madohora Re: Nasze osiągnięcia literackie 17.09.08, 10:19 Prezentowane poniżej wiersze zostały nagrodzone w III Regionalnym Konkursie Poetyckim w Gwarze Śląskiej im. Ks. Norberta Bończyka. Obecnie została ogłoszona IV edycja tego konkursu. Termin nadsyłania prac do 31 października 2008 roku. Na konkurs należy przesłać zestaw trzech wierszy w gwarze śląskiej. Wiersze nie mogły być nigdzie wcześniej publikowane (także w Internecie). Wiersze powinny być opatrzone godłem. Godło jest równoznaczne z pseudonimem. Następnie w osobnej kopercie, zaklejonej i opatrzonej takim samym godłem należy podać swoje dane osobowe, telefon lub adres e-mail. Więcej informacji na stronie Domu Kultury Ruda Śląska - Wirek Odpowiedz Link
madohora Re: Nasze osiągnięcia literackie 17.09.08, 10:20 Pozwalam sobie również na przytoczenie tego wiersza, z tego samego konkursu, gdyż tylko ja i Bronek wiemy ile sobie wzajemnie zawdzięczamy. Prawdą jest, że gdyby nie Bronek nie byłoby FORUM na Wyborczej. To jest mój ukłon w stronę Bronka Jakub Boehme Bronisław Wątroba Na misa cynowo z szewca ławy blikom Po cichu do Boga możno przi tym rzykoł Miska z jedny strony nojpiyrw mi błyszczała A potym ze inszy światło łodbijała Już wiy! – Już łobudził się w nim Bog- czowiek W kerym zło i dobro jakby po połowie Może w tym przebierać – zaglądać we siebie Łod czego zależy – w piekle jest czy w niebie Wyloz ze swy izby – stanoł chnet na progu I poczuł że jakby się topił we Bogu Łogyń w nim buzuje a woda go gasi Dusza się do świata tym sposobym łasi Świat Boga jest przecz – łon z tego świata Łod sia trza Mu za to dać dobro zapłata Być durchś blisko Niego pociągnąć tyż inkszych By Duch Świenty we nim stoł się jeszcze wiynkszy Dyć łostawił szydło – pióra przyszła pora Natchniony napisoł ta bosko „Aurora” Kero luterany pryndko potympili Choć inksi do serca naprowdy się wzięli Już prawie przeklynty – z wyroku niemowa We Niebo swyj duszy wypuszone kłod słowa Na wieki nastypne się łone wyryły Wszachwieczny mu we tym dokłodoł tyż siły Choć szewc pomarł w końcu – prochym jego ciało Żyło i żyć bydzie co po nim łostało Przez wieki już siedzi to we naszych duszach Te słowo człowieka zowdy bydzie wzruszać Za Jakubym Boehme ku światłu idymy Choć ło nim niu wszyscy możno cosik wiymy Bez toż joch się szkryflać te rymy łodważył Ło śląskim mistyku trocha tyż pomarzoł Odpowiedz Link
madohora Re: Nasze osiągnięcia literackie 17.09.08, 10:21 Ci, którzy byli na imprezach w lipcu mieli okazję poznać osobiście Krzysztofa Kokota, który obecnie mieszka w Nowym Targu. Chciałam wam pokazać, że również na Nikiszowcu mieszkają ludzie wrażliwi, którzy potrafią tak pięknie tworzyć. Odpowiedz Link
madohora Re: Nasze osiągnięcia literackie 17.09.08, 10:22 Moja Ślasko dziołszko Krzysztof Kokot O czerwonym słonku Już mi przestoń śpiewać, Orłow na sztandarach Tyż niy trza wyszywać. Do bytomskich strzelców Już niy zaciągają, Czynści Karolinki Za Karlikiem gnajom. Moja śląsko dziouszko Wyciepnij wspomnienia, Niy bydź ciyngiym smutno Spełnij me marzenia. Łostoń Mojom Wenus Zgrabnom, uśmiychniyntom, Niych na kalyndorzu Zawsze bydzie świynto. A w chwilach tynskonoty Przeca niy zaszkodzi, Zanucić o słonku Co krwawo zachodzi Babsko rzecz zaślimtać I do łez się wzruszyć Fajnie tyż mieć synka Co te łzy osuszy. Odpowiedz Link
madohora Re: Nasze osiągnięcia literackie 17.09.08, 10:23 „Czymu” Krzysztof Kokot Ujek robił knefle do ortalionow Był bogaty – mioł staro dykawka! Niy wytrzimoł – umar spokojnie w Szwajcarii Brat na grubie niy dorobił się milionow. Był biydny – mioł polityczno czkawka! Niy wytrzimoł – glancuje merca w Bawarii. Jo miyndzy swymi, czasym to przeklinam Chop normalny – nawet niy brzidok. Trzimom się – pszaja śląskij mowie. Ino czymu małpy w chorzowskim ZOO Niych mi wto powiy? Na mój widok, Łapami klupim się po gowie? Odpowiedz Link
madohora Re: Nasze osiągnięcia literackie 17.09.08, 10:24 Dzikie Kamelki Krzysztof Kokot Kominy usnyły wysoko. Na sortowni cisza legła Smutnym flekom spoziyro Jak na glazjach Nadzieja ruścieje. Widmo górniczyj roboty Trupioblade, Snuje się po cechowni Świynto Barbara – zaślimtano Ślazła z ołtarzyka. Widzieli jom… Szła po marasie, Z rozwionymi szatami Holcplacym ku hołdzie. Łostały ino ślady… Ma ftorych wiosom Zakwitajom dzikie kamelki. Odpowiedz Link
madohora Re: Nasze osiągnięcia literackie 17.09.08, 10:24 Na Nikiszu Krzysztof Kokot Wyszed jo na chwila Z obrazu Gawlika Blokom się przyglądnąć Zajrzeć do chlywika Odwiedzić kamratom Z „Wieczorka”, „Staszica” Grubie się przyglądnąć Przy blasku księżyca Chlywikow już ni ma Hasiok tyż zwalony Mój rodzinny Nikisz W skansyn zamieniony Żałość mie chyciła Pichnął żech od razu Wloz jo przez pomyłka Do …Wróbla obrazu… Ten wiersz, nie jest pokłosiem konkursu ks. Bończyka ale jest moim ulubionym wierszem, który „podkradam” za zgodą autora i jak tylko mam okazję to go recytuję. Odpowiedz Link
madohora Re: Nasze osiągnięcia literackie 17.09.08, 10:25 Chyba nie będziecie mi mieć tego za złe, jeżeli ja też się trochę pochwalę. Do tej pory tego nie robiłam, ale chyba nie mam się czego wstydzić? Zwłaszcza po tym co ostatnio usłyszałam, że my na Nikiszowcu nic nie robimy. Koniec ze skromnością. Oczywiście wszystko było podpisywane moim prawdziwym imieniem. Madohora funkcjonuje od października 2007 roku. Odpowiedz Link
madohora Re: Nasze osiągnięcia literackie 19.09.08, 13:51 Dziękuję Jurek, bo z pewnością siebie to u mnie zawsze coś szwankuje. Odpowiedz Link
madohora Re: Nasze osiągnięcia literackie 08.04.13, 22:56 Dodam jeszcze o konkursie Bończyka I zaraz stąd znikam Odpowiedz Link
madohora Re: Nasze osiągnięcia literackie 19.08.14, 16:31 (Fotograf po dokonanem zdjęciu odzywa się do siedzącego jeszcze na krześle gościa): - Przepraszam, ale pan już od dziesięciu minut siedzi na swoim kapeluszu, - Do stu djabłów! Czemu-żeś pan tego przedtem nie powiedział? - Pan miał taki przyjemny wyraz twarzy, więc nie mogłem mówić nic przykrego. Odpowiedz Link
madohora Re: Nasze osiągnięcia literackie 17.09.08, 10:26 „Chwila dla Ciebie” Nr 40/2006 „Nie o Ciebie mi chodziło” Gdy byłam na spacerze w zoo moją uwagę zwrócił pewien chłopczyk. Od razu było widać, że jest tu pierwszy raz. Biegał od zwierzęcia do zwierzęcia i z wielkim przejęciem wołał: - Mamusiu, patrz! Babciu patrz! Tak dotarł do miejsca, w którym stałam i podziwiałam tygrysa na wybiegu. Chłopiec ze wzrokiem utkwionym w zwierzę, z rozpędu złapał mnie za rękę wołając: - Ale tygrys! Patrz!Patrz! Dopiero wtedy spojrzał na mnie. Gdy się zorientował, że jestem kimś obcym, bez namysłu wypalił: - A ty nie patrz! Bardzo mnie to rozbawiło. Ale wcale nie miałam zamiaru przestać patrzeć! Odpowiedz Link
