Dodaj do ulubionych

Jesień... Już?

30.07.03, 18:40
Dopiero półmetek lata. Jeszcze jak rzucić okiem las w pełni zieleni, jedynie
jarzębina pyszni się zdobna w korale.
A jednak...
Gdy przyjrzeć się dokładniej to widać, że:
Okrutna susza przebarwia już listki na wiśniach, które jarzą się jaskrawą
żółcią.
Można też dostrzec złote punkciki na osikach.
I lipy już jakieś takie smętne i złotawe skrzydełkami nasion.
I brzozy już rozsypały swe skromniutkie nasionka i zaczęły sypać listkami
żółtymi tylko, że ta żółć nie jest tak krzykliwa jest bardziej stonowana...
jak to brzoza zawsze skromniutka.
No i pola.
Już szczerzą się ścierniskami... już coraz gęściej i szerzej rozprzestrzenia
się zaborcza szarość podorywek...
I mgły poranne...
I jakiś taki „smętek” wokół się kładzie...
To już? Nie za szybko?
Ależ zleciało...
A przecie jeszcze wczoraj człek wypatrywał pierwszych akcentów zieloności!

Najniższe ukłony!
Jakiś taki melancholijny chyba M.J.
Obserwuj wątek
    • kropka Re: Jesień... Już? 30.07.03, 19:29
      Raz staruszek, spacerując w lesie,
      Ujrzał listek przywiędły i blady
      I pomyślał: - Znowu idzie jesień,
      Jesień idzie, nie ma na to rady!
      I podreptał do chaty po dróżce,
      I oznajmił, stanąwszy przed chatą,
      Swojej żonie, tak samo staruszce:
      - Jesień idzie, nie ma rady na to!
      A staruszka zmartwiła się szczerze,
      Zamachnęła rękami obiema:
      - Musisz zacząć chodzić w pulowerze.
      Jesień idzie, rady na to nie ma!
      Może zrobić się chłodno już jutro
      Lub pojutrze, a może za tydzień
      Trzeba będzie wyjąć z kufra futro,
      Nie ma rady. jesień. jesień idzie!
      A był sierpień. Pogoda prześliczna.
      Wszystko w złocie trwało i w zieleni,
      Prócz staruszków nikt chyba nie myślał
      O mającej nastąpić jesieni.
      Ale cóż, oni żyli najdłużej.
      Mieli swoje staruszkowie zasady
      I wiedzieli, że prędzej czy później
      Jesień przyjdzie. Nie ma na to rady.

      :-)

      • piasia Re: Jesień... Już? 31.07.03, 07:16
        Smutny Mjocie, melancholijna Kropeczko!

        Kalendarzowe lato jeszcze nawet nie na półmetku! Przed nami jeszcze cały
        sierpień i kawał września!
        I cóż, że czerwnienią się korale na jarzębinach?
        I cóż, że gdzieniegdzie wrzosy zrobiły falstart i wysuwają swoje liliowe
        kwiatuszki?
        I cóż, że na targowiskach pojawiły się astry i mieczyki, a śliwek cora więcej i
        tylko patrzeć jak dojrzeją uleny a potem węgierki?
        I cóż, że pajęczyn więcej a zboża na pniu mniej?
        Że szpaki zaczynają zbierać się w gromady i kłócić dokąd i którędy lecieć na
        zimowiska?
        Idzie do nas coś pięknego - cała tęcza barw, cała gama zapachów, cisza
        porannego lasu, mgły nad wodą i spokojne, senne dostojeństwo.

        I grzyby..... zeszły rok był strasznie okrutny pod tym względem - zimno i
        deszcze nie dały szans rudym rydzom! A mnie nie dały szansy na zbieranie tychże
        rudych rydzów, buu.

        Dlatego cieszmy się że lato jeszcze trwa, chociaż zamgliło się i zszarzało
        troszeczkę.
        I cieszmy się na jesień.

        A gdzieś tam daleko, daleko, już Ktoś rysuje projekty śnieznych gwiazdeczek, bo
        w tym sezonie będzie się nosić zupełnie inne.

        A zaraz potem - wiosna!

        Czym tu się martwić? Uszy do góry!

      • mjot1 Re: Jesień... Już? 31.07.03, 22:01
        Kropko.
        A skąd tak dokładnie nas znasz? Zadziwiające... J

        Zadziwiony M.J.
      • vaal1 Re: Jesień... Już? 10.08.03, 21:38
        ... sliczne! Ale ja mam wiosne!
        • piasia Re: Jesień... Już? 11.08.03, 08:15
          Witamy Australię!!! (a może RPA?....)

          a przebisniegi masz?
    • jerzy.wozniak Re: Jesień... Już? 31.07.03, 19:08
      Witam na forum Gazety!
      Niestety Mjot ma rację jest już jesień, i nic tam po naszym kalendarzu, powoli
      wiec zbierajmy kartofelki na jesienne ogniska i szykujmy kobiały na grzyby. Ja
      tez to czuję, ONA JUŻ TU JEST!
      Pozdrowienia,
      Jerzy Woźniak
      • kropka Re: Jesień... Już? 01.08.03, 14:43
        kartofelki? A piekliście kiedyś marchewkę w ognisku?
        Polecam. Pyszność nad pysznościami
    • pauli7 Re: Jesień... Już? 01.08.03, 12:32
      Moj tata (ogrodnik z zawodu:) )twierdzi, ze jesien zaczyna sie po czerwcowym
      przesileniu slonecznym, bo od tej daty dni sa coraz krotsze, czyli
      jesienne:))). Zawsze sie z tego smialam, ale od kilku juz lat zaczynam w tym
      dostrzegac jakis sens:)
    • mjot1 A jednak! 07.08.03, 13:33
      Mówcie co chcecie (co poniektórzy). Ale do licha Ona już jest!
      Byłem na plantacji lipy. Listki w ponad 50% już żółciutkie! Piękna kompozycja
      zieleni i złota.

      A jeśli ktokolwiek ma wątpliwości niech wstanie świtaniem i niech uda się
      gdzieś na „bezludny” zapomniany ugór gdzie władczynią jedyną jest Matka Natura.
      Trzeba tam się znaleźć przed wschodem słońca by dostrzec ten niesamowity
      moment, gdy pierwsze promyczki słońca wynurzają się zza lasu. Stańmy twarzą do
      słońca...
      Wspaniałe woale mgły spowijając wszystko odsłaniają jednak częściowo to i
      owo...
      Powoli promyczki ślizgając się po krajobrazie za nami zbliżają się i
      zbliżają... nagle uderzają nas w twarz! Nic to przymrużmy oczy i czekajmy
      wchłaniając ciepełko... powoli słoneczko ogarnia nas coraz niżej i niżej...
      I oto wszystko wybucha feerią tęczowych barw! To kropelki rosy i mgły
      zawieszone na źdźbłach i pajęczynkach odkrywają niesamowite piękno.
      Prawie „słyszysz” te kolory! Tak jakby wszystko grało na dzwoneczkach...
      Są to przecie niezbywalne obrazki jesieni. Tak tylko ona potrafi!
      I tylko grzybów brak...

      Najniższe ukłony!
      Uparty M.J.
    • danam Re: Jesień... 07.08.03, 14:37
      Witam!
      Lato w pełni, ale jakieś takie ciche?!
      Ptaki odzywają się czasami wczesnym rankiem, a okoliczne drzewa liściaste
      zatracają soczystość swojej zieleni. Gdzie niegdzie już przebija się rdzawy
      kolor. Na polach wre praca żniwiarzy i złote kłosy znikają z pól. Z powodu
      suszy po naszym podwórku chodzi się jak po ściernisku. Przesuszone źdźbła traw
      wydają smutne dźwięki, jakby zrozpaczone, że już niedługo wytrzymają.
      Ot! Pewnie za lasem, gdzieś w oddali czai się złotem pokryta Pani jesień!
      Pozdrawiam wszystkich! Danuta.
      • kropka Re: LITOŚCI!!! 07.08.03, 16:48
        Wstawać PRZED świtem? to horror! I szkodzi urodzie. Nikt mnie nie przekona, że
        poranna rosa... itd. Gdy czasami wstaję o świtaniu, jestem cały dzień
        pomarszczona jak rozdeptana purchawka.
        Nie ten wiek, Panie Mjocie, coby poranne mgły bezkarnie oglądać :(
        • mjot1 Re: LITOŚCI!!! 07.08.03, 20:26
          Furda tam uroda nasza wszak o inną chodzi!
          W zamian otrzymujemy obraz „niebylejaki”, przez niektórych „znawców” kiczem
          zwany.
          Jest to obraz ruchomy, zmienny działający na wszystkie zmysły nasze. Obraz z
          delikatnym podkładem muzycznym z pełną gamą zapachów, muskający nas delikatnym
          powiewem i pieszczący ciepłym dotykiem słońca... A jakie myśli kłębią się
          wówczas pod czochradłem!?
          Twórczości ludzkiej daleko jeszcze do takich efektów.
          A i nadmieniłem przecie, że miejsce ma być odosobnione, bezludne, więc nikt nie
          zwróci uwagi na ewentualne usterki w toalecie. J
          Tam mamy być tylko my! Z dala od uznanych „krytyków” piękna.
          A wiek? A cóż on skoro duch młody...

          Najniższe ukłony!
          Czasem serwujący sobie takie doznania masochistyczne M.J.
          • kropka Re: dygresja (n/t kiczu) 07.08.03, 22:14
            Dwóch znakomitych historyków sztuki (prof.Porębski i prof.Juszczak)
            podróżowało po Francji. Zatrzymali się w małym, prowansalskim hoteliku,
            położonym niezwykle malowniczo. Wieczorem z zachwytem oglądali przez okno
            zachód słońca, gdy zauważyli, że na ścianie pokoju wisi obrazek przedstawiający
            dokładnie taki zachód słońca widziany dokładnie z tego samego okna. Obrazek był
            oprawiony w owalną, złoconą ramkę. Jeden z profesorów zwrócił uwagę, że zachód
            słońca jest przepiękny, ale obrazek - mimo, że świetnie namalowany, jest
            koszmarnie kiczowaty. Zaczęli zastanawiać się, co to właściwie jest kicz. Po
            całonocnej dyskusji doszli do wniosku, że kicz, to zachód słońca oprawiony w
            owalną ramkę.
            Mjocie, jeśli kiedyś przyjdzie Ci do głowy oprawić poranne mgły w ramkę, to
            pamiętaj, broń Boże w owalną! :-)
    • mjot1 Twardy orzech do zgryzienia 14.08.03, 19:50
      Już za chwilkę. Za momencik rozpocznie się coroczna rozgrywka.
      Zawody te odbywają się prawie wszędzie, lecz są jakoś jakby nieznane... Wielu
      bierze w owych rozgrywkach udział bezwiednie, w błogiej nieświadomości.

      My świadomie toczymy te coroczne boje od dziesięciu lat.
      Dotychczasowe efekty to 5:5. Więc tegoroczna rozgrywka jak widać jest bardzo
      ważna. Mamy nadzieję, że szala zwycięstwa przechyli się na naszą stronę.
      Na początku wygrywaliśmy w cuglach. Co rok to zwycięstwo! Ale też wówczas
      dysponowałem wspaniałą drużyną. Zawodników cechowała wola walki i zwycięstwa,
      doskonale też rozumieli cel i znali zasady gry.
      Wówczas zawodnikami sądzę światowej klasy byli wymieniani już wielokrotnie:
      Owczarek imieniem Saba; suczydło zawzięte, zwinne, nieobliczalne, znające i
      potrafiące wykorzystać wszystkie metody przynależne jej płci a wypracowane
      przez wieki.
      Pan Dog imieniem Trol; czujny, nieustępliwy, dumny, honorowy, nie znający
      pojęcia strach.
      No i pyszczydlak imieniem Puch; zawodnik wybitny! Sam jeden był w stanie
      wygrywać zawody. Lecz kocur Puch bardzo często bawił na gościnnych występach,
      więc przeważnie musieliśmy radzić sobie sami bez jego genialnych umiejętności.
      Niestety zawodników tych już nie ma.
      Widać Opatrzność pozazdrościła ich nam... Pewnie gdzieś w krainie wiecznych
      łowów nadal współzawodniczą w konkurencjach wielu niechybnie odnosząc liczne
      sukcesy.
      Obecnie dysponujemy drużyną raczej słabą, świadczą o tym ponoszone ostatnio
      porażki. Zespół składa się z:
      Znajda pies marki pies imieniem Junior; osobnik nastawiony do świata
      pacyfistycznie, choć samolubnie, bez woli walki i charyzmy tak niezbędnej
      zawodnikom tej dyscypliny.
      Pyszczydlak imieniem Albin; nie wykazujący zbyt wielkiego zapału w tejże
      konkurencji, choć dysponujący przecie wspaniałymi cechami i warunkami
      psychofizycznymi.
      Logistyką; całą tą jakże trudną sztuką (z odnową biologiczną włącznie) w
      zespole naszym zajmuje się Moja Zdecydowanie Lepsza Połowa. Przyznać trzeba, że
      czyni to wyśmienicie. Widać perfekcję i lata praktyki.
      Natomiast ja pełnię ambitną funkcję menedżera i selekcjonera oczywiście
      jednocześnie będąc zawodnikiem.
      Drużyna przeciwna to sami zawodowcy. Najlepsi z najlepszych! Tak jak nie znamy
      dokładnego momentu rozpoczęcia meczu tak też nie znamy nigdy liczby
      przeciwników, z którymi przyjdzie się nam zmierzyć. A są to wiewiórki w liczbie
      kilku sztuk.

      Sama konkurencja jest niezwykle prosta.
      Główną i jedyną w sumie zasadą jest to by ubiec konkurencję w pozyskaniu
      orzechów laskowych. Rozgrywka trwa chwilkę.
      Podejrzewam, że ewentualna gawiedź zgromadzona na trybunach nawet nie
      zorientowałaby się, kiedy mecz się rozpoczął i kiedy zakończył.
      Początek odgwizduje Matka Natura.
      Jest to gwizdek słyszalny tylko przez nielicznych. Wiewióry zawsze usłyszą go
      pierwsze (ech te ich predyspozycje poparte latami treningu).
      Sam przebieg meczu jest również mało widowiskowy i trwa chwilkę. Otóż, jeśli
      nie zostaniemy wyprowadzeni w pole wówczas ja rzucam się w dzikim szale na
      krzaczki leszczyny trzęsąc nimi w jakimś malarycznym amoku i zbierając wraz z
      Moją Zdecydowanie Lepszą Połową złociutkie orzeszki. I po wszystkim!
      Kiedyś trzeba było jeszcze walczyć z Sabą, która raptem z koalicjanta stawała
      się przeciwnikiem i pożerała wielkie ilości trofeum.
      Najbardziej emocjonujący jest czas tuż przed decydującą rozgrywką, tuż przed
      samym gwizdkiem. Ów czas właśnie jest teraz!
      Już od ponad tygodnia wiewióry krążą... Czujki zwiadowcze pojawiają się w
      najmniej spodziewanych momentach. Już okrążenia zaciskane są coraz węziej i
      gęściej...
      My jesteśmy w pełnym pogotowiu. Zwarci i gotowi! Mamy (przynajmniej niektórzy)
      wolę walki i zwycięstwa. Taktyka i strategia opracowywane latami wdrażane i
      realizowane są na bieżąco. Wyniku jednak nie jestem pewien... Wiem, że rok
      przyszły na pewno będzie nasz. Liczymy na ostatnio pozyskanego do drużyny
      młodocianego Etosa! Młodzieniec ów zapowiada się na wspaniałego zawodnika.
      Pomimo bardzo młodego wieku jest genialnym łowcą (owadów natenczas), wspinaczem
      i tropicielem. Natychmiast odkrył i zawładnął gniazdem drozdów.

      Tymczasem atmosfera gęstnieje...
      Już jak ktoś to dosadnie, lecz precyzyjnie określił: „sytuacja jest napięta jak
      barania torba!” Gwizdek zabrzmieć może w każdej chwili...

      Najniższe Ukłony!
      Emocji pełen M.J.

      PS W moim odczuciu jest to dyscyplina na wskroś jesienna!
      • piasia Re: Twardy orzech do zgryzienia 14.08.03, 22:16
        Mjocie jak ja Ci zazdroszczę talentu! Nawet nie wiesz, i dobrze....

        Ja chcę wiewiórkę!!!!!!!!!!!!

        Mogę Ci podesłać mojego Kłopota, który pała wielką miłością i ciekawością do
        wszystkich stworzeń, latająco-skaczących zwłaszcza! On sam jeden starczy za
        wielką drużynę - wszak jako ratownik się sprawdził, co do jednego wynajdując
        małe pokrzewięta i już to wynosząc je z zarośli bez uszczerbku dla nich, już to
        wskazując noskiem, gdzie pisklak siedzi.

        Myślę, że dałby z siebie wszystko w batalii o orzechy.

        A wtedy nabrałby sensu tekst zamieszczony swego czasu w jednej z lokalnych
        gazet: w tie-breaku przewaga gospodarzy była cały czas po stronie częstochowian.

