Dodaj do ulubionych

STO na Stulecie Nikiszowca(wiersze, szarady, test)

    • madohora Re: Nasze osiągnięcia literackie 17.09.08, 10:19
      Prezentowane poniżej wiersze zostały nagrodzone w III Regionalnym Konkursie
      Poetyckim w Gwarze Śląskiej im. Ks. Norberta Bończyka. Obecnie została ogłoszona
      IV edycja tego konkursu. Termin nadsyłania prac do 31 października 2008 roku. Na
      konkurs należy przesłać zestaw trzech wierszy w gwarze śląskiej. Wiersze nie
      mogły być nigdzie wcześniej publikowane (także w Internecie). Wiersze powinny
      być opatrzone godłem. Godło jest równoznaczne z pseudonimem. Następnie w osobnej
      kopercie, zaklejonej i opatrzonej takim samym godłem należy podać swoje dane
      osobowe, telefon lub adres e-mail. Więcej informacji na stronie Domu Kultury
      Ruda Śląska - Wirek
      • madohora Re: Nasze osiągnięcia literackie 17.09.08, 10:20
        Pozwalam sobie również na przytoczenie tego wiersza, z tego samego konkursu,
        gdyż tylko ja i Bronek wiemy ile sobie wzajemnie zawdzięczamy. Prawdą jest, że
        gdyby nie Bronek nie byłoby FORUM na Wyborczej. To jest mój ukłon w stronę Bronka

        Jakub Boehme

        Bronisław Wątroba

        Na misa cynowo z szewca ławy blikom
        Po cichu do Boga możno przi tym rzykoł
        Miska z jedny strony nojpiyrw mi błyszczała
        A potym ze inszy światło łodbijała

        Już wiy! – Już łobudził się w nim Bog- czowiek
        W kerym zło i dobro jakby po połowie
        Może w tym przebierać – zaglądać we siebie
        Łod czego zależy – w piekle jest czy w niebie

        Wyloz ze swy izby – stanoł chnet na progu
        I poczuł że jakby się topił we Bogu
        Łogyń w nim buzuje a woda go gasi
        Dusza się do świata tym sposobym łasi

        Świat Boga jest przecz – łon z tego świata
        Łod sia trza Mu za to dać dobro zapłata
        Być durchś blisko Niego pociągnąć tyż inkszych
        By Duch Świenty we nim stoł się jeszcze wiynkszy

        Dyć łostawił szydło – pióra przyszła pora
        Natchniony napisoł ta bosko „Aurora”
        Kero luterany pryndko potympili
        Choć inksi do serca naprowdy się wzięli

        Już prawie przeklynty – z wyroku niemowa
        We Niebo swyj duszy wypuszone kłod słowa
        Na wieki nastypne się łone wyryły
        Wszachwieczny mu we tym dokłodoł tyż siły

        Choć szewc pomarł w końcu – prochym jego ciało
        Żyło i żyć bydzie co po nim łostało
        Przez wieki już siedzi to we naszych duszach
        Te słowo człowieka zowdy bydzie wzruszać

        Za Jakubym Boehme ku światłu idymy
        Choć ło nim niu wszyscy możno cosik wiymy
        Bez toż joch się szkryflać te rymy łodważył
        Ło śląskim mistyku trocha tyż pomarzoł
        • madohora Re: Nasze osiągnięcia literackie 17.09.08, 10:21
          Ci, którzy byli na imprezach w lipcu mieli okazję poznać osobiście Krzysztofa
          Kokota, który obecnie mieszka w Nowym Targu. Chciałam wam pokazać, że również na
          Nikiszowcu mieszkają ludzie wrażliwi, którzy potrafią tak pięknie tworzyć.
        • madohora Re: Nasze osiągnięcia literackie 17.09.08, 10:22
          Moja Ślasko dziołszko

          Krzysztof Kokot

          O czerwonym słonku
          Już mi przestoń śpiewać,
          Orłow na sztandarach
          Tyż niy trza wyszywać.

          Do bytomskich strzelców
          Już niy zaciągają,
          Czynści Karolinki
          Za Karlikiem gnajom.

          Moja śląsko dziouszko
          Wyciepnij wspomnienia,
          Niy bydź ciyngiym smutno
          Spełnij me marzenia.

          Łostoń Mojom Wenus
          Zgrabnom, uśmiychniyntom,
          Niych na kalyndorzu
          Zawsze bydzie świynto.

          A w chwilach tynskonoty
          Przeca niy zaszkodzi,
          Zanucić o słonku
          Co krwawo zachodzi

          Babsko rzecz zaślimtać
          I do łez się wzruszyć
          Fajnie tyż mieć synka
          Co te łzy osuszy.
        • madohora Re: Nasze osiągnięcia literackie 17.09.08, 10:23
          „Czymu”

          Krzysztof Kokot

          Ujek robił knefle do ortalionow
          Był bogaty – mioł staro dykawka!
          Niy wytrzimoł – umar spokojnie w Szwajcarii

          Brat na grubie niy dorobił się milionow.
          Był biydny – mioł polityczno czkawka!
          Niy wytrzimoł – glancuje merca w Bawarii.

          Jo miyndzy swymi, czasym to przeklinam
          Chop normalny – nawet niy brzidok.
          Trzimom się – pszaja śląskij mowie.

          Ino czymu małpy w chorzowskim ZOO
          Niych mi wto powiy? Na mój widok,
          Łapami klupim się po gowie?
        • madohora Re: Nasze osiągnięcia literackie 17.09.08, 10:24
          Dzikie Kamelki

          Krzysztof Kokot

          Kominy usnyły wysoko.
          Na sortowni cisza legła
          Smutnym flekom spoziyro
          Jak na glazjach
          Nadzieja ruścieje.
          Widmo górniczyj roboty
          Trupioblade,
          Snuje się po cechowni
          Świynto Barbara – zaślimtano
          Ślazła z ołtarzyka.
          Widzieli jom…
          Szła po marasie,
          Z rozwionymi szatami
          Holcplacym ku hołdzie.
          Łostały ino ślady…
          Ma ftorych wiosom
          Zakwitajom dzikie kamelki.
        • madohora Re: Nasze osiągnięcia literackie 17.09.08, 10:24
          Na Nikiszu

          Krzysztof Kokot

          Wyszed jo na chwila
          Z obrazu Gawlika
          Blokom się przyglądnąć
          Zajrzeć do chlywika
          Odwiedzić kamratom
          Z „Wieczorka”, „Staszica”
          Grubie się przyglądnąć
          Przy blasku księżyca
          Chlywikow już ni ma
          Hasiok tyż zwalony
          Mój rodzinny Nikisz
          W skansyn zamieniony
          Żałość mie chyciła
          Pichnął żech od razu
          Wloz jo przez pomyłka
          Do …Wróbla obrazu…

          Ten wiersz, nie jest pokłosiem konkursu ks. Bończyka ale jest moim ulubionym
          wierszem, który „podkradam” za zgodą autora i jak tylko mam okazję to go recytuję.
        • madohora Re: Nasze osiągnięcia literackie 17.09.08, 10:25
          Chyba nie będziecie mi mieć tego za złe, jeżeli ja też się trochę pochwalę. Do
          tej pory tego nie robiłam, ale chyba nie mam się czego wstydzić? Zwłaszcza po
          tym co ostatnio usłyszałam, że my na Nikiszowcu nic nie robimy. Koniec ze
          skromnością.
          Oczywiście wszystko było podpisywane moim prawdziwym imieniem. Madohora
          funkcjonuje od października 2007 roku.
          • jurek-de1 Re: Nasze osiągnięcia literackie 17.09.08, 19:44
            Chyba niy,oby tak dali.
            • madohora Re: Nasze osiągnięcia literackie 19.09.08, 13:51
              Dziękuję Jurek, bo z pewnością siebie to u mnie zawsze coś szwankuje.
            • madohora Re: Nasze osiągnięcia literackie 08.04.13, 22:56
              Dodam jeszcze o konkursie Bończyka
              I zaraz stąd znikam
            • madohora Re: Nasze osiągnięcia literackie 26.04.14, 23:22

            • madohora Re: Nasze osiągnięcia literackie 19.08.14, 16:31
              (Fotograf po dokonanem zdjęciu odzywa się do siedzącego jeszcze na krześle gościa):
              - Przepraszam, ale pan już od dziesięciu minut siedzi na swoim kapeluszu,
              - Do stu djabłów! Czemu-żeś pan tego przedtem nie powiedział?
              - Pan miał taki przyjemny wyraz twarzy, więc nie mogłem mówić nic przykrego.
        • madohora Re: Nasze osiągnięcia literackie 17.09.08, 10:26
          „Chwila dla Ciebie” Nr 40/2006

          „Nie o Ciebie mi chodziło”

          Gdy byłam na spacerze w zoo moją uwagę zwrócił pewien chłopczyk. Od razu było
          widać, że jest tu pierwszy raz. Biegał od zwierzęcia do zwierzęcia i z wielkim
          przejęciem wołał:
          - Mamusiu, patrz! Babciu patrz!
          Tak dotarł do miejsca, w którym stałam i podziwiałam tygrysa na wybiegu.
          Chłopiec ze wzrokiem utkwionym w zwierzę, z rozpędu złapał mnie za rękę wołając:
          - Ale tygrys! Patrz!Patrz!
          Dopiero wtedy spojrzał na mnie. Gdy się zorientował, że jestem kimś obcym, bez
          namysłu wypalił:
          - A ty nie patrz!
          Bardzo mnie to rozbawiło. Ale wcale nie miałam zamiaru przestać patrzeć!
        • madohora Re: Nasze osiągnięcia literackie 17.09.08, 10:27
          „Chwila dla Ciebie” Nr 34/2007

          „Nerwowość nie popłaca”

          Jechałam autobusem (konkretnie 12 a rzecz miała miejsce na Zawodziu przy
          Zajezdni – komentarz Madohora). Był to kurs, w trakcie którego następuje zmiana
          kierowcy. Tego dnia coś się musiało wydarzyć, bo zmiennik w ustalonym miejscu
          nie czekał.
          Kierowca zadzwonił więc z komórki i po chwili zza krzaków wyłonił się młody
          mężczyzna. Szedł sobie powoli, noga za nogą, w kierunku autobusu.
          Jakiś nerwowy pasażer zaczął to głośno komentować. W końcu nie wytrzymał:
          wyskoczył z autobusu i naurągał gościowi. Ten popatrzył na niego jak na wariata
          i…spokojnie poszedł dalej.
          Po chwili zza tych samych krzaków biegiem wyleciał zmiennik.
          Nerwowy pasażer już niczego nie komentował.
        • madohora Re: Nasze osiągnięcia literackie 17.09.08, 10:28
          „Chwila dla Ciebie” Nr 35/07

          „Mój sposób na kontrolerów”

          Do pracy jadę autobusem pół godziny, więc kiedy tylko mam miejsce siedzące,
          skrupulatnie wykorzystuję ten czas i coś czytam.
          Pewnego razu nie wzięłam ze sobą książki a krzyżówkę. Tak mnie pochłonęło jej
          rozwiązywanie, że zapomniałam o Bożym świecie. Ocknęłam się dopiero na końcowym
          przystanku.
          Ale to nie wszystko: w tej samej chwili stwierdziłam, że z autobusu wysiadają
          dwaj panowie kontrolerzy, którzy wcześniej sprawdzali bilety. A ode mnie nikt
          biletu nie chciał!
          • jurek-de1 Re: Nasze osiągnięcia literackie 17.09.08, 19:47
            Zastosuja to,jak sie niy udo to zwrocisz za mandat.
            mozna tyz na widok kontrolera szyba lizac.
            • madohora Re: Nasze osiągnięcia literackie 19.09.08, 13:54
              A tego, to jeszcze nie próbowałam.
              Ale zdarzyło mi się coś takiego. Dobiegałam do autobusu, zasapana, z ciężką
              torbą. Jakiś młody, przystojny człowiek zrobił mi miejsce. Usiadłam, jeszcze
              sapiąc jak lokomotywa. A on mówi mi na ucho:
              - Niech pani skasuje sobie bilet, bo zaraz będę sprawdzał?!
        • madohora Re: Nasze osiągnięcia literackie 17.09.08, 10:29
          „Cienie i Blaski” Nr 4/2007
          Praca nagrodzona w konkursie pt. „Pamiętam jakby to było dziś”
          „Całym sercem jestem z Wami”
          Ten tekst dedykowałam dwóm niezwykłym ludziom, z którymi los pozwolił mi się
          zetknąć [+]Andrzejowi Pawłowskiemu i [+]Zbyszkowi Jaworowi
          Wróciłam tutaj po latach, dokładnie po piętnastu latach, które spędziłam w
          różnych rejonach Polski. Najpierw poszłam na cmentarz i zapaliłam znicz na
          grobie Zbyszka dla niego i dla Andrzeja dzisiaj tylko tyle możemy dla nich
          zrobić zapalić znicz, pomodlić się a przecież Zbyszek i Andrzej zrobili dla nas
          tak wiele, chociaż może sami nie zdawali sobie z tego sprawy jak bardzo wpłynęli
          na nasze życie.
          Jest listopad. Hubertus. Pogoda okropna, sypie śnieg i duje wiatr. Nasz kolega
          nigdy nie mówił inaczej tylko że wiatr duje tak jakby nie było na to innych
          określeń.
          Nie wiem jaki impuls przywiódł mnie tutaj właśnie dzisiaj. Wchodzę na teren
          ośrodka z lekką dozą nieśmiałości po czym Staszek otwiera szeroko ramiona i woła
          do mnie:
          - Ewelina co się z Tobą działo? Ile to już lat?
          I już czuję się jakby tych piętnastu lat nie było, po prostu pojechałam wczoraj
          do domu i dzisiaj wróciłam z powrotem.
          Jestem tylko biernym obserwatorem i patrzę na wszystko wokół by część tego
          zatrzymać w sercu a część na swojej cyfrówce. Przede mną stoi wybielona stajnia,
          odnowiony stary budynek Młyna mieniący się dzisiaj kolorami brązu i beżu. Na
          oświetlonej ujeżdżalni leży świeży żółty piasek. Pstrykam zdjęcia i mimo woli
          przypominam sobie zdjęcia zrobione tutaj zwykłym aparatem fotograficznym z
          czarno białą kliszą. Zdjęcia na
          których piasek jest koloru bieli tak jakby wszystko pokrył śnieg.
          Dzisiaj jest Hubertus, każdy kto zetknął się z końmi wie co to za święto.
          Zazwyczaj towarzyszą mu też różne pokazy. Dzisiaj były to pokazy jazdy rodeo.
          Później swoje umiejętności prezentowała końska drużyna harcerska. Skakali przez
          przeszkody a nawet przez zapaloną obręcz – co w przypadku koni jest bardzo
          trudne, gdyż jak wiadomo konie panicznie boją się ognia. A na zakończenie główny
          punkt programu czyli pogoń za lisem na zakończenie sezonu jeździeckiego.
          Ubiegłoroczny zdobywca lisiej kity w tym roku zostaje lisem ucieka z lisią kitą
          przyczepioną do ramienia a pozostali gonią za nim aby mu tą kitę zerwać. Ale to
          nie tylko gonitwa w terenie to równocześnie pokaz umiejętności jeźdźców i koni
          dla tych, którzy ich obserwują.
          Przed laty też należałam do grona tych osób które goniły
          lisa. A potem tradycyjny grzaniec. Tym razem zamiast bigosu jedliśmy prosiaczka
          nadziewanego kaszą pieczonego na ognisku i pyszne ciasto z jabłkami
          Znalazłam się tutaj po tak długiej przerwie i w każdym momencie natykam się na
          kogoś ze starych znajomych. Niesamowite jest to, że spotkaliśmy się tutaj prawie
          wszyscy.
          Bieg już się skończył i nagle z tłumu ludzi wylania się chłopak.
          O przepraszam mężczyzna z którym zaczynałam
          tutaj jeździć na koniach.
          - Ewelina, to ty? Nie wierzę?! – patrzy na mnie zdziwiony
          - Boguś? – a ja na niego, bo o ile wiem od dwudziestu lat mieszka za granicą –
          Skąd się
          Tutaj wziąłeś?
          Siadamy z Bogdanem przy ognisku jak za dawnych lat oparci o siebie plecami, tak
          jak to nieraz robiliśmy po jeździe czy na wachcie i każdy z nas sączy swoją
          porcję grzańca z plastikowego jednorazowego kubeczka. Co za luksus a kiedyś
          piliśmy herbatę, grzańca czy coś innego z tego co było pod ręką manierek,
          szklanek, blaszanych garnuszków czasem zdarzało nam się, że z jednego naczynia.
          Siedzimy i rozmawiamy a każde zdanie zaczynamy od słów:
          - Czy pamiętasz?......
          Czy pamiętam?
          Pamiętam tyle rzeczy związanych z tym ośrodkiem.
          Przecież kiedyś to było cale moje życie. Właściwie tutaj w tym ośrodku
          wchodziłam w dorosłe życie. Tutaj nauczyłam się pracować fizycznie i to nie
          tylko w stajni, nauczyłam się malować, przybijać gwoździe, konserwować drewno.
          Tutaj nauczyłam się gotować.
          I w jakiś niepojęty sposób przygotowano mnie do wykonywania mojej obecnej pracy
          a zajmuję się kontrolą w firmie.
          Tutaj też dostałam najpiękniejszy prezent urodzinowy. Konno zaczęłam jeździć
          w listopadzie a w grudniu mam urodziny. Nie czarujmy się
          jeździłam wtedy bardzo słabo. A wtedy przyszedł Zbyszek z lonżą w dłoni – dla
          mojego bezpieczeństwa. Powiedział mi, ze z dokumentów wie, że ja mam dzisiaj
          urodziny i postanowił zrobić mi prezent.
          Dzisiaj na jazdę zabieram Malgasza, najmilszego konia w całym ośrodku.
          Tylko w dwójkę pojechaliśmy w teren. Pogoda była piękna, na polach leżał świeży,
          miękki śnieg. Drzewa pokryte śniegiem i szadzią wyglądały jak wyjęte z Baśni o
