Gość: Michał IP: *.olesno.sdi.tpnet.pl 05.03.03, 08:45 Według mnie Jordan jest najlepszym koszykarzem w historii tych rozgrwek Odpowiedz Link Zgłoś Obserwuj wątek Podgląd Opublikuj
Gość: NBA Re: Sześć najsłynniejszych rzutów w karierze Jord IP: 193.24.24.* 25.06.04, 13:17 taaaaaaaaaaaaaaaa, no co ty? naprawdę? Odpowiedz Link Zgłoś
lukasz22w-wa Jordan???? 26.06.04, 02:34 Gość portalu: Michał napisał(a): > Według mnie Jordan jest najlepszym koszykarzem w historii tych > rozgrwek No a moim zdaniem nie...może redaktorzy poszliby za ciosem i wskazali 6 najgłupszych strat w karierze "Powietrznego"? Oczywiście nic takiego nie będzie miało nigdy miejsca, podobnie jak jakaś negatywna opinia na jego temat z ust któregokolwiek z komentatorów... PS.Kolejny żenujący artykuł o baskecie na GW....Panie Michnik, wywal pan tych darmozjadów i nierobów.. -------------------------------------------------------------------------------- Michael Jordan? Nie wiem o kogo chodzi, to chyba jakiś baseballista- John Starks, New York Knicks Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: karol Re: Jordan???? IP: baza.* / *.devs.futuro.pl 16.07.04, 10:09 John Starks, New York Knicks, rzeczywiście powiedział coś takiego. Było to przed meczem Chicago z Knicks, był to drugi mecz Jordana po półtorarocznej przerwie. Starks próbował kryć Jordana, który rzucił 50 kilka punktów (chyba 55), Byki wygrały. Wiesz jaka minę miał Starks po meczu? Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: co za debile Re: Jordan???? IP: *.eurotek.com.pl 09.09.04, 19:23 tak powiedzial john starks po tym jak tydzien wcześniej MJ wznowił gre ale młody dupku ja ten mecz oglądałem MJ rzucił 45 punktów a starks mało nie plakał Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: lukasz22w-wa Re: Jordan???? IP: *.acn.waw.pl 09.09.04, 20:55 aha...a pozniej w meczach PO z Orlando MJ pokazal swoja klase, stary dupku. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: do debila Re: Jordan???? IP: *.eurotek.com.pl 10.09.04, 11:09 1. Wrzucenie 45 punktów po takiej przerwie w 2 meczu..... mówi samo za siebie 2. Ostatni mecz MJ (bo tak należy traktowac ostatni finał z utah) MJ rzuca ostatnie punkty po pięknej akcji .... ale nei to było najważniejsze ... on na ten mecz założył buty w których grał w NCAA te buty miały ponad 20 lat z okładem chłopcze załóż PPG (jak nie wiesz to ci wyjaśnie produkt POlskiego Przemysłu gumowego - takie trampki) i zagraj cokolwiek.. 3. Szczęśliwie krytycy i fachowcy od NBA to jego stawiają na 1 miejscu mimo że Wilt (może wiesz kto to) dokonał rzeczy niesłychanej i rzycił 100pkt w meczu... Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Wilt Re: Jordan???? IP: 62.29.137.* 10.09.04, 11:34 Jezu, rzygać mi się chce, kiedy czytam podobne wątki, i dlatego - choć nie robię tego często, nie warto - wyrażę raz jeszcze swój pogląd o nich. Tyle się dzieje wokół innych ciekawych rzeczy, a tu niektórzy potrafią podniecać się tylko Jordanem i obrażać ośmielających się go krytykować. "Do debila" (nick raczej mało chwalebny): skoro już jesteś takim fanem MJ, to mógłbyś przynajmniej wiedzieć, że to było 55, a nie 45 pkt. (tzw. double nickel). Prosiłbym również o niewciskanie kitu sugerując, że Jordan to nr 1 w opinii wszystkich fachowców - wiele osób miało i ma na ten temat inne zdanie - czy o zauważenie drobnego faktu, że tamtego spotkania z Utah już nie można traktować jako ostatni mecz MJ. I, sądząc po rozwoju tego wątku, akurat ten mój post pewnie doczeka się odpowiedzi, a na znacznie istotniejsze i bardziej aktualne odpowiada wciąż to samo grono dyskutantów. Smuci mnie to i potwierdza to, co sądziłem od dawna: im bardziej jesteś fanem Jordana, tym mniej jesteś fanem NBA. W Polsce niestety jest to szczególnie częste, bo zainteresowanie ligą ruszyło na dobre dopiero w latach 90., czyli w apogeum popularności MJ. Tacy ludzie teraz nagminnie olewają rozgrywki i ożywiają się, w tym na forum "GW", dopiero gdy padnie nazwisko ich idola. Na szczęście wznowienie transmisji NBA (szkoda tylko, że w TV kodowanej) powinno odrodzić zainteresowanie ligą i ukształtować nowe pokolenie PRAWDZIWYCH fanów NBA, potrafiących docenić różne wielkie zespoły i różnych wielkich graczy, a nie sierot po Jordanie. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: L22w-wa do debila Re: Jordan???? IP: *.acn.waw.pl 10.09.04, 14:13 Debilem to może jest twój stary, a co do twojej nędznej argumentacji: Ad1.Za siebie mówią też przegrane ECF przez stratę w ostatnich sekundach meczu i airballwostatniej grze nr6 Ad2.Nie wiem, czy rzeczywiście pamiętasz ten mecz, ale decydujące punkty rzucił Bill Wennington Ad3.Nie wiem którzy krytycy, ale ich pojęcie o baskecie jest chyba tak niskie jak twoje. Nie wiem w jaki sposób można porównywać zawodnika z lat 90-tych z facetem przeciwko któremu nie grał PS.Masz tu listę graczy (może jakiegoś znasz?), z których każdy znający się na NBA może wybrać sobie zawodnika wszechczasów: 1)Magic Johnson- 9 razy w finale na 11 lat 2)Wilt Chamberlain- najlepsze statystyki, leder we wszystkich możliwych kategoriach (zwróć uwagę, że nawet w asystach) 3)Bill Russell- za mało paluszków na pierścionki 4)Oscar Robertson- Średnie z kariery to niemal triple-double PS2.Jeśli tak bardzo bulwersuje cię to, że ktoś nie uważa Jordana za (znowu ta racjonalna kategoria!!!) koszykarza wszechczasów, to udaj się do poradni zdrowia psychicznego, bo być może nie zaakceptujesz koloru sznurowadeł swojego chłopaka. Odpowiedz Link Zgłoś
greg86 Re: Jordan???? 15.09.04, 16:19 Podejrzewam, ze różnoracy eksperci za koszykarza wszechczasów uważają Jordana ponieważ on w największym stopniu połączył duże sukcesy indywidualne z zespołowymi (to jest chyba jedyne sensowne kryterium, które można przyjąć przy zestawieniu graczy z różnych epok). W takim wypadku MJ wygrywa porównanie z każdym zawodnikiem których wymieniłeś: Magic: Sukcesy zespołowe miał zbliżone do Jordana, z tym, że miał silniejszą konkurencję ale z drugiej strony większe wsparcie w partnerach Jeżeli chodzi o sukcesy indywidualne to Magic był niemalże równie genialnym podającym co Jordan strzlcem z tym, że MJ w "swojej katagorii" (czyli w klasyfikacji strzelców) zwyciężył 10 razy natomiast Johnson był tylko 4 czy 5 razy najlepszym podającym ligi. Do tego dochodzi obrona w której obu graczy dzielą 2 czy 3 klasy (nie muszą mówić na kogo korzyść). Russel: Ma więcej pierścionków od Jordana ale trzeba pamiętać, że praktycznie co sezon grał u boku 4 czy 5 przyszłych HOFow. Sukcesy indywidualne - Russel był jednym z największych podkoszowych obrońców w historii ligi ale to samo można powiedzieć o Jordanie jeżeli idzie o obwód. W ataku natomiast przewaga Jordan jest miażdząca (Russel ma 2 razy niższą średnią punktową od MJ'a - a przypomnę, że grał w czasach w których wszystkie zespoły nastawione były głównie na atak). Robertson: Sukcesy indywidualne porównywalne do Jordana ale jeżeli chodzi o zespołowe to nie ma o czym mówić. Chamberlein: Drużyny Wilta bardzo często przegrywały występując w roli faworyta (chociażby w finale w 1969 roku ze starzejącymi się Celtami czy sezon później z Knicks), daje się też zauważyć, że Szczudło notorycznie odpadał w PO po 7 meczu przegranym kilkoma punktami (podejrzewam, że pudłował rzuty wolne w końcówkach ;-] ). Dla kontrastu MJ znakomicie grał pod presją, uważany jest też za króla crunch time. Indywidualnie Wilt osiągnął sporo ale taki T-Mac też miał statystycznie świetny sezon w tym roku a jakoś oceniony został niżej niż np. słabszy liczbowo Kobe. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Wilt Do grega IP: 62.29.137.* 16.09.04, 16:34 Cóż ja widzę: czyżby powrót do dyskusji typu Wilt – MJ? Pisałem już w swoim czasie na ten tenat dziesiątki stron i w razie czego gotów jestem na powtórkę. ;-) Na razie rozgrzewka. Co do Twojego postu: 1) Russell – miewał w drużynie nawet więcej HoFers niż piszesz, ale to nie zmienia faktu, że był jej bezapelacyjnym liderem i odniósł najwięcej sukcesów zespołowych w historii (niemal dokładnie dwukrotnie więcej niż Jordan). W ataku był słabszy niż MJ czy ktokolwiek inny z największych, ale co defensywy, nie mogłeś pomylić się bardziej twierdząc, że Jordan miał na tym polu porównywalny wpływ: a) choć osobiście bronię się przed automatycznym przedkładaniem graczy wysokich nad niskich (mimo że akurat ułatwiłoby to mi argumentację w sporze Wilt – Jordan), to akurat w defensywie dobry zawodnik podkoszowy będzie miał ZAWSZE większy wpływ niż nawet teoretycznie równie dobry w swojej kategorii zawodnik obwodowy. Obrona Russella, jego krycie, zbiórki i bloki, jego murowanie dostępu do kosza, wpływała na cały zespół przeciwnika; obrona MJ wpływała tylko na krytego przez niego koszykarza (którym oczywiście mógł być tylko gracz obwodowy). b) Jordan nawet wśród defensorów obwodowych był przeceniony (zresztą jak w każdym innym aspekcie swojej gry ;-)), kosztem Fraziera, Paytona, Havlicka, Westa czy nawet Pippena – którego też nie lubię i uważam za przecenionego, ale to on brał na siebie główny ciężar krycia rywali w czasie ich wspólnych startów w Bulls. c) Ale Billa należy i tak w sumie uznać za najlepszego defensora w historii, niezależnie od ery i pozycji. Nikt nie miał takiego wpływu na obronę jak on (tylko Wilt mógłby się mierzyć, jako jeszcze lepszy w zbiórkach i blokach, ale dla mnie o lekkiej przewadze Russa decyduje to, że tak całkowicie poświęcił się obronie i tak wiele w niej dokonał). Jordan? To już w defensywie więcej zdziałał chyba Rodman; też go nie lubię i uważam za przereklamowanego, ale odwołam się do niego jako innego nazwiska z lat 90., epoki w koszu od której niestety dla wielu laików zaczyna się koszykówka. Teraz wyobraź sobie Rodmana, większego, jeszcze lepszego w zbiórkach i kryciu, nieporównywalnie lepszego w blokach, nawet (choć też nie najlepszego) ze 2 razy lepszego w ataku, w dodatku normalnego i potrafiącego być liderem – a będziesz miał przybliżenie tego, jak dominujący w grze potrafił być Russell. Czyli mamy najbardziej utytułowanego gracza zespołowego w historii i najlepszego gracza defensywnego w historii. To moim zdaniem swobodnie wystarczy, żeby porównywać go z Jordanem czy przedkładać nad tamtego – jeśli np., jak ja, MJ – a się nie lubi ;-) (Russella ani lubię, ani nie lubię; po prostu go szanuję). 2) Magic – istotnie, był „tylko” 4 razy mistrzem asyst. Nie sądzę jednak, by grał dla statystyk, ale skoro już o nich mowa, trzeba zauważyć, że: a) pierwsze 4 sezony grał w duecie z innym klasycznym PG, Normem Nixonem, który sam jest na 7. miejscu wśród najlepszych podających wszechczasów! Oczywiście taki, niespotykany w historii, układ, wpływał ujemnie na średnie asyst Magica. Choć i tak, w 1983, królował nawet z Nixonem u boku! Żeby to wyrównać, Jordan musiałby zdobyć króla strzelców grając u boku np. Drexlera i jego 25 ppg zamiast Pippena z jego 20 ppg – marne szanse. b) A kiedy już Earvin „uwolnił” się od Norma, miał takiego pecha, że jego kariera zbiegła się z karierami 2 innych świetnych podających - Isiaha Thomasa i Stocktona – tak że można powiedzieć, iż w tym samym momencie rywalizowało ze sobą 3 z 4 (tylko bez Robertsona) najlepszych asystentów w historii! Stockowi było nb. łatwiej, bo taktyka Jazz była inna i mógł dominować piłkę bardziej niż Magic w Lakers. Porównaj to sobie z „konkurencją” strzelecką Jordana w przereklamowanych latach 90. Już nie mówię, żeby w tym okresie rywalizował z kimś klasy Chamberlaina, Baylora czy Barry’ego, ale wystarczyłyby średnie T- Maca i Iversona z ostatnich 3 z 4 sezonów (mimo że teraz obrona jest bardziej skomplikowana i średnie generalnie niższe!) i już MJ miałby mniej tytułów króla strzelców od Wilta! c) Ale jeśli chodzi o rezultat końcowy, to warto zauważyć, że i tak Earvin samotnie okupuje 1. pozycję na liście najlepiej podających, podczas gdy Jordan na liście strzelców musi dzielić się 1. miejscem z Chamberlainem. :-) Czy po tych wszystkich argumentach widzisz dominację statystyczną obu omawianych graczy w nieco innym świetle? Teraz przejdźmy do sukcesów zespołowych. Sam dość trafnie to ująłeś: porównywalne w przypadku obu, z tym że Magic i własną drużynę, i konkurencję miał lepszą. Wypada się z tym zgodzić; przereklamowani Bulls ustępowali i Lakers, i Celtics, i Sixers, i Pistons – wszystkim największym składom lat 80. (nawet P. Jackson przyznał, że Chicago nie miało tak głębokiego składu jak dawniejsze zespoły, a Rodman – że w latach 80. nie byłoby mowy o tych 72 zwycięstwach – argumencie niemiłosiernie nadużywanym jako dowód wyższości Bulls). Nie mogę się jednak oprzeć wrażeniu, że różnica w klasie konkurencji jest nawet większa niż w klasie własnych drużyn Magica i MJ: i to, że Lakers potrafili pokonywać te pozostałe 3 – teoretycznie porównywalne z nimi - superskłady, robi większe wrażenie niż zwyciężanie przez Bulls drużyn słabszych nie tylko od tamtych z lat 80., ale również od siebie samych (jedynym przeciwnikiem, co do którego można tu argumentować inaczej, byli Suns’93, ale ich wykończył fatalny trener; a Pistons Chicago pokonało dopiero, gdy tamci byli już osłabieni, bez Mahorna i z kontuzjowanym Isiahem oraz paroma innymi ważnymi graczami). Sukcesy drużynowe kreatora Showtime robią więc na mnie większe wrażenie. Myślę zatem, że i Magic, jako najlepiej razem ze Stockiem i Big O podający w historii, również najlepszy w zakresie „making teammates better”, a także mistrz uniwersalności (rozgrywający, który potrafił zagrać na centrze: mógł grać na wszystkich 5 pozycjach!), spokojnie zasługuje na bycie wymienianym obok Jordana. 3) Robertson i Wilt. Wymieniam tu ich razem, bo do obu (jak zresztą do Baylora i Westa, których również uważam za porównywalnych z MJ) odnosi się ten sam argument – który wynika też zresztą z Twojego własnego postu, tylko go nie zauważasz. Piszesz, że Russellowi było łatwiej zwyciężać z rekordową liczbą HoFers u boku; nie dostrzegasz związku między jednym a drugim – o ile Big O czy Big Dipperowi było przez to TRUDNIEJ? Jak sądzisz – ile tytułów Jordan zdobyłby przeciw pięciu Hall of Famers? Bo nigdy nie stanął nawet przeciwko trzem, najwyżej dwóm (mówię tu też o potencjalnych HoFers) i z takimi ekipami toczył wyrównane boje – stąd moja odpowiedź brzmi: przeciw pięciu nie zdobyłby może ani jednego tytułu. I gdzie wtedy byłyby zachwyty nad jego umiejętnościami zwycięzcy? To odnosi się do drużynowych sukcesów obu. Indywidualnie sam przyznajesz, że Big O jest porównywalny z MJ, więc tylko dodam, że o geniuszu tego pierwszego przesądza to, że należy go uznać za najbardziej kompletnego zawodnika w historii. Pierwsze miejsce na liście triple doubles wszechczasów (co prawda Wilt miałby więcej, gdyby liczono bloki… ;-)), ŚREDNIA triple double uzyskana nie tylko w sezonie 61/62, jak się powszechnie podaje, ale też gdyby zsumować PIĘĆ jego pierwszych sezonów! 7 razy średnia powyżej 30 ppg, 6 tytułów dla najlepiej podającego, nawet prowadzenie – jako obrońca! – w swoim zespole w zbiórkach, nie mówiąc o dominacji w HS i NCAA; wszystko to robi wrażenie, jak dla mnie nawet większe – zważywszy bardziej nieprzychylne okoliczności – niż osiągnięcia Jordana. Co najmniej remis. Teraz jeszcze o drużynach Wilta. Zapytasz może, co było po Celtics – wtedy p Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Wilt Do grega - c.d. IP: 62.29.137.* 16.09.04, 16:36 Teraz jeszcze o drużynach Wilta. Zapytasz może, co było po Celtics – wtedy pojawił się inny superskład – Knicks, nie dość, że tym razem młodsi od Chamberlaina i reszty LA, to w dodatku rekordziści w innej konkurencji; nie w liczbie posiadanych HoFers, ale członków Top 50 wszechczasów! Wiąże się z tym sprostowanie; jest zupełną nieprawda, jakoby drużyny Wilta często przegrywały w roli faworytów. Jest niemal dokładnie odwrotnie: za faworytów można było je uznać tylko w 1968 i 1969, ale nawet wtedy były faworytami bardzo swoistymi – grając przeciw silniejszym składom i uznawanymi za faworytów tylko dzięki osobie Wilta, co już samo powinno dać wyobrażenie o jego dominacji, nawet nad takim asem jak Russell. W 1970 LAL nie mieli nawet przewagi własnego parkietu – faworyci?! JEDYNYM przypadkiem, gdy drużyna, w której grał Chamberlain, przegrała przeciw nie EWIDENTNIE silniejszemu przeciwnikowi, był 1971, gdy on i West, osłabieni absencją Baylora, ulegli Bucks i równie świetnemu duetowi Robertson – Abdul - Jabbar. Ale nawet wtedy Bucks, późniejsi mistrzowie, z młodym Kareemem – MVP sezonu i ówczesnym rekordem zwycięstw w sezonie, mogli być uznani za nieco silniejszych; a Lakers z kolei pomścili się w następnym sezonie, bijąc rekord zwycięstw Milwaukee, ich samych i zdobywając tytuł– mimo że Kareem znowu był MVP. :-) O ile wiem, również żadna końcówka serii nie została przegrana przez niecelne wolne Szczudła (choć oczywiście, gdyby trafiał je celnie przez CAŁY czas, miałby parę tytułów więcej, a nawet fanom MJ trudno byłoby mieć wątpliwości, kto był the best. Ale nikt nie może potrafić wszystkiego). Warto zresztą dodać, że porównanie w dziedzinie clutchness jest mało uczciwe, ponieważ nawet gdyby Chamberlain trafiał wolne rzędu 70%, to i tak jako na środkowego z założenia w decydujących momentach można byłoby na niego mniej liczyć niż na jakiegoś dobrego obrońcę czy SF, jeszcze lepszego w wolnych, a przede wszystkim dysponującego bogatszym arsenałem rzutów i większym zasięgiem. Gracze podkoszowi mają za to inne przewagi: np. w/w większe znaczenie w defensywie. Mnie w każdym razie wystarczy to, że Wilt wywierał w sumie większy wpływ na grę niż Jordan – a na decydujące momenty starczyłoby mu dobrać jakiego „clutch” obrońcę (np. Reggiego) i jestem pewien, że w każdych porównywalnych okolicznościach duet ten zaszedłby dalej niż zestaw Jordan – środkowy podobny klasą Reggiemu (dajmy na to Parish). Co do tego, że Chamberlain indywidualnie osiągnął „sporo”, chyba żartujesz; jeśli to tylko sporo, to Jordan osiągnął ledwie cokolwiek. Był 10 razy królem strzelców i 3 razy najlepszy w przechwytach. Nieźle, ale cóż to w porównaniu z Wiltem, który, wymieniając tylko najważniejsze dokonania: - 11 razy był najlepszy w zbiórkach (skoro porównywałeś Magica i MJ pod względem królowania w punktach/asystach, to SAME te osiągnięcia Szczudła na tablicach powinny Ci starczyć do postawienia co najmniej na równi z MJ), - 7 razy był królem strzelców, którym przestał być dopiero dobrowolnie, kiedy w CAŁEJ DRUGIEJ POŁOWIE kariery postanowił skupić się bardziej na defensywie. Bez tego z pewnością miałby więcej tych tytułów niż Jordan, a i tak ma tak samo jak on średnią 30,1 ppg. To, w połączeniu z niewiarygodną skutecznością Wilta (patrz niżej) oraz dystansem, jaki dzielił go od największych rywali w ataku – większym niż Jordana, choć tamten rywali miał słabszych! – łatwo pozwala uznać go za najlepszego ofensywnego gracza w historii. - 1 raz był najlepszy w asystach. Jako jedyny nie tylko center, ale też nie – obrońca w historii! I w efekcie jedyny gracz, który królował w karierze we wszystkich 3 głównych kategoriach, co jest może największym z jego osiągnięc i pozwala go wymieniać na topie także w aspekcie uniwersalnosci, obok Robertsona, Magica i Birda. - 7 razy był najlepszy w czasie gry. - 9 razy w celności z gry, co jest podwójnie imponujące jeśli zważyć, że potrafił łączyć ten tytuł z tytułem króla strzelców; niezwykle trudno rzucac jednocześnie najwięcej i najcelniej. - Już nie mówiąc o tym, ile razy królowałby w blokach, a także liczonych z osobna zbiórkach ofensywnych i defensywnych, gdyby za jego czasów prowadzono tu oficjalne statystyki. Właściwie dla uczciwego porównania powinno się tu wyłączyć tytuły w przechwytach MJ, które też w latach 60. nie byłyby liczone – ale niech zostanie, jak jest; różnica na korzyść Wilta i tak jest wystarczająco duża. :-) Mógłbym długo jeszcze pisać o innych względach przemawiających na korzyść Wilta w porównaniu z MJ, ale na pierwszy raz starczy, wraz z krótkim podsumowaniem: był to największy ofensywny koszykarz w historii oraz, jeśli wziąć pod uwagę jego nieprzeliczone zbiórki i bloki, drugi najbardziej zasłużony defensor po Russellu. Chyba starczy, by zwycięsko mierzyć się z MJ… Odsyłam też do strony wiltfan.tripod.com/ A jeśli zechcesz dalej polemizować, w przyszłym tygodniu powinienem znaleźć czas na porównanie, którego nie sporządziłem nawet w czasie poprzednich debat na ten temat: powinno być interesujące. ;-) Pzdr Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: LB Re: IP: 217.11.142.* 17.09.04, 10:58 He he, już to gdzieś czytałem... ;) Widzę Wilt, że nieustannie i niestrudzenie szerzysz wiedzę o historii NBA wśród nowych pokoleń internautów... Pzdr, LB PS. A MJ i tak jest najlepszy! ;) Odpowiedz Link Zgłoś
greg86 Do Wilta. 21.09.04, 20:23 Może po kolei: RUSSEL 1) sukcesy indywidualne - co do obrony zgadzam się z tym co napisałeś - na tym polu Bill ma przewagę nad Jordanem. Nie zmienia to jednak w żadnym stopniu mojego głównego założenia iż Russel był graczem zbyt jednostronnym. Obrońca świetny ale strzelec przeciętny - tak można go krótko scharakteryzować. Jordan natomiast był świetnym strzelcem i bardzo dobrym lub co najmniej dobrym obrońcą (zgadzam się, że jest nieco przecenianym defensorem ale chyba przymiotnik "bardzo dobry" lub w ostateczności "dobry" pasuje do okreslenia jego umiejetności obronnych). Czyni go to więc kompletniejszym i lepszym zawodnikiem od Russela. 2) sukcesy zespołowe - licznik mistrzostw Russela jest rzeczywiście wyższy niż Jordana ale pisałem już, że Bill oparcie w partnerach miał spore (mentalnie był faktycznie bezapelacyjnym liderem, ale na boisku niekoniecznie - szczególnie pod koniec kariery) no i były to trochę inne czasy - w późniejszych latach znacznie trudniej było wygrywać rokrocznie, budować "dynastię" itp (przykładowo gdy Lakers zaliczyli w 1988 roku back-to-back było to wielkie wydarzenie). MAGIC 1) sukcesy indywidualnie - przyznaje się bez bicia, że masz rację - genialności Magica jako plamakera rzeczywiście nie podważa jego mała ilość zwycięstw w klasyfikacji APG. Mozna więc zaryzykować stwierdzenie, że obaj MJ'e byli równie wielcy w "swoich" katagoriach (Jordan w zdobywaniu punków a Magic w podawaniu). Uważam jednak, że porównując genialnego asystenta z genialnym strzelcem prymat trzeba przyznać temu drugiemu, ponieważ jego katagoria jest w koszykówce ważniejsza. 2) sukcesy drużynowe - sukcesy Lakers z czasów Showtime są faktycznie niepodwarzalne i rzeczywiście ich głównym architektem jest Magic ale pamiętać trzeba, że bardzo często na pierwszy plan w LAL wychodzili Worthy i Kareem usuwając Earvina w cień. W Bulls Jordan takiego wsparcia nie miał - jeżeli on miał słabszy dzień to drużyna najściej leżała i kwiczała (taki Pippen był co prawda kompletniejszym graczem niż Worthy ale gorzej radził sobie z prowadzeniem drużyny). Powtórze więc to co już napisałem w poprzednim wpisie - Magic pokonał lepszych konkurentów niż Jordan ale miał większe oparcie w partnerach - moim zdaniem stawia to tych graczy na równi w katagorii "sukcesy zespołowe". Jeszcze jedno - nie zapominaj o finałach z 1991 roku - Jordan zdeklasował tam Magica i indywidualnie i drużynowo. Przypomnę tylko okoliczności: 1. Magic był bardzo bliski swojej życiowej formy - wprawdzie grał trochę gorzej niż rok czy 2 lata wcześniej kiedy zdobywał MVP, ale różnica nie była zbyt szczególna. Jordan natomiast był u szczytu kariery albo minimalnie przed (wielu uważa, że ten szczyt przypadł dla niego rok później). 2. Lakers grali już bez Kareema i Coopera ale generalnie Magic miał podobnej klasy partnerów co Jordan (zarówno na poszczególnych pozycjach w pierwszej piątce jak i na ławce). Warto oczywiście pamiętać, że LAL mieli trochę problemów z kontuzjami (Worthy, Scott) - tyle, że dopadły je dopiero wówczas kiedy Bulls prowadzili już 3-1 w serii (możliwy był więc jedynie mniejszy wymiar kary dla Jeziorowców). Można więc z całą odpowiedzialnością rzec, że ten pojedynek bezwględnie rozstrzyga prymat jednego z tych graczy nad drugim. ROBERTSON BIg O nie zawsze na drodze do mistrzostwa stawali Celtics. Przypomnę, że jego Cinncinatti aż 3-krotnie nie awansowali do PO a 2 razy odpadli w tych rozgrywkach z niżej rozstawioną drużyną. Poza tym co do porażek z Celtics to np. trudno wyjasnić klęske 1-4 w 1964 roku kiedy to Royals w regural byli drugą najlepszą drużyną (a Robertson MVP) - sam fakt przegranej rozumiem, ale dziwi mnie jej aż tak wysoki stosunek. Poza tym zauważ, że zwykle (zawsze?) Big O miał gorsze statystyki w PO niż w regural - trochę zastanawiające, zważywszy, że ci najwięksi szczyt formy osiągają zazwyczaj w rozgrywkach posezonowych. Dziwi mnie więc, że tak łatwo usprawiedliwiłeś fakty wczesnego odpadania drużyny Robertsona w PO. Jak dla mnie aż nadto widoczne jest, że nie miał on charakteru zwycięzcy porównywalnego z Jordanem. Wyobrażasz sobie MJa poza PO albo zaliczającego wpadkę w tych rozgrywkach z niżej rozstawionym zespołem? Zresztą przypominam, że Jordan po raz pierwszy wybił się w play-off wygranymi seriami z faworyzowanymi Cavs - to najlepiej ukazuje, że potrafił prowadzić zespół do sukcesów nie mając zbyt dużej pomocy od kolegów z drużyny. CHAMBERLEIN: 1. Odnośnie jego kosmicznych statystyk - Wilt przed przyjściem do ligi trenował pół-zawodowo kulturytykę bądź lekkoatletykę (czy coś w tym stylu), poza tym jego przeciwnicy ustępowali mu warunkami fizycznymi (a jak ktoś mu dorównywał pod tym względem to był raczej cieńki w sensie stricto koszykarskim) - nic więc dziwnego, że dominował [był mężczyzną pośród chłopców - jak ktoś to trafnie określił]. Poza tym obrona (szczególnie zespołowa) stała wtedy na bardzo niskim poziomie ewolucji. Żeby była jasność - zdaje sobie sprawę, że osiągnięcia Szczudła wynikają w dużym stopniu z jego talentu ale nie można nie zauważać okoliczności w jakich grał i produkował te swoje cyferki. 2. Dalej - moje źródło wyraźnie sugeruje, że w latach 1969 czy 1970 Lakers z Wiltem na pokładzie byli POWSZECHNIE uważani za faworytów do mistrzostwa i te POWSZECHNE oczekiwania zawiedli czy ci się to podoba czy nie. 3. Piszesz też, że Wilt z pewnością miałby wyższą śrędnią PPG z kariery gdyby nie to, że "dobrowolnie w CAŁEJ DRUGIEJ POŁOWIE kariery postanowił skupić się bardziej na defensywie". Równie dobrze ja mogę napisać, że gdyby nie poniższe kwestie MJ byłby zdecydowanym liderem klasyfikacji strzelców: * Jordan stracił praktycznie cały sezon 1985/86 - będąc zdrowym miał szansę osiągnąć średnią w granicach 35ppg za regural * wrócił do ligi w 1995 roku jako 32 latek i przez kolejne 3 lata sukcesywnie zmniejszał (z racji wieku) swoją średnią PPG z kariery * wrócił do ligi w 2001 roku jako 38 latek i przez kolejne 2 lata sukcesywnie zmniejszał (z racji wieku) swoją średnią PPG z kariery * MJ grał w latach kiedy ofensywa z roku na rok traciła na znaczeniu na rzecz obrony - w czasach Wilta nie przykładano się natomiast zbyt szczególnie do defensywy (i nie zmienia tego nawet obecność takich tuzów obrony jak Russel). Aha, jeszcze jedno - jak dla mnie argumentów typu: "zrezygnował z czegoś", "usunął się w cień" (dobrowolnie lub na polecnie trenera) itp. nie można rozpatrywać w katagoriach pozytywnych w dyskusji o najlepszych graczach wszechczasów. Wykazują bowiem one jednoznacznie, że obecność danego gracza na pierwszym planie przynosiło drużynie więcej szkód niż korzyści. 4. Odnośnie clutchness - jest wielu graczy podkoszowych, którzy w końcówkach potrafili brać sprawy w swoje ręce - chociażby Ewing, Hakeem, Mailman, Barkley, od biedy nawet Duncan czy KG więc argument, że jest to wyłącznie katagoria dla "małych" jest raczej mało trafny. Zresztą bynajmniej nie chodziło mi wyłącznie o rzucanie game-winnerów z 7 metrów po podwojeniu na sekunde przed końcem meczu - miałem na myśli po prostu poprowadzenie zespołu do wygranej w najważniejszych momentach spotkania lub ogólnie - w najważniejszym meczu danej serii (nie koniecznie siódmym) czyli mówiąc inaczej - o postawienie "kropki nad i" co Wiltowi nie często się udawało. BULLS A TEAMY Z LAT 80' ) przereklamowani Bulls ustępowali i Lakers, i Celtics, i Sixers, i Pistons – )wszystkim największym składom lat 80. (nawet P. ) Jackson przyznał, że Chicago )nie miało tak głębokiego składu jak ) dawniejsze zespoły, a Rodman – że w latach 80. nie byłoby mowy o tych 72 )zwycięstwach – argumencie niemiłosiernie ) nadużywanym jako dowód wyższości )Bulls). Głębokość składu nie równa się sile drużyny - gdyby było inaczej, to przez ostatnie 3 lata ligą Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: toms w uzupelnieniu wypowiedzi grega IP: *.aster.pl / *.aster.pl 24.09.04, 22:51 1) jezeli chodzi o Russela to strasznie podoba mi sie pisanie jaki to on super defensor byl w czasach gdy druzyny zdobywaly srednio po 110 - 120 pkt w meczu ! a wynik meczu 140-130 nie byl zadnym wyjatkiem pisanie o defensywie w takim przypadku to smiech na sali Russel po prostu cokolwiek bronil w czasach kiedy obrony praktycznie nie bylo i dlatego uwazany jest za giganta obrony Jezeli on byl takim geniuszem obrony pozwalajac przeciwnikom regularnie rzucac ponad 100 pkt to jak okreslic defensywe obecnych Detroit? To samo odtyczy sie super "defensywy" Chamberlaina ktory warunkami fizycznymi wyprzedzil wspolczesnych mu zawodnikow o 30 lat ... 2) Druga sprawa to podoba mi sie pisanie o kompletnosci gracza ktory musi rezygnowac z jednej rzeczy na rzecz drugiej Rzeczywiscie swietna wszechstronnosc i taki Jordan ktory zdobyl tytul najlepszego obroncy i strzelca w jednoczenie w tym samym sezonie to sie nie umywa prawda ? 3) Trzecia sprawa to to ze Jordan w palyoff gral lepiej niz w sezonie zasadniczym a w finalach po prostu szalal (sezon srednia 30,1; playoff srednia 33,4 !) im trudniejsze mecze tym Jordan gral lepiej a nie da sie tego powiedziec np o Chamberlanie ktory w playoff gral ewidentnie gorzej niz w sezonie (sezon srednia 30,07, playof srednia 22,5 ! , nawet w pierwszych 7 latach Chamberlain odnotowal gorsza srednia niz Jordan w playoff 32,9 !) Po prostu Chamberlain mogl sobie rzucac 100, 200 i 300 pkt w meczach ale jak przychodzilo do walki o tytuł mistrzowski to jakos popisy punktowe Chamberlaina nie dosc ze byly duzo gorsze to jego druzynie nie pomagaly czego nie mozna powiedziec o Jordanie ktory im wyzsza byla stawka tym wiecej rzucal i ... wygrywal Odpowiedz Link Zgłoś
greg86 Do Wilta część druga 21.09.04, 20:27 BULLS A TEAMY Z LAT 80' < przereklamowani Bulls ustępowali i Lakers, i Celtics, i Sixers, i Pistons – >wszystkim największym składom lat 80. (nawet < P. Jackson przyznał, że Chicago >nie miało tak głębokiego składu jak < dawniejsze zespoły, a Rodman – że w latach 80. nie byłoby mowy o tych 72 >zwycięstwach – argumencie niemiłosiernie > < nadużywanym jako dowód wyższości >Bulls). Głębokość składu nie równa się sile drużyny - gdyby było inaczej, to przez ostatnie 3 lata ligą rządziliby Kings a wcześniej Blazers. Tacy Pistons z lat 1989-90 (czyli okresu w którym zdobyli 2 tytuły mistrzowskie) nie byli wcale silniejsi niż Bulls z większości mistrzowskich sezonów w latach 90-tych. Żeby dojść do tego typu wniosku nie trzeba wcale posuwać się wcale do daleko posuniętego gdybania - wystarczy logiczna interpetacja kilku podstawowych faktów. 1. Bulls w roku 1989 przegrali z DP 2-4 w ECF. 2. Rok później polegli już tylko 3-4 w tej samej fazie PO co rok wcześniej (z tym że w siódmym meczu duże kłopoty ze zdrowiem miał Pippen). Obserwatorzy tamtych serii byli raczej zgodni, że do wygranej zabrakło wtedy Bykom przede wszystkim: 1. Po części umiejętności - Pip i Grant byli co najmniej o klasę gorsi niż w latach mistrzowskich, Jordan natomiast miał wtedy kłopoty z jumperkiem - musiał więc pchać się pod kosz gdzie Pistons stosowali tkzw. ukrytą strefę. 2. Doświadczenia - całego zespołu, a także pojedyńczych zawodników - szczególnie Granta i Pipa dla których były to początki kariery w lidze. 3. Twardości - aby przeciwstawić się agresywnej grze Tłoków Byki potrzebne były rogi a te posiadał praktycznie tylko Jordan. 4. Taktyki - w 1989 roku Bulls trenował jeszcze Collins - który aż nazbyt polegał na Jordanie; z kolei rok później Phil dopiero debiutował jako coach a trójkąty generalnie raczkowały. Przykładowo w roku 1992 skład Bulls był praktycznie pozbawiony wspomnianych wyżej słabych punktów. 1. Pippen był już graczem ASG i dostał nominację do Third NBA Team na koniec sezonu, Grant osiągnął status czołowego PF w lidze a Jordan potrafił siekać jumperka za jumperkiem. 2. Pippen i Grant wkraczali już w swój 5 sezon, Jordan w siódmy a i ogólnie cały zespół był już zaprawiony w bojach. 3. Bulls zachartowali się w bojach z Pistons a póżniej z Knicks stając się jednym z najtwardszych zespołów w lidze. 4. Triangle offense opanowane niemal do perfekcji, do tego Jax z większym doświadczeniem. Czy biorąc pod uwagę powyższe uważasz iż Bulls (z chociażby wspomnianego 1992 roku ale także z lat 1991, 1993, 1996 i 1997) nie powalczyliby o wygraną z Pistons z lat 1989-90? To samo pytanie można odnieść do innych wielkich zespołów lat 80-tych (Celtics Birda czy Lakers Magica i Kareema - wspomniani Pistons z nimi przecież wygrywali). Argument co do głębokości składu jest rzeczywiście trafny ale napewno nie decydujący - Byki tą niekorzystną różnicę zniwelowaliby obroną (tylko Pistons mogliby się z nimi równać pod tym względem) i taktyką (nie widzę konkurencji dla triangle offense). Do tego dochodzi geniusz Jordana i jego skutecznośc mobilizacji na najważniejsze mecze i starcia z największymi przeciwnikami. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: toms Średnia Jordana 30,12 średnia Wilta 30,07 IP: *.aster.pl / *.aster.pl 23.09.04, 23:01 wiec Chamberlain ma średnią 30,1 jak mu zaokraglimy ją w górę ! szkoda ze trzeba Wiltowi dodawac punkty aby byl na rowni z Jordanem ktory gral w wieku 40 lat... Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: L22W-wa Re: Średnia Jordana 30,12 średnia Wilta 30,07 IP: *.acn.waw.pl 24.09.04, 14:10 Doprawdy wielka szkoda. Nie wiem co mam zrobić. Chyba popełnię harakiri. PS.Szkoda, że Jordanowi zaokrągla się brzuszek :) Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: toms Re: Średnia Jordana 30,12 średnia Wilta 30,07 IP: *.aster.pl / *.aster.pl 24.09.04, 22:06 IMO zaokraglanie średnich punktow w gore to bzdura bo to tak jakby graczowi dodawac punkty ktorych nigdy nie rzucil Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: L22w-wa Re: Średnia Jordana 30,12 średnia Wilta 30,07 IP: *.acn.waw.pl 27.09.04, 01:39 Czy zmierzasz do tego, że różnica 0.05 punktu decyduje o wyższości MJ nas WC? Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Wilt Re: Średnia Jordana 30,12 średnia Wilta 30,07 IP: 62.29.137.* 30.09.04, 12:46 Oczywiście na nazwisko MJ i toms się przebudził z przedwczesnego snu zimowego. Szkoda, że: po pierwsze, i tak Wilt i Jordan są na oficjalnej liście ex aequo na 1. miejscu; po drugie, sugerowanie, że MJ zdobywał swoje punkty w trudniejszych warunkach zakrawa na bezczelność w zestawieniu z wszystkimi okolicznościami na korzyść Wilta o których wiele razy już pisałem, i które na tym wątku powtarzam jeszcze raz. Po trzecie, Jordan ze swoją niższą skutecznością dla tej minimalnie wyższej średniej potrzebował oddawać więcej rzutów; gdyby bardziej skuteczny Chamberlain oddawał ich zaledwie tyle samo, już to wystarczyłoby do bycia lepszym. Ale ty jesteś zdania, że tylko średnia ppg się liczy, stąd pewnie atak wolałbyś oprzeć na Iversonie niż Shaqu na podstawie tego, że ten pierwszy zdobywał w ostatnich latach więcej punktów – ja natomiast dziwnym trafem wolałbym mieć Shaqa od AI i Wilta od MJ. Niech żyje jednak wielki Jordan, nr 1 w ataku; człowiek, który przegrałby ładnych parę tytułów króla strzelców nawet z McGradym i Iversonem, podczas gdy Chamberlain wygrywał swoje z Baylorem, Robesttonem, Westem… Ale nie będę ci więcej osobno odpowiadał; i tak nie zrozumiesz czy nie zapamiętasz, a wszystkie istotne kwestie już poruszam w postach do innych. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Wilt Russell i Magic IP: 62.29.137.* 30.09.04, 12:48 No, widzę, że dyskusja się rozkręca: fajnie. Na początek proszę Cię o czytanie również innych moich postów na wątku, bo trudno mi powtarzać całą argumentację w stosunku do każdego z wypowiadających się tu Jordan – lovers ;-). Co do polemiki konkretnie z Tobą: 1) Russell: kompletność gracza też jest ważna, ale nie przesądza o wszystkim. Już w czasie mistrzowskiej trylogii Lakers Garnett był bardziej „kompletny” od Shaqa, ale mało kto poza radykalnymi fanami Wolves powiedziałby, że był od niego wartościowszy. Tymczasem w/g Twojej formuły byłby; między nimi dwoma O’Neal miał mniejszą przewagę w ataku niż KG w obronie. Mnie, powtarzam, do stawiania Russella na równi z MJ wystarczy fakt, że osiągnął najwięcej zespołowo i był najlepszym graczem defensywnym (tym bardziej, że nie sądzę, żeby Jordan był najlepszym graczem ofensywnym – Russ w swojej specjalności dokonał więc więcej). Co do wątpliwości, czy był najlepszym Celtem swego czasu, pierwsze słyszę; panuje ogólna opinia, że był najważniejszy w drużynie praktycznie od momentu rozpoczęcia kariery w 1956 (wprawdzie MVP sezonu został Cousy, bo Bill z powodu olimpiady opuścił znaczną jego część, ale już w Finałach nie było wątpliwości, kto jest liderem) do jej zakończenia w 1969. Tylko w 1969 można by się zastanawiać, czy wprowadzonego właśnie MVP Finałów nie powinien dostać Havlicek – ale i tak dostał je West, jako jedyny w historii reprezentant przegranych. A zatem gdyby tę nagrodę przyznawano odpowiednio wcześniej, Russell miałby 10 MVP Finałów! Chciałbym zobaczyć kogoś, kto pobiłby ten rekord, jak również podobny w odniesieniu do DPOY, które gdyby wtedy istniało, zdobyłby je… aż strach pomyśleć; 6 razy? 8? A ile miałby career blocks? Pewnie mniej tylko niż Wilt, co do którego widziałem próbę oceny, że byłoby ich z 7,5 tysiąca! Podczas gdy na oficjalnych listach króluje Hakeem z mniej niż 4 tysiącami… 2) Magic: tu odniosę się także do innych graczy, w szczególności Russella, bo z Twoich wypowiedzi wynika, że uważasz zdobywanie punktów za najważniejszą część koszykówki, a więc ważniejszą zarówno od podań – specjalności Magica, jak i zbiórek i defensywy – domeny Russa. Nie zgadzam się z tym, dla mnie atak i obrona są teoretycznie podobnie ważne (choć są i liczni zwolennicy wyższości obrony: „Offense wins games, defense wins championships”), natomiast w praktyce defensywa i zbiórki bywają nawet cenniejsze, bo trudniej niż dobrego strzelca czy strzelców znaleźć dobrego defensora czy zbierającego. Także dobrego playmakera – a więc za cenniejsze można uznać też rozgrywanie i podawanie. Graczy ze średnimi rzędu 30 ppg było w historii ładnych paru, a ilu było zawodników z 20 rpg czy 10 apg? Znacznie mniej. I to też trzeba mieć na uwadze przy porównywaniu MJ z Russellem, Wiltem, Robertsonem, Magicem. Drużyna: pozostaję przy swoim zdaniu, że wyższy poziom konkurencji przesądza o większym znaczeniu sukcesów Magica. Ale nawet nie zgadzając się z tym samo istnienie tego wyższego poziomu uznajesz. Jak możesz czynić więc zarzut z tego, że Kareem i Worthy stanowili dla Magica większą pomoc niż Pippen dla Jordana? Przecież ten wyższy poziom musiał skądś wypływać – właśnie z tego, że w czołowych drużynach było więcej zawodników zdolnych zadecydować o losach meczu, co nie znaczy, że byli przez to rozpatrywani z osobna gorsi. Nie jest żadną ujmą dla Magica, że dysponował lepszą drużyną niż Jordan, szczególnie że musiał ją mieć, żeby walczyć z innymi teamami, również silniejszymi od Bulls. Większe wyrównanie składu Lakers czy Celtics z tego okresu może mieć znaczenie dla oceny na potrzeby tej polemiki, ale – przeciwnie niż sądzisz - pozytywne, ponieważ gdyby wszystkie te zespoły były na niższym poziomie (np., jedni graliby bez Worthy’ego, a drudzy bez McHale’a), sukcesy drużynowe na papierze mogłyby pozostać takie same, ale liderzy odnotowaliby lepsze statystyki indywidualne. O asystach Magica już pisałem – z kolei chyba dla nikogo nie ulega wątpliwości, że Bird zdobyłby ładnych parę tytułów króla strzelców (przewyższał potencjałem w ataku nie tylko Dantleya, Wilkinsa, Englisha, ale i Gervina, a moim zdaniem dorównywał MJ), gdyby nie to, że nieegoistycznie dzielił się piłką w zbilansowanym ataku Bostonu. Itd., itp. Finały 1991: tu parę ważnych sprostowań. Sądzę, że Magic był wtedy odleglejszy od szczytu swoich możliwości niż Jordan. Jego najlepszy sezon pod względem jednocześnie indywidualnym i drużynowym to 1986/87, podczas gdy MJ – a – 1991/92, jak sam przyznajesz, czyli już następny po omawianym. MVP sezonu dla Magica w 1989-90 mogą zaciemnić nieco ten obraz, ale tak naprawdę był on wtedy słabszy niż w latach 1984 – 87, natomiast był już bezapelacyjnym liderem drużyny, w tym w ataku, i głosy nie rozbijały się między niego a Kareema. Ale nawet gdybyśmy uznali inaczej, parę fundamentalnych różnic. Po pierwsze, kontuzje graczy Lakers; zgadzam się, że i bez nich najprawdopodobniej przegraliby, ale wtedy i drużyna, i sam Magic, o którego indywidualnym pojedynku z Jordanem tu mówimy, osiągnęliby lepsze statystycznie rezultaty. Po drugie, ogromne osłabienie kadrowe LAL w porównaniu z latami 80. Nie było już, jak sam wspominasz, Kareema i Coopera, a także – przypominam, Rileya, zastąpionego przez znacznie słabszego Dunleavy’ego. Przechodzisz nad tym do porządku dziennego, jakby były to niewiele znaczące zmiany. Tymczasem, nawet biorąc pod uwagę mniejszą głębię składu Bulls i w związku z tym większe znaczenie dla nich każdej zmiany, można to porównać co najmniej do sytuacji, w której z Chicago w 1998 odszedłby tylko Pippen, a reszta bez niego próbowałaby radzić sobie z zespołami nowej generacji, Spurs czy Lakers. Chciałbym wtedy zobaczyć, czy w ogóle doszliby wtedy do Finałów; nie mówiąc o tym, jakby tam sobie radziła i cała drużyna, i MJ osobiście. Dla rywalizacji Magic – Jordan w 1991 szczególne znaczenie miała zresztą nieobecność Coopa; w rezultacie MJ nie krył żaden elitarny perimeter defender, podczas gdy Magica krył co najmniej 1 takowy – Pippen lub Jordan, a czasem obu naraz! Nie dziwota więc, że to gracz Chicago miał wyraźną przewagę statystyczną. Po trzecie, jesteś zdania, że nawet osłabieni Lakers byli kadrowo porównywalni z Bulls. Tu nb. chciałbym, żebyś wyciągnął praktyczne wnioski z własnych słów; skoro LAL’91 mogli równać się z Bulls, czy nie znaczy to, że wyraźnie silniejsi LAL’87 byli od tych Bulls ewidentnie lepsi? ;-) Ale wracając do 1991, to też nie do końca prawda; same nazwiska nie graja (inaczej moi Lakers poszliby w ostatnim sezonie 82 - 0… :-( ). Każda drużyna, w której wystepują Magic i Worthy, musi budzić pewien szacunek, ale spójrzmy prawdzie w oczy i przypomnijmy historię: Lakersi ery tzw.”Lake Show” byli teamem „over the hill”, uważanym nie za głównego pretendenta nie tylko do mistrzostwa, ale nawet do Finałów. Przypomnijmy kolejność najsilniejszych na początku sezonu 90/91; na początku Pistons jako aktualni (choć zauważalnie starzejący się) mistrzowie, potem Bulls i Blazers – najmocniejszy zespół Zachodu, finaliści z 1990 (za Bulls, ponieważ w ich korespondencyjnym pojedynku przeciw Pistons tamci byli lepsi, przegrywając w 7, a nie 5 meczach), i dopiero potem można by rozważać Los Angeles jako 4. zespół ligi i 2. Zachodu, jednak z silną konkurencją w postaci Celtics czy Spurs. W czasie sezonu Jordan zdobył MVP, a Chicago osiągnęło najlepszy wynik na Wschodzie (i drugi w lidze, za Portland, grającymi jednak na wówczas łatwiejszym Zachodzie), jak burza przeszło też przez trudniejsze wschodnie playoffs i w Finałach nawet przeciw Blazers byłoby zdecydowanym faworytem. Tymczasem stanęło przeciwko Lakers, którz Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Wilt Magic cz. 2 i Robertson IP: 62.29.137.* 30.09.04, 12:49 Tymczasem stanęło przeciwko Lakers, którzy nieoczekiwanie pokonało Portland, mimo klubowego rekordu zwycięstw tamtych, i znalazło się w Finałach jako czarny koń. Czy trzeba dodawać, kto w tej rywalizacji był faworytem? I jak można się dziwić, że Lakersi ulegli Bulls 1-4, skoro przedtem mający lepszy skład (co prawda poważniej osłabieni kontuzjami), mistrzowscy Pistons zostali pokonani do zera? Należy raczej gratulować Magicowi i Lakersom tego, że mimo ich czas już minął, byli w stanie jeszcze raz powalczyć o najwyższą stawkę, niż krytykować ich za to, że w tej walce nie wypadli wystarczająco dobrze. Po czwarte, nawet mimo wszystkich wymienionych przeze mnie okoliczności, trudno powiedzieć, że Magic wypadł słabo – 18,6 ppg, 12,4 apg, 8,0 rpg – rekord 5 – meczowych Finałów w asystach – back to back triple doubles! Teraz przypomnij sobie wyniki Jordana w Finałach’96, które są najlepsze do porównań z Earvinem’91 z 2 przyczyn: MJ był wtedy na podobnym etapie kariery (choć był, w przeciwieństwie do tamtego, aktualnym MVP) i również grał przeciw elitarnemu defensorowi obwodowemu, w postaci Paytona (chociaż Seattle przynajmniej nie miało takich dwu, jak Bulls mieli Pippena i samego MJ, więc Jordan miał łatwiej). Był to nb. jedyny tak dobry w obronie przeciwnik gwiazdora Byków w Finałach i 1 z 2, obok Dumarsa, z czasów kiedy tamten w ogóle liczył się przy rywalizacji o tytuł, co też daje do myślenia w porównaniu z Magicem i Birdem, zmuszonym w walce o mistrzostwo na okrągło stawać przeciw Dennisowi Johnsonowi albo Cooperowi, Bobby Jonesowi czy Dumarsowi. I właśnie w 1996 „Air” wyciągnął 27,2 ppg, 5,3 rpg i 4,2 apg; raczej gorzej od Magica 5 lat wcześniej, prawda? Tylko zespół miał silniejszy od przeciwnika, a nie słabszy, z przewagą parkietu, a nie bez niej, nie trafiły się też kontuzje (trafiły się za to w Sonics – McMillian), i dlatego wygrał. Więc nie rozpędzaj się za bardzo z tą wyższością MJ w playoffs, a Finały’91 NICZEGO tu nie przesądziły, oprócz mistrzostwa w tym konkretnym sezonie. 3) Robertson: przy nim z kolei poruszę temat odnoszący się do wszystkich wielkich koszykarzy lat 60.; choć staram się Ci wskazać jak jedno się łączy z drugim, wciąż nie widzisz lasu spoza drzew. Jako założenie trzeba przyjąć parę faktów: z 1. strony konkurencja była większa niż w latach 90., bo więcej było wielkich graczy (jeśli się z tym nie zgadzasz, to napisz, ale nie pomijaj tego milczeniem; choć trudno będzie Ci odeprzeć fakt, jak wielu zawodników aspirujących do miana GOAT pochodzi z tego okresu, podczas gdy z minionej dekady – tylko Jordan), a w związku z mniejszą liczbą drużyn talent w nich był bardziej zagęszczony. Z drugiej strony jednak, w przeciwieństwie nie tylko do lat 80. (najbardziej wyrównanych i w związku z tym zespołowo najciekawszych), ale nawet 90., kiedy Bulls dominowali, ale nie byli o klasę wyżej niż pozostali, omawiany wcześniejszy okres charakteryzował się prostym rozróżnieniem: Celtics – i potem cała reszta. W 2003 r. wielu fanów mówiło, że zgromadzenie w Lakers Big Four jest nieuczciwe w stosunku do reszty ligi, mogącej walczyć najwyżej o 2. miejsce; tymczasem nawet gdyby wszyscy byli zdrowi przez cały sezon, nasza dominacja kadrowa byłaby niczym w porównaniu z tą, jaką wtedy dysponowali Celtics – co zresztą musisz sam dostrzegać, pisząc, jak ułatwiało to zadanie Russellowi! Jaki sens ma w związku z tym wyliczanie każdej porażki ówczesnych zawodników grających poza Bostonem? Przecież wiadomo, że wszyscy nie mogli grać w Finałach (szczególnie jeśli byli w tej samej dywizji), bo eliminowali się nawzajem – a ci, którzy do tych Finałów doszli, musieli walczyć przeciw znacznie potężniejszym Celtics. Ale poziom rywalizacji jest wszystkim (inaczej można by dojść do wniosku, że 10 tytułów w lidze polskiej jest więcej warte niż 1 w NBA) i w związku z tym dla mnie więcej mówi o klasie koszykarza doprowadzenie do 7. meczu i pechowe przegranie tylko 1 koszem z nieporównanie silniejszym Bostonem, co potrafili osiagnąć Baylor z Westem w Lakers czy Wilt w Warriors i Sixers, niż wygrywanie w 6 meczach z wyraźnie słabszymi Portland czy Seattle – przeciwnikami „superzespołów” Jordana. Warto też wspomnieć, że przeciw o klasę silniejszym rywalom jak Celtics gra się w playoffs znacznie trudniej, bo cała ich obrona koncentruje się na liderze przeciwnika, co jest 1 z przyczyn słabszych średnich życiowych w playoffs Oscara (Jordan też zdaje się wyciągał słabiej przeciw Pistons, choć ta różnica klas drużyn była tu mniejsza!). Drugą przyczyną jest fakt, że dalej zachodził i stosunkowo więcej meczów Big O rozegrał w playoffs w drugim okresie kariery, grając w Bucks drugie skrzypce wobec pierwszego partnera - supergwiazdora, którego miał w swoim zespole – młodszego od siebie Kareema. To samo i nawet w większym stopniu zachodzi w przypadku Wilta: więcej meczów w playoffs zaliczył w drugiej połowie kariery, gdy ograniczał się w ataku. Tak więc nie ma co przesadzać z odpadnięciami w playoffs Robertsona, czy to przeciw silniejszym Celtics czy przeciw porównywalnym z Royals innym teamom (o ewidentnych słabeuszy było wówczas trudno). W 1964 Cincinnati przegrało 1:4 z Bostonem, ale po pierwsze, chyba nieprzypadkowo wybrałeś tylko mniej korzystny przypadek, bo np. w 1963 było 3:4, a po drugie, równie dobrze ja mógłbym się zapytać, dlaczego Jordan dostawał 0:3 z Bostonem, czy 1:4 z Pistons? Zaręczam, że w pierwszym przypadku powodów było nie mniej niż w drugim. Również nie ma co przesadzać z niekwalifikowaniem się Big 0 do rozgrywek posezonowych: a) tu też działa argument silniejszej konkurencji; b) najsłabszy wtedy wynik Royals to 33 zwycięstwa w debiutanckim sezonie Oscara - tymczasem Bulls (nie licząc zaznaczonego kontuzją sezonu 85/86 - 30) też byli najsłabsi za debiutu Jordana - 38. Tyle że wobec tej silniejszej konkurencji to pierwsze trzydzieści parę należy uznać za wartościowsze, a poza tym Robertson w rookie year bardziej poprawił bilans swojej drużyny – o 14 zwycięstw, podczas gdy Jordan o 11. Chyba nie porównujesz na serio Cavs do Celtics czy choćby Sixers lub Warriors z lat 60.? To był obiecujący młody zespół, ale nie przesadzajmy, że w 1989 był znacząco lepszy od Bulls, grających już przecież całą późniejszą mistrzowską piątką oprócz Armstronga (który i tak nie był żelaznym starterem). W efekcie Cleveland miało przewagę na PG i C i lekką na PF, a Chicago oczywiście dużą na SG i SF. Cavs mieli lepszy bilans, i coacha, ale nie dzieliła ich od Chicago różnica uprawniająca, by zwycięstwo nad nimi choćby porównywać z możliwością zwycięstw nad składami Chamberlaina czy Russella (szczególnie wobec dziwnej manii Wilkensa niepodwajania najgroźniejszego zawodnika przeciwnika, która kosztowała go nie tylko tamtą serię w 1989, ale też serię z Philą przeciw Toronto 12 lat później; wtedy niepodwajany Iverson też kosił). Szczególnie, że gdy różnica klas nie jest za duża, decydują gwiazdy – a nie ulega wątpliwości, że Jordan już wtedy był większym nazwiskiem niż ktokolwiek z Cleveland. A jeśli szukasz drużyn MJ, które nie awansowały do playoffs, nie musisz szukać długo: Wizards w 2002 i 2003, całkiem niedawno, więc powinieneś pamiętać. Wtedy rozkład sił na Wschodzie był inny i w przeciwienstwie do początków kariery Jordana trzydzieści parę zwycięstw nie wystarczyło do awansu. Z kolei pytasz o słabszych przeciwników, z którymi Twój best ever przegrywał; Wizards wtedy mieli raczej silniejszy skład od awansujących do playoffs bucks czy Magic, nieprawdaż? Przypominam też, że – choć oczywiście NBA jest najważniejsza – jakieś znaczenie dla oceny całej kariery musi mieć również dominacja Big O w szkole średniej i w lidze uniwersyteckiej. Na obu tych etapach MJ Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Wilt Robertson cz. 2 i Chamberlain cz. 1 IP: 62.29.137.* 30.09.04, 12:50 Przypominam też, że – choć oczywiście NBA jest najważniejsza – jakieś znaczenie dla oceny całej kariery musi mieć również dominacja Big O w szkole średniej i w lidze uniwersyteckiej. Na obu tych etapach MJ nie jest nawet w czołówce, tymczasem Robertson jest jednym z paru faworytów do miana najlepszego gracza wszechczasów zarówno w HS, jak i NCAA (osobiście przyznałbym mu ten pierwszy tytuł, drugi pozostawiając Kareemowi). Inne argumenty: patrz część o Wilcie. 4) ChamberlAin (to pewnie przypadkowa literówka, ale ja osobiście zaczynam lekko wątpić w autorytatywność sądów o koszykarzu, którego nazwisko się myli ;- )). Najwięcej mitów i nieporozumień odnośnie mojego ulubionego koszykarza odnosi się do kwestii warunków fizycznych. Po kolei: - Istotnie, Wilt bawił się w (BTW nie wiem, co znaczy dziwne określenie „pół- zawodowo”) i w skok wzwyż, i boks, machał ciężarami, a po zakończeniu kariery nawet (tym razem już naprawdę zawodowo) grał w siatkę czy biegał na długie dystanse, tylko nie bardzo rozumiem, jak może to być argument przeciw niemu; przecież to kolejny dowód, jak wspaniałym i uniwersalnym był sportowcem. Ale jeśli to jakimś cudem minus, czy w takim razie minusem dla Jordana przy porównywaniu np. z Magicem jest to, że też bawił się poza koszem w inne sporty (co prawda z gorszym skutkiem niż Wilt); golf i baseball? Byłoby to nieuniknioną konsekwencją Twojego rozumowania. Ale dzięki za łaskawe przyznanie, że osiągnięcia Szczudła wypływają „w znacznym stopniu” z jego talentu. :-) - Pogląd, że zawodnicy z tamtej epoki zauważalnie ustępowali warunkami fizycznymi graczom lat 90., jest po prostu wynikiem niewiedzy. Wzrost? Przeciętny koszykarz z lat 60. był niższy od odpowiednika z czasów MJ o jakieś 1,5 cala… OFICJALNIE niższy, bo od połowy lat 70. wzrost mierzy się w butach, co dodaje właśnie 1 – 2 cale. Czyli różnica w praktyce żadna. Do tego pomiarów z reguły nie aktualizowano w czasie kariery, co wpływa na oficjalne pomiary i wzrostu i przede wszystkim wagi, której każdy młody zawodnik w lidze dopiero nabiera. Ci, którzy tego wszystkiego nie wiedzą, dziwią się bardzo, gdy słyszą, że w czasie bezpośrednich spotkań Russell i oficjalnie o 2 cale od niego wyższy Olajuwon okazują się tego samego wzrostu i na oko tej samej wagi; analogicznie tego samego wzrostu są Frazier i Barkley - znów oficjalna różnica 2 cali! - Natomiast realna różnica istniała w przygotowaniu atletycznym i siłowym. Wiadomo: inna epoka. Ale po pierwsze, różnica ta nie ma żadnego znaczenia w ocenie Wilta, z prostego powodu; gdyby jego przeciwnicy mieli dostęp do metod treningu z lat 90., miałby go i on, również dzięki nim się wzmocnił i jego dominacja nad rywalami pozostałaby analogiczna. Po drugie, różnice takie mają jednak znaczenie… żeby było śmieszniej, w ocenie Jordana, za jego to kariery bowiem dokonano przełomu w metodach treningu, co poskutkowało większą siłą i atletyzmem przeciętnych zawodników. Za Chamberlaina za meczów mało kto w czasie meczów fruwał nad koszami, bo uważane to było za nietakt, ale choćby z treningów wiadomo było, że było paru gości w tym świetnych; on sam, Baylor czy Connie Hawkins. Kiedy MJ przychodził do ligi, dunkowano już w czasie meczów, ale znów specjalizowało się w tym tylko paru zawodników; oprócz niego praktycznie tylko Wilkins, Drexler i starzejący się Erving. Potem ewolucja poszła tak daleko, że dziś w każdym zespole jest przynajmniej jeden gośc fruwający nad koszami tak, jak tamci (nie żeby koniecznie był przez to lepszym koszykarzem, ale w każdym razie w tym elemencie jest postęp). Zbiegło się to nieprzypadkowo z lepszym przygotowaniem siłowym graczy, w którym postęp był widoczny na przykładzie samego Jordana, który w pewnym momencie musiał przypakować pod kierownictwem Grovera, żeby dotrzymać kroku zmieniającym się czasom. I ta nowa epoka przyniosła, jak już wspomniałem, nawet pogorszenie się wyników MJ… więc i tej kwestii nie podnosiłbym jako argumentu na jego korzyść. - I właśnie co do Jordana; zauważ, że i do niego da się zastosować argument, że „przeciwnicy ustępowali mu warunkami fizycznymi (a jak ktoś mu dorównywał pod tym względem to był raczej cieńki w sensie stricto koszykarskim)”. Jedynym SG podobnym do niego warunkami i choćby zbliżonym klasą był Drexler. Ale Drexler i tak był kiepski w obronie, w której najlepszymi rywalami MJ byli Dumars i – mimo że PG – Payton. I teraz pytanie za sto punktów; czy czasem różnica fizyczna na korzyść Jordana w porównaniu z tamtymi dwoma nie była analogiczna jak dzieląca Wilta od Russella czy Reeda? Porównanie to ogranicza wprawdzie fakt, że – jak ustaliliśmy – w defensywie gracze podkoszowi, oczywiście wyżsi od Jordana, wpływali i na jego grę; ale taki jest los wszystkich graczy obwodowych, niezależnie od epoki. MJ w każdym razie, dzięki lepszym warunkom fizycznym od rywali z obwodu, miał stosunkowo łatwiej i przeciw zawodnikom spod kosza. - Jednak to jeszcze nie wszystko; dotąd pisałem tak, jakby jedynymi takimi warunkami były wzrost i waga, ale tak przeciez nie jest, mimo opinii większości publiki, zwracającej swoją sympatię łatwiej ku zawodnikom mniejszym; często im mniejszym, tym lepiej, bo łatwiej się z takim identyfikować (kompleks Iversona), z czego wynika np. fakt, że więcej sprzedaje się butów czy koszulek firmowanych przez niskich graczy. Tymczasem czemu mielibyśmy ograniczac się tylko do tych cech; czy szybkość i skoczność nie są tak samo fizycznymi atrybutami koszykarza? Ludzie mówią: to niesprawiedliwe, ze Shaq jest taki wielki, bo łatwiej mu dzięki temu dominować. Tak samo można powiedzieć; to niesprawiedliwe, ze AI jest taki szybki – ale do tego trzeba najpierw pomyśleć, a nie ślepo podążać za stereotypami. A właśnie MJ w szybkości i skoczności celował. Dodając tę przewagę wzrostu i wagi nad większością rywali, mamy obraz, który najlepiej podsumował bodaj Kahn: „Bigger, stronger, quicker – at one point it was unfair to put anyone against him”. Może więc i o Jordanie powinieneś skromnie napisać, że jego osiągnięcia wypływały „w znacznym stopniu z talentu”, a poza tym z warunków fizycznych? ;-) Natomiast jeśli chcesz znaleźć wielkich koszykarzy, którzy odnieśli sukces mimo ogólnie kiepskich atrybutów fizycznych, szukaj wśród takich zawodników jak Stockton czy Bird. Szczególnie przypadek Birda jest tu pouczający; jak ktoś tak słaby atletycznie zdołał zostać jednym z kilku najlepszych koszykarzy wszechczasów?! Chyba bardziej to godne podziwu niż w przypadku wybijającego się fizycznie pod każdym względem Jordana… Tak więc znów Twoja teza okazała się nie argumentem za MJ przeciw Wiltowi, ale przeciw MJ – tym razem na korzyść takich graczy jak Bird. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Wilt Chamberlain cz. 2 IP: 62.29.137.* 30.09.04, 12:51 - Ale przypuśćmy nawet, że miałbyś rację i wielki, zły Wilt zawdzięczał wszystko czy większość swoim warunkom fizycznym, a biedny mały Jordan – tylko talentowi i ciężkiej pracy, bo jego warunki fizyczne w ogóle się nie liczyły. Wtedy mógłbym po prostu zapytać: WHO CARES?! Przeliczanie talentu na kilogram i centymetr koszykarza, zgodnie z w/w sympatią dla niskich graczy, jest interesujące, ale może doprowadzić do wniosku, że the best ever był nie Wilt i nawet nie Jordan, a Iverson czy Nate Archibald… zaraz, a może Muggsy Bogues? Ten to dopiero miał fizycznie najciężej! Ale nawet wtedy powiem; guzik mnie obchodzi, jak sprawiedliwa czy nie była dominacja Wilta, czy brała się ze wzrostu, uprawiania lekkoatletyki czy może napromieniowania kryptonitem (swoją drogą dziwią mnie określenia typu „Most Dominant” stosowane wobec Wilta czy Shaqa a wypływające ze wspomnianej taryfy ulgowej wobe graczy niższych; tymczasem jak można być „Most Dominant” nie będąc „The Best/Most Valuable”? Przecież to się kupy nie trzyma). Ważne, że Szczudło wywierał większy wpływ na grę niż Jordan i w każdych porównywalnych warunkach był bardziej wartościowym zawodnikiem, co udowadniam w tej polemice. I byłoby tak również za czasów MJ, skoro – patrz wyżej – jego dominacja nad rywalami byłaby analogiczna, jeśli chodzi o warunki fizyczne, a nawet większa, jeśli chodzi o umiejętności (Russell)Olajuwon, Reed) Robinson, jeśli chodzi o graczy młodszych od tamtych – Kareem)Shaq, itd.). I o tym należy pamiętać. Co do 1969 i 1970, czy Ci się to podoba, czy nie, merytoryczne argumenty mają większą wartośc niż powoływanie się na jakieś anonimowe źródła. Jak można być prawdziwym faworytem, gdy dysponuje się słabszym składem, a tym bardziej, gdy jeszcze nie ma się przewago własnego parkietu? Do uprzednio przedstawionych kwesti dodam jeszcze jedną: Chamberlain z powodu (jedynej zresztą w karierze) poważnej kontuzji opuścił większość sezonu 69/70, co odbiło się na bilansie Lakers, ich zgraniu i grze samego Wilta – a więc w sumie, i to poważnie, na grze całego zespołu. A zresztą gdyby nawet uznać tu Twoje poglądy, pozostaje pytanie: kiedy to Jordan był faworytem walcząc o mistrzostwo, albo może łatwiej i krócej będzie odpowiedzieć, kiedy faworytem NIE był? Odpowiedź będzie nawet bardzo krótka, bo trudno wskazać choć JEDEN taki przypadek. Nawet w 1993 i 1998, gdy nie miał przewagi parkietu i stosunkowo najwięcej było wątpiących, i tak więcej niż połowa opinii publicznej opowiadała się za zwycięstwem Bulls. I tylko w 1993 przeciw Suns można było powiedzieć, że Bulls mieli słabszy skład; tylko że zarżnięty przez dennego trenera, znacznie gorszego od Jaxa (co oczywiście nie dotyczyło przeciwników Wilta, którzy z kolei obok tych lepszych składów i coachów mieli świetnych, lepszych niż Stilt!). A więc przypadki, w których Jordan miał NAJMNIEJSZE szanse na mistrzostwo, można co najwyżej porównywać z przypadkami, kiedy Chamberlain miał na nie szanse NAJWIĘKSZE. Czy jesteś w związku z tym w stanie uczciwie odpowiedzieć, kto z tych dwu był ewidentnie częściej w karierze faworytem do tytułu? Odpowiedź wydaje się oczywista. Z podanych przez Ciebie kwestii wpływających na obniżenie dokonań Jordana mogę uznać tylko sezon z kontuzją i lata w Wizards. Powrót na drugą trylogię też obniżył same jego PPG, ale chyba nie chcesz na serio powiedzieć, że zaszkodził jego karierze. Przeciwnie: gdzie bez tego powrotu byłby choćby argument o jego sukcesach zespołowych w porównaniu każdym z omawianych rywali oprócz Russella? A teraz odpowiedz na pytanie, co bardziej wpływa na średnią punktową: obniżanie jej przez 7 sezonów – połowę kariery Big Dippera, czy 3 sezony – mniej niż jedną czwartą kariery MJ? Warto też zauważyć, że nawet przez te 3 sezony Jordan, w przeciwieństwie do Wilta, nawet z niższą średnią pozostawał pierwszą opcją w ataku; nie mógł wytrzymać nawet w Wizards, chociaż szkodziło to zespołowi. Czyli obniżał swoją średnią i krócej, i w mniejszym stopniu. A i tak mimo to wszystko mają obaj po 30,1 ppg… :-) Argument o wzroście nacisku na defensywę trafia jak kulą w płot z podobnych powodów co ten o warunkach fizycznych; przełom na rzecz obrony dokonał się dopiero za przykładem „Bad Boys” z Detroit – i wtedy owszem, średnie Jordana i innych spadły. Tak więc nie jest to argument za tym, ze MJ nie mógł osiągać wyników Wilta, tylko że współcześne gwiazdy nie mogą osiągać wyników Jordana… ups, osiągają :-) - przynajmniej te z lat 90., mimo że w międzyczasie dokonała się kolejny przełom na rzecz obrony w postaci dopuszczenia strefy, gracze stali się jeszcze bardziej atletyczni, a drużyny nastawione bardziej defensywnie… znasz te wszystkie argumenty, sam ich używałeś, tyle że na korzyść MJ. Wracając do lat 80., były to czasy w sumie co najmniej tak samo ofensywne, a nawet bardziej co lata 60. PPG były niższe niż dwie dekady wcześniej, ale niedużo i tu wklejam fragment innego postu: A może świadectwem słabszego poziomu mają być wyższe średnie punktowe? Nawet pomijając wątpliwą logikę takiego rozumowania (czy w takim razie PLK jest lepsza od NBA?), to – jak już zauważyli calagan czy Łukasz – w latach 80., czasie największych osiągnięć MJ, zdobywało się tylko o parę procent mniej punktów niż za czasów Wilta! (A jak na pewno pamiętasz, LB, w latach 90. średnie Jordana były już wyraźnie niższe). Mimo to rekordy MJ to 37,1 ppg w sezonie (nie tylko Wilt, również Baylor miał więcej) i 69 pkt. w meczu (tu nawet D. Robinson miał więcej), podczas gdy Szczudła – 50,1 ppg i 100 pkt. Różnica nie kilku, a kilkudziesięciu procent! ‘Nuff said. Ale z kolei defensywa była słabsza niż za czasów Chamberlaina z prostego powodu; mniej w niej było wolno. Ludzie mówili w latach 80. ze zgrozą o „Bad Boys”; za czasów Wilta KAŻDY zespół był Bad Boys i nikt nie robił z tego wielkiej sensacji. Walczono fizycznie na parkiecie w stopniu niewyobrażalnym w 80., a tym bardziej dziś, gdy odgwizduje się każde dmuchnięcie na przeciwnika (szczególnie jeśli jest nim gwiazdor; a propos, pamiętasz określenie „Jordan calls”?), mnożono twarde faule (co było tym łatwiejsze, że nie istniała kategoria fauli umyślnych), co prowokowało mniejsze i większe kontuzje. Głównie stąd wyraźnie niższa niż 20 lat później celność z gry; każdy z piłką stawał się celem do faulu. Stąd ogólna równowaga była nawet bardziej przesunięta na korzyść obrony niż w latach 80. A Ty teraz wyobraź sobie, jakby przebiegała kariera Jordana, gdyby przez cały jej czas musiał zmagać się z defensywą w stylu Detroit, gdy w rzeczywistości doświadczał tak ostrej tylko ze strony tego jednego zespołu, i też do czasu, póki liga nie zatroszczyła się o swój główny produkt promocyjny i nie zmieniła przepisów oraz sposobu gwizdania przez sędziów. I porównaj to z warunkami, w jakich grał Chamberlain albo – jeśli będziesz chciał odeprzeć to argumentem, że był on duży, silny itd. – mniejsi gracze; Baylor, West, Robertson. West co najmniej 9 razy miał złamany nos na parkiecie, po czym potrafił jakby nigdy nic wrócić do gry; gdyby ktoś ośmielił się złamać nos MJ, chyba wywalono by go z NBA i przyznano walkower Bulls. Po prostu cieplarniane warunki… Sądzę też, że - łagodnie mówiąc – nie do końca przemyślałeś argument, że jeśli ktoś się ogranicza np. w ppg, to znaczy, że nie ograniczając się wyrządzał szkody zespołowi, a więc w sumie był be. Przecież do absolutnie każdego gracza można zastosować tę tezę, bo każdy grając tylko na siebie będzie właśnie drużynie szkodził! Ograniczają się więc wszyscy, tylko w różnym stopniu, zależnie od potrzeb zespołu i własnej zdolności do takich ograniczeń. Zdolność taką potrafili Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Wilt Chamberlain cz. 3 IP: 62.29.137.* 30.09.04, 12:52 Zdolność taką potrafili zademonstrować w swojej karierze Chamberlain czy Bird, nieporównywalnie bardziej od Jordana, który ograniczył się tylko trochę w efekcie trójkątów, nie rezygnując z roli niekwestionowanej pierwszej opcji i walki o króla strzelców (ale jednak się ograniczył; czyli o nim też powinieneś powiedzieć, że „szkodził zespołowi”, czyż nie?). Z kolei potrzeby te wystąpiły, ponieważ zarówno Larry, jak i Wilt musieli w karierze zmagać się z silniejszymi głębszymi, i bardziej zbilansowanymi drużynami niż MJ, a więc musieli dbać o to, żeby i ich drużyny grały w sposób bardziej zbilansowany. Jordan znalazł się w podobnej sytuacji w Wizards, ale tam zawiódł, gdy - mimo że większość uznawała go za best ever, a może właśnie dlatego – nie potrafił mimo zrealizowania tylu celów i zabezpieczenia swojego odłożyć do końca na bok osobistych ambicji, co w połączeniu z innymi jego błędami doprowadziło do smutnego końca przygody w Waszyngtonie. Dobry przykład: nie było to dawno, więc powinieneś pamiętać, jak desperacko „Air” starał się kończąc karierę nie spaść poniżej średniej życiowej PPG Wilta (w internecie prowadzono nawet odliczanie, czy mu się to uda). Pokazuje to, że po pierwsze, stawianie Jordana jako wzoru osobowościowego młodym koszykarzom jest z gruntu błędne, bo nawet jako 40 – latek, uważany za nieomylną skarbnicę doświadczenia i wiedzy koszykarskiej, wciąż był w stanie przedłożyć osobiste cele nad dobro zespołu. A pod drugie, że mimo tej opinii większości o byciu GOAT i aplauzu tłumów, może Jordan sam nie był taki pewien swojej wyższości nad starymi mistrzami, szczególnie Wiltem, i potrzebował wciąż ją w swoim mniemaniu potwierdzać. :-) Ponadto, jak już starałem się podkreślić, koszykówka to nie tylko, a nawet nie przede wszystkim atak, a więc fakt, że Stilt ograniczył się w nim absolutnie nie znaczy, że przestał być „na pierwszym planie”, jak to ująłeś. Poświęcając się bardziej zbiórkom i obronie, a w ataku dając więcej pograć innym, a i tak pozostając 1. opcją, Wilt był oczywiście niekwestionowanym liderem sławnego mistrzowskiego składu Sixers’67 (nb. w 1980 wybranego zespołem wszechczasów), prowadząc w nim JEDNOCZEŚNIE w punktach, zbiórkach i asystach (i oczywiście blokach, tyle że ich oficjalnie nie rejestrowano). A nawet w Lakers, gdzie już nie był pierwszą opcją ani pierwszym podającym, znów został uznany za lidera kolejnego legendarnego składu jako MVP’Finałów’72! Pełnił wtedy nb. funkcję podobną jak Russell w Celtics; tylko sam Russell przyznał, że robił to lepiej, niż swego czasu on. Clutchness: tu zupełnie mnie rozwaliłeś, sprowadzając w praktyce tę INDYWIDUALNĄ cechę do sukcesów drużynowych. Zacznijmy jednak od tego, że nawet wtedy co najmniej dziwią przytoczone przez Ciebie nazwiska graczy podkoszowych jakoby będących bardziej „clutch” od Wilta. Ile tytułów mają RAZEM Malone, Barkley, Ewing i Garnett? Odpowiedź prawidłowa: ZERO. Tylko Duncan i Olajuwon mają po 2 mistrzostwa jak Chamberlain, ale: a) zdobyte w bardziej sprzyjających okolicznościach, szczególnie TD); b) Stilt doprowadził swoje drużyny jeszcze do 4 innych występów w Finałach, więc nawet nie biorąc pod uwagę problemu konkurencji odniósł więcej sukcesów zespołowych. Ale podstawową sprawą jest ten podstawowy błąd w Twoim rozumowaniu – mylenie czynika indywidualnego z drużynowym. Wszystko ma być bardzo proste: kto zdobywa więcej mistrzostw, ten jest bardziej clutch, kto jest bardziej clutch, ten ma więcej mistrzostw, niezależnie od wszelkich innych okoliczności. Widziałem, jak bywało, że fani oceniali clutchness poszczególnych graczy podświadomie kierując się liczbą tytułów, ale żeby podnosić to otwarcie do rangi głównego czynnika – muszę przyznać, że z tym spotykam się chyba po raz pierwszy. Greg, równie dobrze mógłbyś powiedzieć, że lider zwycięskiego zespołu zawsze jest najlepszym liderem, najefektywniejszym strzelcem i w dodatku najładniej się uśmiecha – ale uwierz, że jedno może, ale nie musi mieć nic wspólnego z drugim. To w/w rozumowanie, na które wpływa liczba tytułów jako nawet nieuświadomiony czynnik dodatkowy, doprowadziło u niektórych do błędnego przeświadczenia, że Robinson był bardziej clutch od Malone’a, a ten – od Barkleya, bo taka jest przecież ich kolejność w sukcesach drużynowych. Ale ktoś, kto śledził uważnie kariery tych trzech, powie, że kolejność w clutchness była dokładnie odwrotna, że Barkley potrafił w ważnych momentach zmobilizować się bardziej niż Mailman (choćby w 7. meczu z Sonics czy 3. i 4. meczu z Bulls w 1993 albo 1. meczu przeciw Warriors w 1994), ale i Karl, choć „nie doręczył w niedzielę”, był pod tym względem lepszy od mięczaka DRoba, z reguły dochodzącego w playoffs niżej, niż by wskazywały regular season standings. I gdzie tu Twoja bezpośrednia korelacja między sukcesami drużyny a byciem „pewniakiem”? Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Wilt Chamberlain cz. 4 IP: 62.29.137.* 30.09.04, 12:53 Natomiast Twoje rozumowanie doprowadziłoby do jeszcze większego wypaczenia pojęcia „clutchness”. Zgodnie z nim kiepsko w tej konkurencji w porównaniu ze wspomnianym Robinsonem (2 tytuły) albo Shaqiem (3) wypadłby West ze swoim 1 mistrzostwem, nie mówiąc o biednym Reggiem Millerze – w ogóle bez mistrzowskiego pierścionka. Jednak to West był „original Mr Clutch” – pierwszym tak nazwanym, a za jednego z godnych miana jego następcy uważany jest Reggie. Oczywiście w tej kategorii znajdują się także Bird i Sam Jones z większą liczbą mistrzostw, ale nie decyduje ona o ich miejscu w rankingu clutchness (tu np. nikt nie ma wątpliwości, ze West był lepszy od Sama). Wszyscy wymienieni oraz MJ to gracze obwodowi i (oprócz Jordana ;-)) wybitni shooters, co w sposób wyraźny odróżnia ich od Diesla czy Admirała, których jako żywo nikt nigdy do kategorii „Mr Clutch” nie podciągał. Wszystko to utwierdza mnie w przekonaniu, że moje rozumienie terminu „clutchness” jest i słuszniejsze, i bardziej zakorzenione w tradycji. Żeby podsumować porównanie indywidualne Wilt – MJ: a) Wciąż utrzymuję, że ten pierwszy był lepszy i ofensywnie. Wytłumaczyłem już, jak w przeciągu całej kariery w sumie bardziej się ograniczał. Ale kiedy tego nie robił, to – jak po części już wspomniałem i do czego się nie odniosłeś - to zdobywał więcej punktów i z lepszą celnością niż „Air”, również biorąc poprawkę na średnie w danej epoce, oraz wygrywał – z GROŹNIEJSZYMI rywalami do tytułu króla strzelców – większą przewagą niż Jordan ze swoimi. Co robi na tobie większe wrażenie: największa wygrana MJ - 8 ppg z Wilkinsem czy wygrana Wilta – 12 ppg z Baylorem i jednocześnie rzędu 20 ppg z Robertsonem i Westem? Niezagrożone królowanie Chamberlaina dopóki tylko chciał tym królem pozostać czy wygrana Jordana z Shaqiem jedynie dzięki ostatniemu meczowi sezonu? W dodatku MJ swoje rekordy z 1987 - 88 osiągał w słabszej drużynie niż Wilt, który miał wartościowszych partnerów w ataku. No i ten fakcik, o którym już wspominałem: gdyby T – Mac i Iverson, których nikt nie stawia obok Baylora czy Westa, grali w latach 90., nawet oni ze średnimi ok. 31 – 32 ppg zabraliby MJ parę tytułów; trochę trudniej wyobrazić sobie coś podobnego w stosunku Szczudła… Analogiczny argument już zresztą uznałeś w odniesieniu do Magica; że działał w okresie, gdy konkurencja wśród podających była największa, silniejsza niż za Jordana wśród strzelców. Wśród strzelców najsilniejsza była właśnie za Chamberlaina; logiczne byłoby, gdybyś uznał i to. ;-) Zresztą nie tylko wśród strzelców, niezależnie od pozycji: konkurencja była też ogólnie większa na konkretnej pozycji Wilta – piątce, niż w 90. na konkretnej pozycji MJ – dwójce. Tu zacytuję fragment innego postu: A w czym to konkurencja za czasów Wilta była gorsza? W tym, że w większości meczów musiał mierzyć się z centrami, którzy trafili potem do Hall of Fame (efekt mniejszej liczby drużyn, czyli większego zagęszczenia talentu), podczas gdy Jordan konkurentów na tym poziomie miał zaledwie paru na dwadzieścia parę drużyn? Zresztą musiałby być wśród nich odmłodzony West, żeby porównać to z rywalizacją Russ – Chamberlain – tymczasem najlepszym z nich był… Drexler – z całym szacunkiem, nie ten numer kapelusza. b) Ale nawet gdyby uznać, że Jordan był lepszy w ataku, musisz chyba przyznać, że Wilt ustępowałby wtedy tylko jemu, za to – zgodziłeś się, że big men wywierają większy wpływ na defensywę – był lepszy w obronie. Czyli na gruncie samego ataku i obrony byłby remis. c) Jednak do tego doszłyby wszystkie inne rekordy Szczudła, o których wspomniałem, na co wprost nie odpowiedziałeś – w zbiórkach, czasie gry, celności z gry, asystach itd. – co i tak przeważyłoby szalę na korzyść Wilta. d) Już wyjaśniłem przy tym błędność stereotypów, zgodnie z którymi Chamberlainowi tak łatwo było osiągać swoje rekordy. A zresztą, łatwo czy niełatwo, ważne, ze podobnie łatwo byłoby mu je osiągać za czasów Jordana. Oczywiście, konkretne liczby mogłyby być trochę niższe, ale pozostałaby analogiczna przewaga nad rywalami. A właśnie, jeszcze 1 argument za Wiltem (widzisz, jest ich tyle, że nietrudno jakiś przeoczyć ;-)); byłyby to tylko niektóre liczby. Otóż, jeśli już uwzględniamy specyfikę danego okresu, to – owszem – w latach 60. zdobywało się więcej punktów (choć jak już tłumaczyłem, nieznacznie) czy zbiórek niż w 80. Natomiast niższa, i to wyraźnie, była przeciętna celność z gry oraz wskaźniki asyst, co było spowodowane surowszymi kryteriami ich przyznawania. Jeśli zawodnik kozłował między otrzymaniem podania a zdobyciem punktów, asysty nie zaliczano! Sam spróbuj ocenić, o ile zaniżało to liczbę asyst: o 20%? 30%? Więcej? Tak więc tłumaczenie rekordów Szczudła specyfiką jego czasów i w tym wypadku się nie udaje, bo nawet jeśli uda się nieco obniżyć wartość jego punktów i asyst, to wtedy automatycznie podwyższa się wartość jego asyst i celności z gry. A także nb. czasu gry, z uwagi na wspominane już słabsze w latach 60. metody treningowe. Gdyby Wilt miał tu dostęp do metod nowoczesnych, strach pomyśleć, o ile jeszcze bardziej niewiarygodnym byłby fenomenem w zakresie odporności i wytrzymałości, zdolnym grać przez pełne 48 minut na najwyższych obrotach. Chociaż i tak jest w tej kategorii best ever; gdzie z nim porównywać np. Shaqa, który – choć ma dostęp do tych nowoczesnych metod - gra krócej, wolniej i przez mniej meczy w sezonie? Ale i lepsi od Diesla – Russell, Robertson, też sam Jordan – ustępowali tu Wiltowi. Czy w obliczu tych wszystkich argumentów jesteś w stanie przyznać, że Chamberlain indywidualnie osiągnął więcej od MJ? Bo dla mnie sprawa jest bezsporna. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Wilt Porównania: Celtics i Knicks w latach 90. IP: 62.29.137.* 30.09.04, 12:57 Ale teraz czas na rozstrzygnięcie kwestii sukcesów drużynowych i tu zapowiadana Wunderwaffe, argument ostateczny. ;-) I ta, i inne polemiki Wilt – MJ sprowadzają się zawsze w końcu do jednego: gdy ja demonstruję indywidualną wyższość Wilta, wtedy fani Jordana odpowiadają, że ten był lepszy, bo zdobył więcej mistrzostw. Pisałem już o znacznie silniejszej konkurencji za czasów Chamberlaina, jednak wiem, że większość fanów nie kojarzy nazwisk z przeszłości na tyle, by w pełni zdać sobie sprawę z siły jego przeciwników. Dlatego przeprowadziłem porównanie, jak składy Celtics i Knicks, z którymi walczył the Stilt, wyglądałyby w latach 90 i z czym musiałby się wtedy mierzyć Jordan. Parę zasad: oczywiście najpierw, na ile pozwala mi wiedza, staram się znaleźć najbliższy odpowiednik dawnego koszykarza wśród bardziej współczesnych i pod względem poziomu, i stylu gry. Jeżeli się to nie udaje, biorę zbliżonego pod względem tylko poziomu. Jeśli i to jest niemożliwe, mogę przyjąć danego zawodnika trochę lepszego od odpowiednika z przeszłosci, za to biorę wtedy innego gorszego od swojego odpowiednika, więc wszystko się wyrównuje.W efekcie tych działań, co podkreślam, powstały drużyny na pewno nie silniejsze niż powinny być stanowiąc odzwierciedlenie Bostonu i NYK, ale – jak sam zaraz zobaczysz :-) – i tak niesamowicie silne: Celtics z powiedzmy A.D. 1962 w latach 90.: 1. John Stockton (Bob Cousy)/ młody Gary Payton (K.C. Jones) /Vinnie Johnson (Frank Ramsey) 2. Reggie Miller (Sam Jones) 3. Chris Mullin (Tom Heinsohn) 4. Buck Williams (Satch Sanders) /Rick Mahorn (Bill Loscutoff) 5. Hakeem Olajuwon (Bill Russell) I w 1964: 1. Gary Payton (K.C. Jones) /Vinnie Johnson (Frank Ramsey) 2. Reggie Miller (Sam Jones) /młody Grant Hill (John Havlicek) 3. Chris Mullin (Tom Heinsohn) 4. Buck Williams (Satch Sanders) / Vlade Divac (Clyde Lovellette) 5. Hakeem Olajuwon (Bill Russell) I w 1969 (wtedy, kiedy sugerujesz, że byli słabi): 1. Terry Porter (Larry Siegfried) 2. Reggie Miller (Sam Jones) /młody Doug Christie (Don Chaney) 3. Kobe Bryant (John Havlicek) /Detlef Schrempf (Don Nelson) 4. Horace Grant (Bailey Howell)/Buck Williams (Satch Sanders) 5. Hakeem Olajuwon (Bill Russell) I co? To, że nie byli aż tak silni jak dajmy na to 4 lata wcześniej, nie znaczy bynajmniej, że byli słabi! (Niestety nie wiem, na jakiej pozycji grał E. Bryant, choć pewnie na SG/SF, więc nie mogę mu przyporządkować odpowiednika, ale też powinien go mieć jako ważny gracz - z 11 ppg w Finałach). Uwagi: W roku 1964 podstawowy skład byłby taki sam, ale odpadliby Cousy i Loscutoff. Za to KC nie byłby już „młodym”, a dojrzałym GP: oczywiście wiem, że KC był ogólnie znacznie słabszy od GP, ale chodzi mi o fantastyczną defensywę, którą tylko Rękawica był w stanie oddać. Również Williams z uwagi na zbiórki był lepszy od Satcha. Z drugiej strony przyszedłby Hill; był słabszy od Havlicka, ale w 1964 niech będzie; jednak wkrótce Johny wzbil się na poziom, który np. dziś reprezentuje tylko Kobe (czyli np. wyżej od Drexlera, najgroźniejszego przeciwnika obwodowego z pokolenia MJ), tak więc muszę dać to KB mimo pewnej niekonsekwencji – bo ten poziom osiągnął dopiero w obecnej dekadzie. „The Microwave” był za to gorszy od Franka, a Hakeem – z całym szacunkiem – od Russella. W późniejszej wersji przyszedłby też Divac; Lovellette był PF/C, ale najbliższym odpowiednikiem jego poziomu jest chyba Vlade. Howellowi pzoiomem może nawet bliżej do Kempa niż Horace’a, ale niech będzie (pasuje zresztą defensywą do HG). Knicks w 1970 i 1973: 1. Gary Payton (Walt Frazier) 2. Mario Elie (Dick Barnett); w 1973 Clyde Drexler (Earl Monroe)/ stary Elie 3. Glen Rice (Bill Bradley) /w 1973 Cliff Robinson (Phil Jackson) 4. młody Kevin Garnett (Dave DeBusschere) / w 1973 też Charles Barkley (Jerry Lucas) 5. David Robinson (Willis Reed) Uwagi: Admirał słabszy od Reeda, chyba też, choć nieznacznie, Walt od Gary’ego; za to wołabym Clyde’a od „Black Magic”, jako bardziej uniwersalnego, choć gorszego strzelca. Bradley był raczej midrange shooterem, inaczej niż grający z dystansu Rice, ale są podobnie wartościowi; osobiście wolałbym mieć w zespole tego pierwszego, lepszego defensora i team player, ale ten drugi miał okazję pograć jako samodzielny lider i więcej osiągnąć indywidualnie, choć mniej zespołowo. Lucas - lepszy w zbiórkach i obronie, mógł też grać na C, a Chuck – w ataku i podaniach. Najwiekszy kłopot miałem z Dave’em, dla oddania którego najlepszy byłby młody Rodman z jego zbiórkami i zdolnością grania na SF i PF oraz krycia graczy od SF po centrów, ale że jest już zajęty w Bulls, zdecydowałem się na KG – podkreślam, nie w jego formie MVP, ale już jako zawodnika typu 20/10. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Wilt Porównania cz. 2 IP: 62.29.137.* 30.09.04, 12:57 Ważne zastrzeżenie nr 1: o ile bardziej współcześni Celtics generalnie byliby w podobnym wieku i formie co Bulls, o tyle Knicks’90. byliby od nich młodsi i w przeciwieństwie do nich w pełni formy. Mielibyśmy więc sytuację, która w praktyce się nie zdarzyła; starzejacym się Bulls z okresu drugiej trylogii przeciwstawiłaby się drużyna nie tylko o silniejszym składzie, ale też – choć doświadczona – młodsza, w wieku optymalnym do odnoszenia zwycięstw. I zastrzeżenie nr 2: jeśli chodzi o trenerów, to w latach 90. odpowiednikiem Auerbacha byłby Pat Riley, a Reda Holzmana – może Larry Brown (choć i tak większość ocenia wyżej ten starszy duet). Jednak nawet z Patem i Larrym sytuacja MJ pod tym względem nie odpowiadałaby sytuacji Wilta z prostego powodu; Jordan miał za trenera również wielkiego P. Jacksona, uznawanego wtedy za nie gorszego od każdego z trenerów rywali oprócz Rileya. Tymczasem Chamberlain przeciwnie; regularnie stawał przeciw Celtics i Knicks trenowany przez wyraźnie SŁABSZEGO coacha (może oprócz pojedynku Holzman – Sharman, aczkolwiek i tak większość opinii wyżej stawia Holzmana), czego najlepszym przykładem niesławny Butch Van Breda Kolff, w NBA słabszy nawet od Russella – niech imię jego będzie zapomniane. I to jest kolejne zjawisko na niekorzyść „Big Dipper”, które wywarło poważny wpływ na przebieg wypadków, a nie znika nawet w tym porównaniu. Następnie przedstawiam składy z Bulls czasu pierwszej i drugiej trylogii oraz ich najsilniejszych przeciwników, którzy zdołali doprowadzić ich do 7. meczów; Knicks’92 i Pacers’98. Bulls: 1. J. Paxson, B.J. Armstrong 2. Jordan 3. Pippen 4. H. Grant /S. Williams 5. Cartwright Knicks (niech poprawi mnie jakiś ich fan, jeśli się pomyliłem): 1. M. Jackson 2. Starks 3. X. McDaniel /A. Mason 4. Oakley 5. Ewing Bulls: 1. Harper 2. Jordan/Kerr 3. Pippen 4. Rodman/Kukoc 5. Longley Pacers: 1. M. Jackson /T. Best 2. R. Miller 3. C. Mullin/D. McKey, J. Rose 4. D. Davis /A. Davis 5. Smits I teraz porównaj sobie te wszystkie drużyny. Jordan i Pippen, którzy ledwie przeszli zestawy Ewing – Starks i Reggie – Mullin (Miller – najlepszy gracz), mieliby zwyciężać składy typu Stockton – Reggie – Olajuwon (Miller – tu dopiero trzeci najlepszy gracz) albo Payton – Drexler – Barkley - David Robinson? Starczył Olajuwon z nieporównywalnie słabszymi partnerami niż tu opisani i już, o ile pamiętam, Rockets mieli w regular season dodatni bilans przeciwko Bulls Jordana! Cóż dopiero składy, które zarysowałem… Patrząc na nie widać chyba tak wyraźnie, jak tylko można, jak fałszywy jest argument liczby mistrzostw w sporze Wilt – MJ. Chamberlain „tylko” po razie pokonał te superskłady Celtics/Knicks i ma zaledwie 2 mistrzostwa? Cóż, Jordan NIGDY nie pokonał NIKOGO choćby porównywalnego do nich, co – delikatnie mówiąc – osłabia wartość jego 6 tytułów. Ile z nich by miał, gdyby musiał walczyć z przeciwnikami, których opisałem? Moja odpowiedź brzmi: zapewne ani jednego. I to już nie biorąc pod uwagę takich „detali”, jak kwestia trenera; MJ nic nie osiągnął bez P. Jacksona – co by było, gdyby cały czas grał pod słabszymi odeń coachami, tak jak to musiał robić Wilt? Czyli także kwestia drużynowych sukcesów obu (a przy okazji również Robertsona, Baylora i Westa) wygląda na definitywnie załatwioną. Chyba że jesteś zdania, że MJ zdobyłby 6 pierścieni i przeciw współczesnym wersjom NYK oraz Bostonu; w takim razie pozdrawiam i życzę miłego pobytu z tomsem w Krainie Fantazji. ;-) Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Wilt Łączne podsumowanie Wilt & & #35; 8211; MJ. IP: 62.29.137.* 30.09.04, 12:59 Uff, chyba już starczy, choć miałbym jeszcze parę argumentów: dawno już nie angażowałem się w dyskusję tego typu, która ma tendencję do nieuchronnego rozrastania się, i nie da się ukryć, że na parę tygodni będę miał dość tej tematyki ;-) (w razie odpowiedzi prosiłbym o coś nowego, a nie powtarzanie tego samego, zmuszające i mnie do powtarzania się). Żeby ostatecznie podsumować: w tych wywodach wykazałem, że Chamberlain spotykał się z większą konkurencją niż Jordan zarówno pod względem indywidualnym, jak i drużynowym. Mimo to sukcesy indywidualne i tak miał większe i bardziej imponujące (niezależnie od tego, czy uznasz to za „niesprawiedliwe” z uwagi na jego warunki fizyczne), a odnosiłby co najmniej równie wielkie również w latach 90., gdy tymi warunkami górowałby w sposób analogiczny, a talentem nawet więcej (a tym bardziej w obecnej dekadzie, wypłukanej z prawdziwych środkowych!). Sukcesy drużynowe w latach 60. odnosił już oczywiście mniejsze, ale przeniesiony 30 lat później najprawdopodobniej odniósłby ich przynajmniej tyle samo co MJ (który wtedy rzecz jasna musiałby mieć ich mniej), z paru powodów. Po pierwsze, z powodu tej większej dominacji indywidualnej niezależnie od pozycji. Po drugie, łatwiej jest zbudować drużynę wokół centra – nawet gdyby był trochę słabszy, co w tym przypadku nie zachodzi (ale zachodzi np. w przypadku Yao i LeBrona, gdy większość jest zdania, że łatwiej budowac wokół Chińczyka, mimo że czysto koszykarsko ustępuje LBJ). Po trzecie i najważniejsze, nie spotkałby się z konkurencją choćby w przybliżeniu porównywalną do tej ze swojej epoki. Salary cap, free agency, powiększenie liczby drużyn i związane z tymi kwestiami jednoczesne rozwodnienie i bardziej równomierne rozproszenie talentu w lidze uniemożliwiły powstawanie składów tak dominujących nad resztą ligi jak dawni Knicks, czy szczególnie Celtics. A więc i Chamberlain miałby indywidualnie proporcjonalnie większy wpływ na grę niż w swoich czasach; a skoro nawet przeciw ówczesnym superskładom był w stanie prowadzić słabsze drużyny do wyrównanej walki, a nawet zwyciężać, to co dopiero, gdyby stawał cały czas przeciw składom porównywalnym do własnego? Starczyłaby jakaś porządna druga opcja i jakiś porządny trener (chyba zgodzisz się, że byłoby cudem, gdyby przez całą karierę takowych nie spotkał) i już byłoby parę mistrzostw; cokolwiek powyżej i już moglibyśmy mieć do czynienia z połączeniem dominacji indywidualnej i drużynowej niespotykanym w historii, bardziej imponującym nawet niż u Jordana czy Mikana. Warto zresztą zauważyć, że Hakeem w tych latach 90. był w stanie zdobyć mistrzostwo nawet bez drugiej opcji (1994), a w rok później, gdy już ją miał w postaci Drexlera, potrafił obronić tytuł startując z 6. miejsca i zwyciężając w 4 wyjazdowych seriach z rzędu! Tak jest potęga dominującego centra. A przecież Chamberlain był jeszcze wyraźnie lepszy od „The Dream”… Gdyby Jordan spotkał się za swoich czasów z takim Wiltem, lepszym od siebie indywidualnie i co najmniej równym drużynowo, jak myślisz, ile wtedy zostałoby z jego sławy i opinii best ever? :-) Starczył Olajuwon i już MJ miał wspomniany ujemny bilans z Rockets; starczył młody Shaq, gorszy, mniej doświadczony, ze słabszym trenerem i słabszymi partnerami niż w Lakers, i już pokonał Jordana w 1995. Trzy tytuły z Lakers później i już zaczęto stawiać pytanie; kto jest bardziej dominujący, Shaq czy Jordan? I niektórzy potrafili wybierać Diesla, jak Byron Scott.A przecież, z całym szacunkiem dla O’Neala, gdzie mu do Wilta, którego jest grubszą, słabszą, niezdarną kopią? Chamberlain był nie tylko lepszy w klasycznych umiejętnościach centra: zdobywaniu punktów z trumny, kryciu innych obrotowych, blokach, zbiórkach. Miał również bogatszy repertuar post moves i rzutów oraz większy zasięg - pod tymi względami ze współczesnych można porównać do niego Duncana (obaj z seryjnie zaliczanymi 18 – footers). Z kolei co do atletyczności i umiejętności podawania z big men można do niego przyrównać tylko Garnetta (to swoją drogą całkiem niezłe zestawienie, będę go częściej używał, żeby przybliżyć Szczudło współczesnym; jako kombinację Shaqa, TD i KG). Wilt miał ponadto lepsze zdrowie, w przeciwieństwie do seryjnie opuszczającego po kilkanaście spotkań samozwańczego M.D.E. Także lepszą psychikę, był lepszym team player (taka sytuacja jak z kontraktem Diesla nigdy mu się nie zdarzyła i nie mogła mu się zdarzyć, poza tym – co ważniejsze – potrafił, gdy wymagało tego dobro zespołu, ograniczyć się na rzecz Greera czy Westa i nie narzekać, gdy O’Neal nie potrafił tego samego zrobić wobec Kobego). Obaj byli podobnie słabi w wolnych. Teraz przechodzimy do przewag Shaqa: zaraz, jakich przewag? Masy? Wilt i tak był silniejszy; nikt nie potrafił go przepchnąć pod koszem, jak mimo wszystko zdarzało się przeciw Dieslowi takim graczom jak Oakley czy Ben Wallace (nb. właśnie postawa Shaqa w Finałach, gdy o głowę mniejszy Big Ben robił go na tablicach, jak chciał, doskonale obrazuje dystans dzielący go od Stilta; a i tak gdzie Wallace’owi do Russella?). I czy po tych wszystkich argumentach obrazujących przewagę Wilta nad O’Nealem i jednocześnie przy tym przyrównywaniu tego drugiemu nawet do MJ, widzisz już, jak prawdopodobne jest, że żyjąc w tej samej epoce Chamberlain byłby wyżej ceniony od Jordana? Z kolei MJ w epoce Wilta i na jego miejscu miałby, delikatnie mówiąc, cholernie ciężko. Odbijałby się od ściany, jaką stanowili Celtics i Knicks (chyba żeby grał dla nich, ale wtedy oczywiście nie mogłoby być mowy o indywidualnej dominacji, o królowaniu wśród strzelców itd.). Jakkolwiek wielki, grając w drużynie porównywalnej do późniejszych Bulls (np. z Cunninghamem i Gusem Johnsonem zamiast Pippena i Rodmana) byłby tylko jednym z pretendentów, zarówno indywidualnie, jak i drużynowo pozostając na poziomie Westa, Baylora i Robertsona (właśnie, zauważ, że taki odpowiednik późniejszych Chicago wcale nie byłby silniejszy od np. Royals z Robertsonem, Twymanem i Jerry Lucasem, więc ostrożnie z tym krytykowaniem Big O; ani on sam, ani jego zespół niekoniecznie byli słabsi od MJ i Bulls; po prostu, po raz kolejny, konkurencja była większa). Oczywiście nie mogło być mowy o pokonaniu Celtics, których w pełni sił był w stanie pokonać tylko Wilt (w 1958 wygrali jeszcze z nimi Hawks Pettita, ale: po pierwsze, Boston był wtedy słabszy; po drugie, Hawks mieli wielkie szczęście z kontuzją kostki Russella i tylko dzięki niej wymęczyli zwycięstwo); potrzeba było dominującego centra do przeciwstawienia się Russellowi. Oczywiście z żadnego punktu widzenia nie byłoby wtedy mowy o całej sławie i chwale Jordana, o jego królowaniu w opinii większości jako najlepszy gracz wszechczasów. Teraz, doprowadzając to rozumowanie do końca; biorąc pod uwagę wszystko powyższe, jak uważasz: czy gdyby Wilt i MJ ZAMIENILI się na epoki, czy Jordan z lat 60. znalazłby tylu obrońców do tytułu best ever, jakich mimo oddalenia czasowego ma ówczesny Wilt? Czy współczesny Chamberlain nie królowałby jako uznany GOAT w jeszcze większym stopniu niż współczesny Jordan? Dla mnie odpowiedzi na te pytania są dość oczywiste, ale ciekaw jestem Twoich. Natomiast sam fakt, że mimo wszystkich możliwych niesprzyjających okoliczności - dystansu czasowego, tego, że współcześni na ogół nie zdają sobie sprawy z konkurencji, jakiej stawiał czoła, czy znikomej ilości nagranych jego występów, itd., itp. - Wilt - oczywiście ustepując medialno – promocyjnej machinie pt. Jordan – jest mimo wszystko uważany najczęściej za nr 2 wszechczasów, gracza lepszego nawet od również wielkich i bardziej współczesnych Magica czy Birda i najbardziej godnego porównywania z MJ – też jest dla mnie niezłym dowodem Jego wielkości. Jak ju Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Wilt Łączne podsumowanie cz. 2 IP: 62.29.137.* 30.09.04, 12:59 Jak już pisałem, zdaję sobie jednak sprawę, że choćbym napisał nie wiem ile i co, raczej nie przekonam Ciebie ani innych zagorzałych wolenników wyższości MJ. To kwestia pewnych uwarunkowań; prawie niemożliwe jest postawić zawodnika, o którym się ledwie co słyszało, ponad graczem, którego karierę się śledziło na bieżąco, który stanowił główny produkt promocyjny nie tylko NBA, ale chyba nawet całych USA, i o którym w związku z tym słyszało się zewsząd, jaki jest „naj” (cóż, były i inne głosy na ten temat, ale dziwnym trafem opinie tych, którzy mieliby w tej sprawie najwięcej do powiedzenia – Russella, Wilta, Robertsona, Kareema – nie tylko nie były nagłaśniane, ale wręcz wyciszane). Byłbym jednak usatysfakcjonowany, gdyby moja pisanina na kompie nie poszła całkiem na darmo i przyjąłbyś do wiadomości, wraz z innymi czytelnikami, że Jordan nie jest bezapelacyjnym best ever, a ci, którzy myślą inaczej niż Ty, też mają swoje argumenty. Nb. nawet gdyby nie uznawać tych wszystkich moich argumentów co do odmiennych uwarunkowań, w jakich przyszło grać Chamberlainowi i MJ, to i tak przyznasz (sam wyraziłeś się podobnie), że ten drugi stanowi w istocie kompromisowy wybór na GOAT, ustępujący indywidualnym osiągnięciom Wilta i drużynowym Russella. Nawet gdyby uznać, że to najlepszy kompromis, kłóci się to ze zrodzoną przez propagandę wizją bezapelacyjnego i pod każdym względem best ever, prawda? Za podobnego „kompromisowego best ever” można by zresztą uważać Kareema, i sam widziałem takie głosy – ale on oczywiście nie otrzymał nawet setnej części reklamowej wrzawy wokół MJ. Zakończę cytatem z nikogo innego, tylko Jordana ;-) (nie wiem, na ile szczerym, ale warto go odnotować), kwestionujący jego status GOAT: Above all, Jordan recognized his place in the game. In his book, For The Love of The Game: My Story, Jordan wrote: "There is no such thing as a perfect basketball player, and I don't believe there is only one greatest player either. Everyone plays in different eras. I built my talents on the shoulders of someone else's talent. I believe greatness is an evolutionary process that changes and evolves era to era. Without Julius Erving, David Thompson, Walter Davis, and Elgin Baylor there would never have been a Michael Jordan. I evolved from them." Fani MJ: nie jesteście w stanie przyjąć wyższości Wilta, ale może przynajmniej możecie zaakceptować taką kompromisową opinię, wyrażoną przez najwyższy dla Was autorytet? ;-) Pzdr Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Wilt Wielcy lat 80. vs. Bulls IP: 62.29.137.* 30.09.04, 13:01 Nie mógłbym zgodzić się bardziej z tezą, że sama głębia niczego nie przesądza (w ogóle rzadko jeden czynnik przesądza coś samodzielnie); ale też chyba coś znaczy, prawda? O czym świadczą choćby obecnie championi - Pistons. Natomiast można śmiało powiedzić, że przesądza głębia połączona z wielkimi gwiazdami. Opcjami nr 1 i 2 mistrzowskich Lakers byli Shaq i Kobe, podczas gdy Blazers – Pippen (urodzony adiutant liderem – kompletne pudło) i Rasheed, a Kings – Webber i Peja. Bryant jako druga opcja Lakers był lepszy do pierwszych opcji rywali! Czy w takiej sytuacji można się zdziwić, że wsparci właściwymi role players LAL szli od zwycięstwa do zwycięstwa? Podobnie było z Bulls przeciw Knicks czy Pacers; Ewing to ledwie kategoria Pippena (choć przynajmniej z mentalnymi cechami lidera), Reggie mimo swej clutchness potrafił w sumie nawet mniej, a oba zespoły nie miały nikogo choćby w przybliżeniu porównywalnego z MJ, mimo ich głębi nie dziwią więc sukcesy Chicago. Oczywiście z superskładami lat 80. sytuacja byłaby zupełnie inna. Nie dość, że role players mieli lepszych niż Chicago, to jeszcze mieli wielkie gwiazdy do przeciwstawienia MJ. Te kategorie zresztą się przenikały, bo role players były tam gwiazdy, które w innych składach byłyby niekwestionowanymi liderami, jak Worthy, Parish, McAdoo czy Dennis Johnson (gość, który zdobył mistrzostwo i MVP finałów w Seattle, w Bostonie był dopiero czwartą opcją!). Ale mówmy o niekwestionowanych supergwiazdach: chyba Magica i Birda (ja ich stawiam na równi z MJ, Ty nie – ale zapewne tylko oczko niżej), czy Mosesa i Ervinga nie stawiasz na równi z Ewingiem i Reggiem? (Uwaga: mógłbyś tu dodać Malone’a czy Stocka jako znaczniejszych przeciwników MJ; ale oni z kolei nie dysponowali głębszym składem). Nawet Isiah, w sumie wśród nich najsłabszy (i dlatego chyba nieprzypadkowo koncentrujesz na nim swą argumentację), miał więcej cech zwycięzcy i lidera niż tamci; ale on i cali Pistons to w ogóle specyficzny przypadek; polegali w niespotykanym stopniu na swym niezwykle wyrównanym składzie i na szerokiej rotacji (podobnie jak wzorowane na nich dzisiejsze Tłoki, tyle że tamci byli silniejsi), więc nie potrzebowali tak bardzo supergwiazd. Na razie zostajemy przy konstatacji, że drużyny lat 80. przewyższały Bulls i pod względem star power (nawet jeśli sądzisz, że Jordan > ktokolwiek inny, to chyba nie zaprzeczysz, że Magic – Kareem – Worthy czy Bird – McHale – Parish > Jordan – Pippen), i głębokości reszty składu. Tu już nie będę się rozpisywał, bo już i tak się dość napisałem, a Ty tę większą głębię składu uznajesz, ale zauważę, że w sumie Sixers’83 mieli przewagę nad Bulls’96 na 3 pozycjach na 5 oraz w rezerwach (tylko oprócz SG i PF), a Celtics’86 - w rezerwach i 4 pozycjach na 5; tylko oprócz SG! To już ogromna różnica. Co do Twoich kontrargumentów na rzecz Chicago: - Defensywa. Tu najpierw trzeba wyjaśnić dwa nieporozumienia: po pierwsze, większe tempo gry, takie jak w 80., niekoniecznie oznacza, że defensywa jest słabsza. Gra z kontry z założenia polega przecież na wywalczeniu piłki w obronie, umożliwiającym własny atak. I tak grali Nets w 2003, których defensywy wielu nie doceniało, bo grali szybko i z kontry, przeciwnie do ich przeciwników w playoffs; wolnych, defensywnych Pistons. Tymczasem w starciu tych 2 teamów co się okazało? Że NJN wcale nie są słabsi w obronie, są natomiast o klasę lepsi w ataku i w efekcie skasowali Detroit do zera. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że podobnie (no, może nie aż do zera ;-)) wyglądałoby spotkanie Lakers – też mistrzów kontry, tylko o klasę lepszych od Nets - czy Celtics z Bulls Jordana. Bo też - to drugie nieporozumienie – fakt, że te starsze składy kładły PROPORCJONALNIE większy nacisk na atak niż obronę, nie oznacza, że nie mogły zagrać i odwrotnie, bardziej z naciskiem na defensywę. To, że grały tak, jak grały, wynika po pierwsze z trendów obowiązujących w latach 80., po drugie z naturalnej chęci wykorzystania posiadania tak wielu talentów ofensywnych. Natomiast zdolności tamtych składów również w obronie potwierdza personel. Bulls jako asów obrony mieli Pippena, Jordana i Granta/Rodmana; dobrze, ale wcale nie lepiej od Celtics (D. Johnson – McHale – Parish), Lakers (Cooper – Rambis – A.C. Green – Kareem) czy Sixers (Cheeks – Bobby Jones – M. Malone), a szczególnie Pistons (mówisz, że mogliby się równać obroną z Bulls? Myślę, że byli znacznie lepsi) z zestawem Isiah – Dumars – Rodman – Mahorn – Salley – Laimbeer. Pistons już byli oczywiście bardziej zorientowani na obronę, ale atak też mieli silniejsi od Bulls. Potwierdzeniem, że tacy Lakers’87 mogli się łatwo przestawić na opcję bardziej defensywną, jest też choćby prosty fakt, że faktycznie zrobili to już w rok później, stając właśnie przeciwko Pistons; zmuszeni do wolniejszego tempa i twardszej walki fizycznej, przestawili się – z sukcesem, bo wygrali. Natomiast dla Bulls oparcie się na defensywie było (pomijając kwestię zmiany trendów) koniecznością, bo w ich ataku naprawdę groźny był tylko Jordan. Pippen jako druga opcja? W ataku był słabszy nie tylko od drugich opcji z lat 80. wczesnego Magica/późnego Kareema, McHale’a, Dumarsa czy późnego Ervinga, ale Worthy’ego jako trzeciej opcji; można go najwyżej porównywać do trzecich opcji Toneya i Parisha oraz dopiero czwartego w Lakers Byrona Scotta! Nie mówiąc o tym, że w swoich rzutach nie był specjalnie „clutch”. Podobnie 3. opcja Bulls – Grant lub Kukoc – ustępowała każdemu swemu wcześniejszemu odpowiednikowi, a nawet niektórym czwartym opcjom. I tak dalej. Tych wszystkich przewag nie zrównoważy samotny MJ jako pierwsza opcja (ja zresztą stawiam w tej roli na równi z nim Birda, ale nawet uznanie Jordana za lepszego nie zmienia tu obrazu całości). Dlatego składy z 80. mają tu nieusuwalną przewagę; mogły w razie potrzeby zbliżyć się do stylu Chicago, podczas gdy Chicago nie mogło zrobić tego samego w stosunku do nich. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Wilt Wielcy lat 80. vs. Bulls cz. 2 IP: 62.29.137.* 30.09.04, 13:02 - Co do Pistons, na których koncentrujesz argumentację; chyba nieprzypadkowo zresztą, bo – z całym szacunkiem dla ich umiejętności – byli najsłabsi z Big Four lat 80. Twoje wywody, jak Bulls stawali się coraz lepsi (niezależnie od drobnych uwag, jak to, że nawet koledzy Pippena podejrzewali psychiczne podłoże jego niedyspozycji przed 7. meczem’90., albo że nazwanie Horace’a czołowym PF w lidze to przesada; w szczytowym momencie był 4.-5., za Malonem, Barkleyem i Kempem, a chyba i Rodmanem), niczego tu nie przesądzają. Różnica choćby 1 sezonu, i to nawet bez zasadniczych zmian personalnych, może oznaczać epokę, jak doświadczyli tego choćby Lakers: w 2001 4-0 ze Spurs, w 2002 4-1 (mogłoby znów być 4-0, gdyby nie błąd Jacksona), a w 2003 nagle 2-4. Zbadajmy więc, czy to tylko, jak piszesz, Bulls stawali się coraz silniejsi, czy też Pistons coraz słabsi. Bilans pierwszych z lat 89 – 91 to 47/55/61 zwycięstw, ale drugich – 63/59/50. Widać trend, prawda? Pistons już w 1989 osłabiło odejście Mahorna (negatywna strona głębokości składu – nie byli w stanie chronić wszystkich ważnych graczy w expansion draft), który jak się okazało znaczył dla nich więcej niż suche statystyki. Dołączyły się kontuzje, w tym ta, której nawet tym głębokim składem nie mogli przeskoczyć, bo dotyczyła jedynego niezastąpionego zawodnika; Isiaha w playoffs’91. Dlatego na podstawie ich ówczesnej porażki z Bulls nie można wyciągać wniosku, jak poradziliby sobie wtedy Pistons w wersji z 1989. I jeszcze drobna uwaga: to rzecz mało znana, ale na ostateczne przezwyciężenie Detroit poważny wpływ miała również pewna kaseta zmontowana przez Phila Jacksona i przesłana władzom ligi. Widząc nagrane na niej najbrutalniejsze zagrania Pistons Stern i spółka zdecydowali, że nie uchodzi tak traktować czołowego produktu promocyjnego ligi, jakim już wtedy był Jordan. Od tej pory sędziowanie w spotkaniach Detroit - Chicago zmieniło się diametralnie… Nie można tym bardziej wyciągać wniosków co do LAL i Bostonu. Twoje rozumowanie można przedstawić tak: ponieważ wcześniejsi Bulls wygrali z późniejszymi Pistons, a wcześniejsi Pistons wygrali z późniejszymi Celtics i Lakers, więc późniejsi Bulls powinni wygrać nie tylko z wcześniejszymi Pistons, ale jeszcze wcześniejszymi Celtics i Lakers… Doprawdy zbyt karkołomna to logika. Po pierwsze, jak wspomniałem, nawet 1 sezon może być całą epoką i tak jak Detroit’89 nie równa się ’91, tak Lakers’87 nie równa się ’89. Tu jednak wtrącę, że wbrew pozorom i ta słabsza, późniejsza edycja Showtime miała poważne szanse przeciw Pistons. Nasi szli w playoffs jak burza, diametralnie inaczej niż rok wcześniej, i lepiej nawet niż równolegle szedł na Wschodzie będący u szczytu swoich możliwości skład Detroit. Ale Riley zarządził mordercze treningi, żeby przygotować się na twardą fizyczną rywalizację i Byrona wyłączyła kontuzja, w czasie serii podobna dotknęła Magica… A mógł być threepeat. Potem było już za późno; odchodzili Kareem, Coop, Riley… Po drugie, nawet gdyby nie powyższy wzgląd, koszykówka nie jest grą, w której drużynom możesz przyporządkować jakieś niezmienne parametry i na podstawie tego, że team A wygrał z teamem B, a team B – z teamem C, wywnioskować, że ich siła to odpowiednio 100, 90 i 80 pkt., a team A na pewno wygrałby z C. Wszystko zależy od realnych interakcji graczy konkretnych, aktualnie walczących ze sobą drużyn. Jak mówią: It’s all about matchups. Dlatego np. Seattle zwyciężało Houston w sezonie 1993/94 i fani Ponaddźwiękowców po dziś sa przekonani, ze zdobyliby mistrzostwo, gdyby w playoffs nie wyeliminowali ich Nuggets, pokonani potem przez Jazz, których z kolei zwyciężyli właśnie Rockets, mimo że z takiego punktu widzenia A)B)C było to wręcz niemożliwe. Po trzecie jednak, OBIE te kwestie i tak nie mają większego znaczenia: po co budować karkołomne zależności, kiedy możemy porównać bezpośrednio składy Bulls oraz Celtics czy Lakers; po którym to porównaniu wcześniejsze drużyny wypadają lepiej? - Jordan. To argument, jaki jego fani wysuwają często, kiedy nie mają już innych; co z tego, że Bulls mieli słabszy skład, kiedy Jordan i tak nigdy nie pozwoliłby im przegrać. Na takie religijne wręcz wierzenia nie można odpowiedzieć racjonalnie. Można jednak zauważyć – uznając umiejętności MJ - że nic w jego karierze nie wskazuje na to, że był obdarzony nadnaturalnymi zdolnościami pozwalającymi pokonywać mu w pojedynkę drużyny o klasę lepsze. Szczególnie jeśli byłyby prowadzone przez kogoś z poziomu Magica czy Birda; ale co tam ci dwaj, skoro – jak już wspomniałem – liderzy zespołów, które przysporzyły mistrzowskim Chicago najwięcej kłopotów, byli słabsi nawet od innych omawianych gwiazd z lat 80.? Jednak na mistrzostwach Bulls sprawa się nie kończy, bo pozostaje kwestia najbardziej dziwnym trafem przemilczanej serii playoffs z udziałem Jordana (przemilczanej szczególnie w porównaniu do inych jego serii, reklamowanych ponad wszelką miarę); porażki z Orlando i młodym Shaqiem w 1995. Kiedy się ją przypomni, fani MJ – a wymieniają powody; „zardzewienie” Jordana, gdy powracał po przerwie i brak defensywnego PF. OK, ale uwidacznia to, że gwiazdor Bulls nie był tak nadludzki jak się niektórym wydaje, a poza tym tak samo należy wtedy uznać inne obiektywne powody; niższości Bulls wobec składów z wcześniejszej dekady, których jest więcej – np. gdzie młodemu Shaqowi, który potrafił dostawać do zera w playoffs do Magica, Birda, czy nawet Ervinga i Mosesa? Jako lider również Isiah był o niebo lepszy (czy jako gracz, można się zastanawiać; chyba tak, ale nawet jeśli nie, to miał nieporównanie silniejszą drużynę i lepszego trenera). - Trójkąty; ich przyrodzona wyższość nad innymi rodzajami taktyki to kolejny obok niezwyciężoności Jordana mit (zresztą mity te napędzają się wzajemnie). Znane są od początku istnienia NBA; czy zastanawiałeś się, czemu stosowane są w tak ograniczonym zakresie, a sukces odniosły tylko w Chicago Jordana oraz Lakers Shaqa i Kobego? Lista przypadków, gdzie nie wypaliły, jest dłuższa; nawet pomijając porażki także tych w/w drużyn w 1990 i 1995, 2003 i 2004 (szczególnie ostatni sezon jest pouczający, bo dopiero odejście od nich w efekcie namowy Jaxa przez Cleamonsa dało nam wygraną ze Spurs; gdy Jackson w Finałach już trzymał się ich sztywno, wbił tym gwóźdź do trumny LAL), mamy tu kompletne fiasko w Bulls ery Floyda i Cartwrighta, czy – jeśli powiesz, że ci i tak byli wtedy słabi – w całkiem silnych Suns za trenerki Ainge’a. Abstrahując od tych faktów, nie przedstawiłeś też żadnych teoretycznych argumentów, dla których trójkąty miałyby stanowić ukoronowanie basketu. Dlatego pozwól, ze przychylę się do bardziej realistycznego stanowiska; są tylko jedną ze strategii, generalnie ani lepszą, ani gorszą od innych. Czynią atak bardziej zbilansowanym (dlatego Jordan tak im się przeciwstawiał :-)), ale tego samego można dokonać na wiele innych sposobów. Natomiast w pewnych warunkach mogą być korzystne, bo pozwalają przy braku dobrego klasycznego PG zastąpić go współpracą uniwersalnych swingmanów typu Pippena, Jordana, Kobego, do pewnego stopnia również Harpera. Nie należy jednak z tego wymuszającego trójkąty braku dobrego rozgrywającego czynić zalety. Z kolei jeśli dany zespół wartościową jedynkę już ma, jak miały ją wszystkie te 4 składy z 80., trójkąty mogą ją tylko ograniczyć, a w efekcie zaszkodzić całej drużynie (patrz Kevin Johnson w Suns i ostatnio Payton w Los Angeles). Także z tego powodu myśl o absolutnej wyższości trójkątów, tak jakby ich przyjęcie mogło ulepszyć np. Lakers z Magicem, jest mało poważna. Jeżeli z kolei chcesz szukać przykładu naprawdę dobrej taktyki (i przy okazji t Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Wilt Wielcy lat 80. vs. Bulls cz. 3 IP: 62.29.137.* 30.09.04, 13:03 Jeżeli z kolei chcesz szukać przykładu naprawdę dobrej taktyki (i przy okazji trenera moim zdaniem lepszego od Jacksona), spojrzyj na Rileya w Knicks. Z nierównie mniej utalentowanych graczy (jak już pisałem, Ewing i Starks przeciw Jordanowi i Pippenowi?! Śmiechu warte.) stworzył maszynę, która była w stanie nawiązać z Bulls wyrównaną walkę, prowadząc 2-0 w 1993 i doprowadzając do 7 meczy w 1992. Oto, co robi na mnie większe wrażenie niż wszystkie trójkąty razem wzięte. A teraz odpowiedz mnie i sobie: co by się stało z Chicago, gdyby Pat trenował nie Knicks, ale jakiś zespół lepszy od nich, lepszy na absolutnie KAŻDEJ pozycji, jak… hm… Lakers z 1987? :-) - Odniosę się teraz do argumentu, którego nie przedstawiłeś, ale który mógłby przemawiać za Bulls; tym wyższym stopniem ich przygotowania atletyczno - siłowego. Jednak po pierwsze śmiem sądzić, że znacznie ważniejsze od tego są umiejętności czysto koszykarskie, jak widać choćby u Birda czy McHale’a, którym odpowiednio powolność i chudość nie przeszkadzały w pokonywaniu znacznie szybszych i masywniejszych przeciwników. A umiejętności te faworyzowały składy z lat 80. Po drugie, uważam, że przy porównywaniu koszykarzy i drużyn z różnych epok powinniśmy zakładać, że walcząc ze sobą miałyby dostęp do tych samych metod treningowych i byłyby tak samo przygotowane fizycznie. Inne podejście byłoby nie fair, przypominałoby odpowiedzenie na pytanie, kto był większym wodzem, Napoleoin czy Aleksander Macedoński: „Napoleon, bo jego wojska miały broń palną”. - Teraz dorzucę własny, kolejny zarzut przeciw Bulls; ich skład był nie tylko płytszy w porównaniu z omawianymi tu rywalami; był także wyraźnie gorzej zbilansowany. I to nie tylko pod względem równowagi atak – obrona, o czym już wspominałem. Także pod względem samego ataku; w czasie pierwszej trylogii obaj najgroźniejsi gracze ofensywni Chicago grali na obwodzie, co z natury jest mniej efektywne niż kombinacja inside – outside Sixers, Celtics czy Lakers (tylko Pistons byli tu podobni, ale mieli pod koszem – i nie tylko pod koszem - znacznie więcej opcji niż Bulls). Tylko H. Grant potrafił zdobywać liczące się punkty pod koszem; ale gdzie mu do np. Kareema, mógłby być porównywany jedynie z pomocnikami tamtego, jak A.C. Green. W czasie drugiej trylogii, zawierającej przecież ten reklamowany jako najlepszy skład z 1996, było jeszcze gorzej; Rodman nie przedstawiał żadnego zagrożenia w ataku, a Kukoc zdobywał punkty jak obrońca; czyli wszyscy trzej liczący się w ataku reprezentanci Bulls byli ofensywnie perimeter players! Już dość, że Chicago z obu trylogii nie miało żadnego dobrego centra, co samo jest ogromnym minusem przeciw Kareemom, Mosesom i Parishom. Zwolennicy Bulls podnoszą tu, że Horace, a szczególnie Rodman, potrafili w razie potrzeby kryć i środkowych. Po pierwsze, byli w tym rzecz jasna mniej efektywni niż kryjąc innych PF (co widać też po większej efektywności środkowych niż PF przeciw Bulls; nawet młody Divac zanotował przeciw Grantowi i spółce bardzo dobre statystyki, a gdzie jemu choćby do Parisha, nie mówiąc o Kareemie? A i tak był najlepszy ze WSZYSTKICH środkowych, jakich Chicago napotkało w Finałach!). Po drugie, wtedy zostawialiby praktycznie otwartych (przecież nie byli w stanie ich kryć centrzy Bulls) groźnych ofensywnie PF takich jak McAdoo, Chones czy szczególnie McHale. Ale dorzucając do tego brak nie tylko centra, ale – rzecz bez precedensu - w ogóle znaczącego COKOLWIEK ofensywnego post player w czasie drugiej trylogii, jak można wygłaszać sądy typu „Bulls’96 to najlepsza drużyna wszechczasów”?! Warto dodać, że ci sami, którzy tak mówią, są często zdania, że obecni Lakers właśnie z powodów niedostatków pod koszem będą mieli szczęście, jeśli dostaną się do playoffs, nie dotrzegając własnej niekonsekwencji w ocenianiu obydwu zespołów. Słabe zbilansowanie dotyczyło również obrony Bulls; przecież MJ i Pip byli nie tylko najlepszymi graczami ofensywnymi, ale i defensorami drużyny, dlatego Chicago miałoby wielkie problemy przeciw rywalom dobrym jednocześnie na PF i C (co częściowo wynika już z tego, co napisałem), ale jeśli chodzi o konkretne zestawienie z Lakers i Celtics, prowadzi to do jeszcze jednego argumentu. Z tych najlepszych obrońców Chicago Jordan miał 198 cm wzrostu, a Pippen 201 cm. Z kolei najlepsi gracze ofensywni Bostonu to Bird – 206 cm, McHale – 208 cm i Parish – 216 cm; a LA: Magic – 206 cm, Kareem – 218 cm i Worthy – 206 cm. Nawet gwiazdy z obwodu wyższe od chicagowskich, a co dopiero podkoszowe; widać pole do sporych mismatches, prawda? Jeśli chcesz dodać do równania PF Bulls, to – pomijając nawet w/w kwestię posiadania przez rywali zarówno dobrych PF, jak i C – Horace i Rodman z okresu chicagowskiego (kiedy był znacznie gorszy niż w Detroit) byli już wyraźnie słabszymi defensorami, a zresztą też nie imponowali fizycznie, mając odpowiednio 208 i 203 cm. Mógłbyś odwrócić to rozumowanie i napisać, że również przeciwnicy Bulls nie dysponowali dwoma defensorami zdolnymi pokryć jednocześnie Jordana i Pippena (tylko Sixers mieli parę elitarnych perimeter defenders, ale Cheeks był za niski na tamtych), ale na to jest bardzo prosty kontrargument: nie potrzebowali mieć ich tylu. W obliczu własnej przewagi w ataku mogli spokojnie olać Pippena i jego niezbyt imponujące talenty ofensywne i skoncentrować się głównie na Jordanie. Tu przypominam, że ten miał wielkie szczęście spotykając się w okresie, gdy walczył o mistrzostwo tylko z 2 elitarnymi defensorami przeciw sobie – Dumarsem, a potem Paytonem, z czego w Finałach tylko z GP. Tymczasem KAŻDY z omawianych 4 składów miał obwodowego gracza defensywnego tej klasy; oprócz właśnie Dumarsa, również Bobby Jonesa, Michaela Coopera i Dennisa Johnsona – w kryciu czołówkę wszechczasów na swoich pozycjach. I sądzę, że każdy z nich, wspomagany przez któregoś z partnerów z obwodu, był w stanie sprowadzić Jordana o ładnych parę ppg niżej, pewnie poniżej 30 ppg w serii, tak jak zrobił to Payton. Nie sądzisz, że w połączeniu z przewagą lat 80. w ataku spokojnie wystarczyłoby to do zwycięstwa? Inna słabość Bulls: już abstrahując od konkretnych pozycji graczy, w czasie obu trylogii byli kiepscy w blokowaniu rzutów, oczywiście w przeciwieństwie do tych 4 zespołów z lat 80. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Wilt Wielcy lat 80. vs. Bulls cz. 4 IP: 62.29.137.* 30.09.04, 13:03 Tyle chyba starczy na powyższy temat, choć mógłbym jeszcze dodać to i owo. Napisałeś, że Bulls powalczyliby przeciw tamtym składom. Cóż, powalczyć każdy może. Ale moim zdaniem przegraliby z uwagi na wszystkie tu wymienione słabości, które mogły im uchodzić przeciw Blazers czy Jazz, samym mającym wiele słabości, a nie praktycznie ich pozbawionym zespołom o klasę lepszym od tamtych, z lepszymi liderami i trenerami. Różnica na niekorzyść Byków nie byłaby rzecz jasna tak miażdżąca, jak przeciw Celtics i Knicks lat 60. przeniesionym w 90., ale wyraźna. Standardowo w Finałach Chicago wygrywało 4-2 i myślę, że spokojnie można przyjąć podobny wymiar kary na ich niekorzyść, gdyby stanęli przeciwko którymś z Big Four szczęśliwych lat 80. – najciekawszej i najbardziej wyrównanej pod względem drużynowym epoki w historii NBA. Zakończę jeszcze argumentem opinii ekspertów. Oczywiście nie muszą mieć racji – ale jeśli wielu z polemizujących ze mną fanów MJ posługuje się nimi w dyskusji, czy ich idol jest best ever, to i w tej sprawie powinni wziąć ich głos pod uwagę. Otóż parę miesięcy temu na NBA.com prowadzono głosowanie wśród fanów i ekspertów w sprawie najlepszych drużyn wszechczasów. Fani jak to fani, mając tendencję do stawiania raczej na nowsze i lepiej pamiętane składy oraz będąc karmieni przez lata projordanowską propagandą, głosowali najczęściej na Bulls. Ale głos ekspertów przeważył, a oni ostatecznie zagłosowali przeciw drużynie Chicago, mimo obecności w niej MJ. Finał zestawienia wygrali więc Lakers’87 pokonując Celtics’86 – i taka jest też moim zdaniem bezapelacyjna czołówka najlepszych składów w nowożytnej historii ligi. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: calagan Re: Ocipiales Wilt? IP: *.aster.pl / *.aster.pl 30.09.04, 13:18 Wilt, ja sie przez tydzien nie przebije przez ten tekst. Rozkladaj takie ilosci lektury na kilka razy. Moze tak jeden kawalek dziennie - tylko wrzucic i juz, zadnych odpisywan, dyskusji - nie ludzie sie najpierw z tym oswoja, a nie 10 postow na raz, a kazdy to 2 sytony A4 do czytania. Litosci. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Wilt Re: Ocipiales Wilt? IP: 62.29.137.* 30.09.04, 14:12 Chlip… nie takiej odpowiedzi oczekiwałem… I Ty, Brutusie… :-( Obrażam się i porzucam forum na zawsze… :-) Ciurkać postami po jednym nie mogę choćby z tej racji, że tworzą pewną całość i żeby umożliwić dalszą dyskusję muszą wystąpić razem. Natomiast nic nie stoi na przeszkodzie, żebyś Ty dzielił sobie w ten sposób lekturę; nie obawiaj się też o nagromadzenie zaległości, bo teraz ze zrozumiałych względów planuję urlopik od forum ;-). Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: L22w-wa Re: Ocipiales Wilt? IP: *.acn.waw.pl 30.09.04, 18:30 O stary...Księga rekordów Guinessa pewna. Nie wiem tylko, czy zdążę przez to wszystko przebrnąć :) Wielkie pozdro Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: LB Re: IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 21.09.04, 01:54 > Jordan nawet wśród defensorów obwodowych był przeceniony (zresztą jak w > każdym innym aspekcie swojej gry ;-)), kosztem Fraziera, Paytona, Havlicka, > Westa czy nawet Pippena – którego też nie lubię i uważam za przecenionego Wilt, ja wiem, że nie lubisz Bulls, Jordana, Pippena i nawet Benny'ego Da Bulla, ale chyba sam nie wierzysz w to co piszesz... Jordan: w All-Defense First Team: 9 razy + DPOY w 1987/88 Pippen: w All-Defense First Team: 8 razy. Ale pewnie wg. Ciebie byli przecenieni jako defensorzy... :) Odnośnie Pippena i tego czy był przeceniony - polecam stronkę dotyczącą: All- Time Playoffs Individual Career Leaders: www.nba.com/history/records/alltime_playoffs_ind_career.html#average Jest tam w tak wielu kategoriach, że nawet nie chce mi się ich wszystkich wymieniać. I to w play-offs, kiedy naprawdę zaczyna się gra. Trzeba naprawdę nienawidzić Pippena, żeby nie potrafić docenić jego osiągnięć i określić go jako "przecenionego"... Tyle. Pzdr, LB Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Wilt Do LB - o Pippenie IP: 62.29.137.* 30.09.04, 12:44 LB, przesadzasz: NIKOGO w koszu nie nienawidzę, a poza tym co to w ogóle za argument? Równie dobrze ja mógłbym powiedzieć, że Ty nie doceniasz moich faworytów kierując się nienawiścia – ale to byłoby bez sensu. Nie uznaję Jordana za GOAT, a Pippena uważam za wątpliwego członka Top 50; jeśli czyni mnie to dla Ciebie haterem, to trudno. Co do samej defensywy: przecież akurat defensywę Pippena chwalę. Nie sądzę jednak, jak fani Bulls, że z Jordanem to 2 najlepsi perimeter defenders wszechczasów (przyznasz zresztą, że choćby statystycznie byłoby dziwne, gdyby byli nimi gracze nie tylko z jednej epoki, ale z tej samej drużyny). Nagrody defensywne nie są tu wszystkim, a zresztą zauważ drobny fakt, że All – Defensive Teams nominowane są dopiero od 1969, a DPOY – od 1983 (choć toms tak prostej kwestii nie może sobie przyswoić). Przy tym i w tym aspekcie dochodzi kwestia konkurencji, o której cały czas przypominam: gdy już pojawiły się piątki obrony, które grupy walczące o nie byś wyżej ocenił: West – Frazier – Sloan – Van Lier i Havlicek – DeBusschere – Gus Johnson – Silas, czy Jordan – Dumars/Payton (tylko 1 z nich, bo GP wybił się dopiero po osłabnięciu Dumarsa) – Blaylock – Stockton i Pippen – Rodman – Malone – H. Grant? Cholera, napisałem to i zdałem sobie sprawę, że zgodnie ze swoją optyką lat 90. możesz wybrać odpowiedź b) ;-) – ale uwierz, we wszystkich zestawieniach najlepszych defensorów wszechczasów, jakie czytałem, więcej jest reprezentantów dwóch pierwszych grup. Frazier uważany był za nawet lepszego defensywnie od GP, West za podobnie dobrego jak później Jordan, Havlicek – jak Pippen, a OBAJ DeBusschere i Gus Johnson – jak Rodman, Van Lier był w obronie znacznie efektywniejszy od Stocka i Blaylocka, Silas od Horace’a, itd. Ale nawet niezależnie od oceny poziomu konkurencji, powtarzam: a) gdyby omawiane nagrody przyznawane byłby odpowiednio wcześniej, to Frazier, West i Havlicek mieliby ich nie mniej od Jordana i Pippena; b) a gdybyś mimo wszystko chciał oceniać tylko po przyznanych nagrodach, to i tak wygrywa z Pipem i dorównuje MJ Payton, który tak samo jak ten drugi ma DPOY i 9 All – Defensive First Teams. Co do całościowej oceny Pippena; fajnie, że osiągnął tyle w playoffs i to zupełny zbieg okoliczności, że udało mu się to razem z Jordanem i pod Philem Jacksonem ;-), a także w epoce, w której z jednej strony istniała czwarta runda w playoffs i można było nastukać więcej punktów czy asyst niż dajmy na to w latach 60., a z drugiej zespoły przeciwników były słabsze niż choćby w latach 60. czy 80. W rezultacie Twój ulubiony SF jest drugi tylko za Kareemem w liczbie playoff games i minutes, więc nic dziwnego, że trochę statystyk nagromadził: poza przechwytami (liczonymi dopiero od 1973) i… faulami w żadnej jednak nie zajmuje 1. czy 2. miejsca , co wyraźnie wskazuje, że był aktorem o długiej karierze, ale drugoplanowym. :-) Poważnie jednak, sądzę, że istnieje fundamentalna różnica między wożeniem się na plecach lepszych od siebie a samodzielnym prowadzeniem zespołu, w którym to zadaniu Pippen dowiódł w 1994 czy 2000, że był wyraźnie mniej efektywny niż jako pomocnik Jordana (co zresztą całkiem zrozumiałe, ale jak widać czasem trzeba o tym przypomnieć). Podkreślam: również w 2000, kiedy stał na czele najmocniejszego składu w lidze, więc nie ma mowy o żadnym przypadku osamotnionej supergwiazdy. Skoro nie sprawdził się jako lider, moim zdaniem nie ma mowy o wymienianiu go w ścisłym gronie najlepszych SF wszechczasów; tak samo zresztą jak Kobe, który w ogóle nie miał jeszcze szansy się sprawdzić, nie powinien być teraz wymieniany obok MJ, mimo moich prywatnych zapatrywań co do rzekomości powtarzanej tezy o ogromnej luce między nimi. Osiągnięcia z playoffs są fajne, ale jak na nie spojrzysz, to w tabelach jest i Michael Cooper, nawet nie starter, który z kolei dowiózł się tam na plecach Magica i Kareema – a nie jest nawet w „20” SF wszechczasów (oczywiście oprócz obrony, w której dorównywał Pippenowi ;-)). Jednak gdy patrzysz na całą karierę zawodnika, to chyba i dla Ciebie nie ulega wątpliwości, że Scottie nie dorównywał ścisłej czołówce „trójek”: Birdowi, Baylorowi, Havlickowi, Ervingowi, Barry’emu. Możesz wątpić, czy nie dorównywał Arizinowi i Cunninghamowi – ale tu już Cię w razie czego przekonam, ze nie ;-). Dla mnie pozostaje mu walka o 3 ostatnie miejsca w „10” najlepszych SF, w wyrównanej konkurencji z Chetem Walkerem, Fulksem, Heinsohnem, Dantleyem, Englishem, Worthym czy Dominique Wilkinsem. Nieźle, ale nie super. Zakończę jeszcze najśmieszniejszym określeniem Pippena, jakie słyszałem (nie to, żebym się z nim zgadzał…): „one of the 50 greatest sidekicks in Bulls history”. :-) I przeczytaj część do Grega zatytułowaną „Porównania”: tego jeszcze nie było nawet w naszych dyskusjach. ;-) Pzdr Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: LB Re: o Pippenie IP: 217.11.142.* 04.10.04, 14:34 Wilt, 1. Nie możesz napisać o mnie, że kieruję się nienawiścią do Twoich faworytów, bo absolutnie ich nie nienawidzę, i nie piszę, że są przecenieni, tak jak ty o Pippenie. 2. Dlaczego uważasz, że Jordan był gorszym obrońcą niż Frazier, Payton, Havlicek czy West? Ja nie twierdzę, że nie był, ale strasznie ciekawi mnie, na jakiej podstawie wysnuwasz takie opinie? Widziałeś mecze z udziałem tych zawodników? Czy może opierasz swoje argumenty na podstawie opinii dziennikarzy sportowych? 3. Nie twierdzę, że Jordan z Pippenem byli najlepszymi perimeter defenders wszachczasów, ale dlaczego miałoby to być "statystycznie" dziwne? Nie bardzo to rozumiem? Wyjaśnij, proszę. 4. "ale uwierz, we wszystkich zestawieniach najlepszych defensorów wszechczasów, jakie czytałem, więcej jest reprezentantów dwóch pierwszych grup. Frazier uważany był za nawet lepszego defensywnie od GP, West za podobnie dobrego jak później Jordan, Havlicek – jak Pippen, a OBAJ DeBusschere i Gus Johnson – jak Rodman, Van Lier był w obronie znacznie efektywniejszy od Stocka i Blaylocka, Silas od Horace’a, itd" Czyli po prostu opierasz się na tym, co napisali inni. Czy nie uważasz, że każdy (z autorów tych zestawień) może mieć swoje zdanie, swoje preferencje i różnie oceniać tych samych zawodników. Ja nie jestem w stanie powiedzieć, że np. West był tak dobry w obronie jak Jordan, bo nie widziałem go w akcji, i szczerze mówiąc nie sądzę, żebyś ty też go widział w akcji. Po prostu opierasz swoją opinię na opiniach innych. Owszem, zapewne byli to znakomici defensorzy w swoich czasach, ale ciężko mi sobie wyobrazić, żeby West miał motorykę, siłę i szybkość graczy/defensorów z późniejszych czasów. 5. W 1994 r. Knicks mieli ewidentnie mocniejszy zespół niż Bulls. Już w 1993 r. Bulls mieli z nimi wielkie problemy, więc nic dziwnego, że po odejściu Jordana przegrali z nimi w finale konferencji. Ten sezon był jednak dla Pippena najlepszy w karierze (pod względem osiągnięć statystycznych). Owszem, nie poprowadził Bulls do mistrzostwa, ale czy zrobili to Stockton, Malone czy Barkley? Czy oni też nie znajdują się na twojej liście wśród najlepszych zawodników wszechczasów? 6. Nie mówię, że Pippen był najlepszym SF wszechczasów. Nawet się nie zastanawiałem, które zająłby miejsce wśród SF. Natomiast pisanie o nim, że jest przeceniony, jest sporym nieporozumieniem. Statystyki z play-off mówią wiele. I chyba nie chcesz powiedzieć, że obecność Michaela Coopera (gdzie go widziałeś?) w tych statystykach mogłaby je w jakikolwiek sposób zdeprecjonować? Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Wilt O Pippenie IP: 62.29.137.* 14.10.04, 17:17 Jak to, LB: np. gdy chwalono na tym forum Kobego, nie sugerowałeś, że jego wyczyny są przecenione? Bo ja tak pamiętam. Zresztą samo w sobie to naturalna różnica zdań: ja wolę Wilta od MJ czy Kobego od Pippena, Ty zapewne w obu przypadkach odwrotnie, więc nasi faworyci będą dla nas nawzajem przecenieni. Chodzi jednak o to, by w dyskusji nie używać niemerytorycznych, uniemożliwiających ją argumentów typu: bo ty to X - a nienawidzisz. Nie twierdzę, że Jordan był na pewno gorszym obrońcą od dawniejszych graczy, bo jeszcze znacznie trudniej tu porównać zawodników z różnych epok niż w przypadku ataku. Jednak tym bardziej nie ma też żadnych danych, by twierdzić, że był na pewno lepszy – szczególnie jeśli człowiek nie ogranicza się do jednej epoki, którą uważa za najlepszą, ale zdaje sobie sprawę z bogactwa CAŁEJ historii koszykówki. Do tych samych wniosków prowadzi też spojrzenie statystyczne; i tu daruj, naprawdę mam Ci tłumaczyć, dlaczego trafienie w totka 2 szóstek pod rząd jest mniej prawdopodobne niż jednej? Tak samo, nawet gdyby MJ był tym najlepszym defensorem, twierdzenie, że drugim najlepszym był akurat jego kolega Pippen, jest wybitnie mało prawdopodobne. Dobrze wiesz, że – szczególnie mieszkając w Polsce – znacznie mniej jest okazji, by obejrzeć wyczyny graczy z dawnych epok niż współczesnych. Ale czy fakt, że nie można obejrzeć czegoś obejrzeć własnymi oczami to powód, żeby nie wierzyć w istnienie tego czegoś? W takim razie musiałbyś zwątpić w istnienie całkiem wielu rzeczy, od cząstek elementarnych po odległe galaktyki. ;-) Ja w każdym razie na podstawie analizy wszystkich dostępnych mi danych jestem w stanie powiedzieć, że np. wyczyny defensywne Fraziera na Robertsonie czy Weście robią na mnie co najmniej takie same wrażenie jak Jordana oraz Pippena na Magicu czy Drexlerze, a nawet większe, zważywszy, że to ta pierwsza dwójka była znacznie groźniejsza w ataku, a od Drexlera w ogóle o klasę lepsza. Oczywiście muszę się wtedy posiłkować w większym stopniu opiniami ekspertów (słusznie zauważasz, że bywają różne, tylko nie wiem, czemu przypominasz to właśnie mnie, skoro wymagają tego zazwyczaj fani Bulls, przekonani, że wszystko co najlepsze zdarzyło się na pewno w latach 90., tak jak ten komiczny już gość z wątku obok, twierdzący, że Pip to najlepszy SF wszechczasów, czego chyba sam nie twierdzisz, a jednak akurat z nim nie polemizowałeś). Ty nigdy tego nie robisz? A jeśli uważasz, że opinie ukształtowane w ten sposób są gorzej umotywowane, to nie powinieneś obstawać przy swojej opinii tego samego typu o Wilcie – że był słabszy od MJ, prawda? Podstawą dla mnie natomiast nie są opinie kogokolwiek, tylko fakty; jakiej klasy koszykarze kryli się nawzajem i co z tego wynikło. Zaznaczam też, że jak pisałem choćby na tym wątku, żeby w ogóle móc porównywać graczy z różnych epok należy zakładać, że mieli dostęp do takiego samego przygotowania atletyczno – siłowego – inaczej nie ma to sensu. A jeśliby ten sens miało: wydaje mi się, że pod tym względem NBA poczyniła zauważalne postępy i w ostatniej dekadzie, a taki Garnett, choć o numer większy, atletyzmem przewyższa Pippena; czy jesteś w takim razie skłonny przyznać mu tytuł lepszego defensora? ;-) Wyżej napisałem Jordana ORAZ Pippena, i przy tym się warto zatrzymać. Otóż z wielu przewag przypisywanych reklamowanym nie do zniesienia składom Bulls tak akurat jest prawdziwa: posiadanie naraz 2 jednocześnie tak znakomitych i wzajemnie wymiennych defensorów obwodowych jak tamci (były składy z podobnie dobrymi duetami, ale już nie tak wymiennymi, jak Celtics z KC Jonesem i Havlickiem czy Sixers z Cheeksem i Bobby Jonesem). Jednak ta przewaga zespołu w ocenie tych pojedynczych graczy jest raczej minusem, bo trudno nie zauważyć, jak przez tu uzupełnianie się nawzajem i zmienianie się łatwiej było im niż innym tu wymienianym wyłączać z gry najgroźniejszego niskiego zawodnika przeciwnika i budować reputację świetnych defensorów. Takiego luksusu nie miał szczególnie Payton, o której w ostatniej odpowiedzi już nie wspominasz (pewnie dlatego, że był z naszych czasów i nie pasuja do niego argumenty o nieoglądaniu na własne oczy i słabszym przygotowaniu siłowym ;-)). A jednak, jak przypomniałem w postach do Grega, praktycznie SAMODZIELNIE (Hawkins oczywiście w obronie mało się liczył) w 1996 wykonał nawet lepszą robotę na Jordanie niż ten RAZEM z Pippenem w 1991 na Magicu! I to samo już dla mnie starczy, żeby odrzucić tezę, że duet Bulls to najlepsi defensorzy wszechczasów. Tak, w 1994, w przeciwieństwie do poprzednich lat, Bulls byli słabsi niż Knicks (choć też nie tak dużo, bo wbrew pozorom NYK też trochę się osłabili: o 3 zwycięstwa w porównaniu z wcześniejszym sezonem, podczas gdy Chicago o 2); osłabia to wartość zwycięstwa Knicks – ale w takim razie osłabiało też wartość uprzednich zwycięstw Bulls. Ale mówimy tu konkretnie o Pippenie; bo gdyby był prawdziwą supergwiazdą, mógłby poprowadzić drużynę do zwycięstwa nawet nad silniejszym – bo przecież nie klasę silniejszym – przeciwnikiem, prawda? Ale co tu mówić o silniejszym przeciwniku, kiedy nie potrafił zrobić tego samego i przeciw przeciwnikowi o SŁABSZYM składzie, jakim byli Lakers w 2000, którzy.mieli za to prawdziwą supergwiazdę w postaci Shaqa, a nawet Kobe, choć jeszcze młody, już bardziej się liczył niż Pippen w playoffs. I na to zadowalającej odpowiedzi już chyba nie masz. Bo nie jest nią też argument, że Barkley czy Malone przegrali z Jordanem. Po pierwsze, przynajmniej doprowadzili swoje zespoły do Finałów. Po drugie, Malone nie miał silniejszego składu niż przeciwnik; Chuck może miał, ale zniwelował to fatalny trener. Po trzecie, jeśli chcesz w ten sposób dźwigać Pippena do poziomu tamtych, to musisz i Shaqa dźwignąć do poziomu Jordana. ;-) Bardzo mnie dziwi, że nie masz ustalonego zdania co do miejsca Pipa wśród SF wszechczasów; jak bez takiego punktu odniesienia można twierdzić, że jest przez kogoś niedoceniony/przeceniony/w ogóle jakikolwiek? Ja takie zdanie mam, wymieniłem już 5 zawodników z tej pozycji lepszych od Scottiego o klasę i 2 - o pół klasy, i w razie potrzeby jestem gotów do dyskusji. O znaczeniu statystyk z playoffs już pisałem; wyjaśnię jeszcze, że Cooper jest tu w czołówce w trójkach, a kiedyś był nawet rekordzistą w trójkach trafionych w meczu Finałów – ale, powtarzam, nie czyni to go jeszcze wybitnym graczem. Tak z ciekawości: znalazłeś w ogóle czas na przeczytanie ostatniej rundy dyskusji na tym wątku? Jeśli tak, co o niej myślisz; szczególnie o części obrazującej dawnych Celtics i Knicks przeniesionych w lata 90.? ;-) Z innego wątku, jeśli wolisz mniej czasochłonną dyskusję: nie zgodziłbym się z Tobą, że Shaq w ostatnim „Dream Teamie” nie przyniósłby USA złota (zakładając oczywiście, że grałby, a nie narzekał czy leczył kontuzje). Racja, że z nim wciąż ta drużyna cierpiałaby na braki shooters i klasycznych PG, ale słabość pod jednym względem można w pewnym zastąpić miażdżącą przewagą pod innym, jaką pod koszem mieliby Amerykanie z Dieslem. Ich przewaga na tablicach byłaby jeszcze większa, co pozwoliłoby zrekompensować niższą skuteczność; nie byłoby też decydującego momentu w meczu z Argentyną, który zadecydował o utracie złota, kiedy Duncan wpadł w foul trouble i nie było komu go zadowalająco zastąpić w walce pod koszem, szczególnie ofensywnej. USA wciąż mogłoby przegrać, ale sądzę, że by jednak wygrało – dlatego lepiej, że O’Neala nie było… :-) Pzdr Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Wilt SONDA!!! IP: 62.29.137.* 14.10.04, 17:18 Z odzewem kiepsko, więc wpisywać się: kto znalazł czas na przeczytanie poprzedniej rundy moich postów na tym wątku? Nie chcę straszyć (czy, zależnie od punktu widzenia, obiecywać ;-)), ale chciałbym wiedzieć, na ile warto na tym pół – martwym forum wysilać się w razie czego w przyszłości. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: L22w-wa Re: Jordan???? IP: *.acn.waw.pl 10.09.04, 14:15 I jeszcze jedno, nielicz na szybką odpowiedź z mojej strony, bo już rzadko zaglądam na to forum. Chcesz pogadać normalnie- zapraszam na forum e-basket... Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: calagan Re: Jordan???? IP: *.aster.pl / *.aster.pl 10.09.04, 14:35 A szkoda Lukaszu, a szkoda. Ja jestem aktywny i tu i tam. Tutaj dyskusja toczy sie wolniej, wiec spokojnie dalbys rade oba fora obskoczyc ;-). Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: L22w-wa Re: Jordan???? IP: *.acn.waw.pl 15.09.04, 02:38 Oki Calagan, robię come-back- tylko czekam na jakiś nowy topic. Pzdr Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: air Re: Jordan???? IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 18.09.04, 17:39 dla mnie to "stary dupek"nigdy nie widzial meczu jordana Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Mike Re: Jordan???? IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 20.09.04, 11:15 ale kiedy to było Witt rzucił 100 pkt bo wtedy był taki poziom że on mógł sobie na to pozwoliż teraz nikt by Jordanowi na to nie pozwolił a fakt że rzucił 45 pkt świadczy że był i długo będzie najlepszy jeszcze przez conajmniej 20 lat nie zobaczysz takiego koszykarza ludzie zachwycają sie Lebronem ale on nigdy nie osiągnie tyle co MJ Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: calagan Re: Jordan???? IP: *.aster.pl / *.aster.pl 20.09.04, 15:17 Niby jakie byly czasy? Jordana najwieksze popisy strzeleckie przybadaly na okres super-ofensywnej koszykowki - czyli showtime Lakers i calej reszty. A mimo to Michael nie rzucil 100, ani chociaz 80pkt. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: L22W-wa Re: Jordan???? IP: *.acn.waw.pl 20.09.04, 17:57 Uwaga petitem: Jak już napisał szanowny Wilt, MJ rzucił w tym meczu 55 punktów, A wracając jeszcze do mojego przemiłego rozmówcy(obdarzonego nikiem debil), nie widziałem żeby po meczu Starksowi się zbierało na płacz, więc nie wciskaj nam tu kitu, bo o baskecie co nieco wiemy. Teraz powracam do tematu: 1)Jak słusznie napisał Calagan, MJ grał w czasach rozkwitu ultraofensywnej koszykówki, więc jego osiągnięcia punktowe nie powalają mnie na kolana, zwłaszcza patrząc na fakt, iż bez wsparcia S.Pippena i H.Granta nic nie osiągnął. A skład Bulls z pierwszych sezonów Jordana, to z całym szacunkiem nie sam Michael. (choćby taki jeden przypadek- fani MJ'a, kochacie Paxsona, a o nim nie pamiętacie) 2)Za 10 lat nikt nie wymieni rywala MJ'a, a pojedynki Russell vs Chamberlain są przecież wizytówką ligi...No, bo kto? a)Barkley?- finały 1993 to za mało, poza tym "Chuck" za dużo przesiedział w Philly b)Olajuwon- nie było face 2 face w finałach c)Robinson- za miękki i jak wyżej d)Malone- przykład ok, ale jak on wygląda przy osiągnięciach Chamberlaina e)Kemp-..................... 3)Ja juz widziałem lepszych koszykarzy niż Jordan. Pierwszy też ma inicjały M.J, drugi to ww. Wilt Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: LB Re: Jordan IP: 217.11.142.* 20.09.04, 18:27 Panowie, 1. Jeśli mówicie o ultraofensywnej koszykówce, to rozumiem, że macie na myśli pierwsze kilka sezonów kariery Jordana. Nie chcecie chyba nikomu wmówić, że coroczne starcia Bulls z Pistons, Knicks i Heat, to była ultraofensywna koszykówka z wynikami po ponad 120 ptk., prawda? 2. Nie wszystkie popisy strzeleckie Jordana przypadały na okres jego pierwszych sezonów. Że wspomnę chociażby finały z 1993 r. 3. Rzeczywiscie, do czasu przyjścia Pippena i Granta, Jordan drużynowo osiągnął niewiele (poza większą liczbą wygrywanych meczów przez Bulls). Natomiast indywidulanie miał już całkiem sporo osiągnięć. 4. Nie wiem o co chodzi z tym Paxsonem? 5. Rywale Jordana: Magic Johnson, Larry Bird, Isiah Thomas, Joe Dumars, Clyde Drexler, Charles Barkley, Shaquille O'Neal, Penny Hardaway, Reggie Miller, Gary Payton, John Stockton, no i tak można jeszcze kilkunastu wymienić. Czy sądzisz, że te nazwiska zostaną zapomniane przez kibiców? Oczywiście nie ze wszystkimi grał w finałach i nie wszyscy grali na SG, ale sam rozważałeś Olajuwona, Kempa, Malone'a, etc. 6. Piszesz, że widziałeś lepszych koszykarzy niż Jordan. Każdy ma prawo do własnych ocen. Ja nie widziałem (poza kilkunastoma akcjami) jak grał Julius Erving, Oscar Robertson, Earl Monroe czy Wilt Chamberlain i dlatego trudno mi z ręką na sercu powiedzieć czy są oni są słabsi czy lepsi od Jordana. Natomiast mogę zdecydowanie powiedzieć, że Jordan był najlepszym spośród tych, których ja widziałem w akcji. Pzdr, LB Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: toms Re: Jordan IP: *.aster.pl / *.aster.pl 23.09.04, 22:55 >Natomiast mogę zdecydowanie powiedzieć, że Jordan był najlepszym spośród tych, >których ja widziałem w akcji. swietnie powiedziane ... Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Wilt Re: Jordan IP: 62.29.137.* 30.09.04, 12:46 Mało: super powiedziane! A jeszcze bardziej super, że za paręnaście lat ktoś, kto nigdy nie widział Jordana na żywo i dorastał na innych idolach będzie mógł powiedziec to samo o Kobem czy LeBronie… ;-) Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Wilt Do LB i Mike'a IP: 62.29.137.* 30.09.04, 12:39 Tak jak myślałem, wiadomy temat wciąż wywołuje emocje… Zaczynajmy. Mike, a w czym to konkurencja za czasów Wilta była gorsza? W tym, że w większości meczów musiał mierzyć się z centrami, którzy trafili potem do Hall of Fame (efekt mniejszej liczby drużyn, czyli większego zagęszczenia talentu), podczas gdy Jordan konkurentów na tym poziomie miał zaledwie paru na dwadzieścia parę drużyn? Zresztą musiałby być wśród nich odmłodzony West, żeby porównać to z rywalizacją Russ – Chamberlain – tymczasem najlepszym z nich był… Drexler – z całym szacunkiem, nie ten numer kapelusza. A może świadectwem słabszego poziomu mają być wyższe średnie punktowe? Nawet pomijając wątpliwą logikę takiego rozumowania (czy w takim razie PLK jest lepsza od NBA?), to – jak już zauważyli calagan czy Łukasz – w latach 80., czasie największych osiągnięć MJ, zdobywało się tylko o parę procent mniej punktów niż za czasów Wilta! (A jak na pewno pamiętasz, LB, w latach 90. średnie Jordana były już wyraźnie niższe). (I to mógłbyś wreszcie zauważyć, toms – bo zaczynam podejrzewać jakieś upośledzenie, które nie pozwala ci przyswajać prostych komunikatów po polsku). Mimo to rekordy MJ to 37,1 ppg w sezonie (nie tylko Wilt, również Baylor miał więcej) i 69 pkt. w meczu (tu nawet D. Robinson miał więcej), podczas gdy Szczudła – 50,1 ppg i 100 pkt. Różnica nie kilku, a kilkudziesięciu procent! ‘Nuff said. W zestawie najgroźniejszych przeciwników ery Jordana w playoffs, o których wspominasz, LB, najgroźniejsze nazwiska to K. Malone/Stockton i Barkley. Nieźle, ale gdzie im do zestawu Bird – M. Malone – Erving, ze wymienię tylko najważniejszych przeciwników Magica? Nie tylko Bird, ale i Moses byli wartościowsi od każdego z oponentów MJ; w opinii większości bardziej wartościowy był także Dr J, ale ponieważ ja się nie do końca z tym zgadzam (Erving; pierwszy przypadek rozdmuchania osiągnięć wielkiego nawet koszykarza stanowczo ponad miarę, co później na większą skalę powtórzyło się przy Jordanie), więc ten argument pomińmy; nie był natomiast od nich słabszy. Nie mówiąc o zestawie Russell – Cousy - Havlicek – Pettit - Robertson – do 1968 Baylor i West - Barry; najlepszych przeciwnikach Chamberlaina? Powiedz uczciwie, czyje nazwiska robią na Tobie większe wrażenie. (P.S. Możesz jeszcze do przeciwników MJ dodać Isiaha, choć szczyt możliwosci i on i jego zespół osiągnął wcześniej niż w latach 90., ale tak samo wtedy trzeba go dodać do listy Magica, a listę Wilta można uzupełnić o znaczniejsze nazwisko, bo Kareema, z którym mimo różnicy wieku zdążył się potykać w playoffs. Ogólny obraz pozostaje ten sam. Magic w 1991 – patrz kontuzje i mój nowy post do Grega). Jak wiadomo, już dyskutowaliśmy kwestię MJ – Wilt wiele razy (nb. cieszę się, że na tym wątku Jordan jest porównywany nie tylko z moim ulubieńcem; to znacznie ciekawsze). Wiem, że masz swoje poglądy i argumenty na korzyść Jordana, co tym bardziej zrozumiałe, że psychologicznie trudno jest postawić Chamberlaina - gracza, którego zna się tylko wyrywkowo nad zawodnikiem, w którego uwielbieniu i na którego meczach się dorastało, co dla większości forumowiczów oznacza MJ. Ale nawet jeśli chcesz ograniczyć się tylko do koszykarzy, których nasze pokolenie mogło oglądać na żywo, to choć dziwi mnie, że stawiasz Magica i Birda o oczko niżej od Jordana – niech będzie. Ale przynajmniej może docenisz aspekt drużynowy; czy nie przyznasz (np. Greg to przynajmniej przyznaje), że składy w latach 80. były głębsze – co przecież oznacza, że mecze były ciekawsze i bardziej interesujące? Czy w związku z tym naprawdę znajdujesz większą przyjemność w oglądaniu Bulls i ich rywalizacji ze słabszymi zespołami tylko dlatego, że w grze brał udział MJ? Pzdr Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: guru)ji Re: Sześć najsłynniejszych rzutów w karierze Jord IP: *.client.comcast.net 15.07.04, 09:56 Niezly byl. Odpowiedz Link Zgłoś
kluska_w Re: Sześć najsłynniejszych rzutów w karierze Jord 27.07.04, 18:35 Czesc, potrzebyje pomocy. Czy interesujesz sie Jordanem troche? czy nieco bardziej? Szukam najnowszego DVD o Jordanie, jakis tytul czy cos. Znalazlam jakies DVD z 2003 roku pt. Jego wysokosc Michael Jordan" ale czy sa nowsze niewiem, jesli cos tam sie orientujesz to please daj znac. Urgent! Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: LA Fan Re: Sześć najsłynniejszych rzutów w karierze Jord IP: *.kalisz.mm.pl 10.08.04, 14:55 A chuj mu w dupę!!!!!! Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: mj Re: Sześć najsłynniejszych rzutów w karierze Jord IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 13.08.04, 10:24 chuj w dupę Kobiemu-w więzieniu zostanie cfelem...tylko do tego się nadaje, on i cała ekipa Lakers 2004/05. Odpowiedz Link Zgłoś
greg86 Re: Sześć najsłynniejszych rzutów w karierze Jord 02.01.05, 22:03 Wilt ---) Tak jak napisałem w innym temacie - chciałbym powrócić do dyskusji sprzed ponad 2 miesięcy więc jeżeli masz czas i chęci na powtórke z rozrywki to możemy dokończyć to, co zaczeliśmy jeszcze w starym roku. Poniżej odpowiedziałem na Twoje ostatnie posty - moja riposta w założeniu miała być dłuższa i poruszać wiele kwestii nieco dogłębniej jednak ostatecznie większy nacisk położyłem na konkrety i skupienie się głównie na najważniejszych wątkach dlatego też nie odniosłem się do niektórych fragmentów Twojego postu lub zrobiłem to bardzo ogólnikowo. Oczywiście jeżeli by ci szczególnie zależało bym poruszył/rozwinął jakiś wątek którego nie poruszyłem/nie rozwinełem wystarczająco to moge to zrobić. RUSSEL Piszesz o tym, że gdyby w jego czasach przyznawano nagrody MVP Finałów to dostałby on ich 10, a gdyby z kolei liczono bloki to miałby ich 7 tysięcy. Mam nadzieję, że zdajesz sobie jednak sprawę iż oba te osiągnięcia wynikają nie tylko z wielkości Russela ale przede wszystkim ze specyfiki tamtej ligi. Z tego względu nieuczciwe jest np. konfrontowanie jego osiągnięć statystycznych z liczbami współczesnych centrów (to apropo Twojego porównania liczby bloków uzyskanych przez Russela i Hakeema). Znając Ciebie zaraz pewnie wyskoczysz z listą HOF'ów przeciwko którym musiał bronić Russel i na tej podstawie wyciągniesz wniosek, że było mu znacznie trudniej zaliczać duże ilości bloków niż Hakeemowi. ;-] Powinieneś jednak zdawać sobie sprawę iż: Po pierwsze - w czasach Russela taktyka była na znacznie mniejszym stopniu ewolucji niż w latach 90-tych - stąd było więcej improwizacji ofensywnych a co za tym idzie - łatwiej było "nadziać" się na blok. Po drugie - gracze dysponowali wtedy gorszą techniką rzutów co również ułatwiajało blokowanie. Po trzecie - był słabiej niż obecnie rozwinięty system zajmowania pozycji do rzutu - mniejszy repertuar zwodów, mniej efektywne wykorzystywanie takich zagrywek jak post-up itp. Po czwarte - w latach 60-tych oddawano mniej rzutów niż w czasach Hakeema (a co za tym idzie było mniej okazji do bloków). Tego typu argumentów można wysunąć więcej, ale ja podałem tylko te najważniejsze. Żebyś mnie źle nie zrozumiał - ja generalnie popieram stanowisko sporej części speców od koszykówki, którzy uważaja Russela za najlepszego obrońcę wszechczasów - sprzeciwiam się jedynie argumentowaniem statystykami wyższości dawnych mistrzów nad współczesnymi graczami (bo gdybyśmy interpretowali je dosłownie to wyszłoby nam, że Russel był o jakieś dwie/ trzy klasy lepszym defensorem od Hakeema a to akurat jest bdurą). Analogicznie ma się sprawa w przypadku kosmicznych sukcesów drużynowych Russela (z czym łączą się wspomniane MVP Finałów)- po prostu inne czasy. W latach 90-tych Russel mógłby mieć do pomocy jednego HOF'a (ewentualnie dwóch, ale za to podstarzałych - vide Rockets gdzie Hakeem grał razem Dlexlerem i Barkley'em - wszyscy spotkali się w Houston grubo po trzydziestce) i z pewnością nie zdobyłby 11 tytułów. Być może nawet nie zdobyłby ani jednego - taki scenariusz jest bardzo prawdpodobny gdyby umieścić go np. na miejscu Hakeema czy Ewinga. Być może Russel jeszcze bardziej ograniczył by Robinsona, King-Konga i Shaqa niż zrobił to The Dream ale czy potrafił by jednocześnie rzucić przeciwko tym graczom tyle punktów ile rzucał Olajuwon? Co innego gdy po zbiórkach Russela rzuty drugiej szansy mieli Havlicek, Sam Jones i Tom Heinsohn a co innego gdyby byli to Starks, Oakley i Derek Harper czy Dlexler, Kenny Smith i Robert Horry. Co innego gdy obok Havlicka, Sama Jonesa i Heinsohna wystarczyło by Russel rzucił 15-20 punktów a co innego gdy u boku supportu Ewinga czy Hakeema musiałby rzucić 30 czy 40. Druga sprawa to duża dysproporcja pomiędzy atakiem a obroną w jego przypadku. Ty ten argument bagatelizujesz ale mi osobiście trudno jest nazwać koszykarzem wszechczasów zawodnika, który w priorytetowej dziedzinie basketu - rzucaniu koszy - był przeciętny (Russel nie zajmuje nawet miejsca w pierwszej 20 pod względem ppg, jego średnia jest też DWUKROTNIE niższa od średniej lidera tej klasyfikacji - Jordana). Pisałem już zresztą, że w takich latach 90-tych Russel nie miałby szans trafić do drużyny w której do odniesienia sukcesu wystarczyłoby gdyby skupił się na bronieniu dostępu do kosza (bloki, zbiórki w obronie) i pomaganiu kolegom zdobywać te kosze (zbiórki w ataku). MAGIC 1. Przywołanie finałów z 1991 roku jest o tyle trafne, że Magic miał partnerów podobnego formatu co Jordan. C Cartwirght/Divac PF Grant/Perkins SF Pippen/Worthy G Paxon/Scott Ławka: Hodghes, Williams, Armstrong/ Campbell, Green, Teagle Gdyby w Lakers grali jeszcze Kareem i Cooper support MJ'a z Kaliforni dysponowałby większym potencjałem niż support MJ'a z Windy City stąd rozstrzyganie indywidualnej wartości tych graczy byłoby trudniejsze (wielu mogło by patrzeć na ich konfrontacje przez pryzmat wyniku serii - gdyby wygrali Lakers uznano by, że to dlatego iż Magic jest lepszym graczem niż Jordan - kwestia tego, że miałby większe wsparcie byłaby zapewne pomijana). Mike rzeczywiście w 1991 roku był bliżej szczytu swoich możliwości niż Magic ale to nie ma zbyt wielkiego znaczenia - ten drugi nawet będąc w absolutnym apogeum swojej kariery (1987 rok?) nie zmienił by w znaczący sposób przebiegu tej serii (no chyba, że uważasz iż Magic w czasach tych finałów był jakieś 3 klasy gorszy niż te 4 lata wcześniej). Finały te pokazały też, że Jordan może powstrzymać Magica (nie tylko Pippen go przecież pilnował - MJ też to robił gdy Pająk uganiał się za Worthym) natomiast Magic Jordana już nie (mimo posiadania lepszych warunków fizycznych) - kolejny argument potwierdzający wyższość jednego MJ'a nad drugim. Co do trenera - Dunleavy nie jest wcale słabym coachem zwłaszcza jeśli skonfrontować go z Philem Jacksonem który w 1991 roku zasiadał dopiero drugi sezon na ławce trenerskiej. Zresztą o ile Bulls posiadali lepszego szkoleniowca o tyle LAL mieli więcej doświadczenia w grze o wysoką stawkę (Magic, Worthy, Scott czy Green współtworzyli przecież erę Showtime). CYTAT: "kontuzje graczy Lakers; zgadzam się, że i bez nich najprawdopodobniej przegraliby, ale wtedy i drużyna, i sam Magic, o którego indywidualnym pojedynku z Jordanem tu mówimy, osiągnęliby lepsze statystycznie rezultaty." A skąd niby takie wnioski? Jaką masz pewność, że Worthy i Scoot zagraliby w meczu numer 5 lepiej niż bardzo dobrze dysponowani tego dnia ich następcy - Elden Cambell i Tony Smith? Z kolei argument, że Jordan pokonał Magica i jego drużynę m.in. dlatego, że miał przewagę parkietu jest co najmniej zabawny. O ile pamiętam to Byki tego HCA nie wylosowały w grze orzeł/reszka ani nie dostały jej od władz ligi tylko ją WYWALCZYŁY podczas trwającego 82 spotkania sezonu (grają nb. na silniejszym, w tamtych czasach, Wschodzie) tak więc umniejszanie ich sukcesu tego typu "zarzutem" jest niezbyt logiczne. Zresztą nie sądze by Lakers ugrali coś więcej w tych finałach nawet mając HCA - przypominam, że Bulls pokonali ich 3 razy z rzędu w Great Western Forum. 2. Jordan nie pokonał aż tak znakomitych zawodników, z jakimi wygrywał Magic ale miej na uwadze, że z takim Birdem zmierzył się na samym początku swojej kariery a z Mosesem Malone'm i DR J nigdy nie było mu dane walczyć. Magic osiągał swoje sukcesy kosztem graczy klasy Birda czy Ervinga ale czy Jordan na jego miejscu (tzn. z podobnego formatu partnerami czyli np. z Pippenem, Grantem, Paxonem + np. Ewingiem na środku) nie poradził by sobie równie dobrze? A z drugiej strony: czy Magic na miejscu Jordana potrafiłby zdominować lata 90-te w takim stopniu jak zrobił to "Air"? Dla mnie odpowiedź na to pierwsze pytanie jest dość oczywista. MJ z takimi Pistons AD 1990 (z którymi Lakers Magica toczyli zaciekłe boje) przegrał dopiero po wyrównanej walce do samego końca pomimo tego, że nie był jeszcze w pełni ukształtowanym graczem a jego zespół był nie doświadczony i mało odporny psychicznie, ni Odpowiedz Link Zgłoś
greg86 Re: Sześć najsłynniejszych rzutów w karierze Jord 02.01.05, 22:05 Dla mnie odpowiedź na to pierwsze pytanie jest dość oczywista. MJ z takimi Pistons AD 1990 (z którymi Lakers Magica toczyli zaciekłe boje) przegrał dopiero po wyrównanej walce do samego końca pomimo tego, że nie był jeszcze w pełni ukształtowanym graczem a jego zespół był nie doświadczony i mało odporny psychicznie, nie posiadał też klasowej reguralnej drugiej opcji w ataku oraz dobrego gracza pod koszem. Zaznaczam również, że Tłoki w 1990 roku napewno nie były zupełnie innym zespołem niż rok czy dwa lata wcześniej co próbujesz zasugerować. W przerwie międzysezonowej utracili co prawda Mahorna ale sugerowanie, że w jakiś znacznym stopniu zmieniło to oblicze tego zespołu jest sporym nadużyciem. I jeszcze jedno tak na marginesie - odnośnie Twoich słów: CYTAT: "Co do Pistons, na których koncentrujesz argumentację; chyba nieprzypadkowo zresztą, bo ? z całym szacunkiem dla ich umiejętności ? byli najsłabsi z Big Four lat 80." Z tego co zauważyłem to Tobie zadziwiającą łatwo jest wyciągać daleko idące wnioski typu: "Pippen w 1990 roku nie był obrońcą tej marki co John Smith w 987 r. p.n.e" ja natomiast przy gdybaniu staram się w jak największym stopniu trzymać dość konkretnych faktów. Dlatego więc zdecydowałem się na porównanie Bulls do bliższym im czasowo Pistons niż do Lakers Magica i Kareema czy Celtics Birda nie wspominając już o Sixers Ervinga i Malone'a którzy przecież ostatni raz grali w finałach kiedy Jordana nie było jeszcze w lidze! Odnośnie drugiego pytania - czyli czy Magic byłby w stanie zdominować lata 90-te w takim stopniu jak Jordan (oczywiście mając podobnego formatu partnerów w drużynie). Chodzi mi tu głównie o ilość tytułów mistrzowskich (6), ciągłość sukcesów (wygrywanie rok w rok co jest o tyle trudne, że tytułu jest łatwiej bronić niż go zdobywać) oraz ilość rekordów drużynowych (Bulls Jordana ustanowili aż 10, z których większość prawdopodobnie nigdy nie będzie pobita). Dla mnie najlepszą odpowiedzią na te pytanie są dokonania LAL w sezonie 1989/90 czyli tuż po odejściu Kareema. Magic miał wokół siebie podobnej klasy graczy co Jordan w latach 90-tych: Divac Cartwirght/Longley Green Grant/Rodman Worthy Pippen Scoot Paxon/Harper W regural Lakers wygrali 63 spotkania (o 4 więcej od Blazers Dlexlera i Bad Boys z Detroit oraz o 8 więcej niż Bulls Jordana) i zdobyli pierwsze miejsce w lidze (Magic dostał MVP). W PO natomiast LAL się skompromitowali - bo chyba tak trzeba nazwać przegranę 1-4 z Suns Chambersa (54 wygrane w regural, 4 miejsce na Zachodzie). Ci sami Suns przegrali w WCF z Blazers Dlexlera (2-4) a z kolei ekipa z Oregonu dość gładku uległa Pistons w finale (1-4). Czy mając ten sezon na uwadze (a także sezon kolejny - 1990/91) sądzisz, że Lakers Magica (bez Kareema!) mogliby zdominować lata 90-te w takim stopniu jak zrobili to Bulls Jordana? Dla mnie jest to NIEREALNE. ROBERTSON Jego bronienie wychodzi ci zdecydowanie najsłabiej - w myśl powiedzenia "tonący brzytwy się chwyta" sięgasz nawet do argumentów typu przywoływanie dominacji Robertsona w High School i NCAA czy też wypominanie nie najlepszego powrotu numer 2 Jordana do NBA. Jeżeli chodzi o NCAA to przypominam, że w North Carolinie kładziono głównie nacisk na grę zespołową i dlatego gracze tej uczelni nie byli w stanie wykazać się indywidualnie - zresztą o tamtejszym coachu (Dean Smith) mówiło się, że był jednynym człowiekiem zdolnym powstrzymać MJ'a przed zdobyciem 30 punktów. ;] A co do drugiego powrotu Jordana do NBA to może najpierw byśmy przeanalizowali ten pierwszy i porównali z wyczynami Robertsona po ukończeniu przez niego 30 lat? ;] Rozgrzeszania Big O z porażek w PO z niżej rozstawionymi drużynami czy też z braku awansu do PO nadal nie mogę pojąć. Mówimy przecież o kandydacie do tytułu koszykarza wszechczasów od którego mamy prawo wymagać jakichś heroicznych wyczynów (bynajmniej nie mówię tu o wygrywaniu z wielkimi Celtami, ale o unikaniu wpadek o którym wspomniałem). W 1968 roku jego team walkę o PO przegrał z Pistons a 2 lata później z Knicks. Liderami tych zespołów byli odpowiednio Dave Bing i Bill Cunningham - gracze niżej cenieni od Dlexlera, Malone'a czy Barkley'a z którymi wygrywał Jordan. Z kolei w roku 1964 team Big O zalicza wpadkę (porażka 1-3) w play-off z Pistons (niżej rozstawiona drużyna niż Royals) którym przewodzili tacy gracze jak Bailey Howell i Gene Shue (mówią Ci coś wogóle te nazwiska? Ano właśnie). CHAMBERLAIN 1. O sportach uprawianych przez Wilta wspomniałem w celu zaznaczenia, że przygotowały go one atletycznie i siłowo do gry w koszykówkę dzięki czemu mógł stać się "mężczyzną pośród chłopców" bo wiadomo jakimi atletami byli jego przeciwnicy. 2. "Ważne, że Szczudło wywierał większy wpływ na grę niż Jordan i w każdych porównywalnych warunkach był bardziej wartościowym zawodnikiem, co udowadniam w tej polemice. I byłoby tak również za czasów MJ, skoro ? patrz wyżej ? jego dominacja nad rywalami byłaby analogiczna, jeśli chodzi o warunki fizyczne, a nawet większa, jeśli chodzi o umiejętności (Russell)Olajuwon, Reed) Robinson, jeśli chodzi o graczy młodszych od tamtych ? Kareem)Shaq, itd.). I o tym należy pamiętać." Russel/Olajuwon - ten drugi miał lepsze warunki fizyczne, był lepszy w ataku i trochę gorszy w obronie Reed/Robinson - analogiczna sytuacja jak wyżej Kareem/Shaq - po stronie O'Neal'a są lepsze warunki fizyczne, większe zagrożenie w ataku i porównywalne w defensywie Nie wspominając już o znacznie lepszym systemie obrony zespołowej w czasach MJ'a - w latach 60-tych wystarczyło jedno, dwa podania by piłka dostała się w ręce Szczudła. 3. Dla mnie Twoja analiza finału z 1969 roku jest niewiele warta bo wyraźnie widać, że siłę Celtics oceniasz przez pryzmat ich rosteru zapominając, że przecież nazwiska nie grają. Russel w tym sezonie miał już 35 lat, podobnie jak inna wielka gwiazda Celtics - Sam Jones. Zespół na barkach musiał nieść John Havlicek który szczególnie wielkim koszykarzem nigdy nie był. Wg. naocznych świadków drużyna sprawiała wrażenie bardzo "zerdzewiałej" co zresztą odzwierciedla wynik w regural season - dopiero 4 miejsce w dywizji. W PO oczywiście się z nimi liczono - raz, że obrońcy tytułu a dwa, że doświadczeni w bojach ale mało kto wierzył, że "dziadki" pokonają Lakers z Wiltem, Westem i Baylorem w finale ligi. Celtics przegrali 2 pierwsze mecze finałowe (co ciekawe w obu tych spotkaniach do LAL zwycięstwa poprowadził nie Wilt, ale Jerry West) a w kolejnych spotkaniach ich najlepszy gracz - Havlicek musiał zmagać się z kontuzją nogi (grał także z podbitym okiem). Pomimo to Jeziorowcom nie udało się wygrać tego finału. Co do 1970 roku - tak, rzeczywiście Knicks dysponowali bardzo utalentowanym składem ale przypomnę Twoje słowa odnoszące się do innych wątków "bo gdyby był prawdziwą supergwiazdą, mógłby poprowadzić drużynę do zwycięstwa nawet nad silniejszym ? bo przecież nie klasę silniejszym ? przeciwnikiem, prawda?" [o Pippenie w kontekście serii z NYK w 1994 roku). "gdy różnica klas nie jest za duża, decydują gwiazdy ? a nie ulega wątpliwości, że Jordan już wtedy był większym nazwiskiem niż ktokolwiek z Cleveland." [o Jordanie w kontekście serii z Cavs w latach 80-tych] Tutaj mamy analogiczną sytuację - nawet jeżeli byśmy przyjeli, że w 1970 roku Knicks dysponowali bardziej utalentowanym składem od LAL to przecież różnica klas nie była szczególnie duża więc gdyby Wilt był prawdziwą supergwiazdą, mógłby poprowadzić drużynę do zwycięstwa nawet nad silniejszym ? bo przecież nie klasę silniejszym ? przeciwnikiem, prawda? ;] Gdy różnica klas nie jest za duża, decydują przecież gwiazdy ? a nie ulega wątpliwości, że Wilt był większym nazwiskiem niż ktokolwiek z Knicks (więcej - NYK nie mieli wtedy nawet gwiazdy formatu Westa czy Baylora!). 4. Kilkakrotnie w swoich postach wysuwałeś hipotezę, że gdyby Wilt i Jordan zamienili się epokami to ten pierwszy zdominowałby lata 90-te w większym stopniu niż zrobił to MJ, z kolei Jordan w Odpowiedz Link Zgłoś
greg86 Re: Sześć najsłynniejszych rzutów w karierze Jord 02.01.05, 22:07 4. Kilkakrotnie w swoich postach wysuwałeś hipotezę, że gdyby Wilt i Jordan zamienili się epokami to ten pierwszy zdominowałby lata 90-te w większym stopniu niż zrobił to MJ, z kolei Jordan w latach 60-tych nie ugrałby więcej przeciwko ówczesnym składom Celtics i Knicks niż Szczudło. Ja bym z tym twierdzeniem polemizował. Zauważ, że Jordan (mając oczywiście do pomocy graczy formatu Baylora i Westa) miałby większą swobodę w ataku niż Chamberlain podczas spotkań z NYK i Celtics - nie kryliby go przecież Reed i Russel! Natomiast co do lat 90-tych to powiem tylko tyle, że Wilt musiałby mierzyć się z najlepszym pokoleniem centrów w historii ligi z czego Jordan z uwagi na pozycję był "częściowo zwolniony". Sam więc widzisz, że MJ miałby prawdpodobnie łatwiej niż Szczudło w latach 60-tych, z kolei Wilt przeniesiony do lat 90-tych napotkałby więcej trudności w walce o mistrzostwa niż napotkał Jordan. 5. CYTAT: "gdyby T ? Mac i Iverson, których nikt nie stawia obok Baylora czy Westa, grali w latach 90., nawet oni ze średnimi ok. 31 ? 32 ppg zabraliby MJ parę tytułów;" Wielu fachowców jest zdania, że nie było zbyt wielu graczy w lidze, którzy potrafili zdobywać punkty z taką łatwością jak czynią to Iverson i T-Mac. Bardzo wymowne są też statystyki - AI ma średnią z kariery wynoszącą 27 ppg (czyli większą niż Bird, Robertson czy Jabbar) co daje mu 6 miejsce na liście wszechczasów (Baylor ze średnią 27.36 jest trzeci a West ze średnią 27.03 - czwarty). T-Mac ma co prawda znacznie niższe ppg (21.4) od wspomnianych graczy ale trzeba mieć na uwadze fakt, że przyszedł on do ligi bezpośrednio do high-school - bardziej więc jego potencjał defensywny definiują nie statystyki punktowe z całej kariery ale z ostatnich 4 sezonów spędzonych przez niego w Orlando (jego średnia za ten okres wynosi ok. 28 ppg!). Inne ciekawe liczby ofensywne dotyczące wspomnianych panów: Średnia Punktowa w Play-Off: Allen Iverson: 30.6 (2 miejsce, wyprzedza go jedynie Jordan) Tracy McGrady: 29.4 ppg (3 miejsce, za AI i MJ'em) Jerry West West: 29.13 (4) Elgin Baylor: 27.03 (6) Dodam przy okazji, że dopiero 10 pozycję zajmuje Chamberlain [22.54 ppg]. Rekordy kariery [regural season]: Elgin Baylor - 71 [1960] Jerry West - 63 [1962] Tracy McGrady - 62 [2004] Allen Iverson - 58 [2001?] Rekord kariery [play-off]: Elgin Baylor 61 [1962] Allen Iverson 54, 52 [2001] Jerry West 52 [69] 52 [65] Tracy McGrady 46 [2003] 6. O ograniczaniu swojego indywidualizmu na rzecz drużyny: CYTAT: "Przecież do absolutnie każdego gracza można zastosować tę tezę, bo każdy grając tylko na siebie będzie właśnie drużynie szkodził! Ograniczają się więc wszyscy, tylko w różnym stopniu, zależnie od potrzeb zespołu i własnej zdolności do takich ograniczeń. Zdolność taką potrafili zademonstrować w swojej karierze Chamberlain czy Bird, nieporównywalnie bardziej od Jordana, który ograniczył się tylko trochę w efekcie trójkątów, nie rezygnując z roli niekwestionowanej pierwszej opcji i walki o króla strzelców (ale jednak się ograniczył; czyli o nim też powinieneś powiedzieć, że ?szkodził zespołowi?, czyż nie?). Z kolei potrzeby te wystąpiły, ponieważ zarówno Larry, jak i Wilt musieli w karierze zmagać się z silniejszymi głębszymi, i bardziej zbilansowanymi drużynami niż MJ, a więc musieli dbać o to, żeby i ich drużyny grały w sposób bardziej zbilansowany." Jest rzeczą oczywistą, że każdy zawodnik musi w większym lub mniejszym stopniu się ograniczać. W dyskusji o najlepszym graczu wszechczasów nie może jednak być tak, że argumentem na korzyść Wilta jest oddanie przez niego liderowania w zespole innemu graczowi (Westowi) natomiast na niekorzyść Jordana działa fakt, że w swojej drużynie nie zrezygnował z roli niekwestionowanej pierwszej opcji i walki o króla strzelców. CYTAT: "Jordan znalazł się w podobnej sytuacji w Wizards, ale tam zawiódł, gdy - mimo że większość uznawała go za best ever, a może właśnie dlatego ? nie potrafił mimo zrealizowania tylu celów i zabezpieczenia swojego odłożyć do końca na bok osobistych ambicji, co w połączeniu z innymi jego błędami doprowadziło do smutnego końca przygody w Waszyngtonie. Dobry przykład: nie było to dawno, więc powinieneś pamiętać, jak desperacko ?Air? starał się kończąc karierę nie spaść poniżej średniej życiowej PPG Wilta (w internecie prowadzono nawet odliczanie, czy mu się to uda). Pokazuje to, że po pierwsze, stawianie Jordana jako wzoru osobowościowego młodym koszykarzom jest z gruntu błędne, bo nawet jako 40 ? latek, uważany za nieomylną skarbnicę doświadczenia i wiedzy koszykarskiej, wciąż był w stanie przedłożyć osobiste cele nad dobro zespołu." Na jakiej podstawie formułujesz tego typu wnioski? Przecież na początku sezonu 2002/03 Jordan wchodził z ławki lub grał mniejszą ilość minut by dać więcej swobody Stackowi - czy to nie świadczy o poświęceniu osobistych celów na rzecz dobra drużyny? Potem wprawdziwe zaczął stopniowo wysuwać się na pierwszy plan w drużynie usuwając Stackhouse'a nieco w cień ale robił to tylko dlatego, że pierwotnie założony system się nie sprawdzał. PODSUMOWANIE CYTAT: "Nb. nawet gdyby nie uznawać tych wszystkich moich argumentów co do odmiennych uwarunkowań, w jakich przyszło grać Chamberlainowi i MJ, to i tak przyznasz (sam wyraziłeś się podobnie), że ten drugi stanowi w istocie kompromisowy wybór na GOAT, ustępujący indywidualnym osiągnięciom Wilta i drużynowym Russella." Moja konkluzja jest taka, że Jordan był best ever jako, że: 1. Potrafił połączyć duże sukcesy drużynowe z sukcesami indywidualnymi - w przypadku innych wielkich gwiazd występują albo większe dyspoporcje pomiędzy wspomnianymi czynnikami (Russel, Big O, Wilt) tudzież te proporcje są zbliżone (Bird, Magic) ale za to skala sukcesów jest mniejsza niż w przypadku MJ'a. 2. Był graczem najbardziej zbliżonym do koszykarskiego ideału. Zauważ, że praktycznie nie posiadał wady, która szczególnie rzucała by się w oczy. Co prawda trójki możnaby uznać za jego piętę achillesową ale po pierwsze nie była to wada widoczna w takim stopniu jak np. rzuty wolne Wilta i Shaqa, obrona Magica czy też ofensywa Russela, a po drugie MJ zapisał tymi trójkami kilka rozdziałów w historii ligi - chociażby kluczowa trójka w game 5 w finale '97 czy 6 trójek w połowie meczu finałowego (game 2 z Blazers w 1992 roku) - do tej pory jest to rekord NBA - czy potrafisz podać podobne okoliczności w jakich swoje słabe strony pokonali pokonywali Wilt, Magic czy Russel (np. rzucenie 40 punktow w ważnym meczu PO przez tego ostatniego)? EPILOG CYTAT: "Za podobnego ?kompromisowego best ever? można by zresztą uważać Kareema, i sam widziałem takie głosy ? ale on oczywiście nie otrzymał nawet setnej części reklamowej wrzawy wokół MJ." Co to, to nie - za długo był w cieniu Magica. A to, że nie otrzymał jak to ujełeś "nawet setnej części reklamowej wrzawy wokół MJ" chyba nie powinno nikogo dziwić - Kareem nie miał ani charyzmy porównywanej z MJ'em (zresztą był chyba najmniej wyrazistą postacią w historii ligi) ani elektryzującego publiczność stylu gry (w ofensywie był monotonny aż do bólu - nawet jak na wysokiego gracza - wciąż tylko pykał te swoje sky-hooki). Zresztą żaden zawodnik nie miałby szans otrzymania podobnej wrzawy co Jordan - przecież "nikt nie będzie kibicował goliatowi" jak mówiono o Wilcie czy zachwycał się w większym stopniu asystami Magica niż "lotami" MJ'a. Odpowiedz Link Zgłoś