allthejazz
19.01.04, 09:11
ŚWIAT Newsweek numer 04/04, strona 50.
Niemiecki front islamski
Muzułmańscy ochotnicy z Niemiec walczą dziś z Rosjanami w Czeczenii i
Amerykanami w Iraku. Jutro mogą uderzyć w Berlinie, Monachium albo Hamburgu.
Gdy po tragicznych atakach na World Trade Center i Pentagon wyszo na jaw, że
trzej piloci samobójcy - Mohammed Atta, Marwan al Szehhi i Ziad Dżarrahi -
przez długi czas mieszkali jako studenci w Hamburgu, niemieccy politycy
pospieszyli z zapewnieniem, że pozostali przy życiu współpracownicy
zamachowców zostaną surowo osądzeni.
Początkowo wszystko szło dobrze. Marokańczycy Mounir al Motassadeq i
Abdelghani Mzoudi, domniemani członkowie terrorystycznej siatki, zostali
ujęci i postawieni przed hamburskim sądem. Nie przyznawali się do winy, ale i
nie wypierali przyjaźni z Attą. Gdy w lutym ubiegłego roku Motassadeq skazany
został w pierwszej instancji na 15 lat więzienia, nic nie zapowiadało
sensacji. Wybuchła jednak w grudniu, gdy z braku dowodów z aresztu zwolniony
został Mzoudi. Teraz odpowiada z wolnej stopy i czeka na wyrok, który ma
zostać ogłoszony 22 stycznia. Niestety, może dojść do kompromitacji
prokuratury, która żąda dla Mzoudiego 15 lat więzienia, ale ma słabe
argumenty. Mzoudi zaś liczy na uniewinnienie. Zdążył już nawet złożyć wniosek
o... azyl polityczny w Niemczech. Twierdzi, że ojczyste Maroko może go wydać
Amerykanom.
Niezależnie od wyroku proces domniemanych towarzyszy Mohammeda Atty nie
zakończy problemu islamistów w Niemczech. Wręcz przeciwnie - walka z nimi
dopiero się zaczęła. Policja i służby bezpieczeństwa uważają, że wśród 4,1
mln muzułmańskich imigrantów w RFN działa nadal wiele radykalnych
organizacji. Przeciwko tym, które nawołują do terroru, podjęto zdecydowane
kroki.
O świcie 11 grudnia ponad 5 tys. policjantów ruszyło do akcji. W siedmiu
landach rozpoczęła się wielka obława na członków organizacji Państwo
Kalifatu. W Wiesbaden, Kolonii, Ingolstadt rekwirowano materiały
propagandowe, ulotki i broń. Nie ma wątpliwości: grupa wzywa do wojny z
Zachodem i chce obalić demokratyczny rząd Turcji.
Państwo Kalifatu to jedno z wielu ugrupowań terrorystycznych, które znalazły
w Niemczech bezpieczną przystań. Po zamachach w Nowym Jorku organizacja
została zdelegalizowana, ale nie skapitulowała. Prawie dwa tysiące jej
członków prowadziło podziemne akcje propagandowe w meczetach. Planowali
zamachy na obiekty publiczne.
Analitycy służby bezpieczeństwa szacują, że wśród niemieckich muzułmanów jest
ok. 30 tys. radykalnych islamistów działających w setkach małych organizacji.
A wspólnoty muzułmańskie, które dobrze znają islamskie środowiska i mogłyby
pomóc w wyłapywaniu groźnych radykałów, nie są chętne do współpracy z
niemiecką policją. Pod specjalny numer telefonu, gdzie można zostawić
informacje o terrorystach, nie zadzwonił jeszcze nikt.
Muzułmanów do współpracy z władzami zniechęca przekonanie o wrogości części
Niemców do imigrantów z Turcji i państw arabskich. Jako potwierdzenie tych
nastrojów odbierane są informacje o atakach faszyzujących grup na azylantów i
imigrantów.
Od ataku na World Trade Center policja wzmocniła środki bezpieczeństwa w
pobliżu "wrażliwych" obiektów, takich jak ambasady. Powoli za kratki wędrują
też najgroźniejsi terroryści. W Dortmundzie uwięziono Shadiego Mustafę
Abdallę, 27-letniego Palestyńczyka z Jordanii, członka islamistycznej
organizacji Al Tawahid (Jedność Wierzących). Spędzi on w więzieniu tylko
cztery lata, bo zdecydował się współpracować z policją. Ma zeznawać przeciw
trzem dawnym kompanom w procesie, który powinien ruszyć wiosną przyszłego
roku.
Życiorys Abdalli pokazuje, że do terrorystycznych organizacji niekoniecznie
trafiają zaślepieni fanatycy. Abdalla żył w Niemczech z zasiłków, trwonionych
na alkohol i narkotyki. Zmienił się, gdy nawiązał kontakt z islamską grupą,
która nawróciła go na "właściwą drogę". Inni niemieccy rekruci "świętej
wojny" są podobni: młodzi, biedni i przeżywają życiowe trudności.
Filip Gańczak
Artykuł ukazał się w tygodniku Newsweek Polska, w numerze 04/04 na stronie 50