        :)))))))))))))))

        • mjot1 Stało się 17.08.03, 17:48
          Oczywiście, że chciałem wygrać! No przecież po to do licha się rywalizuje.
          Chciałem wygrać, lecz nie za wszelką cenę!
          Niestety stało się inaczej. Wygraliśmy, lecz jakoś nie odczuwam satysfakcji...
          Nie wiem czy Albin przeczytał mi przez ramię to, co o nim napisałem czy też
          wiedzę tę posiadł swymi niezwykłymi sobie tylko znanymi kocimi sposobami?
          Jednak widać poruszyłem go do żywego i... zabił wiewióra!
          Tragedia miała miejsce wczoraj w godzinach południowych. To przykre... Tego
          drużyny swej przecie nie uczyłem.
          Albin dotychczas był (jak na kota oczywiście) raczej dość pokojowy. Polował
          jedynie na sójki (żadnej nie mogąc dopaść na szczęście) inne ptaki nawet w
          bezpośredniej bliskości tolerował i nie ścigał. Zabił, co prawda w swym życiu
          dwie popielice i kilka myszowatych przecie jest kotem, lecz nie interesował się
          dotychczas zbytnio wiewiórkami. No i stało się.
          Moja Zdecydowanie Lepsza Połowa zebrała wczoraj orzeszki by wiewóry nie miały
          powodu zbliżać się zbytnio do naszej polanki i w ten oto sposób konkurencja
          zakończoną została.
          Słyszeliśmy dziś „cmokanie” innych, lecz to jakoś nas nie cieszyło...
          Szkoda wiewiórki... U Ciebie Piasiu pewnie skakałaby sobie zwinnie i radośnie
          po gałązkach ciesząc się życiem i ciesząc oko...

          Przy okazji donoszę, że oto zakwitła nam właśnie robinia!
          Tuż przy płocie jedno z drzew w dwóch miejscach zakwitło normalnym kwiatem.
          Niezwykłe. Lecz miły to akcent wśród coraz wyraźniejszych oznak jesieni.

          Najniższe ukłony!
          Smętny M.J.
          • kropka Re: Stało się 20.08.03, 18:12
            Normalna, naturalna walka w naturze, Mjocie. Kot też człowiek i jak mu się
            jakis rudy patałach po domu kręci, to ma święte prawo bronić swego terytorium.
            Pewnie wiewiórka była starszawa, albo chora, bo nie bardzo moge sobie
            wyobrazić, żeby kot upolował tak zwinne, zdrowe zwierzątko. Chociaż znam kota,
            który niemal wyłącznie żywi się wiewiórkami. Ptakom daruje, myszy nie
            dostrzega, łiskasy toleruje jedynie zimą, ale wiewiórkom nie odpusci. I co
            najdziwniejsze, poluje na nie z ziemi. Potrafi godzinami czaić się w trawie i
            czekać, aż wiewióra z drzewa na ziemię zbiegnie. A wtedy koniec.
            Moja kocica też miała wiewiórkowe zakusy, ale jedna cwaniara strąciła ją z
            drzewa. Nie wiem jak, ogonem, cmokaniem, czy pędem wiatru - kot zleciał na łeb
            z dość wysoka i od tej pory przestał interesować się wszystkim, co rude.
            Pamiętam z dzieciństwa ranną wiewiórkę, którą znalazłam zimą w lesie.
            Oczywiście zgarnęliśmy ją do domu, ojciec (chirurg) poskładał, mama (pediatra)
            wyleczyła, ja odchuchałam, a to wściekłe bydlę, gdy tylko poczuło się lepiej -
            zaczęło nas gryźć, latać po całej chałupie... ogólnie - horror!
            Odwieźliśmy ją na rekonwalescencję do ogrodu zoologicznego. Wiosną odzyskała
            wolność, a ja mam do dziś bliznę po jej ząbkach.
            Taka wiosenna wiewiórka, wykąpana śniegiem, rozochocona słońcem, skacząca,
            niemal fruwająca z drzewa na drzewo - to ślicznoooooooooości zwierzątko :-)
            • piasia wiewióreczki 21.08.03, 12:56
              chachachacha... ciekawe, Kropko, jak Twoja kocica zareagowałaby na widok
              wiewiórek tatrzańskich, ciemnoszarych?
              A są to przesłodkie stworzenia, niby dzikie zupełnie, a po orzecha potrafią
              przyjść do ręki. Taką wiewiórkę spotakałam daaaawno temu w Dolinie Białego.

              Jeszcze a propos wiewiórek (chociaż niezupełnie). W zamierzchłych czasach (lata
              70-te) byłam z ojcem w Budapeszcie. Gdzieś w centrum w bramie funkcjonował
              prywatny maleńki sklepik z maskotkami. Takich maskotek nie było nigdzie na
              świecie - same zwierzątka z cudnymi mordeczkami. Rozkoszne. Długo miałam całą
              kolekcję, a zaczęło się od kupionej wtedy wiewiórki. Tata pokazał palcem, która
              maskotka nas interesuje, pani połozyła na ladę wiewiórkę brązową. Na to Tata,
              że "Farben" nie taki. No to pani przyniosła wiewiórkę szarą, potem
              ciemnoczerwoną, bezową i czarną. A Tata kręcił głową i mówił "nein, nein,
              Farben". Wreszcie doprowadzony do rozpaczy powiedział po polsku "wiewiórka
              powinna być RUDA!" A pani na to: Aaaaa, ruda! I przyniosła rudą wiewiórkę...


              A z doniesień jesiennych - widzaiłam już klucz dzikich gęsi - równo siedem
              sztuk leciało na południowy wschód, w poniedziałek, ok. 19-ej...
            • mjot1 Re: Stało się 21.08.03, 16:30
              Kropko. ja to przecie niby wszystko wiem... Niby znam też i stosuję się do
              obowiązku nieingerencji... Ja wiem, że takie są prawa dżungli. Nie czyniłem
              Albinowi żadnych wymówek, wyrzutów, sugestii... To przecie tak jakby wmawiać
              Eskimosowi, że najlepiej dla niego by odżywiał się jakimiś kiełkami, nacią czy
              szpinakiem.
              Niby to wiem, niby rozumiem nawet, ale jednak czuję się tak jakbym w tej grze
              haniebnie sfaulował. Bom przecie sfaulował! Włażąc w te krzaki z kotami, psami
              no i z samym sobą szczególnie dokonałem szkód wielkich i często nieodwracalnych.
              „Skrzypiący frazes: Takie jest życie...”

              A wracając do tytułu wątku
              Człapałem raniusieńko taki jakiś tępy jak siekiera z epoki kamienia łupanego
              rozpamiętując usłyszane właśnie stwierdzenie Mojej Zdecydowanie Lepszej Połowy
              żem mruk okropny...
              Jaskrawo czerwona kula słoneczna wbita w horyzont lasu zdawała się być ciężką
              niezmiernie... Przede mną rozciągała się wąska biała gęsta smuga mgły. Wlazłem
              w nią... Brrr! To tak jakby całemu zanurzyć się w płynący ciągle w cieniu leśny
              strumyk. Wilgotny chłód przeniknął mnie na wskroś aż otrząsnąłem się! Wokół
              wszystko spowite było srebrnobiałym woalem rosy i mgły. Gdy wynurzyłem się z
              mglistej kąpieli rześki poczułem miłe ciepełko... Okazało się, że czerwona
              słoneczna kula nie jest wcale ciężka przeciwnie właśnie lekko oderwała się od
              linii horyzontu jakieś radośniejsze i ciepłymi palcami promyczków muskać
              zaczęło świat wydobywając na plan pierwszy mój ulubiony niesamowity świat
              pajęczynek. A po przeciwnej stronie wyraźnie ukazały się brązowawe już i
              złotawe pionowe smugi brzóz, lip, grabów i osik... Pierwsze języczki jesiennych
              ognistych fajerwerków.
              Przy okazji tej jesiennej scenerii uprzejmie donoszę Wam, że oto zakwitła mi
              robinia potocznie akacją zwana. Nie jest to, co prawda całe drzewo w bieli,
              lecz jedynie cztery kiście kwiatów, ale widok i tak fantastyczny! Dotychczas
              nie spotkałem się jeszcze z dwukrotnym kwitnieniem robinii właśnie. Inne
              gatunki i owszem widywało się już.

              Najniższe ukłony!
              W jesiennym jednak nastroju M.J.
    • mjot1 Re: Jesień... Już? 27.08.03, 19:54
      A ja dalej jakby obsesją jakąś ogarnięty snuję i (w radosny ton pomimo oporów)
      wprowadzam melancholijny nastrój jesienny...
      Bo jeśli od przeszło tygodnia kłuje w oczy brak bocianów na polach to czyż nie
      wywołuje to jednak uczucia smutku?
      Jeśli ozimina jakby nieśmiało, może i skromnie jednak wyraźnie pyszni się
      świeżutką zielenią a mrowie okolicznych jaskółek ranną porą zgromadzone na
      wiecu komponuje na „pięcioliniach” przewodów energetycznych i telefonicznych
      przecudowne acz krótkotrwałe melodie to czy nie są to obrazki jesienne i pomimo
      radosnego szczebiotu czyż nie jest to jednak smętne?
      Jeśli raniutko idąc do pracy przez las krokom mym towarzyszy cichy suchy
      szelest opadłych lipowych liści
      Jeśli cudowny świat pajęczyn osiąga właśnie swe apogeum
      Jeśli horyzont lasu coraz wyraźniej tną wykrzykniki złota, żółci i brązu
      Jeśli moje ulubione ugory powoli lecz coraz wyraźniej pokrywając się barwami
      cieplejszymi jakby przyblakły, jakby zmatowiały jakoś
      To czyż to może nie napełniać nas melancholią?
      Tak to już jesień...

