szwager_z_laband
16.06.09, 16:35
"Fortuna za grosze
01.03.2005
Gliwice za grosze straciły nieruchomości warte miliony złotych. Na
obrocie nimi władze miasta pozwoliły zarobić prywatnej firmie, a
instytucje, w których zarządach zasiadali miejscowi notable,
wzbogaciły się o atrakcyjne budynki.
Jak ustaliliśmy, Polski Bank Nieruchomości ze Złotnik koło Poznania —
spółka z kapitałem zakładowym w wysokości 10 tys. zł (!) — zarobił
na spekulacji ziemią w Gliwicach ponad 40 mln zł. Bank skupował
działki od prywatnych właścicieli, a potem za dużo wyższe sumy
odsprzedawał je jednej z sieci hipermarketów, wcześniej wnioskując o
zmiany w planie zagospodarowania przestrzennego. W porównaniu z
innymi wnioskodawcami zarząd miasta był wobec Banku bardzo
przychylny — o zmianach w planie decydował w wyjątkowym pośpiechu.
Na obrocie gliwickimi nieruchomościami skorzystały też m.in.:
miejscowa parafia, klub sportowy GKS „Piast” i Towarzystwo
Przyjaciół Gliwic. Bez przetargu i za niecały jeden procent wartości
wymienione instytucje nabyły prawo do wieczystego użytkowania
gruntów. We władzach „Piasta” zasiadali wówczas m.in. zastępca
prezydenta Ryszard Trzebuniak, członek zarządu miasta Piotr
Wieczorek i radny Stanisław Ogryzek. W zarządzie Towarzystwa
działali natomiast zastępcy prezydenta — Andrzej Karasiński i
Andrzej Pańczyszyn.
Na trop nieprawidłowości z lat 1999-2003 wpadła Najwyższa Izba
Kontroli, ale prezydent miasta Zygmunt Frankiewicz protokołu
pokontrolnego nie podpisał i zaczął się odwoływać od ustaleń jej
kontrolerów. — Nie zgadzamy się z wynikami tej kontroli w stu
procentach — kwituje sprawę rzecznik magistratu Marek Jarzębowski. —
Jeśli rzeczywiście dopatrzono się „przekrętów”, to dlaczego nie
zgłoszono tego w prokuraturze?
— Nie powiedzieliśmy jeszcze ostatniego słowa — zapowiada szef
katowickiej delegatury NIK Wojciech Matecki.
Zamiast Gliwic zarabiały wybrane firmy. Wybrane przez zarząd miasta
Do kwietnia 2003 roku, czyli do momentu kiedy gliwicki magistrat
wzięła pod lupę Najwyższa Izba Kontroli władze Gliwic prowadziły
politykę zbywania nieruchomości preferując wybrane przez siebie
podmioty. Miasto nie tylko lekką ręką za bezcen oddawało działki i
budynki, nie pobierało należnych opłat, ale też pozwoliło prywatnej
firmie na handlu ziemią zarobić miliony.
W 1997 roku skupowaniem nieruchomości w Gliwicach zajął się Polski
Bank Nieruchomości. Spółka była zarejestrowana w Złotnikach (woj.
wielkopolskie). Jak ustaliliśmy w latach 1996—2000 Bank nie osiągnął
żadnego zysku! Łączna strata firmy przekraczała 1 mln zł, a jej
kapitał zakładowy w momencie wkroczenia na gliwicki rynek wynosił 10
tys. zł. Bank zaczął jednak skupywać działki i odsprzedawać je
jednej z sieci hipermarketów. Wcześniej jednak musiał wnioskować o
zmianę planu zagospodarowania przestrzennego. Z ustaleń kontrolerów
wynika, że zarząd miasta wnioski Banku rozpatrywał w zadziwiająco
szybkim trybie. Zgodnie z analizą wszystkich wniosków złożonych
przez osoby prywatne lub podmioty gospodarcze, minimalny czas
oczekiwania na rozpatrzenie tego rodzaju wniosków wynosił wówczas
ponad rok czasu. Nie działo się tak w przypadku Banku, którego
wnioski rozpatrywano od ręki. Nie uwzględniano przy tym
obowiązującej procedury. Wiadomo ponadto, że firma kupowała działki,
którymi interesowała się sieć hipermarketów. Kupowała je za dużo
niższe pieniądze, niż te, które dostawał odsprzedając je
hipermarketowi. Poprzez takie spekulacje Gliwice straciły ponad 6
mln zł z powodu braku opłaty planistycznej!
Dlaczego spółka ze Złotnik była tak faworyzowana? Mimo usilnych
starań prezydent miasta, Zygmunt Frankiewicz o sprawie nie chciał
rozmawiać z nami osobiście. — Bank to nie nasza sprawa — uważa
rzecznik magistratu, Marek Jarzębowski.
— Kupował ziemię od prywatnych właścicieli. Obecnym właścicielem
tych terenów jest sieć hipermarketów. Oni oddali pieniądze za opłatę
planistyczną, i to z nawiązką. Dla nas nie ważne jest kto płaci,
byleby gmina miała pieniądze.
Zgodnie z naszymi informacjami Gliwice pozwoliły Bankowi zarobić
ponad 40 mln zł. To nie wszystko. Władze preferowały też podmioty, w
których same działały. Nieruchomość wartą ponad 925 tys. zł oddano
za jeden procent wartości klubowi sportowemu GKS „Piast”. Lokal miał
być przeznaczony na prowadzenie działalności wychowawczej, sportowej
wśród młodzieży. Kontrolerzy wykazali, że taka działalność
prowadzona była tylko na papierze. Jakby tego było mało, część
lokalu wynajęto na prowadzenie działalności handlowej. We władzach
klubu zasiadał wówczas zastępca prezydenta Ryszard Trzebuniak,
członek zarządu miasta Piotr Wieczorek i radny Stanisław Ogryzek. —
To było już po mojej rezygnacji z „Piasta” — zapewniał nas Ogryzek,
dziś przewodniczący Rady Miejskiej. — Być może klub nie zdążył
usunąć mojego nazwiska z rejestru.
Podobny mechanizm zastosowano przy zbyciu nieruchomości na rzecz
Towarzystwa Przyjaciół Gliwic, we władzach którego zasiadali
zastępcy prezydenta Andrzej Karasiński i Andrzej Pańczyszyn. Bez
przetargu na 99,9 proc. wartości (nieruchomość była warta blisko 500
tys. zł) Towarzystwo stało się wieczystym użytkownikiem gruntu i
właścicielem budynku. Pomimo, że nieruchomość miała być przeznaczona
na niezarobkową działalność kulturalną i oświatową już wkrótce
Towarzystwo za 340 tys. zł sprzedało ją prywatnemu przedsiębiorcy. W
ciągu trzech lat właściciel nieruchomości nie wnosił z jej tytułu
jakichkolwiek opłat, a gliwicki magistrat nie wysłał w tej sprawie
żadnych upomnień.
99,9—procentowa bonifikata została również zastosowana w przypadku
zbycia działki dla parafii rzymsko—katolickiej. Mimo że teren mógł
stanowić odrębną nieruchomość — miał regularny kształt i dostęp do
drogi publicznej, został sprzedany parafii... za 22 zł. — Wszystkie
decyzje o bonifikacie przechodziły przez Radę Miejską — zapewnia
Jarzębowski. — Pozostałe zastrzeżenia to bardziej domniemania
kontrolerów, niż fakty.
Przewodniczący Ogryzek podkreśla, że oddanie nieruchomości za bezcen
miało dobre intencje. — O innych rzeczach nie wiedziałem — mówi
Ogryzek. — Kilka lat temu radni upoważnili zarząd i prezydenta, że
we wszystkich sprawach obrotu nieruchomościami o wartości poniżej
200 tys. euro, to oni mają głos decydujący. Radni nie muszą o tym
wiedzieć.
Nie muszą też wiedzieć o dużo droższych transakcjach. Jak wykazała
kontrola zarząd podjął decyzję o sprzedaży jednej z nieruchomości
przy ul. Zwycięstwa bez informowania Rady, mimo że jej wartość grubo
przekraczała 200 tys. euro.
Anna Malinowska
---------------------------------------------------------------------
-----------
Małgorzata Pomianowska, rzecznik Najwyższej Izby Kontroli
O nie wszystkich prawidłowościach od razu informujemy prokuraturę.
Dzieje się tak w przypadku podejrzenia popełnienia przestępstw, o
których mówi kodeks karny. Narażenie na stratę to przypadek na
pograniczu prawa cywilnego i karnego. W przypadku samorządów musimy
działać również w oparciu o ustawę o samorządzie. W takim przypadku
mamy ograniczone kryteria. Celowość czy zasadność działań, zgodnie z
ustawą oceniają sami wyborcy.
Anna Malinowska - POLSKA Dziennik Zachodni"