madohora Re: Nasze osiągnięcia literackie 17.09.08, 10:27 „Chwila dla Ciebie” Nr 34/2007 „Nerwowość nie popłaca” Jechałam autobusem (konkretnie 12 a rzecz miała miejsce na Zawodziu przy Zajezdni – komentarz Madohora). Był to kurs, w trakcie którego następuje zmiana kierowcy. Tego dnia coś się musiało wydarzyć, bo zmiennik w ustalonym miejscu nie czekał. Kierowca zadzwonił więc z komórki i po chwili zza krzaków wyłonił się młody mężczyzna. Szedł sobie powoli, noga za nogą, w kierunku autobusu. Jakiś nerwowy pasażer zaczął to głośno komentować. W końcu nie wytrzymał: wyskoczył z autobusu i naurągał gościowi. Ten popatrzył na niego jak na wariata i…spokojnie poszedł dalej. Po chwili zza tych samych krzaków biegiem wyleciał zmiennik. Nerwowy pasażer już niczego nie komentował. Odpowiedz Link
madohora Re: Nasze osiągnięcia literackie 17.09.08, 10:28 „Chwila dla Ciebie” Nr 35/07 „Mój sposób na kontrolerów” Do pracy jadę autobusem pół godziny, więc kiedy tylko mam miejsce siedzące, skrupulatnie wykorzystuję ten czas i coś czytam. Pewnego razu nie wzięłam ze sobą książki a krzyżówkę. Tak mnie pochłonęło jej rozwiązywanie, że zapomniałam o Bożym świecie. Ocknęłam się dopiero na końcowym przystanku. Ale to nie wszystko: w tej samej chwili stwierdziłam, że z autobusu wysiadają dwaj panowie kontrolerzy, którzy wcześniej sprawdzali bilety. A ode mnie nikt biletu nie chciał! Odpowiedz Link
jurek-de1 Re: Nasze osiągnięcia literackie 17.09.08, 19:47 Zastosuja to,jak sie niy udo to zwrocisz za mandat. mozna tyz na widok kontrolera szyba lizac. Odpowiedz Link
madohora Re: Nasze osiągnięcia literackie 19.09.08, 13:54 A tego, to jeszcze nie próbowałam. Ale zdarzyło mi się coś takiego. Dobiegałam do autobusu, zasapana, z ciężką torbą. Jakiś młody, przystojny człowiek zrobił mi miejsce. Usiadłam, jeszcze sapiąc jak lokomotywa. A on mówi mi na ucho: - Niech pani skasuje sobie bilet, bo zaraz będę sprawdzał?! Odpowiedz Link
madohora Re: Nasze osiągnięcia literackie 17.09.08, 10:29 „Cienie i Blaski” Nr 4/2007 Praca nagrodzona w konkursie pt. „Pamiętam jakby to było dziś” „Całym sercem jestem z Wami” Ten tekst dedykowałam dwóm niezwykłym ludziom, z którymi los pozwolił mi się zetknąć [+]Andrzejowi Pawłowskiemu i [+]Zbyszkowi Jaworowi Wróciłam tutaj po latach, dokładnie po piętnastu latach, które spędziłam w różnych rejonach Polski. Najpierw poszłam na cmentarz i zapaliłam znicz na grobie Zbyszka dla niego i dla Andrzeja dzisiaj tylko tyle możemy dla nich zrobić zapalić znicz, pomodlić się a przecież Zbyszek i Andrzej zrobili dla nas tak wiele, chociaż może sami nie zdawali sobie z tego sprawy jak bardzo wpłynęli na nasze życie. Jest listopad. Hubertus. Pogoda okropna, sypie śnieg i duje wiatr. Nasz kolega nigdy nie mówił inaczej tylko że wiatr duje tak jakby nie było na to innych określeń. Nie wiem jaki impuls przywiódł mnie tutaj właśnie dzisiaj. Wchodzę na teren ośrodka z lekką dozą nieśmiałości po czym Staszek otwiera szeroko ramiona i woła do mnie: - Ewelina co się z Tobą działo? Ile to już lat? I już czuję się jakby tych piętnastu lat nie było, po prostu pojechałam wczoraj do domu i dzisiaj wróciłam z powrotem. Jestem tylko biernym obserwatorem i patrzę na wszystko wokół by część tego zatrzymać w sercu a część na swojej cyfrówce. Przede mną stoi wybielona stajnia, odnowiony stary budynek Młyna mieniący się dzisiaj kolorami brązu i beżu. Na oświetlonej ujeżdżalni leży świeży żółty piasek. Pstrykam zdjęcia i mimo woli przypominam sobie zdjęcia zrobione tutaj zwykłym aparatem fotograficznym z czarno białą kliszą. Zdjęcia na których piasek jest koloru bieli tak jakby wszystko pokrył śnieg. Dzisiaj jest Hubertus, każdy kto zetknął się z końmi wie co to za święto. Zazwyczaj towarzyszą mu też różne pokazy. Dzisiaj były to pokazy jazdy rodeo. Później swoje umiejętności prezentowała końska drużyna harcerska. Skakali przez przeszkody a nawet przez zapaloną obręcz – co w przypadku koni jest bardzo trudne, gdyż jak wiadomo konie panicznie boją się ognia. A na zakończenie główny punkt programu czyli pogoń za lisem na zakończenie sezonu jeździeckiego. Ubiegłoroczny zdobywca lisiej kity w tym roku zostaje lisem ucieka z lisią kitą przyczepioną do ramienia a pozostali gonią za nim aby mu tą kitę zerwać. Ale to nie tylko gonitwa w terenie to równocześnie pokaz umiejętności jeźdźców i koni dla tych, którzy ich obserwują. Przed laty też należałam do grona tych osób które goniły lisa. A potem tradycyjny grzaniec. Tym razem zamiast bigosu jedliśmy prosiaczka nadziewanego kaszą pieczonego na ognisku i pyszne ciasto z jabłkami Znalazłam się tutaj po tak długiej przerwie i w każdym momencie natykam się na kogoś ze starych znajomych. Niesamowite jest to, że spotkaliśmy się tutaj prawie wszyscy. Bieg już się skończył i nagle z tłumu ludzi wylania się chłopak. O przepraszam mężczyzna z którym zaczynałam tutaj jeździć na koniach. - Ewelina, to ty? Nie wierzę?! – patrzy na mnie zdziwiony - Boguś? – a ja na niego, bo o ile wiem od dwudziestu lat mieszka za granicą – Skąd się Tutaj wziąłeś? Siadamy z Bogdanem przy ognisku jak za dawnych lat oparci o siebie plecami, tak jak to nieraz robiliśmy po jeździe czy na wachcie i każdy z nas sączy swoją porcję grzańca z plastikowego jednorazowego kubeczka. Co za luksus a kiedyś piliśmy herbatę, grzańca czy coś innego z tego co było pod ręką manierek, szklanek, blaszanych garnuszków czasem zdarzało nam się, że z jednego naczynia. Siedzimy i rozmawiamy a każde zdanie zaczynamy od słów: - Czy pamiętasz?...... Czy pamiętam? Pamiętam tyle rzeczy związanych z tym ośrodkiem. Przecież kiedyś to było cale moje życie. Właściwie tutaj w tym ośrodku wchodziłam w dorosłe życie. Tutaj nauczyłam się pracować fizycznie i to nie tylko w stajni, nauczyłam się malować, przybijać gwoździe, konserwować drewno. Tutaj nauczyłam się gotować. I w jakiś niepojęty sposób przygotowano mnie do wykonywania mojej obecnej pracy a zajmuję się kontrolą w firmie. Tutaj też dostałam najpiękniejszy prezent urodzinowy. Konno zaczęłam jeździć w listopadzie a w grudniu mam urodziny. Nie czarujmy się jeździłam wtedy bardzo słabo. A wtedy przyszedł Zbyszek z lonżą w dłoni – dla mojego bezpieczeństwa. Powiedział mi, ze z dokumentów wie, że ja mam dzisiaj urodziny i postanowił zrobić mi prezent. Dzisiaj na jazdę zabieram Malgasza, najmilszego konia w całym ośrodku. Tylko w dwójkę pojechaliśmy w teren. Pogoda była piękna, na polach leżał świeży, miękki śnieg. Drzewa pokryte śniegiem i szadzią wyglądały jak wyjęte z Baśni o Królowej Śniegu a lekki mróz tylko dodawał uroku całej tej scenerii. Wtedy po raz pierwszy galopowałam. Zamyśliłam się i zasmuciłam wracając wspomnieniami do tamtego czasu. Zbyszka niestety nie ma już z nami. Odszedł za wcześnie. - Pamiętasz Staszka? – pyta mnie w pewnym momencie Boguś Co za pytanie czy pamiętam. W końcu tutaj też przeżywałam swoją pierwszą miłość a potem pierwsze rozczarowanie. Ostatnio podczas robienia generalnych porządków w domu wpadł mi w ręce plik listów z tamtego okresu i niesamowite jest to jak te listy prowadziły mnie przez życie. Krok po kroku tak jakbyśmy sobie tymi listami pisali scenariusz, który życie dla nas napisało. Dzisiaj już nie wiem co się dzieje ze Stasiem, bo wyjechał już dawno temu. Natomiast ja wiem jak potoczyło się moje życie. W jednym z tych listów przeczytałam: „Moja droga Ewelin, dzisiaj jesteśmy oboje bardzo młodzi ale chcę Ci powiedzieć, że cokolwiek by się nie wydarzyło w naszym życiu zawsze będę o Tobie pamiętał i będziesz miała miejsce w moim sercu.” Ja chociaż nigdy nie robiłam takich deklaracji, gdy straciłam pracę i po jakimś czasie bezowocnych poszukiwań otworzyłam własną firmę bez zastanowienia nazwalam ją Ewelin i kiedy ktoś mnie zapytał skąd taka nazwa od razu odpowiedziałam: - Miałam kiedyś przyjaciela, który tak się do mnie zwracał i robił to z lekkim francuskim akcentem, bardzo mi się to podobało. Nie wiem skąd wziął się u niego ten francuski akcent ale dla mnie moje imię wypowiadane w ten sposób było jak najpiękniejsza muzyka. Odwracamy się a przed nami stoi Marysia, osoba która wówczas wydawała mi się taka dorosła. Ona już przecież pracowała a ja dopiero byłam w którejś klasie liceum. Marysia wtedy z jednej strony opiekowała się mną jak starsza siostra a drugiej kibicowała mi w tym uczuciu, nie komentując, nie krytykując a nawet tak kierując abyśmy mieli okazję razem pracować czy jeździć. Pamiętam też jak chodziłam obok konia o imieniu Noryń, zakochałam się w nim od pierwszego wejrzenia. A potem miał coś z nogami (ci którzy go znali wiedzą) Andrzej kazał mi go wyprowadzić na łąkę i z nim spacerować przez jakiś czas. Chodziliśmy tak z dwie godziny. Po czym Noryń położył swój wielki łeb na moim ramieniu, trącił mnie nosem i spojrzał na mnie swoimi brązowymi oczami a ja byłam ugotowana. A potem chodziłam obok niego z cichą nadzieją, że może kiedyś…. Aż przyszedł ten dzień kiedy Andrzej wymówił magiczne słowa: - Na jazdę bierzesz Norynia, moje siodło i jedziesz w teren Moich uczuć w tym momencie nie opiszą żadne słowa Noryń, który jak ognia unikał wszystkiego co było wyższe niż trzydzieści centymetrów w terenie płynnie przeskoczył przez zwalony pień drzewa i pogalopował. Oczywiście od tej pory to był „mój koń”, wszyscy o tym wiedzieli. Czasem potrafiłam przyjechać ze szkoły 50 km tylko po to aby pospacerować z Noryniem, poskarżyć mu się gdy coś mi nie wyszło albo podzielić się z nim swoimi radościami. W żadnym wypadku nie trzeba mnie było szukać, bo gdy nie było mnie tam gdzie powinnam wiadomo było, że siedzę u Norynia w boks Odpowiedz Link
madohora Re: Nasze osiągnięcia literackie 17.09.08, 10:31 „Uczucia i Tęsknoty – wydanie specjalne” Nr 6/2008 „Po tamtej stronie” Czy to na pewno tylko sen To wszystko zaczęło się dziać w 2003 roku. W moim życiu nie wydarzyło się nic takiego, co w jakiś sposób uzasadniałoby moje przeżycia. Nie miałam żadnego wypadku, nie znalazłam się na pograniczu życia i śmierci. Nie przeżyłam też jakiegoś szoku. Gdyby tak się stało łatwiej byłoby mi to wszystko zrozumieć. A tak żyję spokojnie obok innych ludzi, a każdy mój dzień jest podobny do innych. Jestem normalną osobą z jednej strony mocno stąpającą po ziemi a z drugiej bardzo wrażliwą. Odkąd pamiętam miałam bardzo silnie rozwiniętą empatię, w niektórych przypadkach graniczącą z telepatią. Czasem mi tu ułatwiało życie a czasem bardzo utrudniało. Ciężko jest prowadzić jakąkolwiek rozmowę, gdy z góry się wie, że z tego i tak nic nie będzie. A przecież nie wypada przerwać kontrahentowi i powiedzieć mu, że dalsze negocjacje nie mają sensu, bo ja i tak znam negatywny wynik tych rozmów. Jednak są sytuacje, których nie jestem w stanie w żaden sposób przewidzieć. Marka poznałam wiosną. Zatrudnił się jako ochroniarz w naszej firmie. Przynajmniej jeżeli chodzi o mnie, to był zawsze uprzejmy, uśmiechnięty. A przede wszystkim pomocny. Zdarzyło się nam kilka razy po pracy pójść na kawę. Kiedy zasiedziałam się dłużej w pracy Marek nieraz odprowadzał mnie na przystanek autobusowy. W naszych relacjach nie było nic z flirtu. Ot zwykłe koleżeństwo, bo na używanie słowa „przyjaźń” też było trochę za wcześnie. Byliśmy po prostu dwójką ludzi, w zbliżonym wieku, którzy lubili z sobą porozmawiać. Czasem Marek zwierzał mi się ze swoich problemów i wspólnie próbowaliśmy znaleźć jakieś rozwiązanie. Jednak jestem osobą na tyle dyskretną, że jeżeli ktoś nie chce mi czegoś powiedzieć, nie ciągnę go za język. Zawsze uważam, że przyjdzie taki moment kiedy ten ktoś, jeżeli będzie tego naprawdę chciał czy potrzebował to sam się przede mną otworzy. Tak uważałam, aż nadszedł dzień, którego do dzisiaj nie mogę sobie wybaczyć…Wyjeżdżałam na dwutygodniowe wakacje i z jakiegoś powodu, musiałam w sobotę jeszcze na chwilę wpaść do firmy. Jak to mieliśmy w zwyczaju, zamieniliśmy z Markiem parę słów na zupełnie błahe tematy. Takie jak pogoda, mój urlop. Trochę ponarzekaliśmy na problemy finansowe, które w tym okresie niemal jak wirus grypy zaczęły dotykać nas wszystkich.. W końcu Marek wymówił jak się później okazało brzemienne w skutki zdanie: - Ja mam w tej chwili takie kłopoty, że nie wiem co ze sobą zrobię? Popatrzyłam na niego pytająca. Próbowałam zagadać, ale zamknął się jak żółw w swojej skorupie. Pomyślałam wówczas, że przyjdzie ten moment kiedy się dowiem co go trapi. Zaraz po powrocie z urlopu będę musiała z nim pogadać. Tym bardziej, że jeden z jego problemów o którym wiedziałam już był rozwiązany. Do końca dnia nic już się nie wydarzyło. W domu spakowałam plecak i poszłam wcześniej spać. Dość szybko zasnęłam, gdy nagle w nocy obudziło mnie paniczne uczucie strachu. Rozejrzałam się wokoło. Spałam w swoim domu, w swoim łóżku. Nie było żadnego powodu aby się bać. - Jestem zdenerwowana wyjazdem albo to tylko zły sen – pomyślałam Próbowałam zasnąć, ale gdy tylko wpadałam w pierwszą fazę snu, koszmar zaczynał się od nowa. W pewnym momencie, jakiś męski głos, nie wiedziałam do kogo należy wołał mnie i zaklinał abym z nim poszła. Wskazywał mi też dość niekonwencjonalne sposoby tej wyprawy. Raz kazał mi nawet wyskoczyć z okna. Argumentując to tym, że jemu byłoby trochę lżej na duszy. Błagał mnie o to, bo teraz jest już za późno aby on zmienił decyzję a teraz tak bardzo się boi. Potem sen przeszedł w spokojniejszą fazę a ten ktoś stwierdził, że już mu nie mogę pomóc i poprosił tylko o to abym od czasu do czasu o nim pamiętała. Obudziłam się rano z przeświadczeniem, że albo śnił mi się wyjątkowo okropny koszmar albo jest to początek choroby psychicznej. Zdecydowałam, że mimo wszystko pojadę na urlop a po powrocie zdecyduję co z tym wszystkim zrobić. Wróciłam po dwóch tygodniach do pracy i pierwsze o czym się dowiedziałam to, to że Marek popełnił samobójstwo. Powiesił się dokładnie w tę noc i w godzinach zbliżonych do tych, kiedy ja walczyłam z sennym koszmarem. Nigdy nie dowiem się czy to on naprawdę mnie wtedy wołał i błagał o pomoc. I to mógłby być koniec tej smutnej historii. Ale niestety dla mnie nie jest. Od tamtej nocy zaczęły się następne. Zawsze podczas snu, chociaż te sny różnią się od siebie. Moja ciocia była już starszą osobą, Tak więc w momencie gdy trafiła do szpitala było wiadomo, że raczej już z niego nie wróci do domu. Nawet będąc oswojonym z tym co ostateczne, nikt nie jest w stanie dokładnie określić daty czyjejś śmierci. Ciocia była innego wyznania. Mówię to, bo ma to pewne znaczenie w całej historii. Staruszka już dość długi czas leżała w szpitalu i ciągle czuła się tak samo. Aż nadeszła kolejna noc. Zasnęłam. Tym razem spałam spokojnie, żadnych koszmarów. Miałam nawet jakiś przyjemny sen. W pewnym momencie do mojego snu weszła moja ciocia, nawet go nie przerywając. Powiedziała mi, że jest już bardzo spokojna i szczęśliwa. Ale…teraz trochę żałuje, bo wolałaby jednak mieć katolicki pogrzeb. Obudziłam się i tym razem powiedziałam rodzicom o moim śnie. Wiedziałam już co on oznacza. A o dziesiątej zadzwonił telefon z informacją, że ciocia zmarła tej nocy. Miałam dość poważny problem. Jednak nie my decydowaliśmy o pogrzebie, więc nie mogłam spełnić tej prośby. Jedynie po rozmowie z księdzem dałam na mszę. Po raz trzeci i jak na razie ostatni spotkało mnie to niedawno. Mam takiego kolegę Jarka*, z którym przyjaźnimy się od czasów naszych studiów. W ostatnim czasie jest to raczej luźna znajomość, gdyż życie tak zdecydowało, że obecnie mieszkamy w dość odległych miastach. Był taki moment kiedy jego mama postrzegała tę naszą znajomość nieco inaczej, albo widziała coś czego być może my oboje do dzisiaj nie widzimy. W każdym razie znielubiła mnie od pierwszego wejrzenia. Poza tym zdaję sobie z tego sprawę, że nie mieściłam się w jej wyobrażeniach o przyszłej synowej. W którymś momencie nasze kontakty z Jarkiem całkowicie się urwały ograniczając tylko do kartek na święta. Tak więc nie wiedziałam co się dzieje z nim i jego rodziną. Wieczór poprzedzający Sylwestra spędziłam w teatrze oraz na kawie ze znajomymi. Do domu wróciłam więc w dobrym nastroju, chociaż bardzo zmęczona. Dość szybko padłam na łóżko i zasnęłam. Tym razem w moim śnie pojawiła się mama mojego kolegi ubrana w elegancką sukienkę i siedząca za kierownicą luksusowego samochodu. Ta kobieta nigdy nie jeździła samochodem, nawet nie miała prawa jazdy. Otworzyła przede mną drzwi od strony pasażera i zaprosiła do środka. Powiedziała mi też, że jeszcze za dobrze nie prowadzi i lepiej by się poczuła w czyimś towarzystwie. Popatrzyłam na nią z lekkim niedowierzaniem i grzecznie lecz stanowczo odmówiłam: - Może innym razem, Myślę, że w tę podróż niestety musi Pani pojechać sama! Obudziłam się, bardzo zdziwiona, że przyśniła mi się osoba, której nie widziałam od lat. Tym razem też wiedziałam. Za kilka dni Jarek* zadzwonił z tragiczną wiadomością i informacją o pogrzebie. Jego mama zmarła dokładnie w noc poprzedzającą Sylwestra. Zdarzyło się to zaledwie trzy razy, ale ja zastanawiam się co będzie dalej? Czy każdy kto odchodzi przyjdzie się ze mną pożegnać i o coś mnie prosić? A może Ci, którzy odchodzą podobnie jak my potrzebują także naszego wsparcia tam, po drugiej stronie? *wszystkie imiona zostały zmienione Odpowiedz Link
madohora Re: Nasze osiągnięcia literackie 17.09.08, 10:35 A tutaj kilka wybranych fragmentów z pracy pt. „Ginące Krajobrazy” na konkursie literackim „Śląsk moje stulecie” - muszę to podzielić na części, bo w całości nie wejdzie. Rozdział III: Dzieciństwo Z wczesnego dzieciństwa pamiętam wielką, tekturową walizę w której pod stertą szarego papieru pieczołowicie przechowywany był tradycyjny, kobiecy śląski strój. Wełniana, ciemno zielona spódnica suto marszczona, kwiecisty fartuch czyli „zopaska”, do tego biała bluzka z bufiastymi rękawami wykończonymi koronką. Taka sama koronka przy szyi tworząca kryzę. Do tego gorset z czarnego aksamitu obszyty zieloną lamówką oraz przy dekolcie zdobiony wstążką w kwiaty. Pod to wszystko ubierana była biała, płócienna, krochmalona halka. A na głowę szeroki wianek ze sztucznych kwiatów tzw. „galanda”. Do tego czarne wiązane trzewiki. Całość stroju dopełniały czerwone korale do których był przyczepiony krzyżyk. Strój śląski, który znajdował się w domu był uszyty przez moją babcię i prababcię dla mojej mamy, która najpierw ćwiczyła gimnastykę artystyczną a później w latach 1953 – 1955 tańczyła w Zespole Pieśni i Tańca „Szopienice”. Jako dziecko często ubierałam na siebie ten strój i potrafiłam godzinami wpatrywać się w wielkie lustro. Oczywiście najbardziej z całego stroju fascynował mnie ten kolorowy, szeleszczący wianek. Wyobrażałam sobie wtedy, że kiedyś wyjdę na scenę i zaśpiewam albo zagram na pianinie, albo…, albo…Zresztą mogłam sobie marzyć, bo w naszym domu było pełno różnych instrumentów muzycznych. Pamiętam akordeon, gitarę, obój, mandolinę a nawet bałałajkę. No i oczywiście różnego rodzaju organki. Mogłam sobie pozwolić tylko na marzenia, gdyż byłam zbyt nieśmiałym dzieckiem i podczas jakichkolwiek występów po prostu zjadłaby mnie trema. Poza tym życie dość szybko zweryfikowało moje marzenia. Dowiedziałam się, że nigdy nie zaśpiewam z bardzo prozaicznego powodu, po prostu nie mam słuchu muzycznego. Niestety nigdy nie będę miała okazji zaprezentować się w takim stroju i zaśpiewać: „Gdybym ja była słoneczkiem na niebie…” Najpierw było mi oczywiście ogromnie przykro. Bo jak tak może być? Cała moja rodzina zarówno z jednej jak i z drugiej strony jest muzykalna od pokoleń a ja nie?! Nie będę mogła usiąść z koleżankami czy starzykami pod chlewikiem i zaśpiewać jakiejś piosenki, z tego zniszczonego śpiewnika, który wala się gdzieś po domu? Tak było do czasu, gdy ktoś z krewnych zabrał mnie na koncert muzyki poważnej. Oczywiście będąc po raz pierwszy w filharmonii najpierw podziwiałam wystrój, podglądałam jak ludzie się zachowują, jak są ubrani. A potem gdy zaczęła grać orkiestra zaczęło się ze mną dziać coś dziwnego. Najpierw wstrząsnęły mną dreszcze. Nie to nie były takie jak podczas gorączki, to było coś, co płynęło od żołądka w kierunku serca rozlewając się po całym organizmie. Dostałam „gęsiej skórki”. Aż w którymś momencie łzy samoistnie poleciały mi z oczu. Najpierw się tego wstydziłam, a potem pozwoliłam sobie na płacz. Razem z dyrygentem i resztą orkiestry odczuwałam wszystko to, co oni starali się wyrazić swoją muzyką. Dzisiaj już wiem, że mój brak słuchu czy może raczej głosu rekompensuje dar, który mało kto otrzymuje od losu. Przecież nie każdy musi śpiewać, ktoś też musi słuchać tych bardziej utalentowanych. Myślę, że z takim zaciekawieniem i nabożeństwem podchodziłam do śląskiego stroju, gdyż w naszej „sieni” mieszkała starsza pani, która nam dzieciom kazała się nazywać „omom” . Odpowiedz Link
madohora Re: Nasze osiągnięcia literackie 17.09.08, 10:38 Dla mnie, kilkuletniego brzdąca ta kobieta miała chyba ze sto lat. Prawdę powiedziawszy trochę się jej bałam a z drugiej strony bardzo mnie fascynowała, gdyż jako jedna z nielicznych już w owym czasie kobiet „nosiła się po chłopsku”. Co w praktyce oznaczało, że na co dzień ubierała się w tradycyjny śląski strój. Jej ubiór różnił się od tego jaki znajdował się u nas w domu. Oczywiście nosiła suto marszczoną, ciemną, wełnianą spódnicę, kwiecisty fartuch a zamiast gorsetu „jakle” w ciemnych kolorach. Jak przystało na matronę na głowie nosiła chustę wiązaną do tyłu. Chustę inaczej układało się w zależności od wieku osoby, która ją nosiła a także w zależności od regionu śląska, z którego dany strój pochodził. Również ramiona przykrywała ogromną chustą z frędzlami. Dzisiaj Panie ubierają się w stroje regionalne tylko na festyny, występy czy procesje oraz z racji świąt. A ja jako dziecko myślałam, że skoro nie będę mogła nigdy zaśpiewać to jak już dorosnę wówczas na co dzień na pewno będę ubierać się tak jak ona. Drugą osobą, która fascynowała mnie w tamtym czasie był ojciec mojego kolegi, który grał w orkiestrze górniczej kopalni „Wieczorek” i często chodził ubrany w czarną marynarkę zapinaną na złote guziki, prostych długich spodniach oraz czapce górniczej z czerwonym pióropuszem, zarezerwowanym dla orkiestry. Jednak on swój galowy strój zakładał tylko od święta, na procesje, pochody, „Barbórkę” i na… pogrzeby. Bo tradycją już było, że gdy umierał jakiś górnik to orkiestra odprowadzała go w jego ostatnią drogę. Skoro już jestem przy „Barbórce” to do dzisiaj czwartego grudnia przez ulice Nikiszowca, wczesnym rankiem przechodzi orkiestra budząc mieszkańców swoim graniem. W przedszkolu i niższych klasach podstawówki, gdy jeszcze chodziło się na bale przebierańców, gdy my przebieraliśmy się za księżniczki czy zwierzątka mój kolega paradował w stroju górniczym. Śmiesznie to wyglądało, gdy tak szli dumnie obok siebie „duży górnik” i „mały górnik”. Dzisiaj tego pana dosięgła cywilizacja i ciężko choruje, nie może też już grać na instrumentach a Marek* nie ma nic wspólnego z górnictwem. Natomiast nie kojarzę mojego ojca w galowym mundurze. On był ratownikiem, zapamiętałam go z tamtych czasów w brudnym, roboczym ubraniu z kaskiem na głowie i dzisiaj już wiem, że to dziwne urządzenie które nosił to był aparat tlenowy. Czasami jako dzieci biegaliśmy do niego na stację ratowniczą, gdy miał dyżur na powierzchni. Pamiętam też taką scenkę, gdy przyjechał do nas kuzyn i zobaczył brudnych górników w kaskach, akurat kończących szychtę. Nie namyślając się wiele uciekał do domu, co sił w nogach, krzycząc na całe gardło: - Diabeł, diabeł!!! To co dla nas było codziennością, chlebem powszednim dla dziecka z innego regionu kraju okazało się czymś niewyobrażalnym. On nigdy wcześniej nie widział górnika po pracy. Jego wyobrażenie skupiało się tylko na scenkach z „Barbórek” przedstawianych w telewizji. W okresie mojego dzieciństwa na podwórkach stały jeszcze chlewiki, w których hodowano kury, kaczki, gęsi, króliki, kozy a nawet świnie. Oczywiście Śląsk nie byłby Śląskiem gdyby w tych chlewikach nie trzymano gołębi. Jeden z naszych sąsiadów nawet szkolił gołębie pocztowe, które wystawiał w zawodach i zdobywał nagrody. Zawsze z zaciekawieniem patrzyliśmy, gdy je „puszczał” nie bardzo wierząc w to, że te ptaki do niego wrócą. Większości z naszych ojców i dziadków życie przebiegało tak jak w tej piosence: „Idę sobie przez podwórze i pyk, pyk fajeczkę kurzę./Mom króliki we chlewiku gołębie w gołębniku/A w kadłubku stary kos/ śpiewa mi na cały głos:/Pyk, pyk z fajeczki/Duś, duś, duś gołąbeczki/Fajeczka, gołąbeczek/ławeczka, ogródeczek/i w kadłubku kos/to starzyka los/ Byłech bajtlem i ciskaczem/Potem przez rok ładowaczem/ Pracowołech przez lat wiele/ świątek, piątek i niedziele/Aż po wielu ciężkich dniach/znałem swój górniczy fach/Jak żech już górnikiem zostoł/Toch po ojcu fajkę dostoł/A od sztajgra za nagrodę/Otrzymołech dobry przodek/Tam, żech sobie fajkę ćmił i fedrowoł ile sił/Wyrąbołech węgla zwały/ Które ludziom ciepło dały/Teroz gdy mi włos siwieje/som przy piecu kości grzeję/jeszcze wczoraj taki chwat/dziś już ponoć stary dziad… Skoro trzymano wieprzki, to wielkim wydarzeniem towarzyskim i kulinarnym było świniobicie, które zostało uwiecznione na obrazie jednego z twórców należącego do „Grupy Janowskiej”. Zazwyczaj samo zabijanie świni odbywało się na placu. Przychodził „masorz” , który najpierw zabijał a potem oporządzał zwierzaka. Pamiętam kwik tego zarzynanego wieprzka a potem to nieszczęsne, martwe już zwierzę wiszące na trzepaku i rzeźnika, który rozkrawał je wielkim nożem. Dzielił na kawałeczki i parujące mięso wkładał do ogromnej miednicy. Wówczas walczyła we mnie jakaś okrutna fascynacja tym co on robi, fascynacja znana tylko dzieciom z żalem nad tym zabitym zwierzakiem. Potem zabierał gdzieś michę i dalszy ciąg tajemnicy znali tylko gospodarze i on. Właściciele świni wcześniej przyjmowali zamówienia na wyroby i potem po udanych transakcjach dalszy ciąg imprezy odbywał się znów na podwórku. Zazwyczaj gospodarze częstowali sąsiadów wusztzupą , żymlokami, krupniokami, salcesonem i kiełbasami. A panowie częstowali się wódką. Czyli zgodnie z prawem zwyczajowym oblewali swego rodzaju „litkup” W naszym bloku mieszkał też pan Władysław* który zajmował jakąś wysoką pozycję w lokalnym świecie. Gdy ja byłam małą dziewczynką, on był już na emeryturze. Wiem tylko, że bardzo udzielał się społecznie i prowadził zespół, w którym tańczyła moja mama. Mieszkał w jednym z tych mieszkań o większym standardzie i posiadał biało – granatowego mercedesa z odkrywanym, płóciennym dachem i czarnymi skórzanymi siedzeniami. Parkował go na podwórku pomiędzy chlewami. W owym czasie był chyba jedyną osobą, którą znałam posiadającą samochód. A więc dla nas dzieci był kimś niesamowicie ważnym. Czasem, gdy miał dobry humor zabierał nas na przejażdżkę dookoła bloku. Rywalizowaliśmy z sobą o to aby dostąpić tego zaszczytu. Ja byłam do tego stopnia nieśmiała, że nigdy bym o nic nie poprosiła. Chyba dzięki temu wygrywałam ten konkurs. I chociaż w dzisiejszych czasach dla niektórych ludzi to może zabrzmieć podejrzanie, zapewniam że nie było w tym nic złego. Po prostu człowiek sprawiał nam frajdę bo tak naprawdę nie mieliśmy zbyt wielu zabaw. W czasie mojego dzieciństwa nie było już piekarników czyli pieców do wypieku chleba na podwórkach. Biegaliśmy podglądać jak się piecze chleb do piekarni. Nikt nas wtedy nie przeganiał. Po prostu stawaliśmy w otwartych drzwiach i gapiliśmy się na to co robią pracownicy. Czasem staliśmy tak po kilka godzin. Ja szczególnie lubiłam patrzeć na ten moment, gdy piekarz na ogromnej desce wyciągał upieczone, pachnące i poukładane równo bochny chleba. Pamiętam też, że na rynek przyjeżdżał samochód z którego pan w białym fartuchu sprzedawał lody. To było wydarzenie dla wszystkich dzieci, bo nawet nie chodziło o same lody ale o całą ceremonię jaka temu towarzyszyła. Otwierały się tylne drzwi samochodu, którego wnętrze było wyłożone lustrami. Potem wszyscy czekali kto jest tym szczęśliwcem i może sobie pozwolić na zakup. A gdy ktoś już kupił loda zaczynał się dalszy ciąg spektaklu. Pan otwierał pół okrągłe, srebrne drzwiczki i wysuwał długą, wąską deseczkę – to wszystko przypomina mi do dzisiaj zminiaturyzowany piec chlebowy – na której znajdowały się lody w blokach podobnych do dzisiejszych bloków chałwy, odkrawał długim nożem określony kawałek i wkładał go pomiędzy dwa wafelki. Po czym zamykał szufladkę. Następny klient i znów cały spektakl zaczynał się od nowa. Do dzisiaj nie mówi się tutaj inaczej tylko a pamiętasz lody od S… Odpowiedz Link
madohora Re: Nasze osiągnięcia literackie 17.09.08, 10:39 III Oprócz świniobicia wielkim wydarzeniem były też odpusty „U babci Anny”, jak mawiał jeden z proboszczów tutejszej parafii. Z takim odpustem, przypominającym te sprzed lat spotkałam się niedawno ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu w centrum Dąbrowy Górniczej. Dzisiaj odpust na Janowie to suma zakończona procesją dookoła kościoła i zaledwie kilka straganów z piernikami. W procesji, w strojach ludowych przeszło może z siedem, może z dziesięć kobiet a panów było jeszcze mniej. Kiedyś dzień odpustu to było święto dla trzech parafii Szopienickiej, Janowskiej i Giszowieckiej. W zależności od tego, w którym kościele akurat był odpust ciągnęła procesja prowadzona przez proboszcza z Giszowca i Szopienic do kościoła w Nikiszowcu (lub odwrotnie). Procesje łączyły się ze sobą i dalej jako jedna przechodziły przez ulice danej dzielnicy. Oczywiście obowiązkowo w strojach regionalnych. Nie można było oderwać oczu od czerni górniczych uniformów i kolorowych pióropuszy na czapkach oraz kolorowych kobiecych strojów, przepasanych fartuchami w kwiaty. Taka procesja zdawała się nie mieć końca a kościół choć jest ogromny pękał w szwach. Oczywiście proboszczowie innych parafii zostawali na obiedzie na probostwie. A w domach także to było święto na które spraszało się całą rodzinę na uroczysty obiad. Po mszy obowiązkowo szło się kupić pierniki, kokosanki, makarony i imbir a także oblaty oraz cukrową watę. Budy z piernikami i zabawkami w postaci czarnych diabełków z gumy, które gdy się na nie nacisnęło to pokazywały czerwony jęzor, różowych baloników z gwizdkiem, wiatraczków, piłeczek na gumce, pierścionków z czerwonym albo niebieskim oczkiem, plastykowych lalek ubranych w sukienki z gąbki a dla chłopców pistoletów – korkowców, korków oraz plaspatronów . Oczywiście wszelkiego rodzaju balonów a dla starszych świętych obrazków. Jeszcze w czasach mojego dzieciństwa na odpuście można było kupić kiszone ogórki oraz śledzie z beczki. Tamte ogórki miały jakiś osobliwy, niezapomniany smak. Oczywiście oprócz jedzenia można też było kupić czerwoną lub białą oranżadę w butelkach, syfon, wodę z sokiem oraz piwo. Stragany rozciągały się począwszy od kościoła przez całą ulicę Plac Wyzwolenia, nasz lokalny targ przez dzisiejszą ulicę Zamkową by w końcu dojść do placu na którym stały karuzele. Jedna albo dwie z konikami i innymi zwierzętami, z autkami zwanymi przez nas „dzikimi autami” przeznaczone dla dzieci. Nie pamiętam już wszystkich ale wiem, że było ich dużo. To tak jakby rozłożyło się miniaturowe Wesołe Miasteczko. Zapamiętałam jedynie drewniane huśtawki w kształcie łódek z ławkami naprzeciw siebie, jak w prawdziwej łódce. Te huśtawki trzeba było samemu rozhuśtać. Różnie z tym bywało, nieraz trzeba się było dobrze napracować. Wszystko zależało od ilości osób, które do niej weszły. Czasem zdarzało się tak jak naszemu koledze, który nadmiernie rozhuśtał łódkę i…wylądował w sąsiednim ogródku, prosto w krzakach róży. On był cały podrapany a właścicielka ogródka goniła go i wyzywała od „pierońskich huncwotów ” zła, że połamał jej kwiaty. Nie było by odpustu bez „kiecioka” czyli pojedynczych krzesełek zawieszonych na długich łańcuchach. Cała frajda polegała na tym, że okręcało się wzajemnie te łańcuchy i gdy karuzela, już się rozpędziła to puszczało się krzesełko sąsiada czy sąsiadki. Zwłaszcza sąsiadki, gdy zbiegiem okoliczności była to „fajno dziołcha” . Ot taki lokalny sport ekstremalny. A tak opisuję to w swoim pamiętniku z: 22.07.1975 „Wczoraj po raz pierwszy jechałam na tzw. „kiecioku” A dzisiaj to nawet sześć razy Gienek* puszczał moje siodełko, gdy karuzela już się rozpędziła. Nie wiem czy to dlatego, że to był Gienek* czy z innego powodu ale w końcu przestałam się bać”... Dzisiaj słyszy się o różnych wypadkach w Wesołych Miasteczkach a wtedy jakoś nikomu nic się nie stało. Oczywiście na odpuście obowiązkowo musiały być strzelnice w których strzelało się do lizaków, kolorowych kwiatów z piór, glinianych figurek, lalek, czarno – białych zdjęć z takich filmów jak „Zorro” czy „Bonanza”, zdjęć aktorów czy piłkarzy. Zawsze też na zachętę gdzieś na samej górze strzelnicy stała wielka maskotka, zazwyczaj misia jako główna wygrana. Ten Misiu to chyba dorobił się w ten sposób emerytury, bo jakoś nigdy nikt go nie ustrzelił. Pamiętam też loterię fantową zwaną „Zuzką”. Było to koło, trochę przypominające „koło fortuny”, podzielone na kolorowe trójkąciki z numerkami i powbijanymi gwózdkami oraz piórkiem zatkniętym za któryś z gwoździ. Zakręcało się tym kołem i w zależności od tego co pokazało piórko albo się przegrywało albo wygrywało jakiś fant: broszkę, pierścionek, koszmarnego pieska, kotka albo konia stającego dęba lub inne figurki zrobione z gliny. Odpowiedz Link
madohora Re: Nasze osiągnięcia literackie 17.09.08, 10:42 Wiersz wyróżniony w Konkursie poetyckim o Świętej Barbarze Ruda Śląska 2008 Świynta Barbara na Nikiszu Świynto Barbara na Nikiszu Niy jest z bronzu, ani ze spiżu Choć nom się zdo, że my sami Ona tu chodzi miyndzy nami Kiedyś jeździła „Balkanem” Z szychty wracała nad ranym Czasym zmynczony się zaspiało I wtedy gruba zasypywało A te bergminy, co przeżyli Z kamykow mozaika ułożyli Ta mozaika do dzisiej momy I na „Wieczorku” podziwiomy Jak kościoł stanoł nad Nikiszym Jeszcze tu rządził tyn Gisze Na jedyn z ołtarzy jom dali I wszyscy do ni rzykali Mantel tam rozpościyro I na bergmonow spoziyro Wymodzili go w Krakowie Bracia Langmannowie A nasze lokalne malarze Tyż do Barbary w darze Łobrozki malowali I na cechowni wiyszali W Barborka – wszyscy wstajom Bo nom chopy z orkiestry grajom I kożdy sie tymu dziwuje Bo Baśka z nimi maszeruje Choć nom się zdo, że my sami Ona tu chodzi miyndzy nami Ktoś jom widzioł jakiś nocy Ale niy kożdy jom zoboczy Odpowiedz Link
madohora Re: Dowcipy z Nikisza 17.09.08, 10:44 Działo się to w czasach, gdy jeszcze funkcjonowała „Klubowa”. Siadło sobie przy stoliczku dwóch pijaków. Zamówili jedno piwo, drugie piwo. Poszło im bardzo ostro i tak koło północy jeden mówi: - Wiesz, fajnie jest ale muszę już iść - A daleko mieszkasz? - Nie, tu obok na Rymarskiej - O, ja też na Rymarskiej - Co, to jesteśmy sąsiadami. A gdzie? - No tu zaraz pod dwójką - Kurcze, ja też pod dwójką, mieszkania siedem. - Zaraz…zaraz…to ja tam mieszkam! - Rysiu? - Tata! Odpowiedz Link
madohora Re: Dowcipy z Nikisza 17.09.08, 10:46 Msza w kościele Świętej Anny. Jak to bywa podczas mszy, chodzi ksiądz z tacą. Jednemu z parafian zasnęło się podczas mszy, więc ksiądz chcąc go zbudzić trąca go z lekka w ramię. Człowiek się budzi i na cały kościół mówi: - Ale ja mam miesięczny! Odpowiedz Link
madohora Re: Dowcipy z Nikisza 17.09.08, 10:46 Do naszego fotografa Niesporka przyszedł kiedyś garbaty chłop. Fotograf patrzy, patrzy i mówi: - Ja panu nie mogę zrobić zdjęcia - A dlaczego? - Bo się panu album nie zamknie Odpowiedz Link
jurek-de1 Re: Dowcipy z Nikisza 17.09.08, 19:41 Krzysiek by sie chyba posikol,ze smiychu. Dobry kawal. Odpowiedz Link
madohora Re: Dowcipy z Nikisza 19.09.08, 15:11 Ale pasuje, nie? Jeszcze nie potrafię sama układać kawałów ale ja podobno jestem zdolna dziewczynka - czuję się dowartościowana, właśnie wczoraj coś takiego usłyszałam. Odpowiedz Link
madohora Re: Dowcipy z Nikisza 29.09.08, 16:43 Zaś innym razym taki jedyn z Sosnowca przyjechał na kole na Bolina. Dynak mu szczeliła. Idom nasi chopcy i się pytają: - Co pana? - Tak rower mój – odpowiada Sosnowiok Odpowiedz Link
madohora Re: Dowcipy z Nikisza 29.09.08, 16:53 A tako inno baba patrzy na nie i godo: - Patrz a ja tako sama para mom w doma Odpowiedz Link
madohora Re: Dowcipy z Nikisza 17.09.08, 10:47 Innym razem w nasze strony zawędrował pingwin. Mówi jak już jestem na Nikiszu, to sobie zrobię zdjęcie. Przychodzi do Niesporka, a ten go pyta: - Życzy pan sobie zdjęcie kolorowe czy czarno – białe?! Odpowiedz Link
madohora Re: Dowcipy z Nikisza 19.09.08, 15:12 Nie wiem, nie pytałam Chociaż okazję wczoraj miałam Ale wiem, że ludzie czytają I nawet czasem coś opowiadają Odpowiedz Link
madohora Re: Dowcipy z Nikisza 25.09.08, 17:38 Nasz fotograf przyjon na praktyka ucznia i godo do niego skocz ino do sklepu i kup mi żarówka. Synek przylatuje do sklepu i pado: -Dejcie mi jedna przpolono żarówka - A po co ci przepolono - Bo jo robia u fotografa i łon mi kozoł kupić żarowka do ciymni Odpowiedz Link
madohora Re: Dowcipy z Nikisza 17.09.08, 10:48 Na naszą pocztę przylatuje strasznie roztargniony facet. A że to był dwudziesty wysyłał jakieś deklaracje. Dziewczyna na poczcie mówi do niego: - Przepraszam, ale ten list jest za ciężki, musi pan kupić jeszcze jeden znaczek - A co? Myśli pani, że od tego zrobi się lżejszy. Odpowiedz Link
madohora Re: Dowcipy z Nikisza 29.09.08, 16:42 A tam na Karmerze to stoł policjant, co kierowoł ruchym, patrzy na ta blondynka co se tyn luft spuściła. Gwizdo na nia i godo: - Jerona a wy w tym kole ni moci luftu Blondynka patrzy i łodpowiado: - Ja, ale ino na dole… Odpowiedz Link
madohora Re: Dowcipy z Nikisza 29.09.08, 16:44 Autentyczne: Kiedyś na Nikiszu to było tak, że niy kożdy mioł koło. Bez toż ny czysto pożyczali je łod somsiadow co na kołach jeździli do roboty. Nasz kamrat tyż się pożyczył blank nowe koło i jeździł nim cołki dziyń po placu. Naroz, niy wiadomo co go pizło. A wiycie jak jest trzeci blok, to z jednego ańfartu wyjyżdżos się zaroz na tyn park przy farze, no i na droga kaj jedżom autobusy. Tyn bajtel tak się ropzyndził, że wyjechał na tym kole z tego ańfartu i wiechoł w som środek (boku) ze stodziewiony. Żodnymu nic się niy stało ino z koła była ósemka. A wiycie jak łon pichoł, aż się za nim kurzyło. Odpowiedz Link
madohora Re: Dowcipy z Nikisza 29.09.08, 16:51 Autentyczne: Wiycie jak to było zaroz po stanie wojennym. Kartek już niy było ale za wszystkim trza było stoć w raji. Za szczawikami tyż. Poleciałach na Bata, bo tam jakieś szczawiki ciepli a jo akurat miałach iść na jakieś wysele, to by mi się nowe przydały. Kupiłach se te szczawiki jak to się godo „na łoko”/ nawet ich niy mierzyłach. Przyszłach z nimi do dom i zaroz skrybach do szranku. Ale my momy tako bardzo ciekawo sąsiadka. Przylazła do nos wieczór i pado: - No to pokoż coś się to za Szuły kupiła - Jo wyciągom ta krzynka, patrza a tam som dwa lewe Odpowiedz Link
madohora Re: Dowcipy z Nikisza 17.09.08, 10:45 W ty samy „Klubowy” siedzi trzech facetów. Jedyn ciynżko wdycho, drugi macho rynkom a trzeci spluwo na ziymia. Patrzy na to barman i w końcu niy wytrzymuje i godo: - Przestońcie już o ty polityce, napijcie się czegoś! Odpowiedz Link
madohora Re: Dowcipy z Nikisza 25.09.08, 17:41 Kiedyś po Nikiszu lotała tako puklato baba. Włazi roz do sklepu do Lidki a tam wtoś do ni godo: - A ty, co sie tak skaradosz? Odpowiedz Link
madohora Re: Dowcipy z Nikisza 25.09.08, 17:44 Inny razym na Nikiszu urodził sie blank czorny synek. Czorny? Ludzie kryncili gowami a ta istno na to: - Dyć łon niy jest po żodnym murzinie, ino po kominiorzu! Odpowiedz Link
madohora Re: Dowcipy z Nikisza 25.09.08, 17:46 Kowolik budzi sie w nocy. Patrzy a tam jakiś chop sznupie mu po szranakch i szuflodkach. A Kowolik zamiast sie znerwować pado: - Chopie, jak dobrze że żeś przyszed, a dyć moja staro już dwadziścia lot na ciebie czeko i skuli tego co noc mie budzi! Odpowiedz Link
madohora Re: Dowcipy z Nikisza 29.09.08, 16:40 Idzie oma i nasz Jaś z Małgosią na Bolina przez las. Naroz Jasiu się pyto: - Starko, a skąd się bierom dzieci? - A dyć synek bociek je przynosi… Na to Małgosia: - Ty, Jasiu pódź jyj powiymy, bo umrze i niy bydzie wiedzieć Odpowiedz Link
madohora Re: Dowcipy z Nikisza 29.09.08, 16:41 A wiycie, w sobota za tym całym peletonym kolarskim to jechały jeszcze dwie blondynki. Jedna tak weke karmeru zsiadła z tego koła i spuściła luft. Drugo patrzy na nia i się pyto; - Co ty robisz? - Mom siodełko za wysoko! Ta drugo łodkrynciła siodełko, zamieniła je z kierownicom: - A ty co robisz? - Jada nazod, bo z takom idiotkom to jo niy byda jeździć. Odpowiedz Link
madohora Re: Dowcipy z Nikisza 29.09.08, 16:46 Wiycie, dodatkowom atrakcjom na te Stulecie Nikisza to mioł być pochód cnotliwych blondynek. Ale jakżeście widzieli niy odbył się. A wiycie czymu? Bo jedna ni miała czasu a drugi tyn dyszcz co kidoł z nieba pierońsko zawodzoł Odpowiedz Link
madohora Re: Dowcipy z Nikisza 29.09.08, 16:47 Wiycie, w te stulecie jeździły dodatkowe autobusy. Dwie blondynki podchodzom do kierowcy i jedna się pyto: - Dojada tym autobusym do Katowic - Niy - A jo? – pyto się ta drugo Odpowiedz Link
madohora Re: Dowcipy z Nikisza 29.09.08, 16:48 Autentyczne W czasach jak jeszcze autobusy jeździły pełne, do kierowcy podchodzi tako starszo babka i godo: - Panie szafner, weznom mie z przodku. Bo ze zadku to ani palca wciś! Odpowiedz Link
madohora Re: Dowcipy z Nikisza 29.09.08, 16:45 Wiycie, tam w Szopynicach na Bagrze to roz stoł taki jedyn mały synek i pił woda prosto z kałuży. Podłazi do niego tako baba i godo synek niy pij ty wody, dyć to jest ino som Maras. - Proszę…? - A skąd żeś ty syneczku jest - Ja? Z Sosnowca! - Pij gorolicku, pij… Odpowiedz Link
madohora Re: Dowcipy z Nikisza 29.09.08, 16:49 Roztargniony facet przylatuje do sklepu na Bacie, jak tam jeszcze był obuwniczy i godo: - Decjcie mi jedna pasta do szczawików - A do jakich - 46 Odpowiedz Link
madohora Re:Nudna Nowela Na N...:-) 17.09.08, 10:53 W prezentowanym tutaj tekście znajduje się dokładnie sto słów zaczynających się na literę „N” Niedziela. Niedzielne Nabożeństwo. Nawet Nie Nużące, Niedzielne Nauki Nigdy Nie Nastrajały Nas Nostalgicznie. Najpierw Nazrywałam Naręcze Nasturcji, Niezapominajek Narcyzów. Następnie Nasmażyłam Naleśników. Napełniłam Nimi Naczynia. Na Nikiszowcu Natchnienie Nadchodzi Niespodziewanie. Najpierw Napisałam Niezbyt Nowoczesną Nowelę. Następnie Nastrojowy Nokturn. Napisałam Nuty. No Nawet Nie Narozrabiałam Nanosząc Nuty Na Notes. Nic Nie Namalowałam. Natomiast Nostalgiczny Norbert Nowak Namazał Nowocześnie. Narysował Niespokojne Nurty Narwi Nad Nizinami, Następnie Nurty Noteci. Nasz Niezawodny Niesporek Napstrykał Negatywów Naszych Neobarokowych Naw. Naszła Nas Nostalgia Nad Naszym Nikiszowcem, Nad Naszymi Niwami. Nad Niedoścignionym. Nikt Nie naniósł nazwiska na notatkach. Niedziela. Noc. Nic Nie Napiszę. Na N Nabazgrałam, Nabałamuciłam. Nieźle Nabajdurzyłam Taki tekst może być równocześnie zadaniem umysłowym, wymyśla się literę i trzeba napisać jak najdłuższe, sensowne opowiadanie, w którym każdy wyraz będzie się zaczynał od tej litery. Dopuszczalne są łączniki ale one nie są liczone do tekstu Odpowiedz Link
madohora Re:Nudna Nowela Na N...:-) 19.09.08, 15:14 Nad Nowelą Natrudziłam (się) Nostalgiczną Nocą. Odpowiedz Link
madohora Re: Wiersz 17.09.08, 10:56 Deszcz nad Nikiszowcem Dzisiaj Nikiszowiec cały zapłakany Płaczą wszystkie bloki i te wszystkie bramy Gdzieś po szybie spływa kropli deszczu smuga A cała Rymarska jest od błota ruda I na mszy porannej załkały organy Bo dziś Nikiszowiec w deszczu jest skąpany Ale będzie pięknie, ja wam za to ręczę Bo jak wyjeżdżałam...Zobaczyłam tęczę! Odpowiedz Link
madohora Re: Wiersz 19.09.08, 15:16 Mnie bardzo podobają się wiersza Krzyśka, a jeden z nich czytam sobie czasami jak jest mi smutno, jak mam chandrę albo zły humor. I bardzo się cieszę, że go poznałam. Odpowiedz Link
madohora Re: STO na Stulecie Nikiszowca(wiersze, szarady, 26.08.09, 10:41 I już roczek minął prawie I na pracy i na zabawie Odpowiedz Link
madohora Re: STO na Stulecie Nikiszowca(wiersze, szarady, 26.08.10, 14:17 Pamiętacie ten wątek, tutaj były i szarady i test i wiele innych rzeczy związanych ze stuleciem Nikiszowca. Teraz na następną rocznicę może też by wypadało coś dodać. Pomyślę o tym. Może też jakieś podsumowanie. Odpowiedz Link
madohora Re: STO na Stulecie Nikiszowca(wiersze, szarady, 26.08.10, 14:19 Muszę się też pochwalić, że nie tak dawno ja i jeden pan pochodzący z Nikiszowca zostaliśmy laureatami konkursu literackiego organizowanego przez Bibliotekę Publiczną w Jastrzębiu Zdroju - wdzięczny temat ale trzeba było napisać po śląsku Odpowiedz Link
madohora Re: STO na Stulecie Nikiszowca(wiersze, szarady, 29.05.15, 23:48 Tak to jest Sto już jest Odpowiedz Link