku nie wypada to
sztucznie. Znów miałem np. powód by pakować punkty w retorykę i ganiać za
doświadczeniem, by wzmocnić sobie te umiejętność na tyle, by np. wchodząc do krypty
Bestii nie zacząć od razu rzezi, ale spróbować porozmawiać. Co więcej, ponieważ
przeciwnicy do odstrzału nie wyskakują zza każdego krzaka, napakowanie postaci
doświadczeniem nie jest już tak banalne jak w F3 i więcej go zdobywam rozwiązując
kolejne zadania. Nie otrzymuję też szybciutko ubergiwery, dzięki czemu zdobycie
prostego karabinu myśliwskiego sprawiło mi mnóstwo frajdy.
Wrócił humor z pierwszych dwóch części - nie tak łopatologiczny, siekierą ciosany,
jak w F3. Specyficzny, typowo falloutowy, czasem subtelniejszy, czasem niekoniecznie.
Wiąże się z oryginalnymi, niesztampowymi postaciami i zadaniami. Bo i zadania, choć
przecież nie wyrastające bardzo poza typowe, cRPGowe schematy, potrafią błysnąć
właśnie dzięki wpisaniu w nie humoru, ale i odpowiedniemu sprzedaniu ich fabularnie. Tu
wracam do tego, że mieszkańcy tego świata posiadają charaktery i indywidualne historie
- dzięki temu nawet niespecjalnie oryginalne zadania zyskują "to coś".
Oczywiście, są bugi. To akurat niespecjalnie pozytywne, choć charakterystyczne
dla Obsidian

. Jeżeli ktoś - jak ja - utknął w Primm podpowiem rozwiązanie, które w
moim przypadku się sprawdziło - reset kompa w chwili, gdy gra zawiesza się przy
wychodzeniu z kasyna-muzeum i wczytanie autsave'a pomogło. Gra zawieszała mi się
tam kilka razy (właściwie za każdym razem) i powtórne wczytywanie save'ów nic nie
dawało. Dopiero ów reset i autoasave pomogły. Cud.
Jestem więcej, niż zadowolony. F:NV udowodnił, że można zachować klimat serii, nawet
przy zmienionej mechanice. Czuję się jakbym grał w pełnoprawną kontynuację, jakbym
wrócił do znanego sobie świata, a nie tylko do jego dekoracji. Brawo!