          Królowej Śniegu a lekki mróz tylko dodawał uroku całej tej scenerii.
          Wtedy po raz pierwszy galopowałam.
          Zamyśliłam się i zasmuciłam wracając wspomnieniami do tamtego czasu.
          Zbyszka niestety nie ma już z nami. Odszedł za wcześnie.
          - Pamiętasz Staszka? – pyta mnie w pewnym momencie Boguś
          Co za pytanie czy pamiętam. W końcu tutaj też przeżywałam swoją pierwszą miłość
          a potem pierwsze rozczarowanie. Ostatnio podczas robienia
          generalnych porządków w domu wpadł mi w ręce plik listów z tamtego okresu i
          niesamowite jest to jak te listy prowadziły mnie przez życie. Krok po kroku tak
          jakbyśmy sobie tymi listami pisali scenariusz, który życie dla nas napisało.
          Dzisiaj już nie wiem co się dzieje ze Stasiem, bo wyjechał już dawno temu.
          Natomiast ja wiem jak potoczyło się moje życie.
          W jednym z tych listów przeczytałam:
          „Moja droga Ewelin, dzisiaj jesteśmy oboje bardzo młodzi ale chcę Ci powiedzieć,
          że cokolwiek by się nie wydarzyło w naszym życiu zawsze będę o Tobie pamiętał i
          będziesz miała miejsce w moim sercu.”
          Ja chociaż nigdy nie robiłam takich deklaracji, gdy straciłam pracę i po jakimś
          czasie bezowocnych poszukiwań otworzyłam własną firmę bez zastanowienia nazwalam
          ją Ewelin i kiedy ktoś mnie zapytał skąd taka nazwa od razu odpowiedziałam:
          - Miałam kiedyś przyjaciela, który tak się do mnie zwracał i robił to z lekkim
          francuskim akcentem, bardzo mi się to podobało. Nie wiem skąd wziął się u niego
          ten francuski akcent ale dla mnie moje imię wypowiadane w ten sposób było jak
          najpiękniejsza muzyka.
          Odwracamy się a przed nami stoi Marysia, osoba która wówczas wydawała mi się
          taka dorosła. Ona już przecież pracowała a ja dopiero byłam w którejś klasie
          liceum. Marysia wtedy z jednej strony opiekowała się mną jak starsza siostra a
          drugiej kibicowała mi w tym uczuciu, nie komentując, nie krytykując a nawet tak
          kierując abyśmy mieli okazję razem pracować czy jeździć.
          Pamiętam też jak chodziłam obok konia o imieniu Noryń, zakochałam się w nim od
          pierwszego wejrzenia. A potem miał coś z nogami (ci którzy go znali wiedzą)
          Andrzej kazał mi go wyprowadzić na łąkę i z nim spacerować przez jakiś czas.
          Chodziliśmy tak z dwie godziny. Po czym Noryń położył swój wielki łeb na moim
          ramieniu, trącił mnie nosem i spojrzał na mnie swoimi brązowymi oczami a ja
          byłam ugotowana. A potem chodziłam obok niego z cichą nadzieją, że może kiedyś….
          Aż przyszedł ten dzień kiedy Andrzej wymówił magiczne słowa:
          - Na jazdę bierzesz Norynia, moje siodło i jedziesz w teren
          Moich uczuć w tym momencie nie opiszą żadne słowa
          Noryń, który jak ognia unikał wszystkiego co było wyższe niż trzydzieści
          centymetrów w terenie płynnie przeskoczył przez zwalony pień drzewa i pogalopował.
          Oczywiście od tej pory to był „mój koń”, wszyscy o tym wiedzieli. Czasem
          potrafiłam przyjechać ze szkoły 50 km tylko po to aby pospacerować z Noryniem,
          poskarżyć mu się gdy coś mi nie wyszło albo podzielić się z nim swoimi
          radościami. W żadnym wypadku nie trzeba mnie było szukać, bo gdy nie było mnie
          tam gdzie powinnam wiadomo było, że siedzę u Norynia w boks
        • madohora Re: Nasze osiągnięcia literackie 17.09.08, 10:31
          „Uczucia i Tęsknoty – wydanie specjalne” Nr 6/2008
          „Po tamtej stronie” Czy to na pewno tylko sen