      ...z uporem maniaka kraczący M.J.
      Najniższe ukłony!
      • ptasik Re: Jesień... Już? - Juz, juz, naprawde 28.08.03, 09:22
        M.Jocie Drogi
        Tak masz racje, mamy jesien....
        Wyjatkowo szybka jakos tego roku....
        Do tego wszystkiego co tak pieknie napisales dodam jeszcze:
        jesienne zachody slonca
        szybko zapadajace nocne ciemnosci
        jesienny wiatr
        zapachy jesieni
        orzechowe zniwa
        smazenie powidel sliwkowych
        chcialoby sie dodac grzybobranie........

        Jesien stala sie faktem ...

        Katula
        • marghot Re: Grzyby :( 28.08.03, 09:53
          Jak tak dalej pójdzie i będzie coraz cieplej, i zabraknie pieknej polskiej
          ciepej jesieni,
          to nie będzie grzybków w tym roku :(

          a jak tak uwielbiam grzybobrania :P
          • piasia Re: Grzyby :( 28.08.03, 10:50
            Jesień bez rydzów ?????? NIEEEEEEE!!!!

            Ten horror przeżyłam już w zeszłym roku, kiedy zimny i mokry wrzesień
            unicestwił moją nadzieję na rydze. Lało i lało, i ziąb i ziąb, i z rydzów nici.

            A nic nie zastąpi smażonego rydza...
    • kropka Re: Jesień... Już? 29.08.03, 11:34
      Czy ktoś z Was widział Marsa?
      Podobno jest w zasięgu reki, podobno jest czerwony, wszędzie pisza i mówią, ze
      go widać. Tylko ja go nijak znaleźć nie mogę. Gdzie on jest? W która stronę
      nieba patrzeć? W prawo? W lewo? W tył?
      Ja chcę zobaczyć Marsaaaaaaaaa!!!!!!!!
      • ptasik W sprawie Marsa 29.08.03, 11:57
        Ja widzialam, chyba, to znaczy tak twierdze, a ze bylam wtedy sama nie liczac
        psow to nikt nie zaprzeczy :-))))))))
        Bylo to okolo 22 na wschodniej stronie nieba, tak pod katem 75 do 80 st. liczac
        od horyzontu
        A sadze, ze to byl on bo bylo to w swietle latarni, zadnego innego ciala
        niebieskiego nie bylo widac tylko toto i w dodatku na czerwono swiecilo
        • kruszynka24 a liście spadają, spadają... 31.08.03, 13:16
          Coraz więcej tych liści w ogrodzie. Dla większości ludzi te liście to
          uciążliwość wielka, a dla mnie to czas magiczny. Prozaiczna czynność grabienia
          ma na mnie działanie transowe. Odpływam z tego świata, zanurzam się w
          rozmyślania, przestaję widzieć i słyszeć. Jestem tylko ja, szelest grabionych
          liści i wolno płynące myśli na najprzeróżniejsze tematy.
          Moja Druga Połowa nijak tego pojąć nie może i wracając z pracy o 17.00 usiłuje
          wyrwać mi grabie, bo nie może zrozumieć jak przez cztery godziny można grabić
          100m2 ogródka. Faktem jest, że dla obserwatora z zewnątrz muszę chyba wyglądać
          jak na jakimś haju, bo tempo grabienia jest równie powolne jak moje myśli.
          Oddaję więc mu te grabie, on w pół godziny grabi drugie 100m2, a ja w tym
          czasie wracam do realnego świata oddając się obrzydliwie prozaicznej czynności
          podawania obiadu. Ale nic to, jutro znów będą liście...

