Forum Sport Sport
ZMIEŃ
    Dodaj do ulubionych

    Sześć najsłynniejszych rzutów w karierze Jordana

    IP: *.olesno.sdi.tpnet.pl 05.03.03, 08:45
    Według mnie Jordan jest najlepszym koszykarzem w historii tych
    rozgrwek
    Obserwuj wątek
      • Gość: NBA Re: Sześć najsłynniejszych rzutów w karierze Jord IP: 193.24.24.* 25.06.04, 13:17
        taaaaaaaaaaaaaaaa, no co ty? naprawdę?
      • lukasz22w-wa Jordan???? 26.06.04, 02:34
        Gość portalu: Michał napisał(a):

        > Według mnie Jordan jest najlepszym koszykarzem w historii tych
        > rozgrwek

        No a moim zdaniem nie...może redaktorzy poszliby za ciosem i wskazali 6
        najgłupszych strat w karierze "Powietrznego"? Oczywiście nic takiego nie będzie
        miało nigdy miejsca, podobnie jak jakaś negatywna opinia na jego temat z ust
        któregokolwiek z komentatorów...

        PS.Kolejny żenujący artykuł o baskecie na GW....Panie Michnik, wywal pan tych
        darmozjadów i nierobów..
        --------------------------------------------------------------------------------
        Michael Jordan? Nie wiem o kogo chodzi, to chyba jakiś baseballista-
        John Starks, New York Knicks
        • Gość: karol Re: Jordan???? IP: baza.* / *.devs.futuro.pl 16.07.04, 10:09
          John Starks, New York Knicks, rzeczywiście powiedział coś takiego. Było to przed
          meczem Chicago z Knicks, był to drugi mecz Jordana po półtorarocznej przerwie.
          Starks próbował kryć Jordana, który rzucił 50 kilka punktów (chyba 55), Byki
          wygrały. Wiesz jaka minę miał Starks po meczu?
        • Gość: co za debile Re: Jordan???? IP: *.eurotek.com.pl 09.09.04, 19:23
          tak powiedzial john starks po tym jak tydzien wcześniej MJ wznowił gre ale
          młody dupku ja ten mecz oglądałem MJ rzucił 45 punktów a starks mało nie plakał
          • Gość: lukasz22w-wa Re: Jordan???? IP: *.acn.waw.pl 09.09.04, 20:55
            aha...a pozniej w meczach PO z Orlando MJ pokazal swoja klase, stary dupku.
            • Gość: do debila Re: Jordan???? IP: *.eurotek.com.pl 10.09.04, 11:09
              1. Wrzucenie 45 punktów po takiej przerwie w 2 meczu..... mówi samo za siebie
              2. Ostatni mecz MJ (bo tak należy traktowac ostatni finał z utah) MJ rzuca
              ostatnie punkty po pięknej akcji .... ale nei to było najważniejsze ... on na
              ten mecz założył buty w których grał w NCAA te buty miały ponad 20 lat z
              okładem chłopcze załóż PPG (jak nie wiesz to ci wyjaśnie produkt POlskiego
              Przemysłu gumowego - takie trampki) i zagraj cokolwiek..
              3. Szczęśliwie krytycy i fachowcy od NBA to jego stawiają na 1 miejscu mimo że
              Wilt (może wiesz kto to) dokonał rzeczy niesłychanej i rzycił 100pkt w meczu...
              • Gość: Wilt Re: Jordan???? IP: 62.29.137.* 10.09.04, 11:34
                Jezu, rzygać mi się chce, kiedy czytam podobne wątki, i dlatego - choć nie
                robię tego często, nie warto - wyrażę raz jeszcze swój pogląd o nich. Tyle się
                dzieje wokół innych ciekawych rzeczy, a tu niektórzy potrafią podniecać się
                tylko Jordanem i obrażać ośmielających się go krytykować. "Do debila" (nick
                raczej mało chwalebny): skoro już jesteś takim fanem MJ, to mógłbyś
                przynajmniej wiedzieć, że to było 55, a nie 45 pkt. (tzw. double nickel).
                Prosiłbym również o niewciskanie kitu sugerując, że Jordan to nr 1 w opinii
                wszystkich fachowców - wiele osób miało i ma na ten temat inne zdanie - czy o
                zauważenie drobnego faktu, że tamtego spotkania z Utah już nie można traktować
                jako ostatni mecz MJ.

                I, sądząc po rozwoju tego wątku, akurat ten mój post pewnie doczeka się
                odpowiedzi, a na znacznie istotniejsze i bardziej aktualne odpowiada wciąż to
                samo grono dyskutantów. Smuci mnie to i potwierdza to, co sądziłem od dawna: im
                bardziej jesteś fanem Jordana, tym mniej jesteś fanem NBA. W Polsce niestety
                jest to szczególnie częste, bo zainteresowanie ligą ruszyło na dobre dopiero w
                latach 90., czyli w apogeum popularności MJ. Tacy ludzie teraz nagminnie
                olewają rozgrywki i ożywiają się, w tym na forum "GW", dopiero gdy padnie
                nazwisko ich idola. Na szczęście wznowienie transmisji NBA (szkoda tylko, że w
                TV kodowanej) powinno odrodzić zainteresowanie ligą i ukształtować nowe
                pokolenie PRAWDZIWYCH fanów NBA, potrafiących docenić różne wielkie zespoły i
                różnych wielkich graczy, a nie sierot po Jordanie.
              • Gość: L22w-wa do debila Re: Jordan???? IP: *.acn.waw.pl 10.09.04, 14:13
                Debilem to może jest twój stary, a co do twojej nędznej argumentacji:

                Ad1.Za siebie mówią też przegrane ECF przez stratę w ostatnich sekundach meczu
                i airballwostatniej grze nr6
                Ad2.Nie wiem, czy rzeczywiście pamiętasz ten mecz, ale decydujące punkty rzucił
                Bill Wennington
                Ad3.Nie wiem którzy krytycy, ale ich pojęcie o baskecie jest chyba tak niskie
                jak twoje. Nie wiem w jaki sposób można porównywać zawodnika z lat 90-tych z
                facetem przeciwko któremu nie grał

                PS.Masz tu listę graczy (może jakiegoś znasz?), z których każdy znający się na
                NBA może wybrać sobie zawodnika wszechczasów:
                1)Magic Johnson- 9 razy w finale na 11 lat
                2)Wilt Chamberlain- najlepsze statystyki, leder we wszystkich możliwych
                kategoriach (zwróć uwagę, że nawet w asystach)
                3)Bill Russell- za mało paluszków na pierścionki
                4)Oscar Robertson- Średnie z kariery to niemal triple-double

                PS2.Jeśli tak bardzo bulwersuje cię to, że ktoś nie uważa Jordana za (znowu ta
                racjonalna kategoria!!!) koszykarza wszechczasów, to udaj się do poradni
                zdrowia psychicznego, bo być może nie zaakceptujesz koloru sznurowadeł swojego
                chłopaka.
                • greg86 Re: Jordan???? 15.09.04, 16:19
                  Podejrzewam, ze różnoracy eksperci za koszykarza wszechczasów uważają Jordana
                  ponieważ on w największym stopniu połączył duże sukcesy indywidualne z
                  zespołowymi (to jest chyba jedyne sensowne kryterium, które można przyjąć przy
                  zestawieniu graczy z różnych epok). W takim wypadku MJ wygrywa porównanie z
                  każdym zawodnikiem których wymieniłeś:

                  Magic:
                  Sukcesy zespołowe miał zbliżone do Jordana, z tym, że miał silniejszą
                  konkurencję ale z drugiej strony większe wsparcie w partnerach Jeżeli chodzi o
                  sukcesy indywidualne to Magic był niemalże równie genialnym podającym co Jordan
                  strzlcem z tym, że MJ w "swojej katagorii" (czyli w klasyfikacji strzelców)
                  zwyciężył 10 razy natomiast Johnson był tylko 4 czy 5 razy najlepszym podającym
                  ligi. Do tego dochodzi obrona w której obu graczy dzielą 2 czy 3 klasy (nie
                  muszą mówić na kogo korzyść).

                  Russel:
                  Ma więcej pierścionków od Jordana ale trzeba pamiętać, że praktycznie co sezon
                  grał u boku 4 czy 5 przyszłych HOFow.
                  Sukcesy indywidualne - Russel był jednym z największych podkoszowych obrońców w
                  historii ligi ale to samo można powiedzieć o Jordanie jeżeli idzie o obwód. W
                  ataku natomiast przewaga Jordan jest miażdząca (Russel ma 2 razy niższą średnią
                  punktową od MJ'a - a przypomnę, że grał w czasach w których wszystkie zespoły
                  nastawione były głównie na atak).

                  Robertson:
                  Sukcesy indywidualne porównywalne do Jordana ale jeżeli chodzi o zespołowe to
                  nie ma o czym mówić.

                  Chamberlein:
                  Drużyny Wilta bardzo często przegrywały występując w roli faworyta (chociażby w
                  finale w 1969 roku ze starzejącymi się Celtami czy sezon później z Knicks),
                  daje się też zauważyć, że Szczudło notorycznie odpadał w PO po 7 meczu
                  przegranym kilkoma punktami (podejrzewam, że pudłował rzuty wolne w
                  końcówkach ;-] ). Dla kontrastu MJ znakomicie grał pod presją, uważany jest też
                  za króla crunch time. Indywidualnie Wilt osiągnął sporo ale taki T-Mac też miał
                  statystycznie świetny sezon w tym roku a jakoś oceniony został niżej niż np.
                  słabszy liczbowo Kobe.
                  • Gość: Wilt Do grega IP: 62.29.137.* 16.09.04, 16:34
                    Cóż ja widzę: czyżby powrót do dyskusji typu Wilt – MJ? Pisałem już w swoim
                    czasie na ten tenat dziesiątki stron i w razie czego gotów jestem na
                    powtórkę. ;-) Na razie rozgrzewka. Co do Twojego postu:

                    1) Russell – miewał w drużynie nawet więcej HoFers niż piszesz, ale to nie
                    zmienia faktu, że był jej bezapelacyjnym liderem i odniósł najwięcej sukcesów
                    zespołowych w historii (niemal dokładnie dwukrotnie więcej niż Jordan). W ataku
                    był słabszy niż MJ czy ktokolwiek inny z największych, ale co defensywy, nie
                    mogłeś pomylić się bardziej twierdząc, że Jordan miał na tym polu porównywalny
                    wpływ:
                    a) choć osobiście bronię się przed automatycznym przedkładaniem graczy
                    wysokich nad niskich (mimo że akurat ułatwiłoby to mi argumentację w sporze
                    Wilt – Jordan), to akurat w defensywie dobry zawodnik podkoszowy będzie miał
                    ZAWSZE większy wpływ niż nawet teoretycznie równie dobry w swojej kategorii
                    zawodnik obwodowy. Obrona Russella, jego krycie, zbiórki i bloki, jego
                    murowanie dostępu do kosza, wpływała na cały zespół przeciwnika; obrona MJ
                    wpływała tylko na krytego przez niego koszykarza (którym oczywiście mógł być
                    tylko gracz obwodowy).
                    b) Jordan nawet wśród defensorów obwodowych był przeceniony (zresztą jak w
                    każdym innym aspekcie swojej gry ;-)), kosztem Fraziera, Paytona, Havlicka,
                    Westa czy nawet Pippena – którego też nie lubię i uważam za przecenionego, ale
                    to on brał na siebie główny ciężar krycia rywali w czasie ich wspólnych startów
                    w Bulls.
                    c) Ale Billa należy i tak w sumie uznać za najlepszego defensora w
                    historii, niezależnie od ery i pozycji. Nikt nie miał takiego wpływu na obronę
                    jak on (tylko Wilt mógłby się mierzyć, jako jeszcze lepszy w zbiórkach i
                    blokach, ale dla mnie o lekkiej przewadze Russa decyduje to, że tak całkowicie
                    poświęcił się obronie i tak wiele w niej dokonał). Jordan? To już w defensywie
                    więcej zdziałał chyba Rodman; też go nie lubię i uważam za przereklamowanego,
                    ale odwołam się do niego jako innego nazwiska z lat 90., epoki w koszu od
                    której niestety dla wielu laików zaczyna się koszykówka. Teraz wyobraź sobie
                    Rodmana, większego, jeszcze lepszego w zbiórkach i kryciu, nieporównywalnie
                    lepszego w blokach, nawet (choć też nie najlepszego) ze 2 razy lepszego w
                    ataku, w dodatku normalnego i potrafiącego być liderem – a będziesz miał
                    przybliżenie tego, jak dominujący w grze potrafił być Russell.

                    Czyli mamy najbardziej utytułowanego gracza zespołowego w historii i
                    najlepszego gracza defensywnego w historii. To moim zdaniem swobodnie
                    wystarczy, żeby porównywać go z Jordanem czy przedkładać nad tamtego – jeśli
                    np., jak ja, MJ – a się nie lubi ;-) (Russella ani lubię, ani nie lubię; po
                    prostu go szanuję).

                    2) Magic – istotnie, był „tylko” 4 razy mistrzem asyst. Nie sądzę jednak, by
                    grał dla statystyk, ale skoro już o nich mowa, trzeba zauważyć, że:
                    a) pierwsze 4 sezony grał w duecie z innym klasycznym PG, Normem Nixonem,
                    który sam jest na 7. miejscu wśród najlepszych podających wszechczasów!
                    Oczywiście taki, niespotykany w historii, układ, wpływał ujemnie na średnie
                    asyst Magica. Choć i tak, w 1983, królował nawet z Nixonem u boku! Żeby to
                    wyrównać, Jordan musiałby zdobyć króla strzelców grając u boku np. Drexlera i
                    jego 25 ppg zamiast Pippena z jego 20 ppg – marne szanse.
                    b) A kiedy już Earvin „uwolnił” się od Norma, miał takiego pecha, że jego
                    kariera zbiegła się z karierami 2 innych świetnych podających - Isiaha Thomasa
                    i Stocktona – tak że można powiedzieć, iż w tym samym momencie rywalizowało ze
                    sobą 3 z 4 (tylko bez Robertsona) najlepszych asystentów w historii! Stockowi
                    było nb. łatwiej, bo taktyka Jazz była inna i mógł dominować piłkę bardziej niż
                    Magic w Lakers. Porównaj to sobie z „konkurencją” strzelecką Jordana w
                    przereklamowanych latach 90. Już nie mówię, żeby w tym okresie rywalizował z
                    kimś klasy Chamberlaina, Baylora czy Barry’ego, ale wystarczyłyby średnie T-
                    Maca i Iversona z ostatnich 3 z 4 sezonów (mimo że teraz obrona jest bardziej
                    skomplikowana i średnie generalnie niższe!) i już MJ miałby mniej tytułów króla
                    strzelców od Wilta!
                    c) Ale jeśli chodzi o rezultat końcowy, to warto zauważyć, że i tak Earvin
                    samotnie okupuje 1. pozycję na liście najlepiej podających, podczas gdy Jordan
                    na liście strzelców musi dzielić się 1. miejscem z Chamberlainem. :-) Czy po
                    tych wszystkich argumentach widzisz dominację statystyczną obu omawianych
                    graczy w nieco innym świetle?


                    Teraz przejdźmy do sukcesów zespołowych. Sam dość trafnie to ująłeś:
                    porównywalne w przypadku obu, z tym że Magic i własną drużynę, i konkurencję
                    miał lepszą. Wypada się z tym zgodzić; przereklamowani Bulls ustępowali i
                    Lakers, i Celtics, i Sixers, i Pistons – wszystkim największym składom lat 80.
                    (nawet P. Jackson przyznał, że Chicago nie miało tak głębokiego składu jak
                    dawniejsze zespoły, a Rodman – że w latach 80. nie byłoby mowy o tych 72
                    zwycięstwach – argumencie niemiłosiernie nadużywanym jako dowód wyższości
                    Bulls). Nie mogę się jednak oprzeć wrażeniu, że różnica w klasie konkurencji
                    jest nawet większa niż w klasie własnych drużyn Magica i MJ: i to, że Lakers
                    potrafili pokonywać te pozostałe 3 – teoretycznie porównywalne z nimi -
                    superskłady, robi większe wrażenie niż zwyciężanie przez Bulls drużyn słabszych
                    nie tylko od tamtych z lat 80., ale również od siebie samych (jedynym
                    przeciwnikiem, co do którego można tu argumentować inaczej, byli Suns’93, ale
                    ich wykończył fatalny trener; a Pistons Chicago pokonało dopiero, gdy tamci
                    byli już osłabieni, bez Mahorna i z kontuzjowanym Isiahem oraz paroma innymi
                    ważnymi graczami). Sukcesy drużynowe kreatora Showtime robią więc na mnie
                    większe wrażenie.

                    Myślę zatem, że i Magic, jako najlepiej razem ze Stockiem i Big O podający w
                    historii, również najlepszy w zakresie „making teammates better”, a także
                    mistrz uniwersalności (rozgrywający, który potrafił zagrać na centrze: mógł
                    grać na wszystkich 5 pozycjach!), spokojnie zasługuje na bycie wymienianym obok
                    Jordana.

                    3) Robertson i Wilt. Wymieniam tu ich razem, bo do obu (jak zresztą do Baylora
                    i Westa, których również uważam za porównywalnych z MJ) odnosi się ten sam
                    argument – który wynika też zresztą z Twojego własnego postu, tylko go nie
                    zauważasz. Piszesz, że Russellowi było łatwiej zwyciężać z rekordową liczbą
                    HoFers u boku; nie dostrzegasz związku między jednym a drugim – o ile Big O czy
                    Big Dipperowi było przez to TRUDNIEJ? Jak sądzisz – ile tytułów Jordan zdobyłby
                    przeciw pięciu Hall of Famers? Bo nigdy nie stanął nawet przeciwko trzem,
                    najwyżej dwóm (mówię tu też o potencjalnych HoFers) i z takimi ekipami toczył
                    wyrównane boje – stąd moja odpowiedź brzmi: przeciw pięciu nie zdobyłby może
                    ani jednego tytułu. I gdzie wtedy byłyby zachwyty nad jego umiejętnościami
                    zwycięzcy?

                    To odnosi się do drużynowych sukcesów obu. Indywidualnie sam przyznajesz, że
                    Big O jest porównywalny z MJ, więc tylko dodam, że o geniuszu tego pierwszego
                    przesądza to, że należy go uznać za najbardziej kompletnego zawodnika w
                    historii. Pierwsze miejsce na liście triple doubles wszechczasów (co prawda
                    Wilt miałby więcej, gdyby liczono bloki… ;-)), ŚREDNIA triple double uzyskana
                    nie tylko w sezonie 61/62, jak się powszechnie podaje, ale też gdyby zsumować
                    PIĘĆ jego pierwszych sezonów! 7 razy średnia powyżej 30 ppg, 6 tytułów dla
                    najlepiej podającego, nawet prowadzenie – jako obrońca! – w swoim zespole w
                    zbiórkach, nie mówiąc o dominacji w HS i NCAA; wszystko to robi wrażenie, jak
                    dla mnie nawet większe – zważywszy bardziej nieprzychylne okoliczności – niż
                    osiągnięcia Jordana. Co najmniej remis.

                    Teraz jeszcze o drużynach Wilta. Zapytasz może, co było po Celtics – wtedy
                    p
                    • Gość: Wilt Do grega - c.d. IP: 62.29.137.* 16.09.04, 16:36

                      Teraz jeszcze o drużynach Wilta. Zapytasz może, co było po Celtics – wtedy
                      pojawił się inny superskład – Knicks, nie dość, że tym razem młodsi od
                      Chamberlaina i reszty LA, to w dodatku rekordziści w innej konkurencji; nie w
                      liczbie posiadanych HoFers, ale członków Top 50 wszechczasów! Wiąże się z tym
                      sprostowanie; jest zupełną nieprawda, jakoby drużyny Wilta często przegrywały w
                      roli faworytów. Jest niemal dokładnie odwrotnie: za faworytów można było je
                      uznać tylko w 1968 i 1969, ale nawet wtedy były faworytami bardzo swoistymi –
                      grając przeciw silniejszym składom i uznawanymi za faworytów tylko dzięki
                      osobie Wilta, co już samo powinno dać wyobrażenie o jego dominacji, nawet nad
                      takim asem jak Russell. W 1970 LAL nie mieli nawet przewagi własnego parkietu –
                      faworyci?! JEDYNYM przypadkiem, gdy drużyna, w której grał Chamberlain,
                      przegrała przeciw nie EWIDENTNIE silniejszemu przeciwnikowi, był 1971, gdy on i
                      West, osłabieni absencją Baylora, ulegli Bucks i równie świetnemu duetowi
                      Robertson – Abdul - Jabbar. Ale nawet wtedy Bucks, późniejsi mistrzowie, z
                      młodym Kareemem – MVP sezonu i ówczesnym rekordem zwycięstw w sezonie, mogli
                      być uznani za nieco silniejszych; a Lakers z kolei pomścili się w następnym
                      sezonie, bijąc rekord zwycięstw Milwaukee, ich samych i zdobywając tytuł– mimo
                      że Kareem znowu był MVP. :-)

                      O ile wiem, również żadna końcówka serii nie została przegrana przez niecelne
                      wolne Szczudła (choć oczywiście, gdyby trafiał je celnie przez CAŁY czas,
                      miałby parę tytułów więcej, a nawet fanom MJ trudno byłoby mieć wątpliwości,
                      kto był the best. Ale nikt nie może potrafić wszystkiego). Warto zresztą dodać,
                      że porównanie w dziedzinie clutchness jest mało uczciwe, ponieważ nawet gdyby
                      Chamberlain trafiał wolne rzędu 70%, to i tak jako na środkowego z założenia w
                      decydujących momentach można byłoby na niego mniej liczyć niż na jakiegoś
                      dobrego obrońcę czy SF, jeszcze lepszego w wolnych, a przede wszystkim
                      dysponującego bogatszym arsenałem rzutów i większym zasięgiem. Gracze
                      podkoszowi mają za to inne przewagi: np. w/w większe znaczenie w defensywie.
                      Mnie w każdym razie wystarczy to, że Wilt wywierał w sumie większy wpływ na grę
                      niż Jordan – a na decydujące momenty starczyłoby mu dobrać jakiego „clutch”
                      obrońcę (np. Reggiego) i jestem pewien, że w każdych porównywalnych
                      okolicznościach duet ten zaszedłby dalej niż zestaw Jordan – środkowy podobny
                      klasą Reggiemu (dajmy na to Parish).

                      Co do tego, że Chamberlain indywidualnie osiągnął „sporo”, chyba żartujesz;
                      jeśli to tylko sporo, to Jordan osiągnął ledwie cokolwiek. Był 10 razy królem
                      strzelców i 3 razy najlepszy w przechwytach. Nieźle, ale cóż to w porównaniu z
                      Wiltem, który, wymieniając tylko najważniejsze dokonania:

                      - 11 razy był najlepszy w zbiórkach (skoro porównywałeś Magica i MJ pod
                      względem królowania w punktach/asystach, to SAME te osiągnięcia Szczudła na
                      tablicach powinny Ci starczyć do postawienia co najmniej na równi z MJ),

                      - 7 razy był królem strzelców, którym przestał być dopiero dobrowolnie, kiedy w
                      CAŁEJ DRUGIEJ POŁOWIE kariery postanowił skupić się bardziej na defensywie. Bez
                      tego z pewnością miałby więcej tych tytułów niż Jordan, a i tak ma tak samo jak
                      on średnią 30,1 ppg. To, w połączeniu z niewiarygodną skutecznością Wilta
                      (patrz niżej) oraz dystansem, jaki dzielił go od największych rywali w ataku –
                      większym niż Jordana, choć tamten rywali miał słabszych! – łatwo pozwala uznać
                      go za najlepszego ofensywnego gracza w historii.

                      - 1 raz był najlepszy w asystach. Jako jedyny nie tylko center, ale też nie –
                      obrońca w historii! I w efekcie jedyny gracz, który królował w karierze we
                      wszystkich 3 głównych kategoriach, co jest może największym z jego osiągnięc i
                      pozwala go wymieniać na topie także w aspekcie uniwersalnosci, obok Robertsona,
                      Magica i Birda.

                      - 7 razy był najlepszy w czasie gry.

                      - 9 razy w celności z gry, co jest podwójnie imponujące jeśli zważyć, że
                      potrafił łączyć ten tytuł z tytułem króla strzelców; niezwykle trudno rzucac
                      jednocześnie najwięcej i najcelniej.

                      - Już nie mówiąc o tym, ile razy królowałby w blokach, a także liczonych z
                      osobna zbiórkach ofensywnych i defensywnych, gdyby za jego czasów prowadzono tu
                      oficjalne statystyki. Właściwie dla uczciwego porównania powinno się tu
                      wyłączyć tytuły w przechwytach MJ, które też w latach 60. nie byłyby liczone –
                      ale niech zostanie, jak jest; różnica na korzyść Wilta i tak jest wystarczająco
                      duża. :-)

                      Mógłbym długo jeszcze pisać o innych względach przemawiających na korzyść Wilta
                      w porównaniu z MJ, ale na pierwszy raz starczy, wraz z krótkim podsumowaniem:
                      był to największy ofensywny koszykarz w historii oraz, jeśli wziąć pod uwagę
                      jego nieprzeliczone zbiórki i bloki, drugi najbardziej zasłużony defensor po
                      Russellu. Chyba starczy, by zwycięsko mierzyć się z MJ… Odsyłam też do strony
                      wiltfan.tripod.com/
                      A jeśli zechcesz dalej polemizować, w przyszłym tygodniu powinienem znaleźć
                      czas na porównanie, którego nie sporządziłem nawet w czasie poprzednich debat
                      na ten temat: powinno być interesujące. ;-)

                      Pzdr
                      • Gość: LB Re: IP: 217.11.142.* 17.09.04, 10:58
                        He he, już to gdzieś czytałem... ;)

                        Widzę Wilt, że nieustannie i niestrudzenie szerzysz wiedzę o historii NBA wśród
                        nowych pokoleń internautów...

                        Pzdr,
                        LB

                        PS. A MJ i tak jest najlepszy! ;)
                      • greg86 Do Wilta. 21.09.04, 20:23
                        Może po kolei:

                        RUSSEL

                        1) sukcesy indywidualne - co do obrony zgadzam się z tym co napisałeś - na tym
                        polu Bill ma przewagę nad Jordanem. Nie zmienia to jednak w żadnym stopniu
                        mojego głównego założenia iż Russel był graczem zbyt jednostronnym. Obrońca
                        świetny ale strzelec przeciętny - tak można go krótko scharakteryzować. Jordan
                        natomiast był świetnym strzelcem i bardzo dobrym lub co najmniej dobrym obrońcą
                        (zgadzam się, że jest nieco przecenianym defensorem ale chyba
                        przymiotnik "bardzo dobry" lub w ostateczności "dobry" pasuje do okreslenia
                        jego umiejetności obronnych). Czyni go to więc kompletniejszym i lepszym
                        zawodnikiem od Russela.

                        2) sukcesy zespołowe - licznik mistrzostw Russela jest rzeczywiście wyższy niż
                        Jordana ale pisałem już, że Bill oparcie w partnerach miał spore (mentalnie był
                        faktycznie bezapelacyjnym liderem, ale na boisku niekoniecznie - szczególnie
                        pod koniec kariery) no i były to trochę inne czasy - w późniejszych latach
                        znacznie trudniej było wygrywać rokrocznie, budować "dynastię" itp (przykładowo
                        gdy Lakers zaliczyli w 1988 roku back-to-back było to wielkie wydarzenie).


                        MAGIC

                        1) sukcesy indywidualnie - przyznaje się bez bicia, że masz rację - genialności
                        Magica jako plamakera rzeczywiście nie podważa jego mała ilość zwycięstw w
                        klasyfikacji APG. Mozna więc zaryzykować stwierdzenie, że obaj MJ'e byli równie
                        wielcy w "swoich" katagoriach (Jordan w zdobywaniu punków a Magic w podawaniu).
                        Uważam jednak, że porównując genialnego asystenta z genialnym strzelcem prymat
                        trzeba przyznać temu drugiemu, ponieważ jego katagoria jest w koszykówce
                        ważniejsza.

                        2) sukcesy drużynowe - sukcesy Lakers z czasów Showtime są faktycznie
                        niepodwarzalne i rzeczywiście ich głównym architektem jest Magic ale pamiętać
                        trzeba, że bardzo często na pierwszy plan w LAL wychodzili Worthy i Kareem
                        usuwając Earvina w cień. W Bulls Jordan takiego wsparcia nie miał - jeżeli on
                        miał słabszy dzień to drużyna najściej leżała i kwiczała (taki Pippen był co
                        prawda kompletniejszym graczem niż Worthy ale gorzej radził sobie z
                        prowadzeniem drużyny). Powtórze więc to co już napisałem w poprzednim wpisie -
                        Magic pokonał lepszych konkurentów niż Jordan ale miał większe oparcie w
                        partnerach - moim zdaniem stawia to tych graczy na równi w katagorii "sukcesy
                        zespołowe".

                        Jeszcze jedno - nie zapominaj o finałach z 1991 roku - Jordan zdeklasował tam
                        Magica i indywidualnie i drużynowo. Przypomnę tylko okoliczności:

                        1. Magic był bardzo bliski swojej życiowej formy - wprawdzie grał trochę gorzej
                        niż rok czy 2 lata wcześniej kiedy zdobywał MVP, ale różnica nie była zbyt
                        szczególna. Jordan natomiast był u szczytu kariery albo minimalnie przed (wielu
                        uważa, że ten szczyt przypadł dla niego rok później).

                        2. Lakers grali już bez Kareema i Coopera ale generalnie Magic miał podobnej
                        klasy partnerów co Jordan (zarówno na poszczególnych pozycjach w pierwszej
                        piątce jak i na ławce). Warto oczywiście pamiętać, że LAL mieli trochę
                        problemów z kontuzjami (Worthy, Scott) - tyle, że dopadły je dopiero wówczas
                        kiedy Bulls prowadzili już 3-1 w serii (możliwy był więc jedynie mniejszy
                        wymiar kary dla Jeziorowców).

                        Można więc z całą odpowiedzialnością rzec, że ten pojedynek bezwględnie
                        rozstrzyga prymat jednego z tych graczy nad drugim.


                        ROBERTSON

                        BIg O nie zawsze na drodze do mistrzostwa stawali Celtics. Przypomnę, że jego
                        Cinncinatti aż 3-krotnie nie awansowali do PO a 2 razy odpadli w tych
                        rozgrywkach z niżej rozstawioną drużyną. Poza tym co do porażek z Celtics to
                        np. trudno wyjasnić klęske 1-4 w 1964 roku kiedy to Royals w regural byli drugą
                        najlepszą drużyną (a Robertson MVP) - sam fakt przegranej rozumiem, ale dziwi
                        mnie jej aż tak wysoki stosunek. Poza tym zauważ, że zwykle (zawsze?) Big O
                        miał gorsze statystyki w PO niż w regural - trochę zastanawiające, zważywszy,
                        że ci najwięksi szczyt formy osiągają zazwyczaj w rozgrywkach posezonowych.
                        Dziwi mnie więc, że tak łatwo usprawiedliwiłeś fakty wczesnego odpadania
                        drużyny Robertsona w PO. Jak dla mnie aż nadto widoczne jest, że nie miał on
                        charakteru zwycięzcy porównywalnego z Jordanem. Wyobrażasz sobie MJa poza PO
                        albo zaliczającego wpadkę w tych rozgrywkach z niżej rozstawionym zespołem?
                        Zresztą przypominam, że Jordan po raz pierwszy wybił się w play-off wygranymi
                        seriami z faworyzowanymi Cavs - to najlepiej ukazuje, że potrafił prowadzić
                        zespół do sukcesów nie mając zbyt dużej pomocy od kolegów z drużyny.


                        CHAMBERLEIN:

                        1. Odnośnie jego kosmicznych statystyk - Wilt przed przyjściem do ligi trenował
                        pół-zawodowo kulturytykę bądź lekkoatletykę (czy coś w tym stylu), poza tym
                        jego przeciwnicy ustępowali mu warunkami fizycznymi (a jak ktoś mu dorównywał
                        pod tym względem to był raczej cieńki w sensie stricto koszykarskim) - nic więc
                        dziwnego, że dominował [był mężczyzną pośród chłopców - jak ktoś to trafnie
                        określił]. Poza tym obrona (szczególnie zespołowa) stała wtedy na bardzo niskim
                        poziomie ewolucji. Żeby była jasność - zdaje sobie sprawę, że osiągnięcia
                        Szczudła wynikają w dużym stopniu z jego talentu ale nie można nie zauważać
                        okoliczności w jakich grał i produkował te swoje cyferki.

                        2. Dalej - moje źródło wyraźnie sugeruje, że w latach 1969 czy 1970 Lakers z
                        Wiltem na pokładzie byli POWSZECHNIE uważani za faworytów do mistrzostwa i te
                        POWSZECHNE oczekiwania zawiedli czy ci się to podoba czy nie.

                        3. Piszesz też, że Wilt z pewnością miałby wyższą śrędnią PPG z kariery gdyby
                        nie to, że "dobrowolnie w CAŁEJ DRUGIEJ POŁOWIE kariery postanowił skupić się
                        bardziej na defensywie". Równie dobrze ja mogę napisać, że gdyby nie poniższe
                        kwestie MJ byłby zdecydowanym liderem klasyfikacji strzelców:
                        * Jordan stracił praktycznie cały sezon 1985/86 - będąc zdrowym miał szansę
                        osiągnąć średnią w granicach 35ppg za regural
                        * wrócił do ligi w 1995 roku jako 32 latek i przez kolejne 3 lata sukcesywnie
                        zmniejszał (z racji wieku) swoją średnią PPG z kariery
                        * wrócił do ligi w 2001 roku jako 38 latek i przez kolejne 2 lata sukcesywnie
                        zmniejszał (z racji wieku) swoją średnią PPG z kariery
                        * MJ grał w latach kiedy ofensywa z roku na rok traciła na znaczeniu na rzecz
                        obrony - w czasach Wilta nie przykładano się natomiast zbyt szczególnie do
                        defensywy (i nie zmienia tego nawet obecność takich tuzów obrony jak Russel).

                        Aha, jeszcze jedno - jak dla mnie argumentów typu: "zrezygnował z
                        czegoś", "usunął się w cień" (dobrowolnie lub na polecnie trenera) itp. nie
                        można rozpatrywać w katagoriach pozytywnych w dyskusji o najlepszych graczach
                        wszechczasów. Wykazują bowiem one jednoznacznie, że obecność danego gracza na
                        pierwszym planie przynosiło drużynie więcej szkód niż korzyści.

                        4. Odnośnie clutchness - jest wielu graczy podkoszowych, którzy w końcówkach
                        potrafili brać sprawy w swoje ręce - chociażby Ewing, Hakeem, Mailman, Barkley,
                        od biedy nawet Duncan czy KG więc argument, że jest to wyłącznie katagoria
                        dla "małych" jest raczej mało trafny. Zresztą bynajmniej nie chodziło mi
                        wyłącznie o rzucanie game-winnerów z 7 metrów po podwojeniu na sekunde przed
                        końcem meczu - miałem na myśli po prostu poprowadzenie zespołu do wygranej w
                        najważniejszych momentach spotkania lub ogólnie - w najważniejszym meczu danej
                        serii (nie koniecznie siódmym) czyli mówiąc inaczej - o postawienie "kropki nad
                        i" co Wiltowi nie często się udawało.


                        BULLS A TEAMY Z LAT 80'

                        ) przereklamowani Bulls ustępowali i Lakers, i Celtics, i Sixers, i Pistons –
                        )wszystkim największym składom lat 80. (nawet P. ) Jackson przyznał, że Chicago
                        )nie miało tak głębokiego składu jak
                        ) dawniejsze zespoły, a Rodman – że w latach 80. nie byłoby mowy o tych 72
                        )zwycięstwach – argumencie niemiłosiernie ) nadużywanym jako dowód wyższości
                        )Bulls).

                        Głębokość składu nie równa się sile drużyny - gdyby było inaczej, to przez
                        ostatnie 3 lata ligą
                        • Gość: toms w uzupelnieniu wypowiedzi grega IP: *.aster.pl / *.aster.pl 24.09.04, 22:51
                          1) jezeli chodzi o Russela to strasznie podoba mi sie pisanie jaki to on super
                          defensor byl w czasach gdy druzyny zdobywaly srednio po 110 - 120 pkt w meczu !
                          a wynik meczu 140-130 nie byl zadnym wyjatkiem
                          pisanie o defensywie w takim przypadku to smiech na sali
                          Russel po prostu cokolwiek bronil w czasach kiedy obrony praktycznie nie bylo i
                          dlatego uwazany jest za giganta obrony
                          Jezeli on byl takim geniuszem obrony pozwalajac przeciwnikom regularnie rzucac
                          ponad 100 pkt to jak okreslic defensywe obecnych Detroit?
                          To samo odtyczy sie super "defensywy" Chamberlaina ktory warunkami fizycznymi
                          wyprzedzil wspolczesnych mu zawodnikow o 30 lat ...

                          2) Druga sprawa to podoba mi sie pisanie o kompletnosci gracza ktory musi
                          rezygnowac z jednej rzeczy na rzecz drugiej
                          Rzeczywiscie swietna wszechstronnosc i taki Jordan ktory zdobyl tytul
                          najlepszego obroncy i strzelca w jednoczenie w tym samym sezonie to sie nie
                          umywa prawda ?

                          3) Trzecia sprawa to to ze Jordan w palyoff gral lepiej niz w sezonie
                          zasadniczym a w finalach po prostu szalal (sezon srednia 30,1; playoff srednia
                          33,4 !)
                          im trudniejsze mecze tym Jordan gral lepiej
                          a nie da sie tego powiedziec np o Chamberlanie ktory w playoff gral ewidentnie
                          gorzej niz w sezonie (sezon srednia 30,07, playof srednia 22,5 ! , nawet w
                          pierwszych 7 latach Chamberlain odnotowal gorsza srednia niz Jordan w playoff
                          32,9 !)
                          Po prostu Chamberlain mogl sobie rzucac 100, 200 i 300 pkt w meczach ale jak
                          przychodzilo do walki o tytuł mistrzowski to jakos popisy punktowe Chamberlaina
                          nie dosc ze byly duzo gorsze to jego druzynie nie pomagaly
                          czego nie mozna powiedziec o Jordanie ktory im wyzsza byla stawka tym wiecej
                          rzucal i ... wygrywal

                      • greg86 Do Wilta część druga 21.09.04, 20:27
                        BULLS A TEAMY Z LAT 80'

                        < przereklamowani Bulls ustępowali i Lakers, i Celtics, i Sixers, i Pistons –
                        >wszystkim największym składom lat 80. (nawet < P. Jackson przyznał, że Chicago
                        >nie miało tak głębokiego składu jak
                        < dawniejsze zespoły, a Rodman – że w latach 80. nie byłoby mowy o tych 72
                        >zwycięstwach – argumencie niemiłosiernie > < nadużywanym jako dowód wyższości
                        >Bulls).

                        Głębokość składu nie równa się sile drużyny - gdyby było inaczej, to przez
                        ostatnie 3 lata ligą rządziliby Kings a wcześniej Blazers. Tacy Pistons z lat
                        1989-90 (czyli okresu w którym zdobyli 2 tytuły mistrzowskie) nie byli wcale
                        silniejsi niż Bulls z większości mistrzowskich sezonów w latach 90-tych. Żeby
                        dojść do tego typu wniosku nie trzeba wcale posuwać się wcale do daleko
                        posuniętego gdybania - wystarczy logiczna interpetacja kilku podstawowych
                        faktów.

                        1. Bulls w roku 1989 przegrali z DP 2-4 w ECF.
                        2. Rok później polegli już tylko 3-4 w tej samej fazie PO co rok wcześniej (z
                        tym że w siódmym meczu duże kłopoty ze zdrowiem miał Pippen).

                        Obserwatorzy tamtych serii byli raczej zgodni, że do wygranej zabrakło wtedy
                        Bykom przede wszystkim:
                        1. Po części umiejętności - Pip i Grant byli co najmniej o klasę gorsi niż w
                        latach mistrzowskich, Jordan natomiast miał wtedy kłopoty z jumperkiem - musiał
                        więc pchać się pod kosz gdzie Pistons stosowali tkzw. ukrytą strefę.
                        2. Doświadczenia - całego zespołu, a także pojedyńczych zawodników -
                        szczególnie Granta i Pipa dla których były to początki kariery w lidze.
                        3. Twardości - aby przeciwstawić się agresywnej grze Tłoków Byki potrzebne były
                        rogi a te posiadał praktycznie tylko Jordan.
                        4. Taktyki - w 1989 roku Bulls trenował jeszcze Collins - który aż nazbyt
                        polegał na Jordanie; z kolei rok później Phil dopiero debiutował jako coach a
                        trójkąty generalnie raczkowały.

                        Przykładowo w roku 1992 skład Bulls był praktycznie pozbawiony wspomnianych
                        wyżej słabych punktów.
                        1. Pippen był już graczem ASG i dostał nominację do Third NBA Team na koniec
                        sezonu, Grant osiągnął status czołowego PF w lidze a Jordan potrafił siekać
                        jumperka za jumperkiem.
                        2. Pippen i Grant wkraczali już w swój 5 sezon, Jordan w siódmy a i ogólnie
                        cały zespół był już zaprawiony w bojach.
                        3. Bulls zachartowali się w bojach z Pistons a póżniej z Knicks stając się
                        jednym z najtwardszych zespołów w lidze.
                        4. Triangle offense opanowane niemal do perfekcji, do tego Jax z większym
                        doświadczeniem.

                        Czy biorąc pod uwagę powyższe uważasz iż Bulls (z chociażby wspomnianego 1992
                        roku ale także z lat 1991, 1993, 1996 i 1997) nie powalczyliby o wygraną z
                        Pistons z lat 1989-90? To samo pytanie można odnieść do innych wielkich
                        zespołów lat 80-tych (Celtics Birda czy Lakers Magica i Kareema - wspomniani
                        Pistons z nimi przecież wygrywali).

                        Argument co do głębokości składu jest rzeczywiście trafny ale napewno nie
                        decydujący - Byki tą niekorzystną różnicę zniwelowaliby obroną (tylko Pistons
                        mogliby się z nimi równać pod tym względem) i taktyką (nie widzę konkurencji
                        dla triangle offense). Do tego dochodzi geniusz Jordana i jego skutecznośc
                        mobilizacji na najważniejsze mecze i starcia z największymi przeciwnikami.
                        • Gość: toms Średnia Jordana 30,12 średnia Wilta 30,07 IP: *.aster.pl / *.aster.pl 23.09.04, 23:01
                          wiec Chamberlain ma średnią 30,1 jak mu zaokraglimy ją w górę !
                          szkoda ze trzeba Wiltowi dodawac punkty aby byl na rowni z Jordanem ktory gral
                          w wieku 40 lat...
                          • Gość: L22W-wa Re: Średnia Jordana 30,12 średnia Wilta 30,07 IP: *.acn.waw.pl 24.09.04, 14:10
                            Doprawdy wielka szkoda. Nie wiem co mam zrobić. Chyba popełnię harakiri.

                            PS.Szkoda, że Jordanowi zaokrągla się brzuszek :)
                            • Gość: toms Re: Średnia Jordana 30,12 średnia Wilta 30,07 IP: *.aster.pl / *.aster.pl 24.09.04, 22:06
                              IMO zaokraglanie średnich punktow w gore to bzdura
                              bo to tak jakby graczowi dodawac punkty ktorych nigdy nie rzucil
                              • Gość: L22w-wa Re: Średnia Jordana 30,12 średnia Wilta 30,07 IP: *.acn.waw.pl 27.09.04, 01:39
                                Czy zmierzasz do tego, że różnica 0.05 punktu decyduje o wyższości MJ nas WC?
                          • Gość: Wilt Re: Średnia Jordana 30,12 średnia Wilta 30,07 IP: 62.29.137.* 30.09.04, 12:46
                            Oczywiście na nazwisko MJ i toms się przebudził z przedwczesnego snu zimowego.
                            Szkoda, że: po pierwsze, i tak Wilt i Jordan są na oficjalnej liście ex aequo
                            na 1. miejscu; po drugie, sugerowanie, że MJ zdobywał swoje punkty w
                            trudniejszych warunkach zakrawa na bezczelność w zestawieniu z wszystkimi
                            okolicznościami na korzyść Wilta o których wiele razy już pisałem, i które na
                            tym wątku powtarzam jeszcze raz. Po trzecie, Jordan ze swoją niższą
                            skutecznością dla tej minimalnie wyższej średniej potrzebował oddawać więcej
                            rzutów; gdyby bardziej skuteczny Chamberlain oddawał ich zaledwie tyle samo,
                            już to wystarczyłoby do bycia lepszym. Ale ty jesteś zdania, że tylko średnia
                            ppg się liczy, stąd pewnie atak wolałbyś oprzeć na Iversonie niż Shaqu na
                            podstawie tego, że ten pierwszy zdobywał w ostatnich latach więcej punktów – ja
                            natomiast dziwnym trafem wolałbym mieć Shaqa od AI i Wilta od MJ. Niech żyje
                            jednak wielki Jordan, nr 1 w ataku; człowiek, który przegrałby ładnych parę
                            tytułów króla strzelców nawet z McGradym i Iversonem, podczas gdy Chamberlain
                            wygrywał swoje z Baylorem, Robesttonem, Westem… Ale nie będę ci więcej osobno
                            odpowiadał; i tak nie zrozumiesz czy nie zapamiętasz, a wszystkie istotne
                            kwestie już poruszam w postach do innych.
                        • Gość: Wilt Russell i Magic IP: 62.29.137.* 30.09.04, 12:48
                          No, widzę, że dyskusja się rozkręca: fajnie. Na początek proszę Cię o czytanie
                          również innych moich postów na wątku, bo trudno mi powtarzać całą argumentację
                          w stosunku do każdego z wypowiadających się tu Jordan – lovers ;-). Co do
                          polemiki konkretnie z Tobą:

                          1) Russell: kompletność gracza też jest ważna, ale nie przesądza o wszystkim.
                          Już w czasie mistrzowskiej trylogii Lakers Garnett był bardziej „kompletny” od
                          Shaqa, ale mało kto poza radykalnymi fanami Wolves powiedziałby, że był od
                          niego wartościowszy. Tymczasem w/g Twojej formuły byłby; między nimi dwoma
                          O’Neal miał mniejszą przewagę w ataku niż KG w obronie. Mnie, powtarzam, do
                          stawiania Russella na równi z MJ wystarczy fakt, że osiągnął najwięcej
                          zespołowo i był najlepszym graczem defensywnym (tym bardziej, że nie sądzę,
                          żeby Jordan był najlepszym graczem ofensywnym – Russ w swojej specjalności
                          dokonał więc więcej). Co do wątpliwości, czy był najlepszym Celtem swego czasu,
                          pierwsze słyszę; panuje ogólna opinia, że był najważniejszy w drużynie
                          praktycznie od momentu rozpoczęcia kariery w 1956 (wprawdzie MVP sezonu został
                          Cousy, bo Bill z powodu olimpiady opuścił znaczną jego część, ale już w
                          Finałach nie było wątpliwości, kto jest liderem) do jej zakończenia w 1969.
                          Tylko w 1969 można by się zastanawiać, czy wprowadzonego właśnie MVP Finałów
                          nie powinien dostać Havlicek – ale i tak dostał je West, jako jedyny w historii
                          reprezentant przegranych. A zatem gdyby tę nagrodę przyznawano odpowiednio
                          wcześniej, Russell miałby 10 MVP Finałów! Chciałbym zobaczyć kogoś, kto pobiłby
                          ten rekord, jak również podobny w odniesieniu do DPOY, które gdyby wtedy
                          istniało, zdobyłby je… aż strach pomyśleć; 6 razy? 8? A ile miałby career
                          blocks? Pewnie mniej tylko niż Wilt, co do którego widziałem próbę oceny, że
                          byłoby ich z 7,5 tysiąca! Podczas gdy na oficjalnych listach króluje Hakeem z
                          mniej niż 4 tysiącami…

                          2) Magic: tu odniosę się także do innych graczy, w szczególności Russella, bo z
                          Twoich wypowiedzi wynika, że uważasz zdobywanie punktów za najważniejszą część
                          koszykówki, a więc ważniejszą zarówno od podań – specjalności Magica, jak i
                          zbiórek i defensywy – domeny Russa. Nie zgadzam się z tym, dla mnie atak i
                          obrona są teoretycznie podobnie ważne (choć są i liczni zwolennicy wyższości
                          obrony: „Offense wins games, defense wins championships”), natomiast w praktyce
                          defensywa i zbiórki bywają nawet cenniejsze, bo trudniej niż dobrego strzelca
                          czy strzelców znaleźć dobrego defensora czy zbierającego. Także dobrego
                          playmakera – a więc za cenniejsze można uznać też rozgrywanie i podawanie.
                          Graczy ze średnimi rzędu 30 ppg było w historii ładnych paru, a ilu było
                          zawodników z 20 rpg czy 10 apg? Znacznie mniej. I to też trzeba mieć na uwadze
                          przy porównywaniu MJ z Russellem, Wiltem, Robertsonem, Magicem.

                          Drużyna: pozostaję przy swoim zdaniu, że wyższy poziom konkurencji przesądza o
                          większym znaczeniu sukcesów Magica. Ale nawet nie zgadzając się z tym samo
                          istnienie tego wyższego poziomu uznajesz. Jak możesz czynić więc zarzut z tego,
                          że Kareem i Worthy stanowili dla Magica większą pomoc niż Pippen dla Jordana?
                          Przecież ten wyższy poziom musiał skądś wypływać – właśnie z tego, że w
                          czołowych drużynach było więcej zawodników zdolnych zadecydować o losach meczu,
                          co nie znaczy, że byli przez to rozpatrywani z osobna gorsi. Nie jest żadną
                          ujmą dla Magica, że dysponował lepszą drużyną niż Jordan, szczególnie że musiał
                          ją mieć, żeby walczyć z innymi teamami, również silniejszymi od Bulls. Większe
                          wyrównanie składu Lakers czy Celtics z tego okresu może mieć znaczenie dla
                          oceny na potrzeby tej polemiki, ale – przeciwnie niż sądzisz - pozytywne,
                          ponieważ gdyby wszystkie te zespoły były na niższym poziomie (np., jedni
                          graliby bez Worthy’ego, a drudzy bez McHale’a), sukcesy drużynowe na papierze
                          mogłyby pozostać takie same, ale liderzy odnotowaliby lepsze statystyki
                          indywidualne. O asystach Magica już pisałem – z kolei chyba dla nikogo nie
                          ulega wątpliwości, że Bird zdobyłby ładnych parę tytułów króla strzelców
                          (przewyższał potencjałem w ataku nie tylko Dantleya, Wilkinsa, Englisha, ale i
                          Gervina, a moim zdaniem dorównywał MJ), gdyby nie to, że nieegoistycznie
                          dzielił się piłką w zbilansowanym ataku Bostonu. Itd., itp.
                          Finały 1991: tu parę ważnych sprostowań. Sądzę, że Magic był wtedy odleglejszy
                          od szczytu swoich możliwości niż Jordan. Jego najlepszy sezon pod względem
                          jednocześnie indywidualnym i drużynowym to 1986/87, podczas gdy MJ – a –
                          1991/92, jak sam przyznajesz, czyli już następny po omawianym. MVP sezonu dla
                          Magica w 1989-90 mogą zaciemnić nieco ten obraz, ale tak naprawdę był on wtedy
                          słabszy niż w latach 1984 – 87, natomiast był już bezapelacyjnym liderem
                          drużyny, w tym w ataku, i głosy nie rozbijały się między niego a Kareema. Ale
                          nawet gdybyśmy uznali inaczej, parę fundamentalnych różnic. Po pierwsze,
                          kontuzje graczy Lakers; zgadzam się, że i bez nich najprawdopodobniej
                          przegraliby, ale wtedy i drużyna, i sam Magic, o którego indywidualnym
                          pojedynku z Jordanem tu mówimy, osiągnęliby lepsze statystycznie rezultaty.
                          Po drugie, ogromne osłabienie kadrowe LAL w porównaniu z latami 80. Nie było
                          już, jak sam wspominasz, Kareema i Coopera, a także – przypominam, Rileya,
                          zastąpionego przez znacznie słabszego Dunleavy’ego. Przechodzisz nad tym do
                          porządku dziennego, jakby były to niewiele znaczące zmiany. Tymczasem, nawet
                          biorąc pod uwagę mniejszą głębię składu Bulls i w związku z tym większe
                          znaczenie dla nich każdej zmiany, można to porównać co najmniej do sytuacji, w
                          której z Chicago w 1998 odszedłby tylko Pippen, a reszta bez niego próbowałaby
                          radzić sobie z zespołami nowej generacji, Spurs czy Lakers. Chciałbym wtedy
                          zobaczyć, czy w ogóle doszliby wtedy do Finałów; nie mówiąc o tym, jakby tam
                          sobie radziła i cała drużyna, i MJ osobiście. Dla rywalizacji Magic – Jordan w
                          1991 szczególne znaczenie miała zresztą nieobecność Coopa; w rezultacie MJ nie
                          krył żaden elitarny perimeter defender, podczas gdy Magica krył co najmniej 1
                          takowy – Pippen lub Jordan, a czasem obu naraz! Nie dziwota więc, że to gracz
                          Chicago miał wyraźną przewagę statystyczną.
                          Po trzecie, jesteś zdania, że nawet osłabieni Lakers byli kadrowo porównywalni
                          z Bulls. Tu nb. chciałbym, żebyś wyciągnął praktyczne wnioski z własnych słów;
                          skoro LAL’91 mogli równać się z Bulls, czy nie znaczy to, że wyraźnie silniejsi
                          LAL’87 byli od tych Bulls ewidentnie lepsi? ;-) Ale wracając do 1991, to też
                          nie do końca prawda; same nazwiska nie graja (inaczej moi Lakers poszliby w
                          ostatnim sezonie 82 - 0… :-( ). Każda drużyna, w której wystepują Magic i
                          Worthy, musi budzić pewien szacunek, ale spójrzmy prawdzie w oczy i
                          przypomnijmy historię: Lakersi ery tzw.”Lake Show” byli teamem „over the hill”,
                          uważanym nie za głównego pretendenta nie tylko do mistrzostwa, ale nawet do
                          Finałów. Przypomnijmy kolejność najsilniejszych na początku sezonu 90/91; na
                          początku Pistons jako aktualni (choć zauważalnie starzejący się) mistrzowie,
                          potem Bulls i Blazers – najmocniejszy zespół Zachodu, finaliści z 1990 (za
                          Bulls, ponieważ w ich korespondencyjnym pojedynku przeciw Pistons tamci byli
                          lepsi, przegrywając w 7, a nie 5 meczach), i dopiero potem można by rozważać
                          Los Angeles jako 4. zespół ligi i 2. Zachodu, jednak z silną konkurencją w
                          postaci Celtics czy Spurs. W czasie sezonu Jordan zdobył MVP, a Chicago
                          osiągnęło najlepszy wynik na Wschodzie (i drugi w lidze, za Portland, grającymi
                          jednak na wówczas łatwiejszym Zachodzie), jak burza przeszło też przez
                          trudniejsze wschodnie playoffs i w Finałach nawet przeciw Blazers byłoby
                          zdecydowanym faworytem. Tymczasem stanęło przeciwko Lakers, którz
                          • Gość: Wilt Magic cz. 2 i Robertson IP: 62.29.137.* 30.09.04, 12:49
                            Tymczasem stanęło przeciwko Lakers, którzy nieoczekiwanie pokonało Portland,
                            mimo klubowego rekordu zwycięstw tamtych, i znalazło się w Finałach jako czarny
                            koń. Czy trzeba dodawać, kto w tej rywalizacji był faworytem? I jak można się
                            dziwić, że Lakersi ulegli Bulls 1-4, skoro przedtem mający lepszy skład (co
                            prawda poważniej osłabieni kontuzjami), mistrzowscy Pistons zostali pokonani do
                            zera? Należy raczej gratulować Magicowi i Lakersom tego, że mimo ich czas już
                            minął, byli w stanie jeszcze raz powalczyć o najwyższą stawkę, niż krytykować
                            ich za to, że w tej walce nie wypadli wystarczająco dobrze.
                            Po czwarte, nawet mimo wszystkich wymienionych przeze mnie okoliczności, trudno
                            powiedzieć, że Magic wypadł słabo – 18,6 ppg, 12,4 apg, 8,0 rpg – rekord 5 –
                            meczowych Finałów w asystach – back to back triple doubles! Teraz przypomnij
                            sobie wyniki Jordana w Finałach’96, które są najlepsze do porównań z
                            Earvinem’91 z 2 przyczyn: MJ był wtedy na podobnym etapie kariery (choć był, w
                            przeciwieństwie do tamtego, aktualnym MVP) i również grał przeciw elitarnemu
                            defensorowi obwodowemu, w postaci Paytona (chociaż Seattle przynajmniej nie
                            miało takich dwu, jak Bulls mieli Pippena i samego MJ, więc Jordan miał
                            łatwiej). Był to nb. jedyny tak dobry w obronie przeciwnik gwiazdora Byków w
                            Finałach i 1 z 2, obok Dumarsa, z czasów kiedy tamten w ogóle liczył się przy
                            rywalizacji o tytuł, co też daje do myślenia w porównaniu z Magicem i Birdem,
                            zmuszonym w walce o mistrzostwo na okrągło stawać przeciw Dennisowi Johnsonowi
                            albo Cooperowi, Bobby Jonesowi czy Dumarsowi. I właśnie w 1996 „Air” wyciągnął
                            27,2 ppg, 5,3 rpg i 4,2 apg; raczej gorzej od Magica 5 lat wcześniej, prawda?
                            Tylko zespół miał silniejszy od przeciwnika, a nie słabszy, z przewagą
                            parkietu, a nie bez niej, nie trafiły się też kontuzje (trafiły się za to w
                            Sonics – McMillian), i dlatego wygrał. Więc nie rozpędzaj się za bardzo z tą
                            wyższością MJ w playoffs, a Finały’91 NICZEGO tu nie przesądziły, oprócz
                            mistrzostwa w tym konkretnym sezonie.

                            3) Robertson: przy nim z kolei poruszę temat odnoszący się do wszystkich
                            wielkich koszykarzy lat 60.; choć staram się Ci wskazać jak jedno się łączy z
                            drugim, wciąż nie widzisz lasu spoza drzew. Jako założenie trzeba przyjąć parę
                            faktów: z 1. strony konkurencja była większa niż w latach 90., bo więcej było
                            wielkich graczy (jeśli się z tym nie zgadzasz, to napisz, ale nie pomijaj tego
                            milczeniem; choć trudno będzie Ci odeprzeć fakt, jak wielu zawodników
                            aspirujących do miana GOAT pochodzi z tego okresu, podczas gdy z minionej
                            dekady – tylko Jordan), a w związku z mniejszą liczbą drużyn talent w nich był
                            bardziej zagęszczony. Z drugiej strony jednak, w przeciwieństwie nie tylko do
                            lat 80. (najbardziej wyrównanych i w związku z tym zespołowo najciekawszych),
                            ale nawet 90., kiedy Bulls dominowali, ale nie byli o klasę wyżej niż
                            pozostali, omawiany wcześniejszy okres charakteryzował się prostym
                            rozróżnieniem: Celtics – i potem cała reszta. W 2003 r. wielu fanów mówiło, że
                            zgromadzenie w Lakers Big Four jest nieuczciwe w stosunku do reszty ligi,
                            mogącej walczyć najwyżej o 2. miejsce; tymczasem nawet gdyby wszyscy byli
                            zdrowi przez cały sezon, nasza dominacja kadrowa byłaby niczym w porównaniu z
                            tą, jaką wtedy dysponowali Celtics – co zresztą musisz sam dostrzegać, pisząc,
                            jak ułatwiało to zadanie Russellowi! Jaki sens ma w związku z tym wyliczanie
                            każdej porażki ówczesnych zawodników grających poza Bostonem? Przecież wiadomo,
                            że wszyscy nie mogli grać w Finałach (szczególnie jeśli byli w tej samej
                            dywizji), bo eliminowali się nawzajem – a ci, którzy do tych Finałów doszli,
                            musieli walczyć przeciw znacznie potężniejszym Celtics. Ale poziom rywalizacji
                            jest wszystkim (inaczej można by dojść do wniosku, że 10 tytułów w lidze
                            polskiej jest więcej warte niż 1 w NBA) i w związku z tym dla mnie więcej mówi
                            o klasie koszykarza doprowadzenie do 7. meczu i pechowe przegranie tylko 1
                            koszem z nieporównanie silniejszym Bostonem, co potrafili osiagnąć Baylor z
                            Westem w Lakers czy Wilt w Warriors i Sixers, niż wygrywanie w 6 meczach z
                            wyraźnie słabszymi Portland czy Seattle – przeciwnikami „superzespołów”
                            Jordana. Warto też wspomnieć, że przeciw o klasę silniejszym rywalom jak
                            Celtics gra się w playoffs znacznie trudniej, bo cała ich obrona koncentruje
                            się na liderze przeciwnika, co jest 1 z przyczyn słabszych średnich życiowych w
                            playoffs Oscara (Jordan też zdaje się wyciągał słabiej przeciw Pistons, choć
                            ta różnica klas drużyn była tu mniejsza!). Drugą przyczyną jest fakt, że dalej
                            zachodził i stosunkowo więcej meczów Big O rozegrał w playoffs w drugim okresie
                            kariery, grając w Bucks drugie skrzypce wobec pierwszego partnera -
                            supergwiazdora, którego miał w swoim zespole – młodszego od siebie Kareema. To
                            samo i nawet w większym stopniu zachodzi w przypadku Wilta: więcej meczów w
                            playoffs zaliczył w drugiej połowie kariery, gdy ograniczał się w ataku.

                            Tak więc nie ma co przesadzać z odpadnięciami w playoffs Robertsona, czy to
                            przeciw silniejszym Celtics czy przeciw porównywalnym z Royals innym teamom (o
                            ewidentnych słabeuszy było wówczas trudno). W 1964 Cincinnati przegrało 1:4 z
                            Bostonem, ale po pierwsze, chyba nieprzypadkowo wybrałeś tylko mniej korzystny
                            przypadek, bo np. w 1963 było 3:4, a po drugie, równie dobrze ja mógłbym się
                            zapytać, dlaczego Jordan dostawał 0:3 z Bostonem, czy 1:4 z Pistons? Zaręczam,
                            że w pierwszym przypadku powodów było nie mniej niż w drugim. Również nie ma co
                            przesadzać z niekwalifikowaniem się Big 0 do rozgrywek posezonowych: a) tu też
                            działa argument silniejszej konkurencji; b) najsłabszy wtedy wynik Royals to 33
                            zwycięstwa w debiutanckim sezonie Oscara - tymczasem Bulls (nie licząc
                            zaznaczonego kontuzją sezonu 85/86 - 30) też byli najsłabsi za debiutu Jordana -
                            38. Tyle że wobec tej silniejszej konkurencji to pierwsze trzydzieści parę
                            należy uznać za wartościowsze, a poza tym Robertson w rookie year bardziej
                            poprawił bilans swojej drużyny – o 14 zwycięstw, podczas gdy Jordan o 11.
                            Chyba nie porównujesz na serio Cavs do Celtics czy choćby Sixers lub Warriors z
                            lat 60.? To był obiecujący młody zespół, ale nie przesadzajmy, że w 1989 był
                            znacząco lepszy od Bulls, grających już przecież całą późniejszą mistrzowską
                            piątką oprócz Armstronga (który i tak nie był żelaznym starterem). W efekcie
                            Cleveland miało przewagę na PG i C i lekką na PF, a Chicago oczywiście dużą na
                            SG i SF. Cavs mieli lepszy bilans, i coacha, ale nie dzieliła ich od Chicago
                            różnica uprawniająca, by zwycięstwo nad nimi choćby porównywać z możliwością
                            zwycięstw nad składami Chamberlaina czy Russella (szczególnie wobec dziwnej
                            manii Wilkensa niepodwajania najgroźniejszego zawodnika przeciwnika, która
                            kosztowała go nie tylko tamtą serię w 1989, ale też serię z Philą przeciw
                            Toronto 12 lat później; wtedy niepodwajany Iverson też kosił). Szczególnie, że
                            gdy różnica klas nie jest za duża, decydują gwiazdy – a nie ulega wątpliwości,
                            że Jordan już wtedy był większym nazwiskiem niż ktokolwiek z Cleveland.
                            A jeśli szukasz drużyn MJ, które nie awansowały do playoffs, nie musisz szukać
                            długo: Wizards w 2002 i 2003, całkiem niedawno, więc powinieneś pamiętać. Wtedy
                            rozkład sił na Wschodzie był inny i w przeciwienstwie do początków kariery
                            Jordana trzydzieści parę zwycięstw nie wystarczyło do awansu. Z kolei pytasz o
                            słabszych przeciwników, z którymi Twój best ever przegrywał; Wizards wtedy
                            mieli raczej silniejszy skład od awansujących do playoffs bucks czy Magic,
                            nieprawdaż?

                            Przypominam też, że – choć oczywiście NBA jest najważniejsza – jakieś znaczenie
                            dla oceny całej kariery musi mieć również dominacja Big O w szkole średniej i w
                            lidze uniwersyteckiej. Na obu tych etapach MJ
                            • Gość: Wilt Robertson cz. 2 i Chamberlain cz. 1 IP: 62.29.137.* 30.09.04, 12:50
                              Przypominam też, że – choć oczywiście NBA jest najważniejsza – jakieś znaczenie
                              dla oceny całej kariery musi mieć również dominacja Big O w szkole średniej i w
                              lidze uniwersyteckiej. Na obu tych etapach MJ nie jest nawet w czołówce,
                              tymczasem Robertson jest jednym z paru faworytów do miana najlepszego gracza
                              wszechczasów zarówno w HS, jak i NCAA (osobiście przyznałbym mu ten pierwszy
                              tytuł, drugi pozostawiając Kareemowi).

                              Inne argumenty: patrz część o Wilcie.

                              4) ChamberlAin (to pewnie przypadkowa literówka, ale ja osobiście zaczynam
                              lekko wątpić w autorytatywność sądów o koszykarzu, którego nazwisko się myli ;-
                              )).

                              Najwięcej mitów i nieporozumień odnośnie mojego ulubionego koszykarza odnosi
                              się do kwestii warunków fizycznych. Po kolei:

                              - Istotnie, Wilt bawił się w (BTW nie wiem, co znaczy dziwne określenie „pół-
                              zawodowo”) i w skok wzwyż, i boks, machał ciężarami, a po zakończeniu kariery
                              nawet (tym razem już naprawdę zawodowo) grał w siatkę czy biegał na długie
                              dystanse, tylko nie bardzo rozumiem, jak może to być argument przeciw niemu;
                              przecież to kolejny dowód, jak wspaniałym i uniwersalnym był sportowcem. Ale
                              jeśli to jakimś cudem minus, czy w takim razie minusem dla Jordana przy
                              porównywaniu np. z Magicem jest to, że też bawił się poza koszem w inne sporty
                              (co prawda z gorszym skutkiem niż Wilt); golf i baseball? Byłoby to
                              nieuniknioną konsekwencją Twojego rozumowania.
                              Ale dzięki za łaskawe przyznanie, że osiągnięcia Szczudła wypływają „w znacznym
                              stopniu” z jego talentu. :-)
                              - Pogląd, że zawodnicy z tamtej epoki zauważalnie ustępowali warunkami
                              fizycznymi graczom lat 90., jest po prostu wynikiem niewiedzy. Wzrost?
                              Przeciętny koszykarz z lat 60. był niższy od odpowiednika z czasów MJ o jakieś
                              1,5 cala… OFICJALNIE niższy, bo od połowy lat 70. wzrost mierzy się w butach,
                              co dodaje właśnie 1 – 2 cale. Czyli różnica w praktyce żadna. Do tego pomiarów
                              z reguły nie aktualizowano w czasie kariery, co wpływa na oficjalne pomiary i
                              wzrostu i przede wszystkim wagi, której każdy młody zawodnik w lidze dopiero
                              nabiera. Ci, którzy tego wszystkiego nie wiedzą, dziwią się bardzo, gdy słyszą,
                              że w czasie bezpośrednich spotkań Russell i oficjalnie o 2 cale od niego wyższy
                              Olajuwon okazują się tego samego wzrostu i na oko tej samej wagi; analogicznie
                              tego samego wzrostu są Frazier i Barkley - znów oficjalna różnica 2 cali!

                              - Natomiast realna różnica istniała w przygotowaniu atletycznym i siłowym.
                              Wiadomo: inna epoka. Ale po pierwsze, różnica ta nie ma żadnego znaczenia w
                              ocenie Wilta, z prostego powodu; gdyby jego przeciwnicy mieli dostęp do metod
                              treningu z lat 90., miałby go i on, również dzięki nim się wzmocnił i jego
                              dominacja nad rywalami pozostałaby analogiczna.
                              Po drugie, różnice takie mają jednak znaczenie… żeby było śmieszniej, w ocenie
                              Jordana, za jego to kariery bowiem dokonano przełomu w metodach treningu, co
                              poskutkowało większą siłą i atletyzmem przeciętnych zawodników. Za Chamberlaina
                              za meczów mało kto w czasie meczów fruwał nad koszami, bo uważane to było za
                              nietakt, ale choćby z treningów wiadomo było, że było paru gości w tym
                              świetnych; on sam, Baylor czy Connie Hawkins. Kiedy MJ przychodził do ligi,
                              dunkowano już w czasie meczów, ale znów specjalizowało się w tym tylko paru
                              zawodników; oprócz niego praktycznie tylko Wilkins, Drexler i starzejący się
                              Erving. Potem ewolucja poszła tak daleko, że dziś w każdym zespole jest
                              przynajmniej jeden gośc fruwający nad koszami tak, jak tamci (nie żeby
                              koniecznie był przez to lepszym koszykarzem, ale w każdym razie w tym elemencie
                              jest postęp). Zbiegło się to nieprzypadkowo z lepszym przygotowaniem siłowym
                              graczy, w którym postęp był widoczny na przykładzie samego Jordana, który w
                              pewnym momencie musiał przypakować pod kierownictwem Grovera, żeby dotrzymać
                              kroku zmieniającym się czasom. I ta nowa epoka przyniosła, jak już wspomniałem,
                              nawet pogorszenie się wyników MJ… więc i tej kwestii nie podnosiłbym jako
                              argumentu na jego korzyść.

                              - I właśnie co do Jordana; zauważ, że i do niego da się zastosować argument,
                              że „przeciwnicy ustępowali mu warunkami fizycznymi (a jak ktoś mu dorównywał
                              pod tym względem to był raczej cieńki w sensie stricto koszykarskim)”. Jedynym
                              SG podobnym do niego warunkami i choćby zbliżonym klasą był Drexler. Ale
                              Drexler i tak był kiepski w obronie, w której najlepszymi rywalami MJ byli
                              Dumars i – mimo że PG – Payton. I teraz pytanie za sto punktów; czy czasem
                              różnica fizyczna na korzyść Jordana w porównaniu z tamtymi dwoma nie była
                              analogiczna jak dzieląca Wilta od Russella czy Reeda?
                              Porównanie to ogranicza wprawdzie fakt, że – jak ustaliliśmy – w defensywie
                              gracze podkoszowi, oczywiście wyżsi od Jordana, wpływali i na jego grę; ale
                              taki jest los wszystkich graczy obwodowych, niezależnie od epoki. MJ w każdym
                              razie, dzięki lepszym warunkom fizycznym od rywali z obwodu, miał stosunkowo
                              łatwiej i przeciw zawodnikom spod kosza.
                              - Jednak to jeszcze nie wszystko; dotąd pisałem tak, jakby jedynymi takimi
                              warunkami były wzrost i waga, ale tak przeciez nie jest, mimo opinii większości
                              publiki, zwracającej swoją sympatię łatwiej ku zawodnikom mniejszym; często im
                              mniejszym, tym lepiej, bo łatwiej się z takim identyfikować (kompleks
                              Iversona), z czego wynika np. fakt, że więcej sprzedaje się butów czy koszulek
                              firmowanych przez niskich graczy. Tymczasem czemu mielibyśmy ograniczac się
                              tylko do tych cech; czy szybkość i skoczność nie są tak samo fizycznymi
                              atrybutami koszykarza? Ludzie mówią: to niesprawiedliwe, ze Shaq jest taki
                              wielki, bo łatwiej mu dzięki temu dominować. Tak samo można powiedzieć; to
                              niesprawiedliwe, ze AI jest taki szybki – ale do tego trzeba najpierw pomyśleć,
                              a nie ślepo podążać za stereotypami.
                              A właśnie MJ w szybkości i skoczności celował. Dodając tę przewagę wzrostu i
                              wagi nad większością rywali, mamy obraz, który najlepiej podsumował bodaj
                              Kahn: „Bigger, stronger, quicker – at one point it was unfair to put anyone
                              against him”.
                              Może więc i o Jordanie powinieneś skromnie napisać, że jego osiągnięcia
                              wypływały „w znacznym stopniu z talentu”, a poza tym z warunków fizycznych? ;-)

                              Natomiast jeśli chcesz znaleźć wielkich koszykarzy, którzy odnieśli sukces mimo
                              ogólnie kiepskich atrybutów fizycznych, szukaj wśród takich zawodników jak
                              Stockton czy Bird. Szczególnie przypadek Birda jest tu pouczający; jak ktoś tak
                              słaby atletycznie zdołał zostać jednym z kilku najlepszych koszykarzy
                              wszechczasów?! Chyba bardziej to godne podziwu niż w przypadku wybijającego
                              się fizycznie pod każdym względem Jordana… Tak więc znów Twoja teza okazała się
                              nie argumentem za MJ przeciw Wiltowi, ale przeciw MJ – tym razem na korzyść
                              takich graczy jak Bird.

                              • Gość: Wilt Chamberlain cz. 2 IP: 62.29.137.* 30.09.04, 12:51
                                - Ale przypuśćmy nawet, że miałbyś rację i wielki, zły Wilt zawdzięczał
                                wszystko czy większość swoim warunkom fizycznym, a biedny mały Jordan – tylko
                                talentowi i ciężkiej pracy, bo jego warunki fizyczne w ogóle się nie liczyły.
                                Wtedy mógłbym po prostu zapytać: WHO CARES?! Przeliczanie talentu na kilogram i
                                centymetr koszykarza, zgodnie z w/w sympatią dla niskich graczy, jest
                                interesujące, ale może doprowadzić do wniosku, że the best ever był nie Wilt i
                                nawet nie Jordan, a Iverson czy Nate Archibald… zaraz, a może Muggsy Bogues?
                                Ten to dopiero miał fizycznie najciężej! Ale nawet wtedy powiem; guzik mnie
                                obchodzi, jak sprawiedliwa czy nie była dominacja Wilta, czy brała się ze
                                wzrostu, uprawiania lekkoatletyki czy może napromieniowania kryptonitem (swoją
                                drogą dziwią mnie określenia typu „Most Dominant” stosowane wobec Wilta czy
                                Shaqa a wypływające ze wspomnianej taryfy ulgowej wobe graczy niższych;
                                tymczasem jak można być „Most Dominant” nie będąc „The Best/Most Valuable”?
                                Przecież to się kupy nie trzyma). Ważne, że Szczudło wywierał większy wpływ na
                                grę niż Jordan i w każdych porównywalnych warunkach był bardziej wartościowym
                                zawodnikiem, co udowadniam w tej polemice. I byłoby tak również za czasów MJ,
                                skoro – patrz wyżej – jego dominacja nad rywalami byłaby analogiczna, jeśli
                                chodzi o warunki fizyczne, a nawet większa, jeśli chodzi o umiejętności
                                (Russell)Olajuwon, Reed) Robinson, jeśli chodzi o graczy młodszych od tamtych –
                                Kareem)Shaq, itd.). I o tym należy pamiętać.

                                Co do 1969 i 1970, czy Ci się to podoba, czy nie, merytoryczne argumenty mają
                                większą wartośc niż powoływanie się na jakieś anonimowe źródła. Jak można być
                                prawdziwym faworytem, gdy dysponuje się słabszym składem, a tym bardziej, gdy
                                jeszcze nie ma się przewago własnego parkietu? Do uprzednio przedstawionych
                                kwesti dodam jeszcze jedną: Chamberlain z powodu (jedynej zresztą w karierze)
                                poważnej kontuzji opuścił większość sezonu 69/70, co odbiło się na bilansie
                                Lakers, ich zgraniu i grze samego Wilta – a więc w sumie, i to poważnie, na
                                grze całego zespołu.
                                A zresztą gdyby nawet uznać tu Twoje poglądy, pozostaje pytanie: kiedy to
                                Jordan był faworytem walcząc o mistrzostwo, albo może łatwiej i krócej będzie
                                odpowiedzieć, kiedy faworytem NIE był? Odpowiedź będzie nawet bardzo krótka, bo
                                trudno wskazać choć JEDEN taki przypadek. Nawet w 1993 i 1998, gdy nie miał
                                przewagi parkietu i stosunkowo najwięcej było wątpiących, i tak więcej niż
                                połowa opinii publicznej opowiadała się za zwycięstwem Bulls. I tylko w 1993
                                przeciw Suns można było powiedzieć, że Bulls mieli słabszy skład; tylko że
                                zarżnięty przez dennego trenera, znacznie gorszego od Jaxa (co oczywiście nie
                                dotyczyło przeciwników Wilta, którzy z kolei obok tych lepszych składów i
                                coachów mieli świetnych, lepszych niż Stilt!). A więc przypadki, w których
                                Jordan miał NAJMNIEJSZE szanse na mistrzostwo, można co najwyżej porównywać z
                                przypadkami, kiedy Chamberlain miał na nie szanse NAJWIĘKSZE. Czy jesteś w
                                związku z tym w stanie uczciwie odpowiedzieć, kto z tych dwu był ewidentnie
                                częściej w karierze faworytem do tytułu? Odpowiedź wydaje się oczywista.

                                Z podanych przez Ciebie kwestii wpływających na obniżenie dokonań Jordana mogę
                                uznać tylko sezon z kontuzją i lata w Wizards. Powrót na drugą trylogię też
                                obniżył same jego PPG, ale chyba nie chcesz na serio powiedzieć, że zaszkodził
                                jego karierze. Przeciwnie: gdzie bez tego powrotu byłby choćby argument o jego
                                sukcesach zespołowych w porównaniu każdym z omawianych rywali oprócz Russella?
                                A teraz odpowiedz na pytanie, co bardziej wpływa na średnią punktową: obniżanie
                                jej przez 7 sezonów – połowę kariery Big Dippera, czy 3 sezony – mniej niż
                                jedną czwartą kariery MJ? Warto też zauważyć, że nawet przez te 3 sezony
                                Jordan, w przeciwieństwie do Wilta, nawet z niższą średnią pozostawał pierwszą
                                opcją w ataku; nie mógł wytrzymać nawet w Wizards, chociaż szkodziło to
                                zespołowi. Czyli obniżał swoją średnią i krócej, i w mniejszym stopniu. A i tak
                                mimo to wszystko mają obaj po 30,1 ppg… :-) Argument o wzroście nacisku na
                                defensywę trafia jak kulą w płot z podobnych powodów co ten o warunkach
                                fizycznych; przełom na rzecz obrony dokonał się dopiero za przykładem „Bad
                                Boys” z Detroit – i wtedy owszem, średnie Jordana i innych spadły. Tak więc nie
                                jest to argument za tym, ze MJ nie mógł osiągać wyników Wilta, tylko że
                                współcześne gwiazdy nie mogą osiągać wyników Jordana… ups, osiągają :-) -
                                przynajmniej te z lat 90., mimo że w międzyczasie dokonała się kolejny przełom
                                na rzecz obrony w postaci dopuszczenia strefy, gracze stali się jeszcze
                                bardziej atletyczni, a drużyny nastawione bardziej defensywnie… znasz te
                                wszystkie argumenty, sam ich używałeś, tyle że na korzyść MJ.
                                Wracając do lat 80., były to czasy w sumie co najmniej tak samo ofensywne, a
                                nawet bardziej co lata 60. PPG były niższe niż dwie dekady wcześniej, ale
                                niedużo i tu wklejam fragment innego postu:

                                A może świadectwem słabszego poziomu mają być wyższe średnie punktowe? Nawet
                                pomijając wątpliwą logikę takiego rozumowania (czy w takim razie PLK jest
                                lepsza od NBA?), to – jak już zauważyli calagan czy Łukasz – w latach 80.,
                                czasie największych osiągnięć MJ, zdobywało się tylko o parę procent mniej
                                punktów niż za czasów Wilta! (A jak na pewno pamiętasz, LB, w latach 90.
                                średnie Jordana były już wyraźnie niższe). Mimo to rekordy MJ to 37,1 ppg w
                                sezonie (nie tylko Wilt, również Baylor miał więcej) i 69 pkt. w meczu (tu
                                nawet D. Robinson miał więcej), podczas gdy Szczudła – 50,1 ppg i 100 pkt.
                                Różnica nie kilku, a kilkudziesięciu procent! ‘Nuff said.

                                Ale z kolei defensywa była słabsza niż za czasów Chamberlaina z prostego
                                powodu; mniej w niej było wolno. Ludzie mówili w latach 80. ze zgrozą o „Bad
                                Boys”; za czasów Wilta KAŻDY zespół był Bad Boys i nikt nie robił z tego
                                wielkiej sensacji. Walczono fizycznie na parkiecie w stopniu niewyobrażalnym w
                                80., a tym bardziej dziś, gdy odgwizduje się każde dmuchnięcie na przeciwnika
                                (szczególnie jeśli jest nim gwiazdor; a propos, pamiętasz określenie „Jordan
                                calls”?), mnożono twarde faule (co było tym łatwiejsze, że nie istniała
                                kategoria fauli umyślnych), co prowokowało mniejsze i większe kontuzje. Głównie
                                stąd wyraźnie niższa niż 20 lat później celność z gry; każdy z piłką stawał się
                                celem do faulu.
                                Stąd ogólna równowaga była nawet bardziej przesunięta na korzyść obrony niż w
                                latach 80. A Ty teraz wyobraź sobie, jakby przebiegała kariera Jordana, gdyby
                                przez cały jej czas musiał zmagać się z defensywą w stylu Detroit, gdy w
                                rzeczywistości doświadczał tak ostrej tylko ze strony tego jednego zespołu, i
                                też do czasu, póki liga nie zatroszczyła się o swój główny produkt promocyjny i
                                nie zmieniła przepisów oraz sposobu gwizdania przez sędziów. I porównaj to z
                                warunkami, w jakich grał Chamberlain albo – jeśli będziesz chciał odeprzeć to
                                argumentem, że był on duży, silny itd. – mniejsi gracze; Baylor, West,
                                Robertson. West co najmniej 9 razy miał złamany nos na parkiecie, po czym
                                potrafił jakby nigdy nic wrócić do gry; gdyby ktoś ośmielił się złamać nos MJ,
                                chyba wywalono by go z NBA i przyznano walkower Bulls. Po prostu cieplarniane
                                warunki…

                                Sądzę też, że - łagodnie mówiąc – nie do końca przemyślałeś argument, że jeśli
                                ktoś się ogranicza np. w ppg, to znaczy, że nie ograniczając się wyrządzał
                                szkody zespołowi, a więc w sumie był be. Przecież do absolutnie każdego gracza
                                można zastosować tę tezę, bo każdy grając tylko na siebie będzie właśnie
                                drużynie szkodził! Ograniczają się więc wszyscy, tylko w różnym stopniu,
                                zależnie od potrzeb zespołu i własnej zdolności do takich ograniczeń. Zdolność
                                taką potrafili
                                • Gość: Wilt Chamberlain cz. 3 IP: 62.29.137.* 30.09.04, 12:52
                                  Zdolność taką potrafili zademonstrować w swojej karierze Chamberlain czy Bird,
                                  nieporównywalnie bardziej od Jordana, który ograniczył się tylko trochę w
                                  efekcie trójkątów, nie rezygnując z roli niekwestionowanej pierwszej opcji i
                                  walki o króla strzelców (ale jednak się ograniczył; czyli o nim też powinieneś
                                  powiedzieć, że „szkodził zespołowi”, czyż nie?). Z kolei potrzeby te wystąpiły,
                                  ponieważ zarówno Larry, jak i Wilt musieli w karierze zmagać się z silniejszymi
                                  głębszymi, i bardziej zbilansowanymi drużynami niż MJ, a więc musieli dbać o
                                  to, żeby i ich drużyny grały w sposób bardziej zbilansowany. Jordan znalazł się
                                  w podobnej sytuacji w Wizards, ale tam zawiódł, gdy - mimo że większość
                                  uznawała go za best ever, a może właśnie dlatego – nie potrafił mimo
                                  zrealizowania tylu celów i zabezpieczenia swojego odłożyć do końca na bok
                                  osobistych ambicji, co w połączeniu z innymi jego błędami doprowadziło do
                                  smutnego końca przygody w Waszyngtonie. Dobry przykład: nie było to dawno, więc
                                  powinieneś pamiętać, jak desperacko „Air” starał się kończąc karierę nie spaść
                                  poniżej średniej życiowej PPG Wilta (w internecie prowadzono nawet odliczanie,
                                  czy mu się to uda). Pokazuje to, że po pierwsze, stawianie Jordana jako wzoru
                                  osobowościowego młodym koszykarzom jest z gruntu błędne, bo nawet jako 40 –
                                  latek, uważany za nieomylną skarbnicę doświadczenia i wiedzy koszykarskiej,
                                  wciąż był w stanie przedłożyć osobiste cele nad dobro zespołu. A pod drugie, że
                                  mimo tej opinii większości o byciu GOAT i aplauzu tłumów, może Jordan sam nie
                                  był taki pewien swojej wyższości nad starymi mistrzami, szczególnie Wiltem, i
                                  potrzebował wciąż ją w swoim mniemaniu potwierdzać. :-)

                                  Ponadto, jak już starałem się podkreślić, koszykówka to nie tylko, a nawet nie
                                  przede wszystkim atak, a więc fakt, że Stilt ograniczył się w nim absolutnie
                                  nie znaczy, że przestał być „na pierwszym planie”, jak to ująłeś. Poświęcając
                                  się bardziej zbiórkom i obronie, a w ataku dając więcej pograć innym, a i tak
                                  pozostając 1. opcją, Wilt był oczywiście niekwestionowanym liderem sławnego
                                  mistrzowskiego składu Sixers’67 (nb. w 1980 wybranego zespołem wszechczasów),
                                  prowadząc w nim JEDNOCZEŚNIE w punktach, zbiórkach i asystach (i oczywiście
                                  blokach, tyle że ich oficjalnie nie rejestrowano). A nawet w Lakers, gdzie już
                                  nie był pierwszą opcją ani pierwszym podającym, znów został uznany za lidera
                                  kolejnego legendarnego składu jako MVP’Finałów’72! Pełnił wtedy nb. funkcję
                                  podobną jak Russell w Celtics; tylko sam Russell przyznał, że robił to lepiej,
                                  niż swego czasu on.

                                  Clutchness: tu zupełnie mnie rozwaliłeś, sprowadzając w praktyce tę
                                  INDYWIDUALNĄ cechę do sukcesów drużynowych. Zacznijmy jednak od tego, że nawet
                                  wtedy co najmniej dziwią przytoczone przez Ciebie nazwiska graczy podkoszowych
                                  jakoby będących bardziej „clutch” od Wilta. Ile tytułów mają RAZEM Malone,
                                  Barkley, Ewing i Garnett? Odpowiedź prawidłowa: ZERO. Tylko Duncan i Olajuwon
                                  mają po 2 mistrzostwa jak Chamberlain, ale: a) zdobyte w bardziej sprzyjających
                                  okolicznościach, szczególnie TD); b) Stilt doprowadził swoje drużyny jeszcze do
                                  4 innych występów w Finałach, więc nawet nie biorąc pod uwagę problemu
                                  konkurencji odniósł więcej sukcesów zespołowych.
                                  Ale podstawową sprawą jest ten podstawowy błąd w Twoim rozumowaniu – mylenie
                                  czynika indywidualnego z drużynowym. Wszystko ma być bardzo proste: kto zdobywa
                                  więcej mistrzostw, ten jest bardziej clutch, kto jest bardziej clutch, ten ma
                                  więcej mistrzostw, niezależnie od wszelkich innych okoliczności. Widziałem, jak
                                  bywało, że fani oceniali clutchness poszczególnych graczy podświadomie kierując
                                  się liczbą tytułów, ale żeby podnosić to otwarcie do rangi głównego czynnika –
                                  muszę przyznać, że z tym spotykam się chyba po raz pierwszy. Greg, równie
                                  dobrze mógłbyś powiedzieć, że lider zwycięskiego zespołu zawsze jest najlepszym
                                  liderem, najefektywniejszym strzelcem i w dodatku najładniej się uśmiecha – ale
                                  uwierz, że jedno może, ale nie musi mieć nic wspólnego z drugim. To w/w
                                  rozumowanie, na które wpływa liczba tytułów jako nawet nieuświadomiony czynnik
                                  dodatkowy, doprowadziło u niektórych do błędnego przeświadczenia, że Robinson
                                  był bardziej clutch od Malone’a, a ten – od Barkleya, bo taka jest przecież ich
                                  kolejność w sukcesach drużynowych. Ale ktoś, kto śledził uważnie kariery tych
                                  trzech, powie, że kolejność w clutchness była dokładnie odwrotna, że Barkley
                                  potrafił w ważnych momentach zmobilizować się bardziej niż Mailman (choćby w 7.
                                  meczu z Sonics czy 3. i 4. meczu z Bulls w 1993 albo 1. meczu przeciw Warriors
                                  w 1994), ale i Karl, choć „nie doręczył w niedzielę”, był pod tym względem
                                  lepszy od mięczaka DRoba, z reguły dochodzącego w playoffs niżej, niż by
                                  wskazywały regular season standings. I gdzie tu Twoja bezpośrednia korelacja
                                  między sukcesami drużyny a byciem „pewniakiem”?
                                  • Gość: Wilt Chamberlain cz. 4 IP: 62.29.137.* 30.09.04, 12:53
                                    Natomiast Twoje rozumowanie doprowadziłoby do jeszcze większego wypaczenia
                                    pojęcia „clutchness”. Zgodnie z nim kiepsko w tej konkurencji w porównaniu ze
                                    wspomnianym Robinsonem (2 tytuły) albo Shaqiem (3) wypadłby West ze swoim 1
                                    mistrzostwem, nie mówiąc o biednym Reggiem Millerze – w ogóle bez
                                    mistrzowskiego pierścionka. Jednak to West był „original Mr Clutch” – pierwszym
                                    tak nazwanym, a za jednego z godnych miana jego następcy uważany jest Reggie.
                                    Oczywiście w tej kategorii znajdują się także Bird i Sam Jones z większą liczbą
                                    mistrzostw, ale nie decyduje ona o ich miejscu w rankingu clutchness (tu np.
                                    nikt nie ma wątpliwości, ze West był lepszy od Sama). Wszyscy wymienieni oraz
                                    MJ to gracze obwodowi i (oprócz Jordana ;-)) wybitni shooters, co w sposób
                                    wyraźny odróżnia ich od Diesla czy Admirała, których jako żywo nikt nigdy do
                                    kategorii „Mr Clutch” nie podciągał. Wszystko to utwierdza mnie w przekonaniu,
                                    że moje rozumienie terminu „clutchness” jest i słuszniejsze, i bardziej
                                    zakorzenione w tradycji.

                                    Żeby podsumować porównanie indywidualne Wilt – MJ:
                                    a) Wciąż utrzymuję, że ten pierwszy był lepszy i ofensywnie. Wytłumaczyłem
                                    już, jak w przeciągu całej kariery w sumie bardziej się ograniczał. Ale kiedy
                                    tego nie robił, to – jak po części już wspomniałem i do czego się nie
                                    odniosłeś - to zdobywał więcej punktów i z lepszą celnością niż „Air”, również
                                    biorąc poprawkę na średnie w danej epoce, oraz wygrywał – z GROŹNIEJSZYMI
                                    rywalami do tytułu króla strzelców – większą przewagą niż Jordan ze swoimi. Co
                                    robi na tobie większe wrażenie: największa wygrana MJ - 8 ppg z Wilkinsem czy
                                    wygrana Wilta – 12 ppg z Baylorem i jednocześnie rzędu 20 ppg z Robertsonem i
                                    Westem? Niezagrożone królowanie Chamberlaina dopóki tylko chciał tym królem
                                    pozostać czy wygrana Jordana z Shaqiem jedynie dzięki ostatniemu meczowi
                                    sezonu? W dodatku MJ swoje rekordy z 1987 - 88 osiągał w słabszej drużynie niż
                                    Wilt, który miał wartościowszych partnerów w ataku. No i ten fakcik, o którym
                                    już wspominałem: gdyby T – Mac i Iverson, których nikt nie stawia obok Baylora
                                    czy Westa, grali w latach 90., nawet oni ze średnimi ok. 31 – 32 ppg zabraliby
                                    MJ parę tytułów; trochę trudniej wyobrazić sobie coś podobnego w stosunku
                                    Szczudła…
                                    Analogiczny argument już zresztą uznałeś w odniesieniu do Magica; że działał w
                                    okresie, gdy konkurencja wśród podających była największa, silniejsza niż za
                                    Jordana wśród strzelców. Wśród strzelców najsilniejsza była właśnie za
                                    Chamberlaina; logiczne byłoby, gdybyś uznał i to. ;-)
                                    Zresztą nie tylko wśród strzelców, niezależnie od pozycji: konkurencja była też
                                    ogólnie większa na konkretnej pozycji Wilta – piątce, niż w 90. na konkretnej
                                    pozycji MJ – dwójce. Tu zacytuję fragment innego postu:
                                    A w czym to konkurencja za czasów Wilta była gorsza? W tym, że w większości
                                    meczów musiał mierzyć się z centrami, którzy trafili potem do Hall of Fame
                                    (efekt mniejszej liczby drużyn, czyli większego zagęszczenia talentu), podczas
                                    gdy Jordan konkurentów na tym poziomie miał zaledwie paru na dwadzieścia parę
                                    drużyn? Zresztą musiałby być wśród nich odmłodzony West, żeby porównać to z
                                    rywalizacją Russ – Chamberlain – tymczasem najlepszym z nich był… Drexler – z
                                    całym szacunkiem, nie ten numer kapelusza.

                                    b) Ale nawet gdyby uznać, że Jordan był lepszy w ataku, musisz chyba
                                    przyznać, że Wilt ustępowałby wtedy tylko jemu, za to – zgodziłeś się, że big
                                    men wywierają większy wpływ na defensywę – był lepszy w obronie. Czyli na
                                    gruncie samego ataku i obrony byłby remis.
                                    c) Jednak do tego doszłyby wszystkie inne rekordy Szczudła, o których
                                    wspomniałem, na co wprost nie odpowiedziałeś – w zbiórkach, czasie gry,
                                    celności z gry, asystach itd. – co i tak przeważyłoby szalę na korzyść Wilta.
                                    d) Już wyjaśniłem przy tym błędność stereotypów, zgodnie z którymi
                                    Chamberlainowi tak łatwo było osiągać swoje rekordy. A zresztą, łatwo czy
                                    niełatwo, ważne, ze podobnie łatwo byłoby mu je osiągać za czasów Jordana.
                                    Oczywiście, konkretne liczby mogłyby być trochę niższe, ale pozostałaby
                                    analogiczna przewaga nad rywalami. A właśnie, jeszcze 1 argument za Wiltem
                                    (widzisz, jest ich tyle, że nietrudno jakiś przeoczyć ;-)); byłyby to tylko
                                    niektóre liczby. Otóż, jeśli już uwzględniamy specyfikę danego okresu, to –
                                    owszem – w latach 60. zdobywało się więcej punktów (choć jak już tłumaczyłem,
                                    nieznacznie) czy zbiórek niż w 80. Natomiast niższa, i to wyraźnie, była
                                    przeciętna celność z gry oraz wskaźniki asyst, co było spowodowane surowszymi
                                    kryteriami ich przyznawania. Jeśli zawodnik kozłował między otrzymaniem podania
                                    a zdobyciem punktów, asysty nie zaliczano! Sam spróbuj ocenić, o ile zaniżało
                                    to liczbę asyst: o 20%? 30%? Więcej? Tak więc tłumaczenie rekordów Szczudła
                                    specyfiką jego czasów i w tym wypadku się nie udaje, bo nawet jeśli uda się
                                    nieco obniżyć wartość jego punktów i asyst, to wtedy automatycznie podwyższa
                                    się wartość jego asyst i celności z gry. A także nb. czasu gry, z uwagi na
                                    wspominane już słabsze w latach 60. metody treningowe. Gdyby Wilt miał tu
                                    dostęp do metod nowoczesnych, strach pomyśleć, o ile jeszcze bardziej
                                    niewiarygodnym byłby fenomenem w zakresie odporności i wytrzymałości, zdolnym
                                    grać przez pełne 48 minut na najwyższych obrotach. Chociaż i tak jest w tej
                                    kategorii best ever; gdzie z nim porównywać np. Shaqa, który – choć ma dostęp
                                    do tych nowoczesnych metod - gra krócej, wolniej i przez mniej meczy w sezonie?
                                    Ale i lepsi od Diesla – Russell, Robertson, też sam Jordan – ustępowali tu
                                    Wiltowi.

                                    Czy w obliczu tych wszystkich argumentów jesteś w stanie przyznać, że
                                    Chamberlain indywidualnie osiągnął więcej od MJ? Bo dla mnie sprawa jest
                                    bezsporna.

                                    • Gość: Wilt Porównania: Celtics i Knicks w latach 90. IP: 62.29.137.* 30.09.04, 12:57
                                      Ale teraz czas na rozstrzygnięcie kwestii sukcesów drużynowych i tu zapowiadana
                                      Wunderwaffe, argument ostateczny. ;-) I ta, i inne polemiki Wilt – MJ
                                      sprowadzają się zawsze w końcu do jednego: gdy ja demonstruję indywidualną
                                      wyższość Wilta, wtedy fani Jordana odpowiadają, że ten był lepszy, bo zdobył
                                      więcej mistrzostw. Pisałem już o znacznie silniejszej konkurencji za czasów
                                      Chamberlaina, jednak wiem, że większość fanów nie kojarzy nazwisk z przeszłości
                                      na tyle, by w pełni zdać sobie sprawę z siły jego przeciwników. Dlatego
                                      przeprowadziłem porównanie, jak składy Celtics i Knicks, z którymi walczył the
                                      Stilt, wyglądałyby w latach 90 i z czym musiałby się wtedy mierzyć Jordan. Parę
                                      zasad: oczywiście najpierw, na ile pozwala mi wiedza, staram się znaleźć
                                      najbliższy odpowiednik dawnego koszykarza wśród bardziej współczesnych i pod
                                      względem poziomu, i stylu gry. Jeżeli się to nie udaje, biorę zbliżonego pod
                                      względem tylko poziomu. Jeśli i to jest niemożliwe, mogę przyjąć danego
                                      zawodnika trochę lepszego od odpowiednika z przeszłosci, za to biorę wtedy
                                      innego gorszego od swojego odpowiednika, więc wszystko się wyrównuje.W efekcie
                                      tych działań, co podkreślam, powstały drużyny na pewno nie silniejsze niż
                                      powinny być stanowiąc odzwierciedlenie Bostonu i NYK, ale – jak sam zaraz
                                      zobaczysz :-) – i tak niesamowicie silne:

                                      Celtics z powiedzmy A.D. 1962 w latach 90.:

                                      1. John Stockton (Bob Cousy)/ młody Gary Payton (K.C. Jones)
                                      /Vinnie Johnson (Frank Ramsey)
                                      2. Reggie Miller (Sam Jones)
                                      3. Chris Mullin (Tom Heinsohn)
                                      4. Buck Williams (Satch Sanders)
                                      /Rick Mahorn (Bill Loscutoff)
                                      5. Hakeem Olajuwon (Bill Russell)

                                      I w 1964:

                                      1. Gary Payton (K.C. Jones)
                                      /Vinnie Johnson (Frank Ramsey)
                                      2. Reggie Miller (Sam Jones)
                                      /młody Grant Hill (John Havlicek)
                                      3. Chris Mullin (Tom Heinsohn)
                                      4. Buck Williams (Satch Sanders)
                                      / Vlade Divac (Clyde Lovellette)
                                      5. Hakeem Olajuwon (Bill Russell)

                                      I w 1969 (wtedy, kiedy sugerujesz, że byli słabi):

                                      1. Terry Porter (Larry Siegfried)
                                      2. Reggie Miller (Sam Jones)
                                      /młody Doug Christie (Don Chaney)
                                      3. Kobe Bryant (John Havlicek)
                                      /Detlef Schrempf (Don Nelson)
                                      4. Horace Grant (Bailey Howell)/Buck Williams (Satch Sanders)

                                      5. Hakeem Olajuwon (Bill Russell)

                                      I co? To, że nie byli aż tak silni jak dajmy na to 4 lata wcześniej, nie znaczy
                                      bynajmniej, że byli słabi!

                                      (Niestety nie wiem, na jakiej pozycji grał E. Bryant, choć pewnie na SG/SF,
                                      więc nie mogę mu przyporządkować odpowiednika, ale też powinien go mieć jako
                                      ważny gracz - z 11 ppg w Finałach).

                                      Uwagi: W roku 1964 podstawowy skład byłby taki sam, ale odpadliby Cousy i
                                      Loscutoff. Za to KC nie byłby już „młodym”, a dojrzałym GP: oczywiście wiem, że
                                      KC był ogólnie znacznie słabszy od GP, ale chodzi mi o fantastyczną defensywę,
                                      którą tylko Rękawica był w stanie oddać. Również Williams z uwagi na zbiórki
                                      był lepszy od Satcha. Z drugiej strony przyszedłby Hill; był słabszy od
                                      Havlicka, ale w 1964 niech będzie; jednak wkrótce Johny wzbil się na poziom,
                                      który np. dziś reprezentuje tylko Kobe (czyli np. wyżej od Drexlera,
                                      najgroźniejszego przeciwnika obwodowego z pokolenia MJ), tak więc muszę dać to
                                      KB mimo pewnej niekonsekwencji – bo ten poziom osiągnął dopiero w obecnej
                                      dekadzie. „The Microwave” był za to gorszy od Franka, a Hakeem – z całym
                                      szacunkiem – od Russella. W późniejszej wersji przyszedłby też Divac;
                                      Lovellette był PF/C, ale najbliższym odpowiednikiem jego poziomu jest chyba
                                      Vlade. Howellowi pzoiomem może nawet bliżej do Kempa niż Horace’a, ale niech
                                      będzie (pasuje zresztą defensywą do HG).

                                      Knicks w 1970 i 1973:

                                      1. Gary Payton (Walt Frazier)
                                      2. Mario Elie (Dick Barnett); w 1973 Clyde Drexler (Earl Monroe)/ stary
                                      Elie
                                      3. Glen Rice (Bill Bradley)
                                      /w 1973 Cliff Robinson (Phil Jackson)
                                      4. młody Kevin Garnett (Dave DeBusschere)
                                      / w 1973 też Charles Barkley (Jerry Lucas)
                                      5. David Robinson (Willis Reed)

                                      Uwagi: Admirał słabszy od Reeda, chyba też, choć nieznacznie, Walt od Gary’ego;
                                      za to wołabym Clyde’a od „Black Magic”, jako bardziej uniwersalnego, choć
                                      gorszego strzelca. Bradley był raczej midrange shooterem, inaczej niż grający z
                                      dystansu Rice, ale są podobnie wartościowi; osobiście wolałbym mieć w zespole
                                      tego pierwszego, lepszego defensora i team player, ale ten drugi miał okazję
                                      pograć jako samodzielny lider i więcej osiągnąć indywidualnie, choć mniej
                                      zespołowo. Lucas - lepszy w zbiórkach i obronie, mógł też grać na C, a Chuck –
                                      w ataku i podaniach. Najwiekszy kłopot miałem z Dave’em, dla oddania którego
                                      najlepszy byłby młody Rodman z jego zbiórkami i zdolnością grania na SF i PF
                                      oraz krycia graczy od SF po centrów, ale że jest już zajęty w Bulls,
                                      zdecydowałem się na KG – podkreślam, nie w jego formie MVP, ale już jako
                                      zawodnika typu 20/10.
                                      • Gość: Wilt Porównania cz. 2 IP: 62.29.137.* 30.09.04, 12:57
                                        Ważne zastrzeżenie nr 1: o ile bardziej współcześni Celtics generalnie byliby w
                                        podobnym wieku i formie co Bulls, o tyle Knicks’90. byliby od nich młodsi i w
                                        przeciwieństwie do nich w pełni formy. Mielibyśmy więc sytuację, która w
                                        praktyce się nie zdarzyła; starzejacym się Bulls z okresu drugiej trylogii
                                        przeciwstawiłaby się drużyna nie tylko o silniejszym składzie, ale też – choć
                                        doświadczona – młodsza, w wieku optymalnym do odnoszenia zwycięstw.

                                        I zastrzeżenie nr 2: jeśli chodzi o trenerów, to w latach 90. odpowiednikiem
                                        Auerbacha byłby Pat Riley, a Reda Holzmana – może Larry Brown (choć i tak
                                        większość ocenia wyżej ten starszy duet). Jednak nawet z Patem i Larrym
                                        sytuacja MJ pod tym względem nie odpowiadałaby sytuacji Wilta z prostego
                                        powodu; Jordan miał za trenera również wielkiego P. Jacksona, uznawanego wtedy
                                        za nie gorszego od każdego z trenerów rywali oprócz Rileya. Tymczasem
                                        Chamberlain przeciwnie; regularnie stawał przeciw Celtics i Knicks trenowany
                                        przez wyraźnie SŁABSZEGO coacha (może oprócz pojedynku Holzman – Sharman,
                                        aczkolwiek i tak większość opinii wyżej stawia Holzmana), czego najlepszym
                                        przykładem niesławny Butch Van Breda Kolff, w NBA słabszy nawet od Russella –
                                        niech imię jego będzie zapomniane. I to jest kolejne zjawisko na
                                        niekorzyść „Big Dipper”, które wywarło poważny wpływ na przebieg wypadków, a
                                        nie znika nawet w tym porównaniu.

                                        Następnie przedstawiam składy z Bulls czasu pierwszej i drugiej trylogii oraz
                                        ich najsilniejszych przeciwników, którzy zdołali doprowadzić ich do 7. meczów;
                                        Knicks’92 i Pacers’98.

                                        Bulls:
                                        1. J. Paxson, B.J. Armstrong
                                        2. Jordan
                                        3. Pippen
                                        4. H. Grant
                                        /S. Williams
                                        5. Cartwright

                                        Knicks (niech poprawi mnie jakiś ich fan, jeśli się pomyliłem):
                                        1. M. Jackson
                                        2. Starks
                                        3. X. McDaniel
                                        /A. Mason
                                        4. Oakley
                                        5. Ewing

                                        Bulls:
                                        1. Harper
                                        2. Jordan/Kerr
                                        3. Pippen
                                        4. Rodman/Kukoc
                                        5. Longley

                                        Pacers:
                                        1. M. Jackson
                                        /T. Best
                                        2. R. Miller
                                        3. C. Mullin/D. McKey, J. Rose
                                        4. D. Davis
                                        /A. Davis
                                        5. Smits


                                        I teraz porównaj sobie te wszystkie drużyny. Jordan i Pippen, którzy ledwie
                                        przeszli zestawy Ewing – Starks i Reggie – Mullin (Miller – najlepszy gracz),
                                        mieliby zwyciężać składy typu Stockton – Reggie – Olajuwon (Miller – tu dopiero
                                        trzeci najlepszy gracz) albo Payton – Drexler – Barkley - David Robinson?
                                        Starczył Olajuwon z nieporównywalnie słabszymi partnerami niż tu opisani i już,
                                        o ile pamiętam, Rockets mieli w regular season dodatni bilans przeciwko Bulls
                                        Jordana! Cóż dopiero składy, które zarysowałem… Patrząc na nie widać chyba tak
                                        wyraźnie, jak tylko można, jak fałszywy jest argument liczby mistrzostw w
                                        sporze Wilt – MJ. Chamberlain „tylko” po razie pokonał te superskłady
                                        Celtics/Knicks i ma zaledwie 2 mistrzostwa? Cóż, Jordan NIGDY nie pokonał
                                        NIKOGO choćby porównywalnego do nich, co – delikatnie mówiąc – osłabia wartość
                                        jego 6 tytułów. Ile z nich by miał, gdyby musiał walczyć z przeciwnikami,
                                        których opisałem? Moja odpowiedź brzmi: zapewne ani jednego. I to już nie
                                        biorąc pod uwagę takich „detali”, jak kwestia trenera; MJ nic nie osiągnął bez
                                        P. Jacksona – co by było, gdyby cały czas grał pod słabszymi odeń coachami, tak
                                        jak to musiał robić Wilt?

                                        Czyli także kwestia drużynowych sukcesów obu (a przy okazji również Robertsona,
                                        Baylora i Westa) wygląda na definitywnie załatwioną. Chyba że jesteś zdania, że
                                        MJ zdobyłby 6 pierścieni i przeciw współczesnym wersjom NYK oraz Bostonu; w
                                        takim razie pozdrawiam i życzę miłego pobytu z tomsem w Krainie Fantazji. ;-)
                                        • Gość: Wilt Łączne podsumowanie Wilt & & #35; 8211; MJ. IP: 62.29.137.* 30.09.04, 12:59
                                          Uff, chyba już starczy, choć miałbym jeszcze parę argumentów: dawno już nie
                                          angażowałem się w dyskusję tego typu, która ma tendencję do nieuchronnego
                                          rozrastania się, i nie da się ukryć, że na parę tygodni będę miał dość tej
                                          tematyki ;-) (w razie odpowiedzi prosiłbym o coś nowego, a nie powtarzanie tego
                                          samego, zmuszające i mnie do powtarzania się). Żeby ostatecznie podsumować: w
                                          tych wywodach wykazałem, że Chamberlain spotykał się z większą konkurencją niż
                                          Jordan zarówno pod względem indywidualnym, jak i drużynowym. Mimo to sukcesy
                                          indywidualne i tak miał większe i bardziej imponujące (niezależnie od tego, czy
                                          uznasz to za „niesprawiedliwe” z uwagi na jego warunki fizyczne), a odnosiłby
                                          co najmniej równie wielkie również w latach 90., gdy tymi warunkami górowałby w
                                          sposób analogiczny, a talentem nawet więcej (a tym bardziej w obecnej dekadzie,
                                          wypłukanej z prawdziwych środkowych!). Sukcesy drużynowe w latach 60. odnosił
                                          już oczywiście mniejsze, ale przeniesiony 30 lat później najprawdopodobniej
                                          odniósłby ich przynajmniej tyle samo co MJ (który wtedy rzecz jasna musiałby
                                          mieć ich mniej), z paru powodów. Po pierwsze, z powodu tej większej dominacji
                                          indywidualnej niezależnie od pozycji. Po drugie, łatwiej jest zbudować drużynę
                                          wokół centra – nawet gdyby był trochę słabszy, co w tym przypadku nie zachodzi
                                          (ale zachodzi np. w przypadku Yao i LeBrona, gdy większość jest zdania, że
                                          łatwiej budowac wokół Chińczyka, mimo że czysto koszykarsko ustępuje LBJ). Po
                                          trzecie i najważniejsze, nie spotkałby się z konkurencją choćby w przybliżeniu
                                          porównywalną do tej ze swojej epoki. Salary cap, free agency, powiększenie
                                          liczby drużyn i związane z tymi kwestiami jednoczesne rozwodnienie i bardziej
                                          równomierne rozproszenie talentu w lidze uniemożliwiły powstawanie składów tak
                                          dominujących nad resztą ligi jak dawni Knicks, czy szczególnie Celtics. A więc
                                          i Chamberlain miałby indywidualnie proporcjonalnie większy wpływ na grę niż w
                                          swoich czasach; a skoro nawet przeciw ówczesnym superskładom był w stanie
                                          prowadzić słabsze drużyny do wyrównanej walki, a nawet zwyciężać, to co
                                          dopiero, gdyby stawał cały czas przeciw składom porównywalnym do własnego?
                                          Starczyłaby jakaś porządna druga opcja i jakiś porządny trener (chyba zgodzisz
                                          się, że byłoby cudem, gdyby przez całą karierę takowych nie spotkał) i już
                                          byłoby parę mistrzostw; cokolwiek powyżej i już moglibyśmy mieć do czynienia z
                                          połączeniem dominacji indywidualnej i drużynowej niespotykanym w historii,
                                          bardziej imponującym nawet niż u Jordana czy Mikana. Warto zresztą zauważyć, że
                                          Hakeem w tych latach 90. był w stanie zdobyć mistrzostwo nawet bez drugiej
                                          opcji (1994), a w rok później, gdy już ją miał w postaci Drexlera, potrafił
                                          obronić tytuł startując z 6. miejsca i zwyciężając w 4 wyjazdowych seriach z
                                          rzędu! Tak jest potęga dominującego centra. A przecież Chamberlain był jeszcze
                                          wyraźnie lepszy od „The Dream”…

                                          Gdyby Jordan spotkał się za swoich czasów z takim Wiltem, lepszym od siebie
                                          indywidualnie i co najmniej równym drużynowo, jak myślisz, ile wtedy zostałoby
                                          z jego sławy i opinii best ever? :-) Starczył Olajuwon i już MJ miał wspomniany
                                          ujemny bilans z Rockets; starczył młody Shaq, gorszy, mniej doświadczony, ze
                                          słabszym trenerem i słabszymi partnerami niż w Lakers, i już pokonał Jordana w
                                          1995. Trzy tytuły z Lakers później i już zaczęto stawiać pytanie; kto jest
                                          bardziej dominujący, Shaq czy Jordan? I niektórzy potrafili wybierać Diesla,
                                          jak Byron Scott.A przecież, z całym szacunkiem dla O’Neala, gdzie mu do Wilta,
                                          którego jest grubszą, słabszą, niezdarną kopią? Chamberlain był nie tylko
                                          lepszy w klasycznych umiejętnościach centra: zdobywaniu punktów z trumny,
                                          kryciu innych obrotowych, blokach, zbiórkach. Miał również bogatszy repertuar
                                          post moves i rzutów oraz większy zasięg - pod tymi względami ze współczesnych
                                          można porównać do niego Duncana (obaj z seryjnie zaliczanymi 18 – footers). Z
                                          kolei co do atletyczności i umiejętności podawania z big men można do niego
                                          przyrównać tylko Garnetta (to swoją drogą całkiem niezłe zestawienie, będę go
                                          częściej używał, żeby przybliżyć Szczudło współczesnym; jako kombinację Shaqa,
                                          TD i KG). Wilt miał ponadto lepsze zdrowie, w przeciwieństwie do seryjnie
                                          opuszczającego po kilkanaście spotkań samozwańczego M.D.E. Także lepszą
                                          psychikę, był lepszym team player (taka sytuacja jak z kontraktem Diesla nigdy
                                          mu się nie zdarzyła i nie mogła mu się zdarzyć, poza tym – co ważniejsze –
                                          potrafił, gdy wymagało tego dobro zespołu, ograniczyć się na rzecz Greera czy
                                          Westa i nie narzekać, gdy O’Neal nie potrafił tego samego zrobić wobec Kobego).
                                          Obaj byli podobnie słabi w wolnych. Teraz przechodzimy do przewag Shaqa: zaraz,
                                          jakich przewag? Masy? Wilt i tak był silniejszy; nikt nie potrafił go
                                          przepchnąć pod koszem, jak mimo wszystko zdarzało się przeciw Dieslowi takim
                                          graczom jak Oakley czy Ben Wallace (nb. właśnie postawa Shaqa w Finałach, gdy o
                                          głowę mniejszy Big Ben robił go na tablicach, jak chciał, doskonale obrazuje
                                          dystans dzielący go od Stilta; a i tak gdzie Wallace’owi do Russella?). I czy
                                          po tych wszystkich argumentach obrazujących przewagę Wilta nad O’Nealem i
                                          jednocześnie przy tym przyrównywaniu tego drugiemu nawet do MJ, widzisz już,
                                          jak prawdopodobne jest, że żyjąc w tej samej epoce Chamberlain byłby wyżej
                                          ceniony od Jordana?

                                          Z kolei MJ w epoce Wilta i na jego miejscu miałby, delikatnie mówiąc, cholernie
                                          ciężko. Odbijałby się od ściany, jaką stanowili Celtics i Knicks (chyba żeby
                                          grał dla nich, ale wtedy oczywiście nie mogłoby być mowy o indywidualnej
                                          dominacji, o królowaniu wśród strzelców itd.). Jakkolwiek wielki, grając w
                                          drużynie porównywalnej do późniejszych Bulls (np. z Cunninghamem i Gusem
                                          Johnsonem zamiast Pippena i Rodmana) byłby tylko jednym z pretendentów, zarówno
                                          indywidualnie, jak i drużynowo pozostając na poziomie Westa, Baylora i
                                          Robertsona (właśnie, zauważ, że taki odpowiednik późniejszych Chicago wcale nie
                                          byłby silniejszy od np. Royals z Robertsonem, Twymanem i Jerry Lucasem, więc
                                          ostrożnie z tym krytykowaniem Big O; ani on sam, ani jego zespół niekoniecznie
                                          byli słabsi od MJ i Bulls; po prostu, po raz kolejny, konkurencja była
                                          większa). Oczywiście nie mogło być mowy o pokonaniu Celtics, których w pełni
                                          sił był w stanie pokonać tylko Wilt (w 1958 wygrali jeszcze z nimi Hawks
                                          Pettita, ale: po pierwsze, Boston był wtedy słabszy; po drugie, Hawks mieli
                                          wielkie szczęście z kontuzją kostki Russella i tylko dzięki niej wymęczyli
                                          zwycięstwo); potrzeba było dominującego centra do przeciwstawienia się
                                          Russellowi.
                                          Oczywiście z żadnego punktu widzenia nie byłoby wtedy mowy o całej sławie i
                                          chwale Jordana, o jego królowaniu w opinii większości jako najlepszy gracz
                                          wszechczasów. Teraz, doprowadzając to rozumowanie do końca; biorąc pod uwagę
                                          wszystko powyższe, jak uważasz: czy gdyby Wilt i MJ ZAMIENILI się na epoki, czy
                                          Jordan z lat 60. znalazłby tylu obrońców do tytułu best ever, jakich mimo
                                          oddalenia czasowego ma ówczesny Wilt? Czy współczesny Chamberlain nie
                                          królowałby jako uznany GOAT w jeszcze większym stopniu niż współczesny Jordan?
                                          Dla mnie odpowiedzi na te pytania są dość oczywiste, ale ciekaw jestem Twoich.
                                          Natomiast sam fakt, że mimo wszystkich możliwych niesprzyjających okoliczności -
                                          dystansu czasowego, tego, że współcześni na ogół nie zdają sobie sprawy z
                                          konkurencji, jakiej stawiał czoła, czy znikomej ilości nagranych jego występów,
                                          itd., itp. - Wilt - oczywiście ustepując medialno – promocyjnej machinie pt.
                                          Jordan – jest mimo wszystko uważany najczęściej za nr 2 wszechczasów, gracza
                                          lepszego nawet od również wielkich i bardziej współczesnych Magica czy Birda i
                                          najbardziej godnego porównywania z MJ – też jest dla mnie niezłym dowodem Jego
                                          wielkości.

                                          Jak ju
                                          • Gość: Wilt Łączne podsumowanie cz. 2 IP: 62.29.137.* 30.09.04, 12:59
                                            Jak już pisałem, zdaję sobie jednak sprawę, że choćbym napisał nie wiem ile i
                                            co, raczej nie przekonam Ciebie ani innych zagorzałych wolenników wyższości MJ.
                                            To kwestia pewnych uwarunkowań; prawie niemożliwe jest postawić zawodnika, o
                                            którym się ledwie co słyszało, ponad graczem, którego karierę się śledziło na
                                            bieżąco, który stanowił główny produkt promocyjny nie tylko NBA, ale chyba
                                            nawet całych USA, i o którym w związku z tym słyszało się zewsząd, jaki
                                            jest „naj” (cóż, były i inne głosy na ten temat, ale dziwnym trafem opinie
                                            tych, którzy mieliby w tej sprawie najwięcej do powiedzenia – Russella, Wilta,
                                            Robertsona, Kareema – nie tylko nie były nagłaśniane, ale wręcz wyciszane).
                                            Byłbym jednak usatysfakcjonowany, gdyby moja pisanina na kompie nie poszła
                                            całkiem na darmo i przyjąłbyś do wiadomości, wraz z innymi czytelnikami, że
                                            Jordan nie jest bezapelacyjnym best ever, a ci, którzy myślą inaczej niż Ty,
                                            też mają swoje argumenty.
                                            Nb. nawet gdyby nie uznawać tych wszystkich moich argumentów co do odmiennych
                                            uwarunkowań, w jakich przyszło grać Chamberlainowi i MJ, to i tak przyznasz
                                            (sam wyraziłeś się podobnie), że ten drugi stanowi w istocie kompromisowy wybór
                                            na GOAT, ustępujący indywidualnym osiągnięciom Wilta i drużynowym Russella.
                                            Nawet gdyby uznać, że to najlepszy kompromis, kłóci się to ze zrodzoną przez
                                            propagandę wizją bezapelacyjnego i pod każdym względem best ever, prawda? Za
                                            podobnego „kompromisowego best ever” można by zresztą uważać Kareema, i sam
                                            widziałem takie głosy – ale on oczywiście nie otrzymał nawet setnej części
                                            reklamowej wrzawy wokół MJ.

                                            Zakończę cytatem z nikogo innego, tylko Jordana ;-) (nie wiem, na ile szczerym,
                                            ale warto go odnotować), kwestionujący jego status GOAT:

                                            Above all, Jordan recognized his place in the game. In his book, For The Love
                                            of The Game: My Story, Jordan wrote: "There is no such thing as a perfect
                                            basketball player, and I don't believe there is only one greatest player
                                            either. Everyone plays in different eras. I built my talents on the shoulders
                                            of someone else's talent. I believe greatness is an evolutionary process that
                                            changes and evolves era to era. Without Julius Erving, David Thompson, Walter
                                            Davis, and Elgin Baylor there would never have been a Michael Jordan. I evolved
                                            from them."

                                            Fani MJ: nie jesteście w stanie przyjąć wyższości Wilta, ale może przynajmniej
                                            możecie zaakceptować taką kompromisową opinię, wyrażoną przez najwyższy dla
                                            Was autorytet? ;-)

                                            Pzdr
                                            • Gość: Wilt Wielcy lat 80. vs. Bulls IP: 62.29.137.* 30.09.04, 13:01
                                              Nie mógłbym zgodzić się bardziej z tezą, że sama głębia niczego nie przesądza
                                              (w ogóle rzadko jeden czynnik przesądza coś samodzielnie); ale też chyba coś
                                              znaczy, prawda? O czym świadczą choćby obecnie championi - Pistons. Natomiast
                                              można śmiało powiedzić, że przesądza głębia połączona z wielkimi gwiazdami.
                                              Opcjami nr 1 i 2 mistrzowskich Lakers byli Shaq i Kobe, podczas gdy Blazers –
                                              Pippen (urodzony adiutant liderem – kompletne pudło) i Rasheed, a Kings –
                                              Webber i Peja. Bryant jako druga opcja Lakers był lepszy do pierwszych opcji
                                              rywali! Czy w takiej sytuacji można się zdziwić, że wsparci właściwymi role
                                              players LAL szli od zwycięstwa do zwycięstwa? Podobnie było z Bulls przeciw
                                              Knicks czy Pacers; Ewing to ledwie kategoria Pippena (choć przynajmniej z
                                              mentalnymi cechami lidera), Reggie mimo swej clutchness potrafił w sumie nawet
                                              mniej, a oba zespoły nie miały nikogo choćby w przybliżeniu porównywalnego z
                                              MJ, mimo ich głębi nie dziwią więc sukcesy Chicago.
                                              Oczywiście z superskładami lat 80. sytuacja byłaby zupełnie inna. Nie dość, że
                                              role players mieli lepszych niż Chicago, to jeszcze mieli wielkie gwiazdy do
                                              przeciwstawienia MJ. Te kategorie zresztą się przenikały, bo role players były
                                              tam gwiazdy, które w innych składach byłyby niekwestionowanymi liderami, jak
                                              Worthy, Parish, McAdoo czy Dennis Johnson (gość, który zdobył mistrzostwo i MVP
                                              finałów w Seattle, w Bostonie był dopiero czwartą opcją!). Ale mówmy o
                                              niekwestionowanych supergwiazdach: chyba Magica i Birda (ja ich stawiam na
                                              równi z MJ, Ty nie – ale zapewne tylko oczko niżej), czy Mosesa i Ervinga nie
                                              stawiasz na równi z Ewingiem i Reggiem? (Uwaga: mógłbyś tu dodać Malone’a czy
                                              Stocka jako znaczniejszych przeciwników MJ; ale oni z kolei nie dysponowali
                                              głębszym składem). Nawet Isiah, w sumie wśród nich najsłabszy (i dlatego chyba
                                              nieprzypadkowo koncentrujesz na nim swą argumentację), miał więcej cech
                                              zwycięzcy i lidera niż tamci; ale on i cali Pistons to w ogóle specyficzny
                                              przypadek; polegali w niespotykanym stopniu na swym niezwykle wyrównanym
                                              składzie i na szerokiej rotacji (podobnie jak wzorowane na nich dzisiejsze
                                              Tłoki, tyle że tamci byli silniejsi), więc nie potrzebowali tak bardzo
                                              supergwiazd. Na razie zostajemy przy konstatacji, że drużyny lat 80.
                                              przewyższały Bulls i pod względem star power (nawet jeśli sądzisz, że Jordan >
                                              ktokolwiek inny, to chyba nie zaprzeczysz, że Magic – Kareem – Worthy czy Bird –
                                              McHale – Parish > Jordan – Pippen), i głębokości reszty składu. Tu już nie
                                              będę się rozpisywał, bo już i tak się dość napisałem, a Ty tę większą głębię
                                              składu uznajesz, ale zauważę, że w sumie Sixers’83 mieli przewagę nad Bulls’96
                                              na 3 pozycjach na 5 oraz w rezerwach (tylko oprócz SG i PF), a Celtics’86 - w
                                              rezerwach i 4 pozycjach na 5; tylko oprócz SG! To już ogromna różnica.

                                              Co do Twoich kontrargumentów na rzecz Chicago:
                                              - Defensywa. Tu najpierw trzeba wyjaśnić dwa nieporozumienia: po pierwsze,
                                              większe tempo gry, takie jak w 80., niekoniecznie oznacza, że defensywa jest
                                              słabsza. Gra z kontry z założenia polega przecież na wywalczeniu piłki w
                                              obronie, umożliwiającym własny atak. I tak grali Nets w 2003, których defensywy
                                              wielu nie doceniało, bo grali szybko i z kontry, przeciwnie do ich przeciwników
                                              w playoffs; wolnych, defensywnych Pistons. Tymczasem w starciu tych 2 teamów co
                                              się okazało? Że NJN wcale nie są słabsi w obronie, są natomiast o klasę lepsi w
                                              ataku i w efekcie skasowali Detroit do zera. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że
                                              podobnie (no, może nie aż do zera ;-)) wyglądałoby spotkanie Lakers – też
                                              mistrzów kontry, tylko o klasę lepszych od Nets - czy Celtics z Bulls Jordana.
                                              Bo też - to drugie nieporozumienie – fakt, że te starsze składy kładły
                                              PROPORCJONALNIE większy nacisk na atak niż obronę, nie oznacza, że nie mogły
                                              zagrać i odwrotnie, bardziej z naciskiem na defensywę. To, że grały tak, jak
                                              grały, wynika po pierwsze z trendów obowiązujących w latach 80., po drugie z
                                              naturalnej chęci wykorzystania posiadania tak wielu talentów ofensywnych.
                                              Natomiast zdolności tamtych składów również w obronie potwierdza personel.
                                              Bulls jako asów obrony mieli Pippena, Jordana i Granta/Rodmana; dobrze, ale
                                              wcale nie lepiej od Celtics (D. Johnson – McHale – Parish), Lakers (Cooper –
                                              Rambis – A.C. Green – Kareem) czy Sixers (Cheeks – Bobby Jones – M. Malone), a
                                              szczególnie Pistons (mówisz, że mogliby się równać obroną z Bulls? Myślę, że
                                              byli znacznie lepsi) z zestawem Isiah – Dumars – Rodman – Mahorn – Salley –
                                              Laimbeer. Pistons już byli oczywiście bardziej zorientowani na obronę, ale atak
                                              też mieli silniejsi od Bulls. Potwierdzeniem, że tacy Lakers’87 mogli się łatwo
                                              przestawić na opcję bardziej defensywną, jest też choćby prosty fakt, że
                                              faktycznie zrobili to już w rok później, stając właśnie przeciwko Pistons;
                                              zmuszeni do wolniejszego tempa i twardszej walki fizycznej, przestawili się – z
                                              sukcesem, bo wygrali.
                                              Natomiast dla Bulls oparcie się na defensywie było (pomijając kwestię zmiany
                                              trendów) koniecznością, bo w ich ataku naprawdę groźny był tylko Jordan. Pippen
                                              jako druga opcja? W ataku był słabszy nie tylko od drugich opcji z lat 80.
                                              wczesnego Magica/późnego Kareema, McHale’a, Dumarsa czy późnego Ervinga, ale
                                              Worthy’ego jako trzeciej opcji; można go najwyżej porównywać do trzecich opcji
                                              Toneya i Parisha oraz dopiero czwartego w Lakers Byrona Scotta! Nie mówiąc o
                                              tym, że w swoich rzutach nie był specjalnie „clutch”. Podobnie 3. opcja Bulls –
                                              Grant lub Kukoc – ustępowała każdemu swemu wcześniejszemu odpowiednikowi, a
                                              nawet niektórym czwartym opcjom. I tak dalej. Tych wszystkich przewag nie
                                              zrównoważy samotny MJ jako pierwsza opcja (ja zresztą stawiam w tej roli na
                                              równi z nim Birda, ale nawet uznanie Jordana za lepszego nie zmienia tu obrazu
                                              całości).
                                              Dlatego składy z 80. mają tu nieusuwalną przewagę; mogły w razie potrzeby
                                              zbliżyć się do stylu Chicago, podczas gdy Chicago nie mogło zrobić tego samego
                                              w stosunku do nich.
                                              • Gość: Wilt Wielcy lat 80. vs. Bulls cz. 2 IP: 62.29.137.* 30.09.04, 13:02
                                                - Co do Pistons, na których koncentrujesz argumentację; chyba nieprzypadkowo
                                                zresztą, bo – z całym szacunkiem dla ich umiejętności – byli najsłabsi z Big
                                                Four lat 80. Twoje wywody, jak Bulls stawali się coraz lepsi (niezależnie od
                                                drobnych uwag, jak to, że nawet koledzy Pippena podejrzewali psychiczne podłoże
                                                jego niedyspozycji przed 7. meczem’90., albo że nazwanie Horace’a czołowym PF w
                                                lidze to przesada; w szczytowym momencie był 4.-5., za Malonem, Barkleyem i
                                                Kempem, a chyba i Rodmanem), niczego tu nie przesądzają. Różnica choćby 1
                                                sezonu, i to nawet bez zasadniczych zmian personalnych, może oznaczać epokę,
                                                jak doświadczyli tego choćby Lakers: w 2001 4-0 ze Spurs, w 2002 4-1 (mogłoby
                                                znów być 4-0, gdyby nie błąd Jacksona), a w 2003 nagle 2-4. Zbadajmy więc, czy
                                                to tylko, jak piszesz, Bulls stawali się coraz silniejsi, czy też Pistons coraz
                                                słabsi. Bilans pierwszych z lat 89 – 91 to 47/55/61 zwycięstw, ale drugich –
                                                63/59/50. Widać trend, prawda? Pistons już w 1989 osłabiło odejście Mahorna
                                                (negatywna strona głębokości składu – nie byli w stanie chronić wszystkich
                                                ważnych graczy w expansion draft), który jak się okazało znaczył dla nich
                                                więcej niż suche statystyki. Dołączyły się kontuzje, w tym ta, której nawet tym
                                                głębokim składem nie mogli przeskoczyć, bo dotyczyła jedynego niezastąpionego
                                                zawodnika; Isiaha w playoffs’91. Dlatego na podstawie ich ówczesnej porażki z
                                                Bulls nie można wyciągać wniosku, jak poradziliby sobie wtedy Pistons w wersji
                                                z 1989.
                                                I jeszcze drobna uwaga: to rzecz mało znana, ale na ostateczne przezwyciężenie
                                                Detroit poważny wpływ miała również pewna kaseta zmontowana przez Phila
                                                Jacksona i przesłana władzom ligi. Widząc nagrane na niej najbrutalniejsze
                                                zagrania Pistons Stern i spółka zdecydowali, że nie uchodzi tak traktować
                                                czołowego produktu promocyjnego ligi, jakim już wtedy był Jordan. Od tej pory
                                                sędziowanie w spotkaniach Detroit - Chicago zmieniło się diametralnie…
                                                Nie można tym bardziej wyciągać wniosków co do LAL i Bostonu. Twoje rozumowanie
                                                można przedstawić tak: ponieważ wcześniejsi Bulls wygrali z późniejszymi
                                                Pistons, a wcześniejsi Pistons wygrali z późniejszymi Celtics i Lakers, więc
                                                późniejsi Bulls powinni wygrać nie tylko z wcześniejszymi Pistons, ale jeszcze
                                                wcześniejszymi Celtics i Lakers… Doprawdy zbyt karkołomna to logika. Po
                                                pierwsze, jak wspomniałem, nawet 1 sezon może być całą epoką i tak jak
                                                Detroit’89 nie równa się ’91, tak Lakers’87 nie równa się ’89.
                                                Tu jednak wtrącę, że wbrew pozorom i ta słabsza, późniejsza edycja Showtime
                                                miała poważne szanse przeciw Pistons. Nasi szli w playoffs jak burza,
                                                diametralnie inaczej niż rok wcześniej, i lepiej nawet niż równolegle szedł na
                                                Wschodzie będący u szczytu swoich możliwości skład Detroit. Ale Riley zarządził
                                                mordercze treningi, żeby przygotować się na twardą fizyczną rywalizację i
                                                Byrona wyłączyła kontuzja, w czasie serii podobna dotknęła Magica… A mógł być
                                                threepeat. Potem było już za późno; odchodzili Kareem, Coop, Riley…
                                                Po drugie, nawet gdyby nie powyższy wzgląd, koszykówka nie jest grą, w której
                                                drużynom możesz przyporządkować jakieś niezmienne parametry i na podstawie
                                                tego, że team A wygrał z teamem B, a team B – z teamem C, wywnioskować, że ich
                                                siła to odpowiednio 100, 90 i 80 pkt., a team A na pewno wygrałby z C. Wszystko
                                                zależy od realnych interakcji graczy konkretnych, aktualnie walczących ze sobą
                                                drużyn. Jak mówią: It’s all about matchups.
                                                Dlatego np. Seattle zwyciężało Houston w sezonie 1993/94 i fani
                                                Ponaddźwiękowców po dziś sa przekonani, ze zdobyliby mistrzostwo, gdyby w
                                                playoffs nie wyeliminowali ich Nuggets, pokonani potem przez Jazz, których z
                                                kolei zwyciężyli właśnie Rockets, mimo że z takiego punktu widzenia A)B)C było
                                                to wręcz niemożliwe.
                                                Po trzecie jednak, OBIE te kwestie i tak nie mają większego znaczenia: po co
                                                budować karkołomne zależności, kiedy możemy porównać bezpośrednio składy Bulls
                                                oraz Celtics czy Lakers; po którym to porównaniu wcześniejsze drużyny wypadają
                                                lepiej?

                                                - Jordan. To argument, jaki jego fani wysuwają często, kiedy nie mają już
                                                innych; co z tego, że Bulls mieli słabszy skład, kiedy Jordan i tak nigdy nie
                                                pozwoliłby im przegrać. Na takie religijne wręcz wierzenia nie można
                                                odpowiedzieć racjonalnie. Można jednak zauważyć – uznając umiejętności MJ - że
                                                nic w jego karierze nie wskazuje na to, że był obdarzony nadnaturalnymi
                                                zdolnościami pozwalającymi pokonywać mu w pojedynkę drużyny o klasę lepsze.
                                                Szczególnie jeśli byłyby prowadzone przez kogoś z poziomu Magica czy Birda; ale
                                                co tam ci dwaj, skoro – jak już wspomniałem – liderzy zespołów, które
                                                przysporzyły mistrzowskim Chicago najwięcej kłopotów, byli słabsi nawet od
                                                innych omawianych gwiazd z lat 80.? Jednak na mistrzostwach Bulls sprawa się
                                                nie kończy, bo pozostaje kwestia najbardziej dziwnym trafem przemilczanej serii
                                                playoffs z udziałem Jordana (przemilczanej szczególnie w porównaniu do inych
                                                jego serii, reklamowanych ponad wszelką miarę); porażki z Orlando i młodym
                                                Shaqiem w 1995. Kiedy się ją przypomni, fani MJ – a wymieniają
                                                powody; „zardzewienie” Jordana, gdy powracał po przerwie i brak defensywnego
                                                PF. OK, ale uwidacznia to, że gwiazdor Bulls nie był tak nadludzki jak się
                                                niektórym wydaje, a poza tym tak samo należy wtedy uznać inne obiektywne
                                                powody; niższości Bulls wobec składów z wcześniejszej dekady, których jest
                                                więcej – np. gdzie młodemu Shaqowi, który potrafił dostawać do zera w playoffs
                                                do Magica, Birda, czy nawet Ervinga i Mosesa? Jako lider również Isiah był o
                                                niebo lepszy (czy jako gracz, można się zastanawiać; chyba tak, ale nawet jeśli
                                                nie, to miał nieporównanie silniejszą drużynę i lepszego trenera).

                                                - Trójkąty; ich przyrodzona wyższość nad innymi rodzajami taktyki to kolejny
                                                obok niezwyciężoności Jordana mit (zresztą mity te napędzają się wzajemnie).
                                                Znane są od początku istnienia NBA; czy zastanawiałeś się, czemu stosowane są w
                                                tak ograniczonym zakresie, a sukces odniosły tylko w Chicago Jordana oraz
                                                Lakers Shaqa i Kobego? Lista przypadków, gdzie nie wypaliły, jest dłuższa;
                                                nawet pomijając porażki także tych w/w drużyn
                                                w 1990 i 1995, 2003 i 2004 (szczególnie ostatni sezon jest pouczający, bo
                                                dopiero odejście od nich w efekcie namowy Jaxa przez Cleamonsa dało nam wygraną
                                                ze Spurs; gdy Jackson w Finałach już trzymał się ich sztywno, wbił tym gwóźdź
                                                do trumny LAL), mamy tu kompletne fiasko w Bulls ery Floyda i Cartwrighta, czy –
                                                jeśli powiesz, że ci i tak byli wtedy słabi – w całkiem silnych Suns za
                                                trenerki Ainge’a. Abstrahując od tych faktów, nie przedstawiłeś też żadnych
                                                teoretycznych argumentów, dla których trójkąty miałyby stanowić ukoronowanie
                                                basketu. Dlatego pozwól, ze przychylę się do bardziej realistycznego
                                                stanowiska; są tylko jedną ze strategii, generalnie ani lepszą, ani gorszą od
                                                innych. Czynią atak bardziej zbilansowanym (dlatego Jordan tak im się
                                                przeciwstawiał :-)), ale tego samego można dokonać na wiele innych sposobów.
                                                Natomiast w pewnych warunkach mogą być korzystne, bo pozwalają przy braku
                                                dobrego klasycznego PG zastąpić go współpracą uniwersalnych swingmanów typu
                                                Pippena, Jordana, Kobego, do pewnego stopnia również Harpera. Nie należy jednak
                                                z tego wymuszającego trójkąty braku dobrego rozgrywającego czynić zalety. Z
                                                kolei jeśli dany zespół wartościową jedynkę już ma, jak miały ją wszystkie te 4
                                                składy z 80., trójkąty mogą ją tylko ograniczyć, a w efekcie zaszkodzić całej
                                                drużynie (patrz Kevin Johnson w Suns i ostatnio Payton w Los Angeles). Także z
                                                tego powodu myśl o absolutnej wyższości trójkątów, tak jakby ich przyjęcie
                                                mogło ulepszyć np. Lakers z Magicem, jest mało poważna.
                                                Jeżeli z kolei chcesz szukać przykładu naprawdę dobrej taktyki (i przy okazji
                                                t
                                                • Gość: Wilt Wielcy lat 80. vs. Bulls cz. 3 IP: 62.29.137.* 30.09.04, 13:03
                                                  Jeżeli z kolei chcesz szukać przykładu naprawdę dobrej taktyki (i przy okazji
                                                  trenera moim zdaniem lepszego od Jacksona), spojrzyj na Rileya w Knicks. Z
                                                  nierównie mniej utalentowanych graczy (jak już pisałem, Ewing i Starks przeciw
                                                  Jordanowi i Pippenowi?! Śmiechu warte.) stworzył maszynę, która była w stanie
                                                  nawiązać z Bulls wyrównaną walkę, prowadząc 2-0 w 1993 i doprowadzając do 7
                                                  meczy w 1992. Oto, co robi na mnie większe wrażenie niż wszystkie trójkąty
                                                  razem wzięte. A teraz odpowiedz mnie i sobie: co by się stało z Chicago, gdyby
                                                  Pat trenował nie Knicks, ale jakiś zespół lepszy od nich, lepszy na absolutnie
                                                  KAŻDEJ pozycji, jak… hm… Lakers z 1987? :-)

                                                  - Odniosę się teraz do argumentu, którego nie przedstawiłeś, ale który mógłby
                                                  przemawiać za Bulls; tym wyższym stopniem ich przygotowania atletyczno -
                                                  siłowego. Jednak po pierwsze śmiem sądzić, że znacznie ważniejsze od tego są
                                                  umiejętności czysto koszykarskie, jak widać choćby u Birda czy McHale’a, którym
                                                  odpowiednio powolność i chudość nie przeszkadzały w pokonywaniu znacznie
                                                  szybszych i masywniejszych przeciwników. A umiejętności te faworyzowały składy
                                                  z lat 80. Po drugie, uważam, że przy porównywaniu koszykarzy i drużyn z różnych
                                                  epok powinniśmy zakładać, że walcząc ze sobą miałyby dostęp do tych samych
                                                  metod treningowych i byłyby tak samo przygotowane fizycznie. Inne podejście
                                                  byłoby nie fair, przypominałoby odpowiedzenie na pytanie, kto był większym
                                                  wodzem, Napoleoin czy Aleksander Macedoński: „Napoleon, bo jego wojska miały
                                                  broń palną”.

                                                  - Teraz dorzucę własny, kolejny zarzut przeciw Bulls; ich skład był nie tylko
                                                  płytszy w porównaniu z omawianymi tu rywalami; był także wyraźnie gorzej
                                                  zbilansowany. I to nie tylko pod względem równowagi atak – obrona, o czym już
                                                  wspominałem. Także pod względem samego ataku; w czasie pierwszej trylogii obaj
                                                  najgroźniejsi gracze ofensywni Chicago grali na obwodzie, co z natury jest
                                                  mniej efektywne niż kombinacja inside – outside Sixers, Celtics czy Lakers
                                                  (tylko Pistons byli tu podobni, ale mieli pod koszem – i nie tylko pod koszem -
                                                  znacznie więcej opcji niż Bulls). Tylko H. Grant potrafił zdobywać liczące się
                                                  punkty pod koszem; ale gdzie mu do np. Kareema, mógłby być porównywany jedynie
                                                  z pomocnikami tamtego, jak A.C. Green. W czasie drugiej trylogii, zawierającej
                                                  przecież ten reklamowany jako najlepszy skład z 1996, było jeszcze gorzej;
                                                  Rodman nie przedstawiał żadnego zagrożenia w ataku, a Kukoc zdobywał punkty jak
                                                  obrońca; czyli wszyscy trzej liczący się w ataku reprezentanci Bulls byli
                                                  ofensywnie perimeter players! Już dość, że Chicago z obu trylogii nie miało
                                                  żadnego dobrego centra, co samo jest ogromnym minusem przeciw Kareemom, Mosesom
                                                  i Parishom. Zwolennicy Bulls podnoszą tu, że Horace, a szczególnie Rodman,
                                                  potrafili w razie potrzeby kryć i środkowych. Po pierwsze, byli w tym rzecz
                                                  jasna mniej efektywni niż kryjąc innych PF (co widać też po większej
                                                  efektywności środkowych niż PF przeciw Bulls; nawet młody Divac zanotował
                                                  przeciw Grantowi i spółce bardzo dobre statystyki, a gdzie jemu choćby do
                                                  Parisha, nie mówiąc o Kareemie? A i tak był najlepszy ze WSZYSTKICH środkowych,
                                                  jakich Chicago napotkało w Finałach!). Po drugie, wtedy zostawialiby
                                                  praktycznie otwartych (przecież nie byli w stanie ich kryć centrzy Bulls)
                                                  groźnych ofensywnie PF takich jak McAdoo, Chones czy szczególnie McHale. Ale
                                                  dorzucając do tego brak nie tylko centra, ale – rzecz bez precedensu - w ogóle
                                                  znaczącego COKOLWIEK ofensywnego post player w czasie drugiej trylogii, jak
                                                  można wygłaszać sądy typu „Bulls’96 to najlepsza drużyna wszechczasów”?! Warto
                                                  dodać, że ci sami, którzy tak mówią, są często zdania, że obecni Lakers właśnie
                                                  z powodów niedostatków pod koszem będą mieli szczęście, jeśli dostaną się do
                                                  playoffs, nie dotrzegając własnej niekonsekwencji w ocenianiu obydwu zespołów.
                                                  Słabe zbilansowanie dotyczyło również obrony Bulls; przecież MJ i Pip byli nie
                                                  tylko najlepszymi graczami ofensywnymi, ale i defensorami drużyny, dlatego
                                                  Chicago miałoby wielkie problemy przeciw rywalom dobrym jednocześnie na PF i C
                                                  (co częściowo wynika już z tego, co napisałem), ale jeśli chodzi o konkretne
                                                  zestawienie z Lakers i Celtics, prowadzi to do jeszcze jednego argumentu. Z
                                                  tych najlepszych obrońców Chicago Jordan miał 198 cm wzrostu, a Pippen 201 cm.
                                                  Z kolei najlepsi gracze ofensywni Bostonu to Bird – 206 cm, McHale – 208 cm i
                                                  Parish – 216 cm; a LA: Magic – 206 cm, Kareem – 218 cm i Worthy – 206 cm. Nawet
                                                  gwiazdy z obwodu wyższe od chicagowskich, a co dopiero podkoszowe; widać pole
                                                  do sporych mismatches, prawda? Jeśli chcesz dodać do równania PF Bulls, to –
                                                  pomijając nawet w/w kwestię posiadania przez rywali zarówno dobrych PF, jak i
                                                  C – Horace i Rodman z okresu chicagowskiego (kiedy był znacznie gorszy niż w
                                                  Detroit) byli już wyraźnie słabszymi defensorami, a zresztą też nie imponowali
                                                  fizycznie, mając odpowiednio 208 i 203 cm.
                                                  Mógłbyś odwrócić to rozumowanie i napisać, że również przeciwnicy Bulls nie
                                                  dysponowali dwoma defensorami zdolnymi pokryć jednocześnie Jordana i Pippena
                                                  (tylko Sixers mieli parę elitarnych perimeter defenders, ale Cheeks był za
                                                  niski na tamtych), ale na to jest bardzo prosty kontrargument: nie potrzebowali
                                                  mieć ich tylu. W obliczu własnej przewagi w ataku mogli spokojnie olać Pippena
                                                  i jego niezbyt imponujące talenty ofensywne i skoncentrować się głównie na
                                                  Jordanie. Tu przypominam, że ten miał wielkie szczęście spotykając się w
                                                  okresie, gdy walczył o mistrzostwo tylko z 2 elitarnymi defensorami przeciw
                                                  sobie – Dumarsem, a potem Paytonem, z czego w Finałach tylko z GP. Tymczasem
                                                  KAŻDY z omawianych 4 składów miał obwodowego gracza defensywnego tej klasy;
                                                  oprócz właśnie Dumarsa, również Bobby Jonesa, Michaela Coopera i Dennisa
                                                  Johnsona – w kryciu czołówkę wszechczasów na swoich pozycjach. I sądzę, że
                                                  każdy z nich, wspomagany przez któregoś z partnerów z obwodu, był w stanie
                                                  sprowadzić Jordana o ładnych parę ppg niżej, pewnie poniżej 30 ppg w serii, tak
                                                  jak zrobił to Payton. Nie sądzisz, że w połączeniu z przewagą lat 80. w ataku
                                                  spokojnie wystarczyłoby to do zwycięstwa?
                                                  Inna słabość Bulls: już abstrahując od konkretnych pozycji graczy, w czasie obu
                                                  trylogii byli kiepscy w blokowaniu rzutów, oczywiście w przeciwieństwie do tych
                                                  4 zespołów z lat 80.
                                                  • Gość: Wilt Wielcy lat 80. vs. Bulls cz. 4 IP: 62.29.137.* 30.09.04, 13:03
                                                    Tyle chyba starczy na powyższy temat, choć mógłbym jeszcze dodać to i owo.
                                                    Napisałeś, że Bulls powalczyliby przeciw tamtym składom. Cóż, powalczyć każdy
                                                    może. Ale moim zdaniem przegraliby z uwagi na wszystkie tu wymienione słabości,
                                                    które mogły im uchodzić przeciw Blazers czy Jazz, samym mającym wiele słabości,
                                                    a nie praktycznie ich pozbawionym zespołom o klasę lepszym od tamtych, z
                                                    lepszymi liderami i trenerami. Różnica na niekorzyść Byków nie byłaby rzecz
                                                    jasna tak miażdżąca, jak przeciw Celtics i Knicks lat 60. przeniesionym w 90.,
                                                    ale wyraźna. Standardowo w Finałach Chicago wygrywało 4-2 i myślę, że spokojnie
                                                    można przyjąć podobny wymiar kary na ich niekorzyść, gdyby stanęli przeciwko
                                                    którymś z Big Four szczęśliwych lat 80. – najciekawszej i najbardziej
                                                    wyrównanej pod względem drużynowym epoki w historii NBA.

                                                    Zakończę jeszcze argumentem opinii ekspertów. Oczywiście nie muszą mieć racji –
                                                    ale jeśli wielu z polemizujących ze mną fanów MJ posługuje się nimi w
                                                    dyskusji, czy ich idol jest best ever, to i w tej sprawie powinni wziąć ich
                                                    głos pod uwagę. Otóż parę miesięcy temu na NBA.com prowadzono głosowanie wśród
                                                    fanów i ekspertów w sprawie najlepszych drużyn wszechczasów. Fani jak to fani,
                                                    mając tendencję do stawiania raczej na nowsze i lepiej pamiętane składy oraz
                                                    będąc karmieni przez lata projordanowską propagandą, głosowali najczęściej na
                                                    Bulls. Ale głos ekspertów przeważył, a oni ostatecznie zagłosowali przeciw
                                                    drużynie Chicago, mimo obecności w niej MJ. Finał zestawienia wygrali więc
                                                    Lakers’87 pokonując Celtics’86 – i taka jest też moim zdaniem bezapelacyjna
                                                    czołówka najlepszych składów w nowożytnej historii ligi.
                                                    • Gość: calagan Re: Ocipiales Wilt? IP: *.aster.pl / *.aster.pl 30.09.04, 13:18

                                                      Wilt, ja sie przez tydzien nie przebije przez ten tekst. Rozkladaj takie
                                                      ilosci lektury na kilka razy. Moze tak jeden kawalek dziennie - tylko wrzucic i
                                                      juz, zadnych odpisywan, dyskusji - nie ludzie sie najpierw z tym oswoja, a nie
                                                      10 postow na raz, a kazdy to 2 sytony A4 do czytania. Litosci.
                                                    • Gość: Wilt Re: Ocipiales Wilt? IP: 62.29.137.* 30.09.04, 14:12
                                                      Chlip… nie takiej odpowiedzi oczekiwałem… I Ty, Brutusie… :-( Obrażam się i
                                                      porzucam forum na zawsze… :-) Ciurkać postami po jednym nie mogę choćby z tej
                                                      racji, że tworzą pewną całość i żeby umożliwić dalszą dyskusję muszą wystąpić
                                                      razem. Natomiast nic nie stoi na przeszkodzie, żebyś Ty dzielił sobie w ten
                                                      sposób lekturę; nie obawiaj się też o nagromadzenie zaległości, bo teraz ze
                                                      zrozumiałych względów planuję urlopik od forum ;-).
                                                    • Gość: L22w-wa Re: Ocipiales Wilt? IP: *.acn.waw.pl 30.09.04, 18:30
                                                      O stary...Księga rekordów Guinessa pewna. Nie wiem tylko, czy zdążę przez to
                                                      wszystko przebrnąć :)

                                                      Wielkie pozdro
                    • Gość: LB Re: IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 21.09.04, 01:54
                      > Jordan nawet wśród defensorów obwodowych był przeceniony (zresztą jak w
                      > każdym innym aspekcie swojej gry ;-)), kosztem Fraziera, Paytona, Havlicka,
                      > Westa czy nawet Pippena – którego też nie lubię i uważam za przecenionego

                      Wilt, ja wiem, że nie lubisz Bulls, Jordana, Pippena i nawet Benny'ego Da
                      Bulla, ale chyba sam nie wierzysz w to co piszesz...

                      Jordan: w All-Defense First Team: 9 razy + DPOY w 1987/88
                      Pippen: w All-Defense First Team: 8 razy.
                      Ale pewnie wg. Ciebie byli przecenieni jako defensorzy... :)

                      Odnośnie Pippena i tego czy był przeceniony - polecam stronkę dotyczącą: All-
                      Time Playoffs Individual Career Leaders:
                      www.nba.com/history/records/alltime_playoffs_ind_career.html#average
                      Jest tam w tak wielu kategoriach, że nawet nie chce mi się ich wszystkich
                      wymieniać. I to w play-offs, kiedy naprawdę zaczyna się gra. Trzeba naprawdę
                      nienawidzić Pippena, żeby nie potrafić docenić jego osiągnięć i określić go
                      jako "przecenionego"...

                      Tyle.

                      Pzdr,
                      LB
                      • Gość: Wilt Do LB - o Pippenie IP: 62.29.137.* 30.09.04, 12:44
                        LB, przesadzasz: NIKOGO w koszu nie nienawidzę, a poza tym co to w ogóle za
                        argument? Równie dobrze ja mógłbym powiedzieć, że Ty nie doceniasz moich
                        faworytów kierując się nienawiścia – ale to byłoby bez sensu. Nie uznaję
                        Jordana za GOAT, a Pippena uważam za wątpliwego członka Top 50; jeśli czyni
                        mnie to dla Ciebie haterem, to trudno. Co do samej defensywy: przecież akurat
                        defensywę Pippena chwalę. Nie sądzę jednak, jak fani Bulls, że z Jordanem to 2
                        najlepsi perimeter defenders wszechczasów (przyznasz zresztą, że choćby
                        statystycznie byłoby dziwne, gdyby byli nimi gracze nie tylko z jednej epoki,
                        ale z tej samej drużyny). Nagrody defensywne nie są tu wszystkim, a zresztą
                        zauważ drobny fakt, że All – Defensive Teams nominowane są dopiero od 1969, a
                        DPOY – od 1983 (choć toms tak prostej kwestii nie może sobie przyswoić). Przy
                        tym i w tym aspekcie dochodzi kwestia konkurencji, o której cały czas
                        przypominam: gdy już pojawiły się piątki obrony, które grupy walczące o nie byś
                        wyżej ocenił: West – Frazier – Sloan – Van Lier i Havlicek – DeBusschere – Gus
                        Johnson – Silas, czy Jordan – Dumars/Payton (tylko 1 z nich, bo GP wybił się
                        dopiero po osłabnięciu Dumarsa) – Blaylock – Stockton i Pippen – Rodman –
                        Malone – H. Grant? Cholera, napisałem to i zdałem sobie sprawę, że zgodnie ze
                        swoją optyką lat 90. możesz wybrać odpowiedź b) ;-) – ale uwierz, we wszystkich
                        zestawieniach najlepszych defensorów wszechczasów, jakie czytałem, więcej jest
                        reprezentantów dwóch pierwszych grup. Frazier uważany był za nawet lepszego
                        defensywnie od GP, West za podobnie dobrego jak później Jordan, Havlicek – jak
                        Pippen, a OBAJ DeBusschere i Gus Johnson – jak Rodman, Van Lier był w obronie
                        znacznie efektywniejszy od Stocka i Blaylocka, Silas od Horace’a, itd. Ale
                        nawet niezależnie od oceny poziomu konkurencji, powtarzam: a) gdyby omawiane
                        nagrody przyznawane byłby odpowiednio wcześniej, to Frazier, West i Havlicek
                        mieliby ich nie mniej od Jordana i Pippena; b) a gdybyś mimo wszystko chciał
                        oceniać tylko po przyznanych nagrodach, to i tak wygrywa z Pipem i dorównuje MJ
                        Payton, który tak samo jak ten drugi ma DPOY i 9 All – Defensive First Teams.
                        Co do całościowej oceny Pippena; fajnie, że osiągnął tyle w playoffs i to
                        zupełny zbieg okoliczności, że udało mu się to razem z Jordanem i pod Philem
                        Jacksonem ;-), a także w epoce, w której z jednej strony istniała czwarta runda
                        w playoffs i można było nastukać więcej punktów czy asyst niż dajmy na to w
                        latach 60., a z drugiej zespoły przeciwników były słabsze niż choćby w latach
                        60. czy 80. W rezultacie Twój ulubiony SF jest drugi tylko za Kareemem w
                        liczbie playoff games i minutes, więc nic dziwnego, że trochę statystyk
                        nagromadził: poza przechwytami (liczonymi dopiero od 1973) i… faulami w żadnej
                        jednak nie zajmuje 1. czy 2. miejsca , co wyraźnie wskazuje, że był aktorem o
                        długiej karierze, ale drugoplanowym. :-) Poważnie jednak, sądzę, że istnieje
                        fundamentalna różnica między wożeniem się na plecach lepszych od siebie a
                        samodzielnym prowadzeniem zespołu, w którym to zadaniu Pippen dowiódł w 1994
                        czy 2000, że był wyraźnie mniej efektywny niż jako pomocnik Jordana (co zresztą
                        całkiem zrozumiałe, ale jak widać czasem trzeba o tym przypomnieć). Podkreślam:
                        również w 2000, kiedy stał na czele najmocniejszego składu w lidze, więc nie ma
                        mowy o żadnym przypadku osamotnionej supergwiazdy. Skoro nie sprawdził się jako
                        lider, moim zdaniem nie ma mowy o wymienianiu go w ścisłym gronie najlepszych
                        SF wszechczasów; tak samo zresztą jak Kobe, który w ogóle nie miał jeszcze
                        szansy się sprawdzić, nie powinien być teraz wymieniany obok MJ, mimo moich
                        prywatnych zapatrywań co do rzekomości powtarzanej tezy o ogromnej luce między
                        nimi. Osiągnięcia z playoffs są fajne, ale jak na nie spojrzysz, to w tabelach
                        jest i Michael Cooper, nawet nie starter, który z kolei dowiózł się tam na
                        plecach Magica i Kareema – a nie jest nawet w „20” SF wszechczasów (oczywiście
                        oprócz obrony, w której dorównywał Pippenowi ;-)). Jednak gdy patrzysz na całą
                        karierę zawodnika, to chyba i dla Ciebie nie ulega wątpliwości, że Scottie nie
                        dorównywał ścisłej czołówce „trójek”: Birdowi, Baylorowi, Havlickowi,
                        Ervingowi, Barry’emu. Możesz wątpić, czy nie dorównywał Arizinowi i
                        Cunninghamowi – ale tu już Cię w razie czego przekonam, ze nie ;-). Dla mnie
                        pozostaje mu walka o 3 ostatnie miejsca w „10” najlepszych SF, w wyrównanej
                        konkurencji z Chetem Walkerem, Fulksem, Heinsohnem, Dantleyem, Englishem,
                        Worthym czy Dominique Wilkinsem. Nieźle, ale nie super. Zakończę jeszcze
                        najśmieszniejszym określeniem Pippena, jakie słyszałem (nie to, żebym się z nim
                        zgadzał…): „one of the 50 greatest sidekicks in Bulls history”. :-)

                        I przeczytaj część do Grega zatytułowaną „Porównania”: tego jeszcze nie było
                        nawet w naszych dyskusjach. ;-)

                        Pzdr
                        • Gość: LB Re: o Pippenie IP: 217.11.142.* 04.10.04, 14:34
                          Wilt,

                          1. Nie możesz napisać o mnie, że kieruję się nienawiścią do Twoich faworytów,
                          bo absolutnie ich nie nienawidzę, i nie piszę, że są przecenieni, tak jak ty o
                          Pippenie.

                          2. Dlaczego uważasz, że Jordan był gorszym obrońcą niż Frazier, Payton,
                          Havlicek czy West? Ja nie twierdzę, że nie był, ale strasznie ciekawi mnie, na
                          jakiej podstawie wysnuwasz takie opinie? Widziałeś mecze z udziałem tych
                          zawodników? Czy może opierasz swoje argumenty na podstawie opinii dziennikarzy
                          sportowych?

                          3. Nie twierdzę, że Jordan z Pippenem byli najlepszymi perimeter defenders
                          wszachczasów, ale dlaczego miałoby to być "statystycznie" dziwne? Nie bardzo to
                          rozumiem? Wyjaśnij, proszę.

                          4. "ale uwierz, we wszystkich zestawieniach najlepszych defensorów
                          wszechczasów, jakie czytałem, więcej jest reprezentantów dwóch pierwszych grup.
                          Frazier uważany był za nawet lepszego defensywnie od GP, West za podobnie
                          dobrego jak później Jordan, Havlicek – jak Pippen, a OBAJ DeBusschere i Gus
                          Johnson – jak Rodman, Van Lier był w obronie znacznie efektywniejszy od Stocka
                          i Blaylocka, Silas od Horace’a, itd"

                          Czyli po prostu opierasz się na tym, co napisali inni. Czy nie uważasz, że
                          każdy (z autorów tych zestawień) może mieć swoje zdanie, swoje preferencje i
                          różnie oceniać tych samych zawodników. Ja nie jestem w stanie powiedzieć, że
                          np. West był tak dobry w obronie jak Jordan, bo nie widziałem go w akcji, i
                          szczerze mówiąc nie sądzę, żebyś ty też go widział w akcji. Po prostu opierasz
                          swoją opinię na opiniach innych.
                          Owszem, zapewne byli to znakomici defensorzy w swoich czasach, ale ciężko mi
                          sobie wyobrazić, żeby West miał motorykę, siłę i szybkość graczy/defensorów z
                          późniejszych czasów.

                          5. W 1994 r. Knicks mieli ewidentnie mocniejszy zespół niż Bulls. Już w 1993 r.
                          Bulls mieli z nimi wielkie problemy, więc nic dziwnego, że po odejściu Jordana
                          przegrali z nimi w finale konferencji. Ten sezon był jednak dla Pippena
                          najlepszy w karierze (pod względem osiągnięć statystycznych). Owszem, nie
                          poprowadził Bulls do mistrzostwa, ale czy zrobili to Stockton, Malone czy
                          Barkley? Czy oni też nie znajdują się na twojej liście wśród najlepszych
                          zawodników wszechczasów?

                          6. Nie mówię, że Pippen był najlepszym SF wszechczasów. Nawet się nie
                          zastanawiałem, które zająłby miejsce wśród SF. Natomiast pisanie o nim, że jest
                          przeceniony, jest sporym nieporozumieniem.
                          Statystyki z play-off mówią wiele. I chyba nie chcesz powiedzieć, że obecność
                          Michaela Coopera (gdzie go widziałeś?) w tych statystykach mogłaby je w
                          jakikolwiek sposób zdeprecjonować?
                          • Gość: Wilt O Pippenie IP: 62.29.137.* 14.10.04, 17:17
                            Jak to, LB: np. gdy chwalono na tym forum Kobego, nie sugerowałeś, że jego
                            wyczyny są przecenione? Bo ja tak pamiętam. Zresztą samo w sobie to naturalna
                            różnica zdań: ja wolę Wilta od MJ czy Kobego od Pippena, Ty zapewne w obu
                            przypadkach odwrotnie, więc nasi faworyci będą dla nas nawzajem przecenieni.
                            Chodzi jednak o to, by w dyskusji nie używać niemerytorycznych,
                            uniemożliwiających ją argumentów typu: bo ty to X - a nienawidzisz.

                            Nie twierdzę, że Jordan był na pewno gorszym obrońcą od dawniejszych graczy, bo
                            jeszcze znacznie trudniej tu porównać zawodników z różnych epok niż w przypadku
                            ataku. Jednak tym bardziej nie ma też żadnych danych, by twierdzić, że był na
                            pewno lepszy – szczególnie jeśli człowiek nie ogranicza się do jednej epoki,
                            którą uważa za najlepszą, ale zdaje sobie sprawę z bogactwa CAŁEJ historii
                            koszykówki. Do tych samych wniosków prowadzi też spojrzenie statystyczne; i tu
                            daruj, naprawdę mam Ci tłumaczyć, dlaczego trafienie w totka 2 szóstek pod rząd
                            jest mniej prawdopodobne niż jednej? Tak samo, nawet gdyby MJ był tym
                            najlepszym defensorem, twierdzenie, że drugim najlepszym był akurat jego kolega
                            Pippen, jest wybitnie mało prawdopodobne.

                            Dobrze wiesz, że – szczególnie mieszkając w Polsce – znacznie mniej jest
                            okazji, by obejrzeć wyczyny graczy z dawnych epok niż współczesnych. Ale czy
                            fakt, że nie można obejrzeć czegoś obejrzeć własnymi oczami to powód, żeby nie
                            wierzyć w istnienie tego czegoś? W takim razie musiałbyś zwątpić w istnienie
                            całkiem wielu rzeczy, od cząstek elementarnych po odległe galaktyki. ;-) Ja w
                            każdym razie na podstawie analizy wszystkich dostępnych mi danych jestem w
                            stanie powiedzieć, że np. wyczyny defensywne Fraziera na Robertsonie czy Weście
                            robią na mnie co najmniej takie same wrażenie jak Jordana oraz Pippena na
                            Magicu czy Drexlerze, a nawet większe, zważywszy, że to ta pierwsza dwójka była
                            znacznie groźniejsza w ataku, a od Drexlera w ogóle o klasę lepsza. Oczywiście
                            muszę się wtedy posiłkować w większym stopniu opiniami ekspertów (słusznie
                            zauważasz, że bywają różne, tylko nie wiem, czemu przypominasz to właśnie mnie,
                            skoro wymagają tego zazwyczaj fani Bulls, przekonani, że wszystko co najlepsze
                            zdarzyło się na pewno w latach 90., tak jak ten komiczny już gość z wątku obok,
                            twierdzący, że Pip to najlepszy SF wszechczasów, czego chyba sam nie
                            twierdzisz, a jednak akurat z nim nie polemizowałeś). Ty nigdy tego nie robisz?
                            A jeśli uważasz, że opinie ukształtowane w ten sposób są gorzej umotywowane, to
                            nie powinieneś obstawać przy swojej opinii tego samego typu o Wilcie – że był
                            słabszy od MJ, prawda? Podstawą dla mnie natomiast nie są opinie kogokolwiek,
                            tylko fakty; jakiej klasy koszykarze kryli się nawzajem i co z tego wynikło.
                            Zaznaczam też, że jak pisałem choćby na tym wątku, żeby w ogóle móc porównywać
                            graczy z różnych epok należy zakładać, że mieli dostęp do takiego samego
                            przygotowania atletyczno – siłowego – inaczej nie ma to sensu. A jeśliby ten
                            sens miało: wydaje mi się, że pod tym względem NBA poczyniła zauważalne postępy
                            i w ostatniej dekadzie, a taki Garnett, choć o numer większy, atletyzmem
                            przewyższa Pippena; czy jesteś w takim razie skłonny przyznać mu tytuł lepszego
                            defensora? ;-)

                            Wyżej napisałem Jordana ORAZ Pippena, i przy tym się warto zatrzymać. Otóż z
                            wielu przewag przypisywanych reklamowanym nie do zniesienia składom Bulls tak
                            akurat jest prawdziwa: posiadanie naraz 2 jednocześnie tak znakomitych i
                            wzajemnie wymiennych defensorów obwodowych jak tamci (były składy z podobnie
                            dobrymi duetami, ale już nie tak wymiennymi, jak Celtics z KC Jonesem i
                            Havlickiem czy Sixers z Cheeksem i Bobby Jonesem). Jednak ta przewaga zespołu w
                            ocenie tych pojedynczych graczy jest raczej minusem, bo trudno nie zauważyć,
                            jak przez tu uzupełnianie się nawzajem i zmienianie się łatwiej było im niż
                            innym tu wymienianym wyłączać z gry najgroźniejszego niskiego zawodnika
                            przeciwnika i budować reputację świetnych defensorów. Takiego luksusu nie miał
                            szczególnie Payton, o której w ostatniej odpowiedzi już nie wspominasz (pewnie
                            dlatego, że był z naszych czasów i nie pasuja do niego argumenty o nieoglądaniu
                            na własne oczy i słabszym przygotowaniu siłowym ;-)). A jednak, jak
                            przypomniałem w postach do Grega, praktycznie SAMODZIELNIE (Hawkins oczywiście
                            w obronie mało się liczył) w 1996 wykonał nawet lepszą robotę na Jordanie niż
                            ten RAZEM z Pippenem w 1991 na Magicu! I to samo już dla mnie starczy, żeby
                            odrzucić tezę, że duet Bulls to najlepsi defensorzy wszechczasów.

                            Tak, w 1994, w przeciwieństwie do poprzednich lat, Bulls byli słabsi niż Knicks
                            (choć też nie tak dużo, bo wbrew pozorom NYK też trochę się osłabili: o 3
                            zwycięstwa w porównaniu z wcześniejszym sezonem, podczas gdy Chicago o 2);
                            osłabia to wartość zwycięstwa Knicks – ale w takim razie osłabiało też wartość
                            uprzednich zwycięstw Bulls. Ale mówimy tu konkretnie o Pippenie; bo gdyby był
                            prawdziwą supergwiazdą, mógłby poprowadzić drużynę do zwycięstwa nawet nad
                            silniejszym – bo przecież nie klasę silniejszym – przeciwnikiem, prawda? Ale co
                            tu mówić o silniejszym przeciwniku, kiedy nie potrafił zrobić tego samego i
                            przeciw przeciwnikowi o SŁABSZYM składzie, jakim byli Lakers w 2000,
                            którzy.mieli za to prawdziwą supergwiazdę w postaci Shaqa, a nawet Kobe, choć
                            jeszcze młody, już bardziej się liczył niż Pippen w playoffs. I na to
                            zadowalającej odpowiedzi już chyba nie masz. Bo nie jest nią też argument, że
                            Barkley czy Malone przegrali z Jordanem. Po pierwsze, przynajmniej doprowadzili
                            swoje zespoły do Finałów. Po drugie, Malone nie miał silniejszego składu niż
                            przeciwnik; Chuck może miał, ale zniwelował to fatalny trener. Po trzecie,
                            jeśli chcesz w ten sposób dźwigać Pippena do poziomu tamtych, to musisz i Shaqa
                            dźwignąć do poziomu Jordana. ;-)

                            Bardzo mnie dziwi, że nie masz ustalonego zdania co do miejsca Pipa wśród SF
                            wszechczasów; jak bez takiego punktu odniesienia można twierdzić, że jest przez
                            kogoś niedoceniony/przeceniony/w ogóle jakikolwiek? Ja takie zdanie mam,
                            wymieniłem już 5 zawodników z tej pozycji lepszych od Scottiego o klasę i 2 - o
                            pół klasy, i w razie potrzeby jestem gotów do dyskusji. O znaczeniu statystyk z
                            playoffs już pisałem; wyjaśnię jeszcze, że Cooper jest tu w czołówce w
                            trójkach, a kiedyś był nawet rekordzistą w trójkach trafionych w meczu Finałów –
                            ale, powtarzam, nie czyni to go jeszcze wybitnym graczem.

                            Tak z ciekawości: znalazłeś w ogóle czas na przeczytanie ostatniej rundy
                            dyskusji na tym wątku? Jeśli tak, co o niej myślisz; szczególnie o części
                            obrazującej dawnych Celtics i Knicks przeniesionych w lata 90.? ;-)

                            Z innego wątku, jeśli wolisz mniej czasochłonną dyskusję: nie zgodziłbym się z
                            Tobą, że Shaq w ostatnim „Dream Teamie” nie przyniósłby USA złota (zakładając
                            oczywiście, że grałby, a nie narzekał czy leczył kontuzje). Racja, że z nim
                            wciąż ta drużyna cierpiałaby na braki shooters i klasycznych PG, ale słabość
                            pod jednym względem można w pewnym zastąpić miażdżącą przewagą pod innym, jaką
                            pod koszem mieliby Amerykanie z Dieslem. Ich przewaga na tablicach byłaby
                            jeszcze większa, co pozwoliłoby zrekompensować niższą skuteczność; nie byłoby
                            też decydującego momentu w meczu z Argentyną, który zadecydował o utracie
                            złota, kiedy Duncan wpadł w foul trouble i nie było komu go zadowalająco
                            zastąpić w walce pod koszem, szczególnie ofensywnej. USA wciąż mogłoby
                            przegrać, ale sądzę, że by jednak wygrało – dlatego lepiej, że O’Neala nie
                            było… :-)


                            Pzdr
                            • Gość: Wilt SONDA!!! IP: 62.29.137.* 14.10.04, 17:18
                              Z odzewem kiepsko, więc wpisywać się: kto znalazł czas na przeczytanie
                              poprzedniej rundy moich postów na tym wątku? Nie chcę straszyć (czy, zależnie
                              od punktu widzenia, obiecywać ;-)), ale chciałbym wiedzieć, na ile warto na tym
                              pół – martwym forum wysilać się w razie czego w przyszłości.
              • Gość: L22w-wa Re: Jordan???? IP: *.acn.waw.pl 10.09.04, 14:15
                I jeszcze jedno, nielicz na szybką odpowiedź z mojej strony, bo już rzadko
                zaglądam na to forum. Chcesz pogadać normalnie- zapraszam na forum e-basket...
                • Gość: calagan Re: Jordan???? IP: *.aster.pl / *.aster.pl 10.09.04, 14:35

                  A szkoda Lukaszu, a szkoda. Ja jestem aktywny i tu i tam. Tutaj dyskusja toczy
                  sie wolniej, wiec spokojnie dalbys rade oba fora obskoczyc ;-).
                  • Gość: L22w-wa Re: Jordan???? IP: *.acn.waw.pl 15.09.04, 02:38
                    Oki Calagan, robię come-back- tylko czekam na jakiś nowy topic. Pzdr
              • Gość: air Re: Jordan???? IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 18.09.04, 17:39
                dla mnie to "stary dupek"nigdy nie widzial meczu jordana
              • Gość: Mike Re: Jordan???? IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 20.09.04, 11:15
                ale kiedy to było Witt rzucił 100 pkt bo wtedy był taki poziom że on mógł sobie
                na to pozwoliż teraz nikt by Jordanowi na to nie pozwolił a fakt że rzucił 45
                pkt świadczy że był i długo będzie najlepszy jeszcze przez conajmniej 20 lat
                nie zobaczysz takiego koszykarza ludzie zachwycają sie Lebronem ale on nigdy
                nie osiągnie tyle co MJ
                • Gość: calagan Re: Jordan???? IP: *.aster.pl / *.aster.pl 20.09.04, 15:17

                  Niby jakie byly czasy? Jordana najwieksze popisy strzeleckie przybadaly na
                  okres super-ofensywnej koszykowki - czyli showtime Lakers i calej reszty. A
                  mimo to Michael nie rzucil 100, ani chociaz 80pkt.
                • Gość: L22W-wa Re: Jordan???? IP: *.acn.waw.pl 20.09.04, 17:57
                  Uwaga petitem: Jak już napisał szanowny Wilt, MJ rzucił w tym meczu 55 punktów,
                  A wracając jeszcze do mojego przemiłego rozmówcy(obdarzonego nikiem debil), nie
                  widziałem żeby po meczu Starksowi się zbierało na płacz, więc nie wciskaj nam
                  tu kitu, bo o baskecie co nieco wiemy.

                  Teraz powracam do tematu:

                  1)Jak słusznie napisał Calagan, MJ grał w czasach rozkwitu ultraofensywnej
                  koszykówki, więc jego osiągnięcia punktowe nie powalają mnie na kolana,
                  zwłaszcza patrząc na fakt, iż bez wsparcia S.Pippena i H.Granta nic nie
                  osiągnął. A skład Bulls z pierwszych sezonów Jordana, to z całym szacunkiem nie
                  sam Michael. (choćby taki jeden przypadek- fani MJ'a, kochacie Paxsona, a o nim
                  nie pamiętacie)
                  2)Za 10 lat nikt nie wymieni rywala MJ'a, a pojedynki Russell vs Chamberlain są
                  przecież wizytówką ligi...No, bo kto?
                  a)Barkley?- finały 1993 to za mało, poza tym "Chuck" za dużo przesiedział w
                  Philly
                  b)Olajuwon- nie było face 2 face w finałach
                  c)Robinson- za miękki i jak wyżej
                  d)Malone- przykład ok, ale jak on wygląda przy osiągnięciach Chamberlaina
                  e)Kemp-.....................
                  3)Ja juz widziałem lepszych koszykarzy niż Jordan. Pierwszy też ma inicjały
                  M.J, drugi to ww. Wilt

                  • Gość: LB Re: Jordan IP: 217.11.142.* 20.09.04, 18:27
                    Panowie,

                    1. Jeśli mówicie o ultraofensywnej koszykówce, to rozumiem, że macie na myśli
                    pierwsze kilka sezonów kariery Jordana. Nie chcecie chyba nikomu wmówić, że
                    coroczne starcia Bulls z Pistons, Knicks i Heat, to była ultraofensywna
                    koszykówka z wynikami po ponad 120 ptk., prawda?

                    2. Nie wszystkie popisy strzeleckie Jordana przypadały na okres jego pierwszych
                    sezonów. Że wspomnę chociażby finały z 1993 r.

                    3. Rzeczywiscie, do czasu przyjścia Pippena i Granta, Jordan drużynowo osiągnął
                    niewiele (poza większą liczbą wygrywanych meczów przez Bulls). Natomiast
                    indywidulanie miał już całkiem sporo osiągnięć.

                    4. Nie wiem o co chodzi z tym Paxsonem?

                    5. Rywale Jordana: Magic Johnson, Larry Bird, Isiah Thomas, Joe Dumars, Clyde
                    Drexler, Charles Barkley, Shaquille O'Neal, Penny Hardaway, Reggie Miller, Gary
                    Payton, John Stockton, no i tak można jeszcze kilkunastu wymienić. Czy sądzisz,
                    że te nazwiska zostaną zapomniane przez kibiców?

                    Oczywiście nie ze wszystkimi grał w finałach i nie wszyscy grali na SG, ale sam
                    rozważałeś Olajuwona, Kempa, Malone'a, etc.

                    6. Piszesz, że widziałeś lepszych koszykarzy niż Jordan. Każdy ma prawo do
                    własnych ocen. Ja nie widziałem (poza kilkunastoma akcjami) jak grał Julius
                    Erving, Oscar Robertson, Earl Monroe czy Wilt Chamberlain i dlatego trudno mi z
                    ręką na sercu powiedzieć czy są oni są słabsi czy lepsi od Jordana.
                    Natomiast mogę zdecydowanie powiedzieć, że Jordan był najlepszym spośród tych,
                    których ja widziałem w akcji.

                    Pzdr,
                    LB
                    • Gość: toms Re: Jordan IP: *.aster.pl / *.aster.pl 23.09.04, 22:55
                      >Natomiast mogę zdecydowanie powiedzieć, że Jordan był najlepszym spośród tych,
                      >których ja widziałem w akcji.

                      swietnie powiedziane ...
                      • Gość: Wilt Re: Jordan IP: 62.29.137.* 30.09.04, 12:46
                        Mało: super powiedziane! A jeszcze bardziej super, że za paręnaście lat ktoś,
                        kto nigdy nie widział Jordana na żywo i dorastał na innych idolach będzie mógł
                        powiedziec to samo o Kobem czy LeBronie… ;-)
                • Gość: Wilt Do LB i Mike'a IP: 62.29.137.* 30.09.04, 12:39
                  Tak jak myślałem, wiadomy temat wciąż wywołuje emocje… Zaczynajmy.

                  Mike, a w czym to konkurencja za czasów Wilta była gorsza? W tym, że w
                  większości meczów musiał mierzyć się z centrami, którzy trafili potem do Hall
                  of Fame (efekt mniejszej liczby drużyn, czyli większego zagęszczenia talentu),
                  podczas gdy Jordan konkurentów na tym poziomie miał zaledwie paru na
                  dwadzieścia parę drużyn? Zresztą musiałby być wśród nich odmłodzony West, żeby
                  porównać to z rywalizacją Russ – Chamberlain – tymczasem najlepszym z nich był…
                  Drexler – z całym szacunkiem, nie ten numer kapelusza.
                  A może świadectwem słabszego poziomu mają być wyższe średnie punktowe? Nawet
                  pomijając wątpliwą logikę takiego rozumowania (czy w takim razie PLK jest
                  lepsza od NBA?), to – jak już zauważyli calagan czy Łukasz – w latach 80.,
                  czasie największych osiągnięć MJ, zdobywało się tylko o parę procent mniej
                  punktów niż za czasów Wilta! (A jak na pewno pamiętasz, LB, w latach 90.
                  średnie Jordana były już wyraźnie niższe). (I to mógłbyś wreszcie zauważyć,
                  toms – bo zaczynam podejrzewać jakieś upośledzenie, które nie pozwala ci
                  przyswajać prostych komunikatów po polsku).
                  Mimo to rekordy MJ to 37,1 ppg w sezonie (nie tylko Wilt, również Baylor miał
                  więcej) i 69 pkt. w meczu (tu nawet D. Robinson miał więcej), podczas gdy
                  Szczudła – 50,1 ppg i 100 pkt. Różnica nie kilku, a kilkudziesięciu
                  procent! ‘Nuff said.

                  W zestawie najgroźniejszych przeciwników ery Jordana w playoffs, o których
                  wspominasz, LB, najgroźniejsze nazwiska to K. Malone/Stockton i Barkley.
                  Nieźle, ale gdzie im do zestawu Bird – M. Malone – Erving, ze wymienię tylko
                  najważniejszych przeciwników Magica? Nie tylko Bird, ale i Moses byli
                  wartościowsi od każdego z oponentów MJ; w opinii większości bardziej
                  wartościowy był także Dr J, ale ponieważ ja się nie do końca z tym zgadzam
                  (Erving; pierwszy przypadek rozdmuchania osiągnięć wielkiego nawet koszykarza
                  stanowczo ponad miarę, co później na większą skalę powtórzyło się przy
                  Jordanie), więc ten argument pomińmy; nie był natomiast od nich słabszy. Nie
                  mówiąc o zestawie Russell – Cousy - Havlicek – Pettit - Robertson – do 1968
                  Baylor i West - Barry; najlepszych przeciwnikach Chamberlaina? Powiedz
                  uczciwie, czyje nazwiska robią na Tobie większe wrażenie.
                  (P.S. Możesz jeszcze do przeciwników MJ dodać Isiaha, choć szczyt możliwosci i
                  on i jego zespół osiągnął wcześniej niż w latach 90., ale tak samo wtedy trzeba
                  go dodać do listy Magica, a listę Wilta można uzupełnić o znaczniejsze
                  nazwisko, bo Kareema, z którym mimo różnicy wieku zdążył się potykać w
                  playoffs. Ogólny obraz pozostaje ten sam. Magic w 1991 – patrz kontuzje i mój
                  nowy post do Grega).

                  Jak wiadomo, już dyskutowaliśmy kwestię MJ – Wilt wiele razy (nb. cieszę się,
                  że na tym wątku Jordan jest porównywany nie tylko z moim ulubieńcem; to
                  znacznie ciekawsze). Wiem, że masz swoje poglądy i argumenty na korzyść
                  Jordana, co tym bardziej zrozumiałe, że psychologicznie trudno jest postawić
                  Chamberlaina - gracza, którego zna się tylko wyrywkowo nad zawodnikiem, w
                  którego uwielbieniu i na którego meczach się dorastało, co dla większości
                  forumowiczów oznacza MJ. Ale nawet jeśli chcesz ograniczyć się tylko do
                  koszykarzy, których nasze pokolenie mogło oglądać na żywo, to choć dziwi mnie,
                  że stawiasz Magica i Birda o oczko niżej od Jordana – niech będzie. Ale
                  przynajmniej może docenisz aspekt drużynowy; czy nie przyznasz (np. Greg to
                  przynajmniej przyznaje), że składy w latach 80. były głębsze – co przecież
                  oznacza, że mecze były ciekawsze i bardziej interesujące? Czy w związku z tym
                  naprawdę znajdujesz większą przyjemność w oglądaniu Bulls i ich rywalizacji ze
                  słabszymi zespołami tylko dlatego, że w grze brał udział MJ?

                  Pzdr
      • Gość: guru)ji Re: Sześć najsłynniejszych rzutów w karierze Jord IP: *.client.comcast.net 15.07.04, 09:56
        Niezly byl.
        • kluska_w Re: Sześć najsłynniejszych rzutów w karierze Jord 27.07.04, 18:35
          Czesc, potrzebyje pomocy. Czy interesujesz sie Jordanem troche? czy nieco
          bardziej? Szukam najnowszego DVD o Jordanie, jakis tytul czy cos. Znalazlam
          jakies DVD z 2003 roku pt. Jego wysokosc Michael Jordan" ale czy sa nowsze
          niewiem, jesli cos tam sie orientujesz to please daj znac. Urgent!
      • Gość: LA Fan Re: Sześć najsłynniejszych rzutów w karierze Jord IP: *.kalisz.mm.pl 10.08.04, 14:55
        A chuj mu w dupę!!!!!!
        • Gość: mj Re: Sześć najsłynniejszych rzutów w karierze Jord IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 13.08.04, 10:24
          chuj w dupę Kobiemu-w więzieniu
          zostanie cfelem...tylko do tego
          się nadaje, on i cała ekipa Lakers 2004/05.
      • greg86 Re: Sześć najsłynniejszych rzutów w karierze Jord 02.01.05, 22:03
        Wilt ---)

        Tak jak napisałem w innym temacie - chciałbym powrócić do dyskusji sprzed ponad 2 miesięcy więc jeżeli masz czas i chęci na powtórke z rozrywki to możemy dokończyć to, co zaczeliśmy jeszcze w starym roku.

        Poniżej odpowiedziałem na Twoje ostatnie posty - moja riposta w założeniu miała być dłuższa i poruszać wiele kwestii nieco dogłębniej jednak ostatecznie większy nacisk położyłem na konkrety i skupienie się głównie na najważniejszych wątkach dlatego też nie odniosłem się do niektórych fragmentów Twojego postu lub zrobiłem to bardzo ogólnikowo. Oczywiście jeżeli by ci szczególnie zależało bym poruszył/rozwinął jakiś wątek którego nie poruszyłem/nie rozwinełem wystarczająco to moge to zrobić.


        RUSSEL

        Piszesz o tym, że gdyby w jego czasach przyznawano nagrody MVP Finałów to dostałby on ich 10, a gdyby z kolei liczono bloki to miałby ich 7 tysięcy. Mam nadzieję, że zdajesz sobie jednak sprawę iż oba te osiągnięcia wynikają nie tylko z wielkości Russela ale przede wszystkim ze specyfiki tamtej ligi. Z tego względu nieuczciwe jest np. konfrontowanie jego osiągnięć statystycznych z liczbami współczesnych centrów (to apropo Twojego porównania liczby bloków uzyskanych przez Russela i Hakeema). Znając Ciebie zaraz pewnie wyskoczysz z listą HOF'ów przeciwko którym musiał bronić Russel i na tej podstawie wyciągniesz wniosek, że było mu znacznie trudniej zaliczać duże ilości bloków niż Hakeemowi. ;-] Powinieneś jednak zdawać sobie sprawę iż:
        Po pierwsze - w czasach Russela taktyka była na znacznie mniejszym stopniu ewolucji niż w latach 90-tych - stąd było więcej improwizacji ofensywnych a co za tym idzie - łatwiej było "nadziać" się na blok.
        Po drugie - gracze dysponowali wtedy gorszą techniką rzutów co również ułatwiajało blokowanie.
        Po trzecie - był słabiej niż obecnie rozwinięty system zajmowania pozycji do rzutu - mniejszy repertuar zwodów, mniej efektywne wykorzystywanie takich zagrywek jak post-up itp.
        Po czwarte - w latach 60-tych oddawano mniej rzutów niż w czasach Hakeema (a co za tym idzie było mniej okazji do bloków).
        Tego typu argumentów można wysunąć więcej, ale ja podałem tylko te najważniejsze. Żebyś mnie źle nie zrozumiał - ja generalnie popieram stanowisko sporej części speców od koszykówki, którzy uważaja Russela za najlepszego obrońcę wszechczasów - sprzeciwiam się jedynie argumentowaniem statystykami wyższości dawnych mistrzów nad współczesnymi graczami (bo gdybyśmy interpretowali je dosłownie to wyszłoby nam, że Russel był o jakieś dwie/ trzy klasy lepszym defensorem od Hakeema a to akurat jest bdurą).
        Analogicznie ma się sprawa w przypadku kosmicznych sukcesów drużynowych Russela (z czym łączą się wspomniane MVP Finałów)- po prostu inne czasy. W latach 90-tych Russel mógłby mieć do pomocy jednego HOF'a (ewentualnie dwóch, ale za to podstarzałych - vide Rockets gdzie Hakeem grał razem Dlexlerem i Barkley'em - wszyscy spotkali się w Houston grubo po trzydziestce) i z pewnością nie zdobyłby 11 tytułów. Być może nawet nie zdobyłby ani jednego - taki scenariusz jest bardzo prawdpodobny gdyby umieścić go np. na miejscu Hakeema czy Ewinga. Być może Russel jeszcze bardziej ograniczył by Robinsona, King-Konga i Shaqa niż zrobił to The Dream ale czy potrafił by jednocześnie rzucić przeciwko tym graczom tyle punktów ile rzucał Olajuwon? Co innego gdy po zbiórkach Russela rzuty drugiej szansy mieli Havlicek, Sam Jones i Tom Heinsohn a co innego gdyby byli to Starks, Oakley i Derek Harper czy Dlexler, Kenny Smith i Robert Horry. Co innego gdy obok Havlicka, Sama Jonesa i Heinsohna wystarczyło by Russel rzucił 15-20 punktów a co innego gdy u boku supportu Ewinga czy Hakeema musiałby rzucić 30 czy 40.

        Druga sprawa to duża dysproporcja pomiędzy atakiem a obroną w jego przypadku. Ty ten argument bagatelizujesz ale mi osobiście trudno jest nazwać koszykarzem wszechczasów zawodnika, który w priorytetowej dziedzinie basketu - rzucaniu koszy - był przeciętny (Russel nie zajmuje nawet miejsca w pierwszej 20 pod względem ppg, jego średnia jest też DWUKROTNIE niższa od średniej lidera tej klasyfikacji - Jordana). Pisałem już zresztą, że w takich latach 90-tych Russel nie miałby szans trafić do drużyny w której do odniesienia sukcesu wystarczyłoby gdyby skupił się na bronieniu dostępu do kosza (bloki, zbiórki w obronie) i pomaganiu kolegom zdobywać te kosze (zbiórki w ataku).


        MAGIC

        1. Przywołanie finałów z 1991 roku jest o tyle trafne, że Magic miał partnerów podobnego formatu co Jordan.

        C Cartwirght/Divac
        PF Grant/Perkins
        SF Pippen/Worthy
        G Paxon/Scott

        Ławka: Hodghes, Williams, Armstrong/ Campbell, Green, Teagle

        Gdyby w Lakers grali jeszcze Kareem i Cooper support MJ'a z Kaliforni dysponowałby większym potencjałem niż support MJ'a z Windy City stąd rozstrzyganie indywidualnej wartości tych graczy byłoby trudniejsze (wielu mogło by patrzeć na ich konfrontacje przez pryzmat wyniku serii - gdyby wygrali Lakers uznano by, że to dlatego iż Magic jest lepszym graczem niż Jordan - kwestia tego, że miałby większe wsparcie byłaby zapewne pomijana).

        Mike rzeczywiście w 1991 roku był bliżej szczytu swoich możliwości niż Magic ale to nie ma zbyt wielkiego znaczenia - ten drugi nawet będąc w absolutnym apogeum swojej kariery (1987 rok?) nie zmienił by w znaczący sposób przebiegu tej serii (no chyba, że uważasz iż Magic w czasach tych finałów był jakieś 3 klasy gorszy niż te 4 lata wcześniej).

        Finały te pokazały też, że Jordan może powstrzymać Magica (nie tylko Pippen go przecież pilnował - MJ też to robił gdy Pająk uganiał się za Worthym) natomiast Magic Jordana już nie (mimo posiadania lepszych warunków fizycznych) - kolejny argument potwierdzający wyższość jednego MJ'a nad drugim.

        Co do trenera - Dunleavy nie jest wcale słabym coachem zwłaszcza jeśli skonfrontować go z Philem Jacksonem który w 1991 roku zasiadał dopiero drugi sezon na ławce trenerskiej. Zresztą o ile Bulls posiadali lepszego szkoleniowca o tyle LAL mieli więcej doświadczenia w grze o wysoką stawkę (Magic, Worthy, Scott czy Green współtworzyli przecież erę Showtime).

        CYTAT:
        "kontuzje graczy Lakers; zgadzam się, że i bez nich najprawdopodobniej przegraliby, ale wtedy i drużyna, i sam Magic, o którego indywidualnym pojedynku z Jordanem tu mówimy, osiągnęliby lepsze statystycznie rezultaty."

        A skąd niby takie wnioski? Jaką masz pewność, że Worthy i Scoot zagraliby w meczu numer 5 lepiej niż bardzo dobrze dysponowani tego dnia ich następcy - Elden Cambell i Tony Smith?

        Z kolei argument, że Jordan pokonał Magica i jego drużynę m.in. dlatego, że miał przewagę parkietu jest co najmniej zabawny. O ile pamiętam to Byki tego HCA nie wylosowały w grze orzeł/reszka ani nie dostały jej od władz ligi tylko ją WYWALCZYŁY podczas trwającego 82 spotkania sezonu (grają nb. na silniejszym, w tamtych czasach, Wschodzie) tak więc umniejszanie ich sukcesu tego typu "zarzutem" jest niezbyt logiczne. Zresztą nie sądze by Lakers ugrali coś więcej w tych finałach nawet mając HCA - przypominam, że Bulls pokonali ich 3 razy z rzędu w Great Western Forum.

        2. Jordan nie pokonał aż tak znakomitych zawodników, z jakimi wygrywał Magic ale miej na uwadze, że z takim Birdem zmierzył się na samym początku swojej kariery a z Mosesem Malone'm i DR J nigdy nie było mu dane walczyć. Magic osiągał swoje sukcesy kosztem graczy klasy Birda czy Ervinga ale czy Jordan na jego miejscu (tzn. z podobnego formatu partnerami czyli np. z Pippenem, Grantem, Paxonem + np. Ewingiem na środku) nie poradził by sobie równie dobrze? A z drugiej strony: czy Magic na miejscu Jordana potrafiłby zdominować lata 90-te w takim stopniu jak zrobił to "Air"?

        Dla mnie odpowiedź na to pierwsze pytanie jest dość oczywista. MJ z takimi Pistons AD 1990 (z którymi Lakers Magica toczyli zaciekłe boje) przegrał dopiero po wyrównanej walce do samego końca pomimo tego, że nie był jeszcze w pełni ukształtowanym graczem a jego zespół był nie doświadczony i mało odporny psychicznie, ni
        • greg86 Re: Sześć najsłynniejszych rzutów w karierze Jord 02.01.05, 22:05
          Dla mnie odpowiedź na to pierwsze pytanie jest dość oczywista. MJ z takimi Pistons AD 1990 (z którymi Lakers Magica toczyli zaciekłe boje) przegrał dopiero po wyrównanej walce do samego końca pomimo tego, że nie był jeszcze w pełni ukształtowanym graczem a jego zespół był nie doświadczony i mało odporny psychicznie, nie posiadał też klasowej reguralnej drugiej opcji w ataku oraz dobrego gracza pod koszem. Zaznaczam również, że Tłoki w 1990 roku napewno nie były zupełnie innym zespołem niż rok czy dwa lata wcześniej co próbujesz zasugerować. W przerwie międzysezonowej utracili co prawda Mahorna ale sugerowanie, że w jakiś znacznym stopniu zmieniło to oblicze tego zespołu jest sporym nadużyciem.

          I jeszcze jedno tak na marginesie - odnośnie Twoich słów:

          CYTAT:
          "Co do Pistons, na których koncentrujesz argumentację; chyba nieprzypadkowo zresztą, bo ? z całym szacunkiem dla ich umiejętności ? byli najsłabsi z Big Four lat 80."

          Z tego co zauważyłem to Tobie zadziwiającą łatwo jest wyciągać daleko idące wnioski typu: "Pippen w 1990 roku nie był obrońcą tej marki co John Smith w 987 r. p.n.e" ja natomiast przy gdybaniu staram się w jak największym stopniu trzymać dość konkretnych faktów. Dlatego więc zdecydowałem się na porównanie Bulls do bliższym im czasowo Pistons niż do Lakers Magica i Kareema czy Celtics Birda nie wspominając już o Sixers Ervinga i Malone'a którzy przecież ostatni raz grali w finałach kiedy Jordana nie było jeszcze w lidze!

          Odnośnie drugiego pytania - czyli czy Magic byłby w stanie zdominować lata 90-te w takim stopniu jak Jordan (oczywiście mając podobnego formatu partnerów w drużynie). Chodzi mi tu głównie o ilość tytułów mistrzowskich (6), ciągłość sukcesów (wygrywanie rok w rok co jest o tyle trudne, że tytułu jest łatwiej bronić niż go zdobywać) oraz ilość rekordów drużynowych (Bulls Jordana ustanowili aż 10, z których większość prawdopodobnie nigdy nie będzie pobita). Dla mnie najlepszą odpowiedzią na te pytanie są dokonania LAL w sezonie 1989/90 czyli tuż po odejściu Kareema. Magic miał wokół siebie podobnej klasy graczy co Jordan w latach 90-tych:

          Divac Cartwirght/Longley
          Green Grant/Rodman
          Worthy Pippen
          Scoot Paxon/Harper

          W regural Lakers wygrali 63 spotkania (o 4 więcej od Blazers Dlexlera i Bad Boys z Detroit oraz o 8 więcej niż Bulls Jordana) i zdobyli pierwsze miejsce w lidze (Magic dostał MVP). W PO natomiast LAL się skompromitowali - bo chyba tak trzeba nazwać przegranę 1-4 z Suns Chambersa (54 wygrane w regural, 4 miejsce na Zachodzie). Ci sami Suns przegrali w WCF z Blazers Dlexlera (2-4) a z kolei ekipa z Oregonu dość gładku uległa Pistons w finale (1-4). Czy mając ten sezon na uwadze (a także sezon kolejny - 1990/91) sądzisz, że Lakers Magica (bez Kareema!) mogliby zdominować lata 90-te w takim stopniu jak zrobili to Bulls Jordana? Dla mnie jest to NIEREALNE.


          ROBERTSON

          Jego bronienie wychodzi ci zdecydowanie najsłabiej - w myśl powiedzenia "tonący brzytwy się chwyta" sięgasz nawet do argumentów typu przywoływanie dominacji Robertsona w High School i NCAA czy też wypominanie nie najlepszego powrotu numer 2 Jordana do NBA. Jeżeli chodzi o NCAA to przypominam, że w North Carolinie kładziono głównie nacisk na grę zespołową i dlatego gracze tej uczelni nie byli w stanie wykazać się indywidualnie - zresztą o tamtejszym coachu (Dean Smith) mówiło się, że był jednynym człowiekiem zdolnym powstrzymać MJ'a przed zdobyciem 30 punktów. ;] A co do drugiego powrotu Jordana do NBA to może najpierw byśmy przeanalizowali ten pierwszy i porównali z wyczynami Robertsona po ukończeniu przez niego 30 lat? ;]

          Rozgrzeszania Big O z porażek w PO z niżej rozstawionymi drużynami czy też z braku awansu do PO nadal nie mogę pojąć. Mówimy przecież o kandydacie do tytułu koszykarza wszechczasów od którego mamy prawo wymagać jakichś heroicznych wyczynów (bynajmniej nie mówię tu o wygrywaniu z wielkimi Celtami, ale o unikaniu wpadek o którym wspomniałem). W 1968 roku jego team walkę o PO przegrał z Pistons a 2 lata później z Knicks. Liderami tych zespołów byli odpowiednio Dave Bing i Bill Cunningham - gracze niżej cenieni od Dlexlera, Malone'a czy Barkley'a z którymi wygrywał Jordan. Z kolei w roku 1964 team Big O zalicza wpadkę (porażka 1-3) w play-off z Pistons (niżej rozstawiona drużyna niż Royals) którym przewodzili tacy gracze jak Bailey Howell i Gene Shue (mówią Ci coś wogóle te nazwiska? Ano właśnie).


          CHAMBERLAIN

          1. O sportach uprawianych przez Wilta wspomniałem w celu zaznaczenia, że przygotowały go one atletycznie i siłowo do gry w koszykówkę dzięki czemu mógł stać się "mężczyzną pośród chłopców" bo wiadomo jakimi atletami byli jego przeciwnicy.

          2. "Ważne, że Szczudło wywierał większy wpływ na grę niż Jordan i w każdych porównywalnych warunkach był bardziej wartościowym zawodnikiem, co udowadniam w tej polemice. I byłoby tak również za czasów MJ, skoro ? patrz wyżej ? jego dominacja nad rywalami byłaby analogiczna, jeśli chodzi o warunki fizyczne, a nawet większa, jeśli chodzi o umiejętności (Russell)Olajuwon, Reed) Robinson, jeśli chodzi o graczy młodszych od tamtych ? Kareem)Shaq, itd.). I o tym należy pamiętać."

          Russel/Olajuwon - ten drugi miał lepsze warunki fizyczne, był lepszy w ataku i trochę gorszy w obronie
          Reed/Robinson - analogiczna sytuacja jak wyżej
          Kareem/Shaq - po stronie O'Neal'a są lepsze warunki fizyczne, większe zagrożenie w ataku i porównywalne w defensywie

          Nie wspominając już o znacznie lepszym systemie obrony zespołowej w czasach MJ'a - w latach 60-tych wystarczyło jedno, dwa podania by piłka dostała się w ręce Szczudła.

          3. Dla mnie Twoja analiza finału z 1969 roku jest niewiele warta bo wyraźnie widać, że siłę Celtics oceniasz przez pryzmat ich rosteru zapominając, że przecież nazwiska nie grają. Russel w tym sezonie miał już 35 lat, podobnie jak inna wielka gwiazda Celtics - Sam Jones. Zespół na barkach musiał nieść John Havlicek który szczególnie wielkim koszykarzem nigdy nie był. Wg. naocznych świadków drużyna sprawiała wrażenie bardzo "zerdzewiałej" co zresztą odzwierciedla wynik w regural season - dopiero 4 miejsce w dywizji. W PO oczywiście się z nimi liczono - raz, że obrońcy tytułu a dwa, że doświadczeni w bojach ale mało kto wierzył, że "dziadki" pokonają Lakers z Wiltem, Westem i Baylorem w finale ligi. Celtics przegrali 2 pierwsze mecze finałowe (co ciekawe w obu tych spotkaniach do LAL zwycięstwa poprowadził nie Wilt, ale Jerry West) a w kolejnych spotkaniach ich najlepszy gracz - Havlicek musiał zmagać się z kontuzją nogi (grał także z podbitym okiem). Pomimo to Jeziorowcom nie udało się wygrać tego finału.

          Co do 1970 roku - tak, rzeczywiście Knicks dysponowali bardzo utalentowanym składem ale przypomnę Twoje słowa odnoszące się do innych wątków

          "bo gdyby był prawdziwą supergwiazdą, mógłby poprowadzić drużynę do zwycięstwa nawet nad silniejszym ? bo przecież nie klasę silniejszym ? przeciwnikiem, prawda?" [o Pippenie w kontekście serii z NYK w 1994 roku).

          "gdy różnica klas nie jest za duża, decydują gwiazdy ? a nie ulega wątpliwości, że Jordan już wtedy był większym nazwiskiem niż ktokolwiek z Cleveland." [o Jordanie w kontekście serii z Cavs w latach 80-tych]

          Tutaj mamy analogiczną sytuację - nawet jeżeli byśmy przyjeli, że w 1970 roku Knicks dysponowali bardziej utalentowanym składem od LAL to przecież różnica klas nie była szczególnie duża więc gdyby Wilt był prawdziwą supergwiazdą, mógłby poprowadzić drużynę do zwycięstwa nawet nad silniejszym ? bo przecież nie klasę silniejszym ? przeciwnikiem, prawda? ;]
          Gdy różnica klas nie jest za duża, decydują przecież gwiazdy ? a nie ulega wątpliwości, że Wilt był większym nazwiskiem niż ktokolwiek z Knicks (więcej - NYK nie mieli wtedy nawet gwiazdy formatu Westa czy Baylora!).

          4. Kilkakrotnie w swoich postach wysuwałeś hipotezę, że gdyby Wilt i Jordan zamienili się epokami to ten pierwszy zdominowałby lata 90-te w większym stopniu niż zrobił to MJ, z kolei Jordan w
          • greg86 Re: Sześć najsłynniejszych rzutów w karierze Jord 02.01.05, 22:07
            4. Kilkakrotnie w swoich postach wysuwałeś hipotezę, że gdyby Wilt i Jordan zamienili się epokami to ten pierwszy zdominowałby lata 90-te w większym stopniu niż zrobił to MJ, z kolei Jordan w latach 60-tych nie ugrałby więcej przeciwko ówczesnym składom Celtics i Knicks niż Szczudło. Ja bym z tym twierdzeniem polemizował.

            Zauważ, że Jordan (mając oczywiście do pomocy graczy formatu Baylora i Westa) miałby większą swobodę w ataku niż Chamberlain podczas spotkań z NYK i Celtics - nie kryliby go przecież Reed i Russel!

            Natomiast co do lat 90-tych to powiem tylko tyle, że Wilt musiałby mierzyć się z najlepszym pokoleniem centrów w historii ligi z czego Jordan z uwagi na pozycję był "częściowo zwolniony".

            Sam więc widzisz, że MJ miałby prawdpodobnie łatwiej niż Szczudło w latach 60-tych, z kolei Wilt przeniesiony do lat 90-tych napotkałby więcej trudności w walce o mistrzostwa niż napotkał Jordan.

            5. CYTAT:
            "gdyby T ? Mac i Iverson, których nikt nie stawia obok Baylora czy Westa, grali w latach 90., nawet oni ze średnimi ok. 31 ? 32 ppg zabraliby MJ parę tytułów;"

            Wielu fachowców jest zdania, że nie było zbyt wielu graczy w lidze, którzy potrafili zdobywać punkty z taką łatwością jak czynią to Iverson i T-Mac. Bardzo wymowne są też statystyki - AI ma średnią z kariery wynoszącą 27 ppg (czyli większą niż Bird, Robertson czy Jabbar) co daje mu 6 miejsce na liście wszechczasów (Baylor ze średnią 27.36 jest trzeci a West ze średnią 27.03 - czwarty). T-Mac ma co prawda znacznie niższe ppg (21.4) od wspomnianych graczy ale trzeba mieć na uwadze fakt, że przyszedł on do ligi bezpośrednio do high-school - bardziej więc jego potencjał defensywny definiują nie statystyki punktowe z całej kariery ale z ostatnich 4 sezonów spędzonych przez niego w Orlando (jego średnia za ten okres wynosi ok. 28 ppg!).

            Inne ciekawe liczby ofensywne dotyczące wspomnianych panów:

            Średnia Punktowa w Play-Off:
            Allen Iverson: 30.6 (2 miejsce, wyprzedza go jedynie Jordan)
            Tracy McGrady: 29.4 ppg (3 miejsce, za AI i MJ'em)
            Jerry West West: 29.13 (4)
            Elgin Baylor: 27.03 (6)
            Dodam przy okazji, że dopiero 10 pozycję zajmuje Chamberlain [22.54 ppg].

            Rekordy kariery [regural season]:
            Elgin Baylor - 71 [1960]
            Jerry West - 63 [1962]
            Tracy McGrady - 62 [2004]
            Allen Iverson - 58 [2001?]

            Rekord kariery [play-off]:
            Elgin Baylor 61 [1962]
            Allen Iverson 54, 52 [2001]
            Jerry West 52 [69] 52 [65]
            Tracy McGrady 46 [2003]

            6. O ograniczaniu swojego indywidualizmu na rzecz drużyny:
            CYTAT:
            "Przecież do absolutnie każdego gracza można zastosować tę tezę, bo każdy grając tylko na siebie będzie właśnie drużynie szkodził! Ograniczają się więc wszyscy, tylko w różnym stopniu, zależnie od potrzeb zespołu i własnej zdolności do takich ograniczeń. Zdolność taką potrafili zademonstrować w swojej karierze Chamberlain czy Bird, nieporównywalnie bardziej od Jordana, który ograniczył się tylko trochę w efekcie trójkątów, nie rezygnując z roli niekwestionowanej pierwszej opcji i walki o króla strzelców (ale jednak się ograniczył; czyli o nim też powinieneś powiedzieć, że ?szkodził zespołowi?, czyż nie?). Z kolei potrzeby te wystąpiły, ponieważ zarówno Larry, jak i Wilt musieli w karierze zmagać się z silniejszymi głębszymi, i bardziej zbilansowanymi drużynami niż MJ, a więc musieli dbać o to, żeby i ich drużyny grały w sposób bardziej zbilansowany."

            Jest rzeczą oczywistą, że każdy zawodnik musi w większym lub mniejszym stopniu się ograniczać. W dyskusji o najlepszym graczu wszechczasów nie może jednak być tak, że argumentem na korzyść Wilta jest oddanie przez niego liderowania w zespole innemu graczowi (Westowi) natomiast na niekorzyść Jordana działa fakt, że w swojej drużynie nie zrezygnował z roli niekwestionowanej pierwszej opcji i walki o króla strzelców.

            CYTAT:
            "Jordan znalazł się w podobnej sytuacji w Wizards, ale tam zawiódł, gdy - mimo że większość uznawała go za best ever, a może właśnie dlatego ? nie potrafił mimo zrealizowania tylu celów i zabezpieczenia swojego odłożyć do końca na bok osobistych ambicji, co w połączeniu z innymi jego błędami doprowadziło do smutnego końca przygody w Waszyngtonie. Dobry przykład: nie było to dawno, więc powinieneś pamiętać, jak desperacko ?Air? starał się kończąc karierę nie spaść poniżej średniej życiowej PPG Wilta (w internecie prowadzono nawet odliczanie, czy mu się to uda). Pokazuje to, że po pierwsze, stawianie Jordana jako wzoru osobowościowego młodym koszykarzom jest z gruntu błędne, bo nawet jako 40 ? latek, uważany za nieomylną skarbnicę doświadczenia i wiedzy koszykarskiej, wciąż był w stanie przedłożyć osobiste cele nad dobro zespołu."

            Na jakiej podstawie formułujesz tego typu wnioski? Przecież na początku sezonu 2002/03 Jordan wchodził z ławki lub grał mniejszą ilość minut by dać więcej swobody Stackowi - czy to nie świadczy o poświęceniu osobistych celów na rzecz dobra drużyny? Potem wprawdziwe zaczął stopniowo wysuwać się na pierwszy plan w drużynie usuwając Stackhouse'a nieco w cień ale robił to tylko dlatego, że pierwotnie założony system się nie sprawdzał.


            PODSUMOWANIE

            CYTAT:
            "Nb. nawet gdyby nie uznawać tych wszystkich moich argumentów co do odmiennych uwarunkowań, w jakich przyszło grać Chamberlainowi i MJ, to i tak przyznasz (sam wyraziłeś się podobnie), że ten drugi stanowi w istocie kompromisowy wybór
            na GOAT, ustępujący indywidualnym osiągnięciom Wilta i drużynowym Russella."

            Moja konkluzja jest taka, że Jordan był best ever jako, że:

            1. Potrafił połączyć duże sukcesy drużynowe z sukcesami indywidualnymi - w przypadku innych wielkich gwiazd występują albo większe dyspoporcje pomiędzy wspomnianymi czynnikami (Russel, Big O, Wilt) tudzież te proporcje są zbliżone (Bird, Magic) ale za to skala sukcesów jest mniejsza niż w przypadku MJ'a.

            2. Był graczem najbardziej zbliżonym do koszykarskiego ideału. Zauważ, że praktycznie nie posiadał wady, która szczególnie rzucała by się w oczy. Co prawda trójki możnaby uznać za jego piętę achillesową ale po pierwsze nie była to wada widoczna w takim stopniu jak np. rzuty wolne Wilta i Shaqa, obrona Magica czy też ofensywa Russela, a po drugie MJ zapisał tymi trójkami kilka rozdziałów w historii ligi - chociażby kluczowa trójka w game 5 w finale '97 czy 6 trójek w połowie meczu finałowego (game 2 z Blazers w 1992 roku) - do tej pory jest to rekord NBA - czy potrafisz podać podobne okoliczności w jakich swoje słabe strony pokonali pokonywali Wilt, Magic czy Russel (np. rzucenie 40 punktow w ważnym meczu PO przez tego ostatniego)?


            EPILOG

            CYTAT:
            "Za podobnego ?kompromisowego best ever? można by zresztą uważać Kareema, i sam widziałem takie głosy ? ale on oczywiście nie otrzymał nawet setnej części reklamowej wrzawy wokół MJ."

            Co to, to nie - za długo był w cieniu Magica. A to, że nie otrzymał jak to ujełeś "nawet setnej części reklamowej wrzawy wokół MJ" chyba nie powinno nikogo dziwić - Kareem nie miał ani charyzmy porównywanej z MJ'em (zresztą był chyba najmniej wyrazistą postacią w historii ligi) ani elektryzującego publiczność stylu gry (w ofensywie był monotonny aż do bólu - nawet jak na wysokiego gracza - wciąż tylko pykał te swoje sky-hooki). Zresztą żaden zawodnik nie miałby szans otrzymania podobnej wrzawy co Jordan - przecież "nikt nie będzie kibicował goliatowi" jak mówiono o Wilcie czy zachwycał się w większym stopniu asystami Magica niż "lotami" MJ'a.

    Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


    Nakarm Pajacyka