Gość: greg.
IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl
08.09.04, 02:07
Totalna wojna wszystkich ze wszystkimi, wojna na sportowe wyniki, w której
jednak nikt nie ginie, to genialne rozwiązanie dla świata uwikłanego w 1000 i
jeden konfliktów. A przy okazji widać, jak bardzo Marks się pomylił. W końcu
takiej dawki "opium", jak przy okazji igrzysk, ludzie nie mieli od dawna.
Niestety, politykom i wojskowym nie wystarczają emocje sportowe, smak
zwycięstwa lekkoatletów czy pływaków, gorycz porażki piłkarzy czy siatkarzy.
Oni potrzebują wojen prawdziwych, z dużą ilością krwi i trupów. Dlatego
bardzo fałszywie zabrzmiał apel prezydenta Kwaśniewskiego, by na czas igrzysk
ogłosić, jak w starożytnej Grecji, "boży rozejm" - co gorsza, nie usłuchali
go nawet polscy najemnicy, stacjonujący w okupowanym przez Polaków Iraku. Im
przecież nie wydaje rozkazów zwierzchnik Sił Zbrojnych Rzeczpospolitej, a
poza tym mieli przecież ważniejsze zadanie - obstawę pacyfikacji świętego
miasta szyitów, Nadżafu.
Na tym tle Międzynarodowy Komitet Olimpijski zalicza kilka plusów, jak choćby
za dopuszczenie, by podczas ceremonii otwarcia igrzysk reprezentacje dwóch
Korei mogły iść ręka w rękę pod jedną flagą, jako symbol nierychłego przecież
połączenia. Podobny wydźwięk miał start symbolicznej mikroreprezentacji
Palestyny, której społeczność międzynarodowa odmawia realnego wsparcia w
walce z izraelskim terrorem i okupacją.
Na tym, niestety, pozytywna symbolika olimpiady się kończy, bowiem MKOl. i
jego igrzyska od 20 lat są de facto instytucją prywatną, reprezentującą
raczej interesy możnych sponsorów, niż sportowców i kibiców. Prawa do
transmisji kosztowały 1,5 mld dolarów, nie dziwi więc, że z 17 godzin
transmisji dziennie w TVP, przynajmniej godzina, jeśli nie więcej, to były
reklamy, głównie piwa, które obok sprzętu sportowego olimpijczycy wożą ze
sobą samolotami. Poza tym ciągłe przeskakiwanie z programu do programu, jakby
tylko po to, by wmontować w transmisję kolejne pasma reklamowe, to mogło
odstraszyć od sportu nawet jego najzagorzalszych fanów.
Atenom przyznano organizację igrzysk jakby na pocieszenie, w 8 lat po 100-ej
rocznicy pierwszych igrzysk nowożytnych 1896 roku. W 1996 r. organizację
olimpiady wygrała Coca-Cola, och, pardon, Atlanta, centrala w/w koncernu. Za
cztery lata igrzyska wybierają się do schizofrenicznych ultrakomunistyczno-
ultrakapitalistycznych Chin. To obrazuje schizofrenię wewnątrz MKOl-u, który
głosi, że niby udział się liczy, a jednak za ten udział w "spokojnej Polsce"
niemal wszyscy domagają się głów, niby sport jest taki demokratyczny, ale bez
10 miliardów dolarów nie ma co startować z pomysłem organizacji olimpiady, a
wtedy można już zapomnieć o wiecznym łamaniu praw człowieka, eksterminacji
suwerennych narodów czy mniejszości etnicznych, i w ogóle jest fajnie, bo
imprezka będzie MEGA. Tylko dokąd to wszystko zmierza i co będzie po Pekinie?
Kierunek, w jakim zmierza sport, dobrze zdaje się ilustrować rozwój wypadków
w kilku najpopularniejszych grach zespołowych, takich jak koszykówka, piłka
nożna, czy nawet, zwłaszcza dla nas, Polaków, siatkówka. Po pierwsze, słynny
koszykarski Dream Team, złożony z zawodowców ligi NBA, dopuszczono do igrzysk
pod naciskiem - wiadomo, możnych sponsorów. Ale z dreamowców od początku
schodziło powietrze, mieli gdzieś igrzyska, bo jak się zarabia kilka milionów
dolarów rocznie, to można mieć gdzieś generalnie wszystko. Jak wygląda Dream
Team dzisiaj, można było zobaczyc w Atenach 2004. Pełna, totalna
kompromitacja. Ale przecież to już nie jest sport. To tak naprawdę wielki
biznes i tyle.
Po drugie, dokładnie tę samą tendencję widać w najpopularniejszej w Europie
dyscyplinie sportu, piłce nożnej. Zawodnicy, jak konie arabskie, wystawiani
są na sprzedaż; najlepsi kosztują kilkadziesiąt milionów euro, a zarabiają po
parę milionów, stając się, jak w przypadku Beckhama, jdenoosobowymi
megakorporacjami. Wyniki sportowe muszą zejść na dalszy plan. Dowód -
ostatnie żałosne występy na Euro czy Mundialu "wirtuozów piłki", mistrzów
świata i Europy, Francuzów. Oni też, jak widać, mają gdzieś Marsyliankę i
barwy narodowe, a żadne pieniądze nie są ich w stanie zmusić do jeszcze
większego wysiłku. Co ciekawe, to samo dotyczy nawet "galacticos" z Realu
Madryt, najbogatszego klubu piłkarskiego na świecie, w którym koncentracja
indywidualnych umiejętności piłkarskich i pieniędzy doprowadziła ...do
kompromitacji w poprzednim sezonie rozgrywek (4 miejsce w lidze hiszpańskiej
i porażka w Lidze Mistrzów).
Myślę, że w pewnym sensie ofiarami tego samego syndromu "przejedzenia" są
polscy siatkarze, w większości zawodnicy bogatych lig zagranicznych, którzy
nawet w przypadku największej kompromitacji, i tak wylądują na cztery łapy.
Zupełnie inaczej niż Jędrzejczak, Korzeniowski czy Sycz i Kucharski. Ci
ostatni, zdesperowani i zmęczeni podwójni złoci medaliści olimpijscy, po
powrocie do Polski publicznie poprosili, by zajął się nimi ktoś z pieniędzmi,
bo mają ochotę powalczyć jeszcze w Pekinie, ale w Wałczu często pada i fajnie
byłoby móc czasem wyjechać, jak inni wioślarze, na zgrupowanie do Portugalii.
Ostatnia refleksja poolimpijska dotyczy "polskich rozliczeń" ostatniej
olimpiady. Od pewnego momentu igrzysk wiadomo już było, że to będzie sportowa
klapa, że nie zdobędziemy tylu medali (kilkunastu) ile zakładano przed
wyjazdem. I zaczęło się. Dziennikarze byli pierwszymi, którzy zaczęli
dowalać. No bo co, wydali kupę kasy na samoloty, hotele, transmisje, a tu co -
nic. Tam w Polsce czeka spragnione sukcesów, zakompleksione i uwikłane w
historię społeczeństwo i żądne sportowego "opium" redakcje, a tu leniwi,
słabi sportowcy i ich kiepsko zorganizowani szkoleniowcy zawalają dyscyplina
po dyscyplinie, start po starcie. No i na koniec ten ręcznik Pastuszki
pozostawiony w kajaku i ten sekundant Rżanego, który mu kibicował, zamiast
powiedzieć, że przegrywa. Worki do bicia, sami się podkładają. Potem ten
dziwny skandal z dymisją-niedymisją Paszczyka, który zbudował sobie, na
wszelki wypadek tuż przed Atenami, superbiurowiec olimpijski za 40 mln zł.
Moja reakcja jest następująca. Owszem, nie ma sportu bez pieniędzy, choć
istnieje też pewna górna granica rozsądku, o czym wyżej. Jeśli więc jakiś
kraj potrzebuje sportowego opium, by się sztucznie jednoczyć i zamiatać pod
dywan niewyleczone kompleksy, to ten kraj powinien sport traktować poważnie,
czyli nie systematycznie obcinać mu budżet, który w ostatnich latach zmalał
co najmniej kilkukrotnie, ale raczej systematycznie ten budżet powiększać,
rozsądnie, w miarę możliwości. Ale jeśli kraj ten wydaje niewyobrażalne
ilości pieniędzy na uzbrojenie armii, która na dodatek idzie na bezprawną i
niemoralną wojnę napastniczą, na dodatek do tego wszystkiego - w interesie
agresywnego supermocarstwa, to efekt musi być taki, jaki jest. Przecież
trudno sobie wyobrazić, by kwitł sport w kraju, w którym nie ma jednego
stadionu piłkarskiego z prawdziwego zdarzenia, i w którym służba zdrowia,
szkoły, uczelnie itp. są w stanie takim, jakim są.
Może czas pomyśleć, by po raz kolejny w historii przekuć miecze na lemiesze,
czy raczej na piłki, kajaki i tyczki. Może czas podziękować byłemu ministrowi
sportu, panu Aleksandrowi Kwaśniewskiemu, za jego czuły mecenat z trybun
kolejnej olimpiady, a haniebne majaczenie o irackich kontraktach i miliony
złotych wyrzucone w błoto na warszawskich "robocopów" zastąpić inwestycjami w
baseny, szkoły sportowe i stadiony. W kategoriach dobrego narodowego
samopoczucia powrót polskich olimpijczyków z Aten z 10 złotymi medalami i,
powiedzmy, z 30 ogółem (mniej więcej wynik komunistycznej Kuby z Aten), dałby
efekt narodowej euforii, dumy i zjednoczenia na przynajmniej rok do przodu.
Jeśli Małyszomania potrafi trwać już 3 lata, to połączony efekt Motyliady,
Korzeniady itp. to byłby narkotyk o wzmocnionym i przedłużonym działaniu.
A t