darek-krysztofiak
10.02.06, 21:01
www.gcnowiny.pl/apps/pbcs.dll/article?AID=/20060202/TARNOBRZEG/60201005
TARNOBRZEG To obóz koncentracyjny, nie zakład pracy - mówią pracownicy PKS-u
Kilkudziesięciu pracowników tarnobrzeskiego PKS-u oburza się na warunki pracy
w firmie. Zarządowi zarzucają łamanie porozumienia płacowego oraz mobbing.
Kierownictwo odpiera zarzuty tłumacząc wszystko naprawą przedsiębiorstwa.
Pracownicy "na chorobowym” nie dostają dodatku stażowego - skarżą się
kierowcy. - To łamanie porozumienia płacowego zawartego podczas prywatyzacji
firmy.
- Nic takiego nie ma miejsca - odpiera zarzut Leszek Guzy, dyrektor ds.
przewozów i techniczno-gospodarczych. - Wszystko odbywa się zgodnie z prawem.
Dyrektor dodaje, że kupując w 2004 r. tarnobrzeski PKS, ORBIS Transport
zastał firmę w fatalnym stanie. - Na bieżąco eliminujemy tu mnóstwo
patologii.
Okazuje się jednak, że pomyłek jest sporo. PKS przekonał się boleśnie rok
temu, kiedy po kontroli Państwowej Inspekcji Pracy firma prawie
siedemdziesięciu pracownikom wypłaciła dodatkowe pieniądze. - Musieliśmy
wdrożyć przepisy ustawy o transporcie drogowym i czasie pracy kierowców.
Wcześniej w tej firmie nawet tego nie było i kierowcy dostawali za niskie
pensje - przyznaje Guzy.
Kary za paliwo
Szoferów najbardziej jednak bulwersują kary za zbyt wysokie zużycie paliwa. -
Dwóch kierowców jeździ na tej samej, zagranicznej trasie. Po roku okazuje
się, że jeden ma zapłacić PKS-owi ponad 6 tys. zł kary, bo ma "przepały”.
Jego zmiennik dostaje natomiast 600 zł nagrody za oszczędną jazdę. To jakaś
kpina! - gorączkują się kierowcy.
Leszek Guzy tłumaczy to prosto. - Kierowcy nie mają swoich autobusów. Często
przesiadają się na inne. Później uśrednia się zużycie paliwa, a w firmie
obowiązuje zbiorowa odpowiedzialność. Jedni są lepszymi kierowcami i stąd
oszczędności. Inni mają kiepską technikę jazdy...
Szantaż i mobbing
Według pracowników, przykładów złego traktowania nie brakuje. - Jeśli autobus
ma spóźnienia w długiej trasie, kierowca szybko zostaje z niej zdjęty, choć
spóźnienie nie zależy od niego. Czasem są korki, śliska jezdnia, mgła -
tłumaczą kierowcy. Mówią, że szefostwo zmusza ich do jazdy "na czas”. - Mamy
łamać przepisy, byle zdążyć na wyznaczoną godzinę. Mandaty płacimy jednak ze
swojej kieszeni.
- To bzdura - ripostuje dyrektor Guzy. - Od naszych kierowców wymagamy przede
wszystkim jazdy zgodnie z przepisami.
Jeden z kierowców niedawno ponownie zdawał egzamin na prawo jazdy. -
Nazbierał zbyt dużo punktów, bo chciał jeździć planowo - tłumaczą jego
koledzy.
Piotr Karnas
02. Lutego 2006 04:00