          To wszystko zaczęło się dziać w 2003 roku. W moim życiu nie wydarzyło się nic
          takiego, co w jakiś sposób uzasadniałoby moje przeżycia. Nie miałam żadnego
          wypadku, nie znalazłam się na pograniczu życia i śmierci. Nie przeżyłam też
          jakiegoś szoku. Gdyby tak się stało łatwiej byłoby mi to wszystko zrozumieć. A
          tak żyję spokojnie obok innych ludzi, a każdy mój dzień jest podobny do innych.
          Jestem normalną osobą z jednej strony mocno stąpającą po ziemi a z drugiej
          bardzo wrażliwą. Odkąd pamiętam miałam bardzo silnie rozwiniętą empatię, w
          niektórych przypadkach graniczącą z telepatią. Czasem mi tu ułatwiało życie a
          czasem bardzo utrudniało. Ciężko jest prowadzić jakąkolwiek rozmowę, gdy z góry
          się wie, że z tego i tak nic nie będzie. A przecież nie wypada przerwać
          kontrahentowi i powiedzieć mu, że dalsze negocjacje nie mają sensu, bo ja i tak
          znam negatywny wynik tych rozmów.
          Jednak są sytuacje, których nie jestem w stanie w żaden sposób przewidzieć.
          Marka poznałam wiosną. Zatrudnił się jako ochroniarz w naszej firmie.
          Przynajmniej jeżeli chodzi o mnie, to był zawsze uprzejmy, uśmiechnięty. A
          przede wszystkim pomocny. Zdarzyło się nam kilka razy po pracy pójść na kawę.
          Kiedy zasiedziałam się dłużej w pracy Marek nieraz odprowadzał mnie na
          przystanek autobusowy. W naszych relacjach nie było nic z flirtu. Ot zwykłe
          koleżeństwo, bo na używanie słowa „przyjaźń” też było trochę za wcześnie.
          Byliśmy po prostu dwójką ludzi, w zbliżonym wieku, którzy lubili z sobą
          porozmawiać. Czasem Marek zwierzał mi się ze swoich problemów i wspólnie
          próbowaliśmy znaleźć jakieś rozwiązanie. Jednak jestem osobą na tyle dyskretną,
          że jeżeli ktoś nie chce mi czegoś powiedzieć, nie ciągnę go za język. Zawsze
          uważam, że przyjdzie taki moment kiedy ten ktoś, jeżeli będzie tego naprawdę
          chciał czy potrzebował to sam się przede mną otworzy.
          Tak uważałam, aż nadszedł dzień, którego do dzisiaj nie mogę sobie
          wybaczyć…Wyjeżdżałam na dwutygodniowe wakacje i z jakiegoś powodu, musiałam w
          sobotę jeszcze na chwilę wpaść do firmy. Jak to mieliśmy w zwyczaju,
          zamieniliśmy z Markiem parę słów na zupełnie błahe tematy. Takie jak pogoda, mój
          urlop. Trochę ponarzekaliśmy na problemy finansowe, które w tym okresie niemal
          jak wirus grypy zaczęły dotykać nas wszystkich.. W końcu Marek wymówił jak się
          później okazało brzemienne w skutki zdanie:
          - Ja mam w tej chwili takie kłopoty, że nie wiem co ze sobą zrobię?
          Popatrzyłam na niego pytająca. Próbowałam zagadać, ale zamknął się jak żółw w
          swojej skorupie. Pomyślałam wówczas, że przyjdzie ten moment kiedy się dowiem co
          go trapi.
          Zaraz po powrocie z urlopu będę musiała z nim pogadać. Tym bardziej, że jeden z
          jego problemów o którym wiedziałam już był rozwiązany. Do końca dnia nic już się
          nie wydarzyło. W domu spakowałam plecak i poszłam wcześniej spać. Dość szybko
          zasnęłam, gdy nagle w nocy obudziło mnie paniczne uczucie strachu. Rozejrzałam
          się wokoło. Spałam w swoim domu, w swoim łóżku. Nie było żadnego powodu aby się
          bać.
          - Jestem zdenerwowana wyjazdem albo to tylko zły sen – pomyślałam
          Próbowałam zasnąć, ale gdy tylko wpadałam w pierwszą fazę snu, koszmar zaczynał
          się od nowa. W pewnym momencie, jakiś męski głos, nie wiedziałam do kogo należy
          wołał mnie
          i zaklinał abym z nim poszła. Wskazywał mi też dość niekonwencjonalne sposoby
          tej wyprawy. Raz kazał mi nawet wyskoczyć z okna. Argumentując to tym, że jemu
          byłoby trochę lżej na duszy. Błagał mnie o to, bo teraz jest już za późno aby on
          zmienił decyzję a teraz tak bardzo się boi. Potem sen przeszedł w spokojniejszą
          fazę a ten ktoś stwierdził, że już mu nie mogę pomóc i poprosił tylko o to abym
          od czasu do czasu o nim pamiętała.
          Obudziłam się rano z przeświadczeniem, że albo śnił mi się wyjątkowo okropny
          koszmar albo jest to początek choroby psychicznej. Zdecydowałam, że mimo
          wszystko pojadę na urlop a po powrocie zdecyduję co z tym wszystkim zrobić.
          Wróciłam po dwóch tygodniach do pracy i pierwsze o czym się dowiedziałam to, to
          że Marek popełnił samobójstwo. Powiesił się dokładnie w tę noc i w godzinach
          zbliżonych do tych, kiedy ja walczyłam z sennym koszmarem.
          Nigdy nie dowiem się czy to on naprawdę mnie wtedy wołał i błagał o pomoc.
          I to mógłby być koniec tej smutnej historii. Ale niestety dla mnie nie jest. Od
          tamtej nocy zaczęły się następne. Zawsze podczas snu, chociaż te sny różnią się
          od siebie.
          Moja ciocia była już starszą osobą, Tak więc w momencie gdy trafiła do szpitala
          było wiadomo, że raczej już z niego nie wróci do domu. Nawet będąc oswojonym z
          tym co ostateczne, nikt nie jest w stanie dokładnie określić daty czyjejś
          śmierci. Ciocia była innego wyznania. Mówię to, bo ma to pewne znaczenie w całej
          historii. Staruszka już dość długi czas leżała w szpitalu
          i ciągle czuła się tak samo. Aż nadeszła kolejna noc. Zasnęłam. Tym razem spałam
          spokojnie, żadnych koszmarów. Miałam nawet jakiś przyjemny sen. W pewnym
          momencie do mojego snu weszła moja ciocia, nawet go nie przerywając. Powiedziała
          mi, że jest już bardzo spokojna
          i szczęśliwa. Ale…teraz trochę żałuje, bo wolałaby jednak mieć katolicki
          pogrzeb. Obudziłam się i tym razem powiedziałam rodzicom o moim śnie. Wiedziałam
          już co on oznacza.
          A o dziesiątej zadzwonił telefon z informacją, że ciocia zmarła tej nocy. Miałam
          dość poważny problem. Jednak nie my decydowaliśmy o pogrzebie, więc nie mogłam
          spełnić tej prośby. Jedynie po rozmowie z księdzem dałam na mszę.
          Po raz trzeci i jak na razie ostatni spotkało mnie to niedawno. Mam takiego
          kolegę Jarka*, z którym przyjaźnimy się od czasów naszych studiów. W ostatnim
          czasie jest to raczej luźna znajomość, gdyż życie tak zdecydowało, że obecnie
          mieszkamy w dość odległych miastach.
          Był taki moment kiedy jego mama postrzegała tę naszą znajomość nieco inaczej,
          albo widziała coś czego być może my oboje do dzisiaj nie widzimy. W każdym razie
          znielubiła mnie od pierwszego wejrzenia. Poza tym zdaję sobie z tego sprawę, że
          nie mieściłam się w jej wyobrażeniach o przyszłej synowej. W którymś momencie
          nasze kontakty z Jarkiem całkowicie się urwały ograniczając tylko do kartek na
          święta. Tak więc nie wiedziałam co się dzieje z nim i jego rodziną. Wieczór
          poprzedzający Sylwestra spędziłam w teatrze oraz na kawie ze znajomymi. Do domu
          wróciłam więc w dobrym nastroju, chociaż bardzo zmęczona. Dość szybko padłam na
          łóżko i zasnęłam. Tym razem w moim śnie pojawiła się mama mojego kolegi ubrana w
          elegancką sukienkę i siedząca za kierownicą luksusowego samochodu. Ta kobieta
          nigdy nie jeździła samochodem, nawet nie miała prawa jazdy. Otworzyła przede mną
          drzwi od strony pasażera i zaprosiła do środka. Powiedziała mi też, że jeszcze
          za dobrze nie prowadzi
          i lepiej by się poczuła w czyimś towarzystwie. Popatrzyłam na nią z lekkim
          niedowierzaniem i grzecznie lecz stanowczo odmówiłam:
          - Może innym razem, Myślę, że w tę podróż niestety musi Pani pojechać sama!
          Obudziłam się, bardzo zdziwiona, że przyśniła mi się osoba, której nie widziałam
          od lat.
          Tym razem też wiedziałam. Za kilka dni Jarek* zadzwonił z tragiczną wiadomością
          i informacją o pogrzebie. Jego mama zmarła dokładnie w noc poprzedzającą Sylwestra.
          Zdarzyło się to zaledwie trzy razy, ale ja zastanawiam się co będzie dalej?
          Czy każdy kto odchodzi przyjdzie się ze mną pożegnać i o coś mnie prosić? A może
          Ci, którzy odchodzą podobnie jak my potrzebują także naszego wsparcia tam, po
          drugiej stronie?

          *wszystkie imiona zostały zmienione
        • madohora Re: Nasze osiągnięcia literackie 17.09.08, 10:35
          A tutaj kilka wybranych fragmentów z pracy pt. „Ginące Krajobrazy” na konkursie
          literackim „Śląsk moje stulecie” - muszę to podzielić na części, bo w całości
          nie wejdzie.

          Rozdział III: Dzieciństwo
          Z wczesnego dzieciństwa pamiętam wielką, tekturową walizę w której pod
          stertą szarego papieru pieczołowicie przechowywany był tradycyjny, kobiecy
          śląski strój. Wełniana, ciemno zielona spódnica suto marszczona, kwiecisty
          fartuch czyli „zopaska”, do tego biała bluzka
          z bufiastymi rękawami wykończonymi koronką. Taka sama koronka przy szyi tworząca
          kryzę.
          Do tego gorset z czarnego aksamitu obszyty zieloną lamówką oraz przy dekolcie
          zdobiony wstążką w kwiaty. Pod to wszystko ubierana była biała, płócienna,
          krochmalona halka. A na głowę szeroki wianek ze sztucznych kwiatów tzw.
          „galanda”. Do tego czarne wiązane trzewiki. Całość stroju dopełniały czerwone
          korale do których był przyczepiony krzyżyk. Strój śląski, który znajdował się w
          domu był uszyty przez moją babcię i prababcię dla mojej mamy, która najpierw
          ćwiczyła gimnastykę artystyczną a później w latach 1953 – 1955 tańczyła w
          Zespole Pieśni i Tańca „Szopienice”. Jako dziecko często ubierałam na siebie ten
          strój i potrafiłam godzinami wpatrywać się w wielkie lustro. Oczywiście
          najbardziej z całego stroju fascynował mnie ten kolorowy, szeleszczący wianek.
          Wyobrażałam sobie wtedy, że kiedyś wyjdę na scenę i zaśpiewam albo zagram na
          pianinie, albo…, albo…Zresztą mogłam sobie marzyć, bo w naszym domu było pełno
          różnych instrumentów muzycznych. Pamiętam akordeon, gitarę, obój, mandolinę a
          nawet bałałajkę. No i oczywiście różnego rodzaju organki. Mogłam sobie pozwolić
          tylko na marzenia, gdyż byłam zbyt nieśmiałym dzieckiem i podczas jakichkolwiek
          występów po prostu zjadłaby mnie trema. Poza tym życie dość szybko zweryfikowało
          moje marzenia. Dowiedziałam się, że nigdy nie zaśpiewam z bardzo prozaicznego
          powodu, po prostu nie mam słuchu muzycznego. Niestety nigdy nie będę miała
          okazji zaprezentować się w takim stroju i zaśpiewać:
          „Gdybym ja była słoneczkiem na niebie…”
          Najpierw było mi oczywiście ogromnie przykro. Bo jak tak może być? Cała moja
          rodzina zarówno z jednej jak i z drugiej strony jest muzykalna od pokoleń a ja
          nie?! Nie będę mogła usiąść
          z koleżankami czy starzykami pod chlewikiem i zaśpiewać jakiejś piosenki, z tego
          zniszczonego śpiewnika, który wala się gdzieś po domu? Tak było do czasu, gdy
          ktoś z krewnych zabrał mnie na koncert muzyki poważnej. Oczywiście będąc po raz
          pierwszy w filharmonii najpierw podziwiałam wystrój, podglądałam jak ludzie się
          zachowują, jak są ubrani. A potem gdy zaczęła grać orkiestra zaczęło się ze mną
          dziać coś dziwnego. Najpierw wstrząsnęły mną dreszcze. Nie to nie były takie jak
          podczas gorączki, to było coś, co płynęło od żołądka w kierunku serca rozlewając
          się po całym organizmie. Dostałam „gęsiej skórki”. Aż w którymś momencie łzy
          samoistnie poleciały mi z oczu. Najpierw się tego wstydziłam, a potem pozwoliłam
          sobie na płacz. Razem z dyrygentem i resztą orkiestry odczuwałam wszystko to, co
          oni starali się wyrazić swoją muzyką. Dzisiaj już wiem, że mój brak słuchu czy
          może raczej głosu rekompensuje dar, który mało kto otrzymuje od losu. Przecież
          nie każdy musi śpiewać, ktoś też musi słuchać tych bardziej utalentowanych.
          Myślę, że z takim zaciekawieniem i nabożeństwem podchodziłam do
          śląskiego stroju, gdyż
          w naszej „sieni” mieszkała starsza pani, która nam dzieciom kazała się nazywać
          „omom” .
        • madohora Re: Nasze osiągnięcia literackie 17.09.08, 10:38
          Dla mnie, kilkuletniego brzdąca ta kobieta miała chyba ze sto lat. Prawdę
          powiedziawszy trochę się jej bałam a z drugiej strony bardzo mnie fascynowała,
          gdyż jako jedna z nielicznych już
          w owym czasie kobiet „nosiła się po chłopsku”. Co w praktyce oznaczało, że na co
          dzień ubierała się w tradycyjny śląski strój. Jej ubiór różnił się od tego jaki
          znajdował się u nas w domu. Oczywiście nosiła suto marszczoną, ciemną, wełnianą
          spódnicę, kwiecisty fartuch a zamiast gorsetu „jakle” w ciemnych kolorach. Jak
          przystało na matronę na głowie nosiła chustę wiązaną do tyłu. Chustę inaczej
          układało się w zależności od wieku osoby, która ją nosiła a także
          w zależności od regionu śląska, z którego dany strój pochodził. Również ramiona
          przykrywała ogromną chustą z frędzlami. Dzisiaj Panie ubierają się w stroje
          regionalne tylko na festyny, występy czy procesje oraz z racji świąt. A ja jako
          dziecko myślałam, że skoro nie będę mogła nigdy zaśpiewać to jak już dorosnę
          wówczas na co dzień na pewno będę ubierać się tak jak ona. Drugą osobą, która
          fascynowała mnie w tamtym czasie był ojciec mojego kolegi, który grał
          w orkiestrze górniczej kopalni „Wieczorek” i często chodził ubrany w czarną
          marynarkę zapinaną na złote guziki, prostych długich spodniach oraz czapce
          górniczej z czerwonym pióropuszem, zarezerwowanym dla orkiestry. Jednak on swój
          galowy strój zakładał tylko od święta, na procesje, pochody, „Barbórkę” i na…
          pogrzeby. Bo tradycją już było, że gdy umierał jakiś górnik to orkiestra
          odprowadzała go w jego ostatnią drogę. Skoro już jestem przy „Barbórce” to do
          dzisiaj czwartego grudnia przez ulice Nikiszowca, wczesnym rankiem przechodzi
          orkiestra budząc mieszkańców swoim graniem. W przedszkolu i niższych klasach
          podstawówki, gdy jeszcze chodziło się na bale przebierańców, gdy my
          przebieraliśmy się za księżniczki czy zwierzątka mój kolega paradował w stroju
          górniczym. Śmiesznie to wyglądało, gdy tak szli dumnie obok siebie „duży górnik”
          i „mały górnik”. Dzisiaj tego pana dosięgła cywilizacja i ciężko choruje, nie
          może też już grać na instrumentach a Marek* nie ma nic wspólnego z górnictwem.
          Natomiast nie kojarzę mojego ojca w galowym mundurze. On był ratownikiem,
          zapamiętałