Gość: yyz
IP: *.anonymouse.org
24.01.10, 14:16
2006-06-16
Władze spółdzielni Kisielin złamały prawo, wykluczając z grona członków
Irenę Erber - orzekł Sąd Apelacyjny w Poznaniu. Dla kobiety oznacza to
koniec trzyletniego stresu i życia na walizkach
Irena Erber przez14 lat była członkinią spółdzielni. Sąsiedzi aż
trzykrotnie wybierali ją na swojego przedstawiciela do tzw. grupy
członkowskiej. Kobieta wywalczyła remont dachów, postawienie lamp.
Wytykała radzie nadzorczej wysokie nagrody, nagłe podwyżki czynszu.
Krytyka nie spodobała się prezesowi spółdzielni Jerzemu Biczykowi.
Walne zgromadzenie SM Kisielin wykluczyło Irenę Erber w czerwcu 2003 r.
"za szkalowanie i pomawianie władz (bo to godzi w dobro samej
spółdzielni)". Na wyprowadzkę dano jej dwa miesiące.
- Żyję na walizkach, w każdej chwili mogą mnie wyeksmitować z
mieszkania. Żyję w ciągłym stresie - opowiadała "Gazecie"
kobieta.Lista zarzutów władz Kisielina wobec pani Ireny była długa.
Władzom nie podobało się np. stwierdzenie pani Erber, że za przegrane
sprawy przed sądem zapłacą wszyscy mieszkańcy. Zarządzający Kisielinem
twierdzą, że spółdzielnia na tego typu wydatki ma specjalne fundusze.
Żalili się także, że kobieta opowiada publicznie o zebraniach delegatów
spółdzielni, na których podają wykwintne potrawy z nadziewanymi
kaczkami.
Pani Irena postanowiła walczyć w sądzie. Ale proces rozwlekał się w
czasie, bo pełnomocnik spółdzielni albo nie zjawiał się na rozprawach,
albo tłumaczył, że miał zbyt mało czasu, by przygotować się do nich.
Mecenas Kazimierz Pańtak, radny sejmiku, zgodził się poprowadzić sprawę
pani Ireny zupełnie za darmo. - Nie można kogoś wyrzucić z mieszkania
za krytykę. Prezes spółdzielni opłacany jest z pieniędzy spółdzielców,
powinien się uodpornić na krytykę. A jeśli poczuł się urażony, mógł
wytoczyć sprawę cywilną - opowiada Pańtak. Tymczasem pełnomocnik
spółdzielni domagał się dla kobiety 10 miesięcy więzienia w zawieszeniu
na dwa lata. Wysoką karę tłumaczył dużą szkodliwością czynu -
informacja była podawana w mediach, obiegła całe województwo, narażając
na utratę dobrego wizerunku spółdzielni.
W lipcu ub.r. Sąd Okręgowy w Zielonej Górze uznał, że władze
spółdzielni nie miały prawa pozbawić Ireny Erber członkostwa. Orzekł,
że kobieta w swoich ocenach nie pomówiła władz, a krytykowanie - jak
stwierdził - nie jest wystarczającym powodem do wykluczenia. Adwokat
prezesa odwołał się jednak od wyroku. W ubiegły czwartek Sąd Apelacyjny
w Poznaniu podtrzymał wyrok. Nakazał spółdzielni zwrócić także koszty
poniesione przez adwokata kobiety. Wyrok jest prawomocny.
- Cieszę się z wygranej, ale to nie koniec mojej batalii. Chcę, by
prezes przestał być prezesem, bo traktuje spółdzielnię jak prywatny
folwark - opowiada kobieta, która wytoczyła prezesowi spółdzielni
proces o zniesławienie i pomówienie. Kilka miesięcy temu w gablotach
bloków na os. Pomorskim pojawił się komunikat, w którym prezes
przestrzegał mieszkańców przed Ireną E. jako znajomą oskarżonego o
łapówki kierownika wydziału szkoleń zielonogórskiego WORD. Prezes
twierdził, że kobieta chce go obalić i zastąpić podejrzanym
łapownikiem. - To szkalowanie mojej osoby, prezes chce mnie
zdyskredytować w oczach spółdzielców - opowiada. - To upokarzające
łączenie mnie z kimś, kto popełnił przestępstwo. Prezes na tablicach
urządza sobie jakiś prywatny serial ze mną, jako czarną owcą w roli
głównej. To nie był pierwszy raz. Jeśli sąd go skaże, będzie musiał
pożegnać się z funkcją prezesa. To będzie wystarczająca kara.
A w TSM-ie?