          Pozdrawiam wszystkich.
          Kruszynka
          • mjot1 Re: a liście spadają, spadają... 31.08.03, 17:23
            No i czy to nie jest zakręcenie? Czyli wieeeelkie kółko zainteresowań
            zamaszyście namalowane paluchem na czole zwane też fiołem?
            Czasem zastanawia mnie czy są w ogóle ludzie bez zainteresowań?
            Przecież bez jakiegoś swojego fioła po prostu nie da się żyć!
            Człek musi mieć odskocznię od normalnego świata by nie zwariować.
            Niech to będą znaczki, etykietki jakieś, niech to będzie grzebanie w ziemi,
            bezproduktywne siedzenie z kijem nad wodą, czy w krzakach z aparatem, niech to
            nawet będzie zbieranie puszek po konserwach!
            Zauważcie paradoks dziwny: im ktoś jest bardziej wariacki tym jest
            normalniejszy.
            Można niby brać czynny udział w wyścigach szczurów oddając tej pasji całego
            siebie. No niby można, lecz nie sądzę, że ktoś jest w stanie pokonać w tej
            dyscyplinie dystans maratonu...
            Kruszynko zgarniaj więc te iście! A jeśli Twoja Druga Połowa już zgarnie
            wszystkie zawsze możesz przecie „niechcący” rozgarnąć je ponownie... :-)
            Pora nadchodzi taka, że przez czas pewien rozmyślaniom Twym nie będzie końca...

            Najniższe ukłony!
            Zdrowo też walnięty M.J.
            • tojanka Re: a liście spadają, spadają... 31.08.03, 18:19
              Kruszynko i inni 1 Jestem z Wami.Proza zycia to moja codziennosc.Wyjazd na moją
              działke raz w tygodniu (ogród daleko) to odpoczynek, to marzenia i zal że moje
              roslinki nie sa codziennie pielegnowane.. ale gdy tylko jestem z nimi to
              dopieszczam...Pozdrawiam wszystkie marzycielki!!!!!
              • piasia Re: a liście spadają, spadają... 01.09.03, 08:36
                Marsa też widziałam! Jeśli to był Mars, oczywiście. Ale nic innego być nie
                mogło...

                Można go oglądać - jak mówią astronomowie - "niezbyt wysoko nad horyzontem".
                Wieczorem jest na południowo-wschodniej stronie, ok. północy - na południu, a
                nad ranem - na zachodzie. Tu powstaje pytanie co to znaczy "niezbyt wysoko". Bo
                Ptasik widziała go 75 stopni nad horyzontem (bardzo wysoko), a ja - jakieś 30
                (bardzo nisko).
                Chyba że ja widziałam Marsa, a Ptasik UFO ;)
                Albo Ptasik Marsa, a ja maszt nadawczy ;)

                Jutro zaczynam urlop - nie będzie mnie na forum dwa tygodnie, jak ja to
                przeżyję bez Was, luuuudzie....


                • ptasik Re: a liście spadają, spadają... 01.09.03, 10:03
                  Jejku, jakie swietne zajecie to grabienie lisci, jejku.................
                  Kupuje, kupuje ten pomsyl i juz:-)
                  Wcale sobie nie zartuje - toz to fenomenalna sprawa grabic i sluchac jak
                  szeleszcza, a tak naprawde myslec, odpoczywac, marzyc...........





                  Pi - bedzie nam Ciebie brakowalo, ale przeciez sa kawiarenki netowe, to zajrzyj
                  do nas czasami:-)

                  Co do Marsa - to Ty widzialas maszt, a ja Marsa :-)))
                  a nie Ty Marsa a ja UFO:-))))

                  A tak na powaznie to smiem twierdzic, ze to byl jednak Mars, moze zle te %
                  okreslilam, ale pora nocy i jego polozeniae byly bardzo zblizone do
                  sugerowanych. Poza tym o pozwol mi wierzyc, ze to byl Mars wlasnie, prosze :-)
                  Katula
    • mjot1 Lecą... 26.09.03, 18:27
      Wczoraj widziałem klucz żurawi.
      Nie był liczny ot jakieś dwadzieścia kilka sztuk. Leciały sobie biedaki w
      kierunku SSW a mnie zrobiło się jakoś smętnie...
      Wiem, że jest pięknie, że takie wspaniałe kolory, że spokój, że grzyby, że...
      „A jednak mi żal...”
      Ptaszęta odlatują do „ciepłych krajów” a niedługo i muchy odlecą do Japonii...

      Najniższe ukłony!
      Melancholijny coraz to bardziej M.J.
      • kruszynka24 Re: Lecą... 30.09.03, 09:02
        Oj, poleciało by się razem z nimi. Ale skrzydełek Bozia nie dała, a na latanie
        samolotami człowieka nie stać. I przyjdzie czekać aż żurawie wrócą, precz
        jesienno-zimową melancholię przepędzą. Byle do wiosny !!!
        Pozdrawiam wszystkich melancholików.
        Kruszynka
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka