Dodaj do ulubionych

Humoreski:)

    • madohora Re: Humoreski:) 05.10.14, 17:48
      Pociąg paryski miał właśnie wyjechać z stacyi Roun. W tem wśiada jeszcze nagle do przedziału 1. klasy naszelny redaktor Fiigara Dr. L. z zapalonem cygarem między zębami.
      Prawie chciał się w jednym kąciku wygodnie rozłożyć, gdy spostrzegł siedzącą naprzeciwko siebie starszą madamę. Redaktor, jako człowiek grzeczny, chciał właśnie, przypominając
      sobie przepisy galanteryi, cygaro wyrzucić przez okno, gdy jego starsze vis a vis jak jastrząb na niego wpadło, pytając go, czy nie ma moresu, że w obecności kobiety pali a że zresztą
      jest W przedziale dla niepalących? „Ale proszę pani, wszakże pani widziała, żem byt właśnie
      w: pogotowiu wyprzedzić życzenie pani, — tak odpowiada redaktor i dodaje: Ale ja nie chcę wogóle łaskawej pani dłużej stać w drodze!" To powiedziawszy, przesiada do sąsiedniego
      przedziału trzeciej klasy, aby tam móc dalej swoje cygaro wypalić. Ale w tym przedziale napotyka polskiego żyda (hauzyrera), który właśnie wypakował swoje śniadanie. Jakiś wstrętny i przenikliwy czuch buchał z jego paczki, jakby z „twamżek" starych, czosnku i cebuli.
      „To znakomite!“ , myśli sobie redaktor i pyta żyda, czy już też jechał 1. klasą? Gdy ten stwierdził, że nie, wtedy prosi redaktor: „Ach, proszę pana, niech pan weźmie mój bilet
      I. klasy a da mi swój bilet III. klasy, a proszę się tam, też nie wstydzić za swoje śniadanko!“ —
      To powiedziawszy bierze żyda i prowadzi do przedziału I. klasy, który właśnie dla onej pani delikatnej opuścił i placuje go na swem miejscu naprzeciw paniczki. Pociąg dopiero za dwie godziny doszedł do Paryża, tak że czuła matrona miała sporo czasu do przeklinania tej zmiany
    • madohora Re: Humoreski:) 05.10.14, 17:53
      Można często zauważyć, że ludzie przychodzący z innych okolic, w; których dłużej przebywali, nie tylko niejedno opowiadają, gdy znowu przychodzą do swoich, co ziomków bardzo interesuje, ale, że też często, aby się pokazać w całej swej wartości i wyższości, wszystko co widzieli w świecie podnoszą aż pod niebiosa a o swoim domie mówią pogardliwie.
      Inni zaś postępują inaczej. Ci wychwalają wszędzie, dokądkolwiek przychodzą, tylko swój kraj, porządki i stosunki, jako i sztukę i sposób pracowania swojej ojczyzny, swojej rodzinnej
      ziemi. Celują w tym względnie przede wszystkiem Amerykanie. Ich zarozumiałość święci wprost tryumfy, kiedykolwiek przychodzą do Europy. Dobrze, jeśli im tu, jak to tu powiadamy,
      umie ktoś dobrze „trumfnąć“ To potrafił jeden fiakier wiedeński. Wiedeńscy dorożkarze
      są, wogóle znani z swojej inteliigiencyi. Przychodzi tu raz do Wiednia pewien nadęty Amerykanin, bierze fiakra i poleca mu pokazać sobie wszystkie monumentalne budowy wiedeńskie. Fiakier, widząc burżuja, spełnia swe zadanie jak najlepiej. Wiezie go do muzeów wiedeńskich. Znakomite budowy, to przyznać musi i Amerykanin. Po chwili pyta fiakra: „A czy wiecie, długo te budynki budowano?" Biedny fiakier słyszał w życiu rozmaite pytania i odpowiedzi, lecz czegoś podobnego nie, ale na żaden wypadek nie chciał też wypaść z roli znawcy Wiednia, a tak odpowiada na ślepo: „2 lata!“ — Na co Amerykanin „Ach, takie budowy potrafimy u nas w Ameryce zrobić za rok!“ . Jazda prowadzi dalej do burgu. „A długo to budowano?" Fiakier na to: „Jeden rok!“ Amerykanin uśmiecha się i mówi: „Człowiecze, u nas zrobiono by coś podobnego wygodnie za pół roku!" Jadą dalej ku kościołowi św.
      Szczepana (którego budowa trwała z przerwami kilka wieków). Fiakier myślał sobie: Ja ci tu dam odpowiedź, co się przestaniesz chwalić! — I znowu to same pytanie: „Długo budowano ten kościół?“ Fiakier bez namysłu: „Pół roku, Euer Gnadenl“ — „Hm, mówi Amerykanin, wspaniałe! ale u nas w Ameryce zrobilibyśmy to wygodnie za trzy miesiące!“ — Jazda! Przyjeżdżają do kościoła ślubowania (Yotiykirche) We Wiedniu (wspaniała budowa!) „A długoście to budowali?" pyta Amerykanin. „Ja niewiem, odpowiada teraz fiakier, gdy tu
      wczoraj jechałem, to go tu jeszcze nie było!“
    • madohora Re: Humoreski:) 11.10.14, 15:41
      Pewna nauczycielka opowiadała, że raz, przyszedłszy do klasy, zastała pewną dziewczynkę, która była bardzo pilna w nauce, rzewnie płaczącą. Zapytała się jej, dlaczego płacze.
      — „Płaczę dlatego, że jestem tak bardzo brzydka i muszę za to znosić pośmiewisko całej szkoły*' — odpowiedziała owa dziewczynka.
      Nauczycielka kazała jej po nauce przyjść do siebie i podarowała jej szkaradną bryłę, mówiąc: „Weź to i zasadź w ziemi i podlewaj dobrze wodą. Ta niepozorna bryła będzie
      przedstawiała twoją osobę. Zobaczysz co z niej będzie. Za kilkanaście dni przyszła dziewczynka do nauczycielki po nauce i rzekła z radością: „Z tej bryły wyrastają prześliczne listki. Zo b a c z y s z , co dalej będzie“ — rzekła nauczycielka.
      Po pewnym czasie znowu rzekła uradowana dziewczynka : „Z tej szkaradnej bryły wyrósł najpiękniejszy kwiat, jakiego jeszcze w życiu nie widziałam!
      — A widzisz — rzekła nauczycielka — jest to japońska lilia.’’ Jako z tej niekształtnej bryły wykwitł najpiękniejszy kwiat, tak i z ciebie wykwitnąć może najpiękniejsza dusza tylko bądź zawsze tak dobrą, grzeczną i pilną, jak jesteś. I tak się też stało. Z niepozornego ciała tego wykwitła najpiękniejsza dusza i wszyscy ją pokochali i wysoko poważali dla jej dobrej i pięknej duszy i była szczęśliwa. Nie piękność ciała, ale piękność duszy ma większą wartość
      i jest prawdziwą pięknością
      • madohora Re: Humoreski:) 18.10.14, 18:51
        Żarski nie chorował nigdy w życiu. Interes szedł mu dobrze, żona poczciwie wychowywała dziatki, nie było wielkich uciech, ale i zmartwień nie było. Nic więc dziwnego, że Żarskiemu przybywało co roku tuszy, a gdy doszedł do pięćdziesiątki ważył już 110 kilogramów. Lepiej być tłustym niż chudym - mówią - nim bowiem tłusty schudnie, to chudego już dawno pogrzebali. Zdanie to często przytaczali Żarskiemu przyjaciele jego na pocieszenie, ale nie pocieszyli go tern bardzo. Otyłość ma swe ujemne strony - dowodził zdesperowany rzeźnik. Najpicrw nogi mnie bardzo bolą, nosić bowiem muszę moje ciężkie ciało od rana do nocy.
        To nie żart dźwigać dwa centnary! W lecie pocę się okropnie łaźnia niczem! Kilka koszul zmieniać muszę na dzień. A w końcu ciągle wisi mi nad głową niebezpieczeństwo nagłej śmierci. Były to zarzuty nielada, więc przyjaciel Herdzina poradził Żarskiemu, aby się udał do specyalisty na kuracyę. "A cóż to jest za doktor ów pan Specyalista?" pytał dobrodusznie. rzeźnik, który dotąd z doktorami nigdy nie miał do czynienia. "Specyalista, to nie jest nazwisko doktora, lecz tak mówi się o lekarzach, którzy wyłącznie leczeniu jednej poświęcają
        się choroby. Na przykład ty jesteś rzeźnikiem od wołów, Jacek bije konie, Jantek kłuje wieprze. Każdy jest specyalistą tylko w swoim fachu." "Lekarze piszą się jednak doktorami wszech nauk lekarskich ?" "Oh, nie możesz mnie pojąć!" skrzywił się Herdzina. "Dziś lekarze uczą się o wszystkich chorobach po troszeczku, ale potem obierają sobie jedną tylko chorobę dla gruntownego zbadania. Gdyby tobie kazali zrobić kiełbasy, tobyś je tam jakoś popitraszył, ale nigdy nie zrobiłbyś tak smacznych, jak Jantek, bo on w kiełbasach specyalistą. Podobnie i lekarz każdej czepi się choroby, ale w jednej obranej przez siebie jest niedoścignionym specyalistą. Na przykład jeden leczy tylko oczy, drugi brzuchy; jeden jest specyalistą od paznokci, drugi od nagniotków; jeden umie zrobić tak, żeby chudy utył, drugi żeby tłusty
        zesechł na szczypę." "Takiego potrzebuję specyalistę." "I "Aha, teraz już rozumiesz, co to jest specyalista?! Otóż idź że do takiego, a ten ci da tak praktyczne wskazówki, że nie będziesz potrzebował chodzić do niego kilka razy, jak do innych niespecyalistów." Żarski podziękował "za oświeoenie" swemu przyjacielowi i udał się do specyalisty od "schudnienia", który odtłuszczał pasibrzuchów. Dr. J asiilski, mąż szerokiej sławy, niejedną setkę tłuściochów wyprasował już na szkielet. Zbadał serce Żarskiego i poklepał go po ramieniu. "Szczęście, żeś pan zawczasu zgłosił się do mnie. Serce ma uderzenia niedokładne, lada dzień mogła nastąpić katastrofa. Jadaj pan tylko 10 deka mięsa na dzień, nie pij piwa ni wódki, a rób forsowne marsze cały dzień, czy deszcz czy pogoda. Tak przez pół roku. Potem zgłoś się pan do mnie..
        Tania recepta zadowoliła Żarskiego. Postawił za ladą, handlu żonę, sam zaś biegał jak opętany po mieście i okolicznych wioskach. Ważył się co miesiąc i z rozkoszą zauważył, że
        kuracya znakomicie skutkuje. Każdego miesiąca ubywało sadła. W piątym miesiącu doprowadził już do tego, że jego powłoka straciła 30 kilogramów. Pomimo dżdżystej jesieni prowadził kuracyę forsownie dalej, chcąc utargować choć 20 kilo. Ale wkrótce spostrzegł, że nogi mu puchnąć zaczęły, a rwanie zasnąć mu nie dało. Zjawił się reumatyzm w całej okazałości. Czy nie lepiej było pozostać tłuściochem, ale wolnym od reumatyzmu?!" pytał się żony i przyjaciół. "Udar serca już dawno byłby cię zabił," pocieszali go, a reumatyzm wyżre wszelki tłuszcz z organizmu i teraz dopiero będziesz normalnym człowiekiem. Zresztą i na reumatyzm jest sposób. Idź do specyalisty, on go zaraz wypędzi." Poszedł rzeźnik do specyalisty od reumatyzmu i zażądał prędkiego środka. Specyalista pokiwał głową i z rezygnacyą rzekł: "Jak chodzi o pośpiech, to włóż pan nogi po kolana w mokry piasek, aż się dobrze rozgrzeją!" Środek ten znakomicie poskutkował. Już w czwartym tygodniu zeschły nogi tak, że przez skórę wydobywały się piszczele. Równocześnie jednakowo poczuł Żarski drapanie w gardle, potem darcie, wreszcie już mówić przychodziło mu z trudnością. Chroniczne zapalenie usadowiło się w gardle na dobre. "Gardło, co tam gardło, albo to jeden choruje na gardło?" pocieszali przyjaciele. ,,W jesieni i zimie każdy przechodzi katary i zapalenia gardła, mniejsze lub większe. Płucz gardło słoną wodą, a za tydzień będziesz
        zdrów!" Nie pomogło jednak słone płukanie. Z gardłem było coraz gorzej. Udał się więc teraz Żarski do specyalisty chorób gardła. Ten wskazał mu jako konieczność leczenie elektryką.
        Chodził więc codziennie rzeźnik do specyalisty i elektryzował gardło bardzo regularnie. Wkrótce nastąpiło polepszenie, a potem wyleczenie! Elektryka lecząc gardło, zaszkodziła jednak nerwom i głowie. Żarski rozdrażnił się do tego stopnia, że nawet spać nie mógł.
        W głowie czuł jakąś ociężałość i szum. Już nawet o swej chorobie myśleć nie mógł porządnie i nie wiedział, co robi. Zaprowadziła go żona do innego specyalisty, który leczył choroby nerwowe. Ten zalecił mu spokój, dyetę, leżenie na słońcu i łykanie silnych dawek bromu. Kuracya znów znakomicie pomogła, rzeźnik począł sypiać, pozbył się bolu głowy, ale zrujnował żołądek. Nie miał apetytu, odbijały mu się kwasy, stracił siły i wysechł jak szczypa. Wydłużyło mu się oblicze nieprzyjemnie, oczy zapadły głęboko, wyglądał jak suchotnik.
        Przestraszona żona zaprowadziła go teraz do specyalisty, który leczył suchotników. Ten opukał rzeźnika troskliwie i pocieszył, że choć płuca są bardzo osłabione, jednak przez odpo-
        wiednią kuracyę wzmocni swe siły. Musi starać się przedewszystkiem jeść dużo i tłusto. Codziennie pół kieliszka wódeczki, namoczonej w piołunie i szałwii zrestauruje mu żołądek
        i wilczy wywoła apetyt. Tylko cierpliwości i wytrwałości, a organizm z przybywającą tuszą odzyska i siły. Tak się stało, jak przepowiedział doktor. Z przybywającą tuszą wracało Żarskiemu zdrowie, humor i siły. Po pięciu miesiącach, gdy stanął na wadze, znów ważył 110 kilogramów wrócił więc do tego samego punktu, z którego wyszedł przed dwoma laty, gdy rozpoczął kuracyę. Dwa lata męczył się i cierpiał niepotrzebnie i u specyalistów leczył. Stracił dużo pieniędzy i zaniedbał swe interesa. Oto, co zyskał na kuracyi u specyalistów. Kiedy w restauracyi rozprawiał znajomym o przebytych utrapieniach, tak kończył zawsze swe opowiadanie: "Jeżeli między rzemieślnikami są specyaliści, to ma to jakiś sens; kto robi same płaszcze, ten nie zaszkodzi robiącemu fraki. Kto robi szafy, nie zawadza fabrykującemu tylko stołki. Ale głupstwem jest specyalność w leczeniu. Specyalista leczy ci tylko nogę lub gardło, a niech tam dyabli biorą resztę ciała. chirurg mówi, że operacya się uda - a człowiek umarł. Bierz licho specyalistów, a gdy będę znów chory, pójdę do takiego lekarza, Który wszystko leczy i zwraca uwagę na zdrowie całego organizmu.
    • madohora Re: Humoreski:) 18.10.14, 23:24
      Przebiegły - Kalif (panujący książę arabski) obiecał córkę i tron temu, kto mu opowie tak długą historyę, że końca mieć nic będzie; a gdyby skończył, da mu uciąć głowę. Jeden śmiałek przybył i powiada: Był ogromny spichlerz pełen zboża, a w dachu była mała dziurka. Przyleciała ogromna chmura szarańczy; pierwsza szarańcza wlazła dziurą i wzięła jedno ziarno potem wlazła druga i wzięła jedno ziarno. Tak opowiadał sześć miesięcy, aż Kalif śmiertelnie znudzony, kazał mu przestać i dał mu swą córkę za żonę.
    • madohora Re: Humoreski:) 18.10.14, 23:28
      Czterech . filutów, przyszedłszy do gospody, kazało sobie dać: dobry obiad i piwa. Zjadłszy i napiwszy się dobrze, jeden z nich udawał, że chce za wszystkich zapłacić i sięgnął ręką
      do kieszeni swojej, drugi niby mający podobny zamiar, przytrzymał rękę pierwszego. Trzeci odezwał się, iż on koniecznie ma zapłacić za całe towarzystwo. Czwarty obróciwszy się do
      kelnera owej gospody, który pieniądze miał odebrać, rzecze: "To ci mówię, żebyś od żadnego z tych panów nie przyjmował pieniędzy; ja ci za wszystkich zapłacę" Gdy się tak
      z sobą umawiali, jeden z nich rzecze: "Oto tak postąpimy, panowie, zawiążemy oczy temu kelnerowi, jak w ślepą babkę grając czynią, a którego z nas złapie, ten zapłaci!" Zgodzili się na to. Łatwowierny kelner z zawiązanemi oczyma, zaczął się po izbie kręcić, a jeden za drugim cicho wymknąwszy się uciekli. Tymczasem sam pan tej gospody wchodzi do izby.
      Czeladnik złapawszy go, rzecze: "Pan musi zapłacić!" Otworzy oczy, spojrzy, aż ci to pan jego, a z owych filutów żadnego nie znajduje. Łatwo się domyślić, jak się potem z panem rozmówił.
    • madohora Re: Humoreski:) 18.10.14, 23:35
      Historyjka o parobku i o grochu

      Pewien wybredny parobek, siedząc nad misą pełną grochu, przewróciwszy łyżkę wklęsłością do dołu, tak jął mówić do grochu: - Jeśli się będziesz na łyżkę brał, to cię będę jadł.
      Groch oczywiście na odwróconą łyżkę brać się nic chciał. Gospodarz to zauważył, ale nie mówił nic. Zdarzyło się jednak potem w lat parę, gdy rok był nieurodzajny, że ten sam parobek, który się już ożenił i osiadł na własnej gospodarce i chleba mu nie stało na przednówku, przyszedł do swego dawnego gospodarza prosić o wspomożenie, Kmieć otworzył mu śpichlerz, w którego jednym kącie leżało żyto, w drugim jęczmień, w trzecim tatarka (poganka), a w czwartym groch. Może ci grochu potrzeba? - zapytał gospodarz. Oj, przydałby się, przydał - odpowie biedaczysko. Więc daj miech i trzymaj! To mówiąc, wziął szuflę i trzymając tak samo na opak, czyli dnem do góry, mówi do grochu: - Jeśli się będziesz brał, to cię będę sypał. - Panie gospodarzu, odwróćcie szuflę, to się zaraz groch weźmie. - A pamiętasz mój bratku, jakeś u mnie gardził tym grochem, odwracając łyżkę nad miską?
      Parobek dalejże za nogi gospodarza, przeprasza go ze łzami i wyznaje, że zgrzeszył, gardząc darem Bożym, a poczciwy kmieć, dawszy pożyteczną naukę, przebaczył mu i nasypał
      w cztery miechy: żyta, jęczmienia, tatarki i grochu.
      • madohora Re: Humoreski:) 11.11.14, 21:28
        Idę do Tereski
        Ona ma różne humoreski
      • madohora Re: Humoreski:) 03.02.15, 19:51

    • madohora Re: Humoreski:) 23.11.14, 00:55
      Tanie wino.

      Pewne towarzystwo mężczyzn jechało w piękny dzień zimowy w dobrze i pięknie zbudowanych saniach ze Saksonii do jednego miasta w Czechach. Było ich czterech. Ubrani byli we
      futra i czapki futrzane, tak że im w starych saniach cieplej było, niż niektóremu przy piecu. Oprócz tego mieli w saniach całkiem nową flaszkę ogrzewającą, aby przypadkiem sobie nóg nie odmrozić. Podróż odbywała się bez żadnej przeszkody, a austryackie wino smakowało im pod "czarnym koniem", gdzie wstąpili po drodze, tak znakomicie, że w krótkim czasie stała na stole
      cała baterya próżnych flaszek.
      "Znakomite wino!" - powiedział pierwszy, właściciel dóbr, "życzyłbym sobie tylko, żeby i u nas zamiast ziemniaków wino rosło."
      "Gdyby nie było na wino tak wielkiego cła," -powiedział drugi, kupiec z zawodu, "porzuciłbym mój interes zaraz i handlowalbym winem."
      - "A ja urządziłbym winiarnię," - rzekł trzeci, fabrykant, "a wy, moi panowie, bylibyście u mnie codziennymi gośćmi."
      - "Toby mi się podobalo," powiedział czwarty, budowniczy z zawodu. "Wiwat Austrya i jej wino!" zawołał właściciel dóbr. "Wiwat, wiwat," zawołali i inni.
      "Heda, panie gospodzki!" zawołał właściciel dóbr. "Ma pan jeszcze dużo tego szlachetnego trunku w zapasie?,
      "Będzie tak z tego jeszcze kilka beczek - odpowiedział na to gospodzki, zdjąwszy swą czapeczkę i przystąpiwszy bliżej do gości.
      "Gdyby tylko nie było tak wysokiego cła!" powiedział kupiec, "wziąłbym sobie też kilka flaszek."
      "Idzie to też bez cła," wtrącił fabrykant, "przemycimy wino przez granicę."
      "Oho!" odezwał się właściciel dóbr, "to nie idzie tak łatwo; strażnicy cłowi mają baczne oko; toby nas potem dużo kosztowało !"
      "Mam dobrą myśl," rzekł budowniczy. "Każmy sobic flaszkę ogrzewająaą napełnić winem, na to nikt nie przyjdzie, że tam wina."
      "Brawo!" zawołali inni jednogłośnie. "To się nazywa dobry pomysł, tak też zrobimy."
      Gospodzki przyniósł natychmiast wychłodzoną flaszkę ze sanek i napełnił ją tym szlachetnym trunkiem. Goście zapłacili za jadło i trunek i odjechali śmiejąc się i śpiewając w zimną noc.
      Owinięci we futra, wino w głowie, wino przy
      nogach, jak im miało być zimno? A przecież dreszcz ich począl przechodzić, gdy po półgodzinnej jeździe stanęli przed saskiin urzędem cłowym i na zapytanie strażnika, mającego służbę: "Jest co do opłacenia?"
      odrzekli "Nie!"
      Ale strażnik nie dawał wiary wszystkiemu i wsunął rękę do sanek, aby pomacać, czy też tam
      niema co podejrzancgo. Ale jak prędko rękę wsunął, tak ją prędko wyrwał napowrót, gdy się domacał zimnej jak lód flaszki. "To 'przecież można było też w domu zostawić, jeżeli jest
      zimna," mruczal strażnik gniewnie, podczas gdy sanie po gładkim śniegu,dalej ruszyły.
      "Teraz,wygraliśmy," powiedział z cicha właściciel dóbr.
      "To był znakomity figicel" zawołał kupiec.
      "Panie budowniczy, z pana szczwany lis," powiedział fabrykant.
      "A ,wy jestcście jeden jak drugi okropnymi filutami," odrzekł ,budowniczy.
      "Budowniczemu ,musimy dzisiaj jeszcze zaśpiewać "Niech żyje nam" zawołał kupiec.
      "Ma się rozumieć, w najbliższej gospodzie!" zawołali wszyscy chórem. Sanki stanęły rzeczywiście zaniedlugo przed gospodą. Po
      półgodzinnej przerwie, w której wypili na zdrowie budowniczego, wsiedli znów do sanek. Ale jak się zadziwili, uczuwszy w nogach przyjemne ciepło.
      "Do dyabła!" zawołał fabrykant. "Flaszka ogrzana”
      "Jak to możliwe? Może co gore! - powiedział przestraszony kupiec.
      Parobek, który prawie konie zaprzęgał, przybiegł i rzekł z radością: "Nieprawda, panowie? dobry miałem pomysł. Fłaszka byla zimna jak lód, więc napelniłem ją gorącą wodą." "A to, co tam było ?, zagadnął budowniczy z przerażeniem.
      Wylałcm do rynsztoku," odpowiedział parobek z zadowoleniem i z największym spokojem.
      ,,O ty głupoczec!" zawołal właścicieł dóbr i porwał z gniewem za cugle tak, że sanie nagle ruszyły z miejsca i że o mało wszyscy z nich nie wylecieli. Parobek stał jak skamieniały i patrzał mrucząc w swoją pomiętą dłoń. Ani jednej flaszki nie napełnię gdyby sobie nawet wszyscy nogi poodmrażali- rzekł gniewnie. Ci czterej panowie jechali z wielkiem niezadowoleniem do domu, jeden do drugiego nawet się nie odezwał, ale w duchu poprzysiągł sobie każdy z nich nie oddawać się więcej przemycaniu.
    • madohora Re: Humoreski:) - metrer słomy 13.03.15, 22:48
      Kiesi, juz doś downo tymu, miyszkoł w Ochabach jedyn kumornik, a był to straszny
      wiłogłów. Błozna sie go dzieciały dycki i co chwile musioł kómusi cosi wymarasić. Bez tego ni móg żyć. Nazywoł sie Czornecki. Jak to kumornik, piniędzy nigdy ni mioł, a gorzołeczka mu strasznie szmakowała. Nieboszczyk Tramer, co mioł kiesi gospode, nie chcioł mu już dawać na gebeno, bo mioł ś niego brać, kie w chałupie biyda aż piszczała. Czornecki se tam z tego nic nie robił, ale dycki kómbinowoł, jakoby też prziś ku piniądzóm na te gorzołeczke. Roz se siedzi w gospodzie przi achtliku ze starym Rychlikym. To była tako drugo wymasta. Nawinół sie jakisi handlyrz z Górnego, co chcioł kupić słómy. Jak to Czornecki usłyszoł, zaroz. sie s nim doł do godki i prziłobiecoł handlyrzowi sprzedać dwa metry słómy. Handlyrz mu doł cosi na zodanek, postawił achtlik, potym wzión Czorneckiego na furmanke i pojechali do jego chałupy. Jak już byli przi chałupie, Czornecki kozoł chłopu poczkać i prawił, że idzie do izby po klucze od stodoły. A chałpe mioł drzewianóm, takóm lichóm bude, jako to kumornik. A naokoło było tam wiency chałup i stodół. Handlyrz siedzi na wozie pod chałpóm, czeko, doczkać sie ni może, a Czornecki jak z tej chałpy nie wychodzi, tak nie wychodzi. Jak już to trwało dobróm chwile, wloz do chałupy, dziwo sie, a w kóncie kole łokna siedzi staro Czornecko i łoto spódnice. Chłop sie pyto, kaj je gazda z kluczami od stodoły, żeby te słóme se móg wziąś. Baba zrobiła na chłopa łoczy, bo o niczym nie wiedziała ani swoigo chłopa nie widziała i zaczyno lamyntować, że sóm biydnymi kumornikarni i żodnej słómy ni majóm a stodoła, co stoi blisko chałpy je od sąsiada. Mógliście widzieć, co sie nawyzywała na starego, jak sic dowiedziała, że wzión zodatek na słóme, co ji ni mioł. Prawiła, że jejimu chopu ni ma co wierzić, bo to je bity cygón i wichlyrz, co jyno myśli, kajby piniądze na gorzołke wywichlarzić. A Czornecki, tyn lagramynt łobeszeł kole chałupy żeby sie handlyrz nic wszymnół, i stracił sie z łoczy, że go ani baba nie uwidziała przez łokno. Handlyrz, jak mu to baba wszystko łopowiedziała, klón, co wlazło, ale cóż mioł poradzić. Luto sie mu zrobiło biydnej baby skyrs takigo chachara i poszeł do sąsiadów, a wygónił cosi tej słómy. Jak jechoł
      spadki, stawił sie ze złości do Tramera, dziwo sic a tam miły Czornecki siedzi se jak gdyby nic przi achtliczku i popijo gorzołke. Za piniądze z tego zodanku, co mu handlyrz doł za słóme. Mógliście sie dziwać, jak sie handlyrz ciepoł. Niewiela brakowało, a dostałoby sie Czomeckimu porządnie biczyskym. Ale Czomecki, nie w ciymie bity, prawi se mu tak:
      _ Łobiecołech dwa metry słómy, to słóma bydzie. Pójcie haw sy mnóm.
      Wyszeł z handlyrzym przed gospoda i pozbiyroł pore słómek rozciepanych na ziymi. Wyjón z kapsy skłodany colsztok, łodmierził handlyrzowi dwa metry tych słómek i doł mu.
    • madohora Re: Humoreski:) 28.05.15, 10:30

    • madohora Re: Humoreski:) 25.08.15, 19:16

    • madohora Re: Humoreski:) 20.09.15, 23:48
      - Co to jest strzelba? Strzelba jest to ładnie wyczyszczona i politarowana żelazna rurka, nabita prochem lecz nie tym prochem co leży na drodze ale żelaznym z saletry i kuglami, ale nie kuglami szabasowymi tylko kuglami ołowianemi i żelazmemi nabita. Następnie na wierzchu jest taki kogucik i panewka a pod spodem języczek. Pociągnij Mojesze za języczek, kogucik wyda trzask a panewka błyśnie a ładnie wypoliturowana żelazna rurka zrobi wielki harmider a ty Mojsze stań sto kroków i patrz w tę rurkę. Kula leci, leci i uderzy w końcu w ciebie i ty będziesz zabity jak pies. Oto co jest strzelba.
      • madohora Re: Humoreski:) 25.01.22, 23:44
        Panna Lilka proszę pana
        Była w panu zakochana
        Lecz pan nie zauważył wcale
        Odeszła z Jankiem i z żalem
    • madohora Re: Humoreski:) 25.02.16, 21:48
      Historja o wesołym urzędniku, który przez pól roku nie chodził do biura.

      Młody człowiek, wykształcony i zdolny, został przyjęty do min. spraw, wewn. i po roku nienagannej służby został w styczniu 1922 r. stabilizowany. Lecz nagle dnia 25 lutego, szef jego donosi dyrekterowi biura, że od dwóch tygodni nowy urzędnik nie pokazuje się wcale w ministerstwie. Dyrektor miał wielką ochotę napomnieć urzędnika, lecz, niestety, nie mógł go nigdzie znaleźć; w biurze leżały tylko rękawiczki, kapelusz i bluza, a właściciela ich przez 5 miesięcy nie widziano. W ko ńcu czerwca dyrektorowi tego już było za wiele i przeniósł urzędnika do innego biura. Młody człowiek dowiedział
      się o tem postronnie i przeniósł skrupulatnie swoje rękawiczki, bluzę i kapelusz do innego, wyznaczonego sobie pokoju... odtąd znowu zniknął. Wobec tego 11 sierpnia postanowiono
      działać energicznie i kapelusz z bluzą i rękawiczkami, przeniósł się znów do innego departamentu.
      Ostatecznie 24 listopada, szef biura, zażądał zmiany urzędnika. Dyrektor personalny postanowił
      dać sprawę radzie dyscyplinarnej, która listownie wezwała pana referenta na 12 grudnia. Oczywiście wezwany się nie zjawił, lecz za to 20 tegoż miesiąca nadszedł list, w którym urzędnik uskarża się na szykanowanie go, gdyż? twierdził słusznie ? nie spóźnił się jeszcze ani z jedną sprawą, która mu
      została oddana. Następnego zaś dnia przyszła znów wiadomość, że p. referent nie może się zjawić, gdyż jest mocno zakatarzony. Minęło kilka dni i 30 grudnia wysłano komisję do domu urzędnika.
      Faktycznie znaleziono go w łóżku, lecz nie dyskretna stróżka wyznała, że młody pan zawsze wstaje dopiero popołudniu; jest bowiem namiętnym tancerzem i całe noce spędza w dancingu. Tajemnica nieobecności została zatem wyjaśniona i dyrektor zażądał bez skrupułów natychmiastowego przybycia.
      Urzędnik zjawił s!ę, lecz dopiero 4 stycznia.
      ? Dlaczego pan dopiero teraz przychodzi?
      ? Byłem tu 2 stycznia, lecz było zamknięte.
      ? Przecież 2 stycznia ministerstwo nie urzęduje?
      ? Otóż to! Sam pan dyrektor musi przyznać, że taki fakt nie zachęca do pracy,?odparł najspokojniej w świecie sumienny referent.
      Sprawa cała przybrała formę skandalu. Wszystkim już było tego za wiele. Dnia 17 stycznia rada dyscyplinarna powzięła postanowienie, Jakie? Niktby nie zgadł! Ponieważ nie mogli się odważyć na wypędzenie urzędnika, a o degradacji nie mogło być mowy, gdyż urzędnik miał dopiero niższą rangę, zaopinjowano, że należy dać mu na razie awans, by móc go następnie zdegradować! I minister przychylił się do tej opinji.
      * *_ *
      Miejmy tę satysfakcję, że rzecz ta, przepyszny typ bałaganu nie działa się bynajmniej w Polsce, lecz we Francji. ?Coby jednak było, gdyby ten urzędnik miał jeszcze protekcję?".

      1892
    • madohora Re: Humoreski:) 06.11.16, 19:39
      smile
    • madohora Re: Humoreski:) 02.04.17, 19:04
      big_grin
    • madohora Re: Humoreski:) 12.04.21, 18:50
      W ubiegłą sobotę odbył się bal urządzony sta raniem Towarzystwa zakładania Wentylatorów w kasach żelaznych a pod protektoratem Wściekłei Klary. Gości było moc; zwłaszcza z Rataj, Środki, Tylnego CHwaliszewa i Główny. Wprawdzie tak zwana „feiń-wiara“ nie dopi sała z tei ostatniej, bo niektórzy „za paczki kole jowe" jeszcze siedzą, a inni świeżo sporutowani o ten wagon cukru, nie mają jeszcze odwagi zapusz czać się w ludniejsze ulice miasta. Ale wszystko było ef, ef! Pelasia Drajerczakówna grała na gramofonie a stara „wyginała się", robiąc honory. Ainz, a! My mogemy... Nie tak einfach! Futru wiara naszibowała, noblesów „szubra- nych“ przyniosły pensjonarki od Ganowicza, a na oparę wszyscy dawali bejmy; ile kto miał i ile kto naskibował. Zabawa odbywała się pod hasłem: Wiara w skok, bo szkieł!... bowiem policja nie była zapro szona! Gramofon rżnie; „Ady ino ją tam szoruj, szo ruj!" Wesoło, hucznie, tanecznie że „ani mucha nie usiądzie! — Słychać urywane djalogi; — Jużbym przyszedł fraj, ale jak sędziowie poszli do sieczkarni pyskują, pyskują, zaś potem wychodzą i ten jeden powiada: „piąć Jonów...akiś inteligent poucza swego towarzysza: — A ja ci powiadam, że w Głównie będzie ple biscyt. Rataje będą miały porutę z Zegrzem o do stęp do Warty a Chwaliszewo się odłączy od Po znania. Będziemy mieli swój sąd... — Tak też lepiej, nie będziemy galicjaków wpuszczać i futer pójdzie runteri — Więc ja siedziałem pięć miesięcy za darmo, bo mi śledztwa wcale nie porachowali...
      • madohora Re: Humoreski:) 12.04.21, 19:02
        Ojciec chrzestny, znany „obuwnik 11 , nazwiskiem Stefański, tak się przed czasem u I a k i e r o w a 1, że o ździebko byłby dziecko upuścił i roztrzusł w kościele... Takie ć o ś??? Ksiądz małemu gzubowi zmył łepetynę, a staremu Stefańskiemu powiedział, że jcs: ochła pu s, i poszedł sobie na plebanję. Wiara pojechała powózką do chaty 7 glancem i z politurą. Się nie bój !... W chacie Wałkowiak gra na d u d a c h, Kacz marek na klarnecie, a Staśku Frąckowiak wali w bęben i poci się, choć jest bez żakietu. A i n o fest!!! — Jaśku, wol ty, bo jo już nie mogę 1 .. Wiara przyśpiewuje w tańcu: „Moja rnatuś dejże mi ją, „Bo worn ślipie powybijom. . Marysia Jóźwiakówna krzyczy na Pieśka mocno podirytowana: — Ty we mnie nie zaczynaj, bo dostaniesz tak po szrrupie, że cie rodzona matka nie pozna. A Piesiu do niej:
    • madohora Re: Humoreski:) 15.08.21, 15:23
      https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/rb/qa/wzpg/uOqAO9LQZMg5pSRsX.jpg
    • madohora Re: Humoreski:) 25.01.22, 23:43
      https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/rb/qa/wzpg/uOqAO9LQZMg5pSRsX.jpg
      • madohora Re: Humoreski:) 25.01.22, 23:43
        https://fotoforum.gazeta.pl/photo/3/wd/qa/jcow/RYdgUwFaa5fXUy7G2X.png
    • madohora Re: Humoreski:) 07.07.22, 17:48
      https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/rb/qa/wzpg/uOqAO9LQZMg5pSRsX.jpg
    • madohora Re: Humoreski:) 23.01.23, 19:39
      Gaweł Wolniak, zamożny gospodarz w So
      śnicy, żył od dawna w niezgodzie z są
      siadem swoim Kubiakiem. Jabłkiem niezgody
      była miedza grani
      czna, o którą się od
      lat kilku procesowali.
      Wolniak utrzymywał,
      że miedza należy do
      niego, Kubiak — że
      do niego. Każdy z
      nich zbierał dowody,
      wzywał ludzi starych
      na świadki, że słu
      szność po jego stro
      nie. Mijał termin po
      terminie, koszta z
      każdym dniem rosły,
      a końca procesu ani
      przewidzieć.
      Oczywiście, że o-
      bydwaj sąsiedzi, tak
      wrogo dla siebie u-
      sposobieni, starali się
      jeden drugiemu jak
      najbardziej dokuczyć.
      Suszyli sobie głowy
      dzień i noc, coby to
      wymyśleć.
      Pewnego piękne
      go poranku, zaledwie
      słońce weszło na nie
      bie, chodził już Wol
      niak po polu, i oglą
      dał zasiewy. Był wi
      docznie zadowolony,
      poznać to było mo
      żna po jego twarzy.
      Dłuższy czas przypatrywał się oziminom, które
      rosły bardzo bujnie i zapowiadały piękny sprzęt.
      Szedł w zamyśleniu dalej i zbliżył się do mie
      dzy, o którą toczył spór z sąsiadem. Gdy wtem
      spostrzegł na środku miedzy olbrzymiego chło
      pa z wzniesioną w górę ręką, w której dzierżył
      groźnie kij, a w drugiej trzymał kartę z napi
      sem: moje! Patrzy ... a dyć to figura wy
      pchana słomą, istne straszydło; widocznie ma
      jego przedstawiać... taki sam kapelusz, takie
      same wąsy... Zresztą innego podobieństwa
      nikt z twarzy tej, zrobionej z papieru, nie wy
      czytałby.
      Postać ta stała z rozkraczonemi nogami,
      jedną nogę na grun
      cie Wolniaka, drugą
      na Kubiaka.
      Wolniak przysta
      nął i długo przypa
      trywał się słomianej
      postaci.
      — Poczekaj! —
      rzekł gniewnie, gro
      żąc w stronę, gd'zie
      stała chałupa sąsia
      da, — odpłacę ci się
      ja pięknem za na
      dobne !
      Oglądając dalej po
      la, rozmyślał jakby
      się zemścić na sąsie
      dnie, ale nic wymy
      śleć nie zdołał.
      Minął dzień cały
      i nic stanowczego nie
      powziął. Dopiero wie
      czorem, gdy siedział
      przy wieczerzy, ude
      rzył się nagle pięścią
      w czoło i zerwał ze
      stołka.
      — Tak, to zrobię!
      - zawołał.
      Marysia, córka je
      go, dwudziestoletnia
      dziewczyna, która po
      śmierci matki, zajmo
      wała się gospodar
      stwem domowem, a w tej chwili była zajętą
      w kuchni, wpadła przestraszona do izby, nie
      wiedząc co się ojcu stało.
      — Co ci jest, ojcze?
      — Ej, nic... — odrzekł Wolniak i kładł
      w usta podwójne porcje, aby prędzej zjeść.
      Zmiótłszy wszystko z talerza, wziął czapkę
      i wyszedł czemprędzej.
      Marysia wyszła za nim aż do sieni.
      — Cóż się ojcu stało? — pomyślała w du
      chu. — Czyżby spostrzegł.
      65
      Wolniak przeszedł przez podwórze i za sto
      dołą skręcił w pole.
      Szedł spiesznym krokiem; zatrzymał się
      dopiero, gdy doszedł do miejsca, gdzie się jego
      i sąsiada pola schodziły. Księżyc świecił w ca
      łej pełni, gwiazdy migotały na niebie, dokoła
      panował niczem nie zamącony spokój. Tylko
      w duszy Wolniaka nie było spokoju; panowała
      tam burza, chęć pomszczenia się za — słomia
      ne straszydło.
      Obejrzał się na
      wszystkie strony —
      cisza...
      Pochylił się i jak
      lis pobiegł na pole
      sąsiada, gdzie w do
      linie rosły ostrężni-
      ce1 ). Tarn zwykł za
      stawiać sąsiad łapki
      na kuny.
      — Może jeszcze
      jaka tam będzie —
      wyszeptał Wolniak.
      Obejrzał wszyst
      kie krzaki, kamienie,
      przedarł się w głąb
      zarośli:
      — Jest! — zawo
      łał uradowany. —
      Czekaj bratku, ucie
      szysz się, złowisz du
      żego zwierza... Ode
      chce ci się zatruwać
      mi życie i stawiać
      straszydła na drodze.
      Pobiegł spiesznie
      do domu, zrobił ze
      starych szmat dużą
      lalę 1 wrócił w to sa
      mo miejsce, gdzie by
      ło założone żelazo.
      Pomału wkładał lalę
      w tę łapkę, lecz, nie
      stety, nie dość ostrożnie: łapka zatrzasła się
      i pochwyciła jego prawą rękę. Krzyk bolesny
      wyrwał się z jego piersi; ostre zęby wpiły się
      głęboko w rękę.
      — Przeklęte żelazo! — stękał Wolniak, sta
      rając się drugą ręką łapicę otworzyć. Ale da
      remnie; łapica zamknęła się szczelnie, niepodo
      bna jej ruszyć.
      Co począć? — Krzyczeć? To był jedyny
      środek, możeby go kto usłyszał i uwolnił od
      samotrzasku... Lecz dokoła nikogo nie widzi,
      ani żywej duszy. Najprędzej usłyszałby go są
      siad ... czyż podobna narażać się na śmiech
      i szyderstwo? Zrozpaczony klął i stękał z bó
      lu, — już niepodobno wytrzymać, w oczach mu
      się ćmi, już, już, upada...
      Wtem usłyszał z dala śpiew; śpiewający
      zbliżał się od domostwa sąsiada.
      A mnie chwile mile płyną
      Z moją Marysią jedyną,
      Z moją Marysią, matulu,
      Z moją jedyną ...
      Wolniak nadstawił
      ucha... Co?... z moją
      Marysią? A może to
      z moją córką?. .. Po
      znał głos ... był to
      glos syna sąsiada. —
      Ha! pomyślał sobie
      zachciewa wam się
      Marysi... Wierzę, bar
      dzo wierzę, — ale nie
      doczekanie twoje!
      Niedawno temu
      był z córką na we
      selu i spostrzegł, że
      Stach Kubiaków tyl
      ko z jego córką tań
      czył. Jeszcze tego
      trza było ... zakazał
      jej ze Stachem tań
      czyć, lecz ledwie się
      obejrzał, już ci zno
      wu w kole wywijają,
      aż się ćmi. Wziął te
      dy córkę 'za rękę i
      poszli do domu. Ale
      któż może wiedzieć,
      czy się potajemnie
      nie widują? Świat
      jest zepsuty...
      Tymczasem Stach
      pomału się zbliżał.
      Wolniak poznał go przy świetle księżyca; szedł
      ku miedzy, pewnie pod okno Marysi...
      Cóż począć? Dłużej już biedak w samo
      trzasku wytrzymać nie mógł, więc zawołał
      zrozpaczony: — Stachu, Stachu!
      Młodzieniec obejrzał się dokoła i zwrócił
      w stronę, skąd go głos dochodził.
      — Stachu, bywaj! a spiesz się!
      Jednym skokiem znalazł się Stach przy
      Wolniaku, a widząc go złapanego w samotrza
      sku, rozśmiał się serdecznie.

      — Ale to ciekawe ... jakim cudem mogliście
      się złapać?...
      — Zatrzasło się i tyle... przeklęte żelazo.
      Otwierajże je czemprędzej, bo już nie wytrzy
      mam.
      — A to się niezwykły złowił lis — żarto
      wał Stach — będzie się ojciec cieszył... jak
      zobaczy...
      — No, tylko sobie nie kpij, a otwieraj —
      żądaj czego chcesz, a dam ci... a nikomu o tern
      nie gadaj. Toć mię
      dzy nami nienawiści
      niema...
      — Sąsiad dla mnie
      w tej chwili wielce
      łaskawy, dawniej tak
      nie bywało, naprzy-
      kład u Pogorzałków
      na weselu ...
      — Nie myśl o tein,
      tak źle nie było ...
      Nie mścij się, bo to
      nie po chrześcijań
      sku ... Zresztą spra
      wy, jakie mam z oj
      cem twoim, ciebie nic
      nie obchodzą ...
      Powiedzieliście,
      sąsiedzie, że mogę
      żądać co tylko chcę...
      czego więc będę żą
      dał ...
      — A zatem ... do
      licha, bo zemdleję ...
      •— To tak szybko
      nie da się zrobić, po-
      czekajno jeszcze
      chwilę. Wasza Mary
      sia i ja mamy się ku
      sobie, o tern wiecie
      od dawna. Jeżeli mi Marysię dacie i pobłogo- I
      sławicie, otworzę łapicę i nikt o całem zajściu
      się nie dowie.
      — Niech i tak będzie, pobłogosławię, tylko
      otwieraj a prędzej.
      Stach schylił się i uwolnił nieszczęśliwego |
      sąsiada. Dopiero teraz spostrzegł leżącą na zie
      mi lalę. i
      — A naco to? — spytał zdziwiony. — Aha,
      chcieliście pupę włożyć w łapicę w nadziei, że
      się złapie mój ojciec, tymczasem samiście się
      złapali: Kto pod kim dołki kopie... Ale słowa
      dotrzymacie co się tyczy Marysi i mnie.
      — A jużci! Ale co powie na to twój ojciec?
      — Z ojcem dam sobie radę; przedłożę, wy-
      tłómaczę... i pozwoli.
      — A więc zgoda! — odrzekł Wolniak, schy
      liwszy się po lalę, aby ją w domu spalić.
      Obydwaj poszli zgodnie przez pola do do
      mu Wolniaka.
      W zagrodzie już zaległa cisza, czeladź po
      kładła się do snu, tylko Marysia stała jeszcze
      przy oknie i czegoś wyczekiwała ...
      — Przyjdzie, czy nie przyjdzie? — pytała,
      zaglądając niespokoj
      nie do ogrodu.
      W tej chwili usły
      szała kroki zbliżają
      cych się osób. Czeni-
      prędzej cofnęła się za
      firankę.
      — Stach z ojcem..
      — wyszeptała — cóż
      to ma znaczyć? Czyż
      by ojciec go przydy-
      bał?... Po kilku mi
      nutach otworzyły się
      drzwi i do izby wpadł
      Stach, wesoły, roz
      promieniony.
      — Już się więcej
      ukrywać nie potrze
      bujemy zawołał.'
      Ojciec twój po
      zwolił mi u was by
      wać i niedługo wy
      prawimy weselisko.
      Czy prawda,
      ojcze?
      Wolniak kiwnął
      głową na znak po
      twierdzenia i przyci
      snął córkę do piersi.
      Poczem wyszedł z
      izby i wrócił z dzbankiem dobrego miodu.
      — Na zdrowie wasze! — rzekł, nalawszy
      kubki — aby zgoda między sąsiadami zapano
      wała, a procesy niech licho weźmie! — doda!
      Stach i duszkiem wychylił kubek. Po kilku mie
      siącach odbyło się wesele Marysi i Stacha
      Obydwaj sąsiedzi się pogodzili, skargę cofnęli
      i koszta zapłacili do spółki. Odtąd panowała
      między nimi zgoda, dość drogo, z ich własnej
      winy, okupiona; ale byłaby jeszcze droższa,
      gdyby ręki do zgody nie byli
    • madohora Re: Humoreski:) 02.02.23, 00:19
      https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/rb/qa/wzpg/uOqAO9LQZMg5pSRsX.jpg
    • madohora Re: Humoreski:) 09.05.24, 21:40
      https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/rb/qa/wzpg/uOqAO9LQZMg5pSRsX.jpg
    • madohora Re: Humoreski:) 12.01.25, 15:18
      https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/rb/qa/wzpg/4fGach4CnjmzCGAnX.jpg
    • madohora Re: Humoreski:) 05.07.25, 12:33
      https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/rb/qa/wzpg/VEL0MLl48VX8OWXfX.jpg
    • madohora Re: Humoreski:) 18.02.26, 11:35
      https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/rb/qa/wzpg/ebOsb1WT3wTJxCgMX.jpg
    • madohora Re: Humoreski:) 19.02.26, 11:24
      Niewierna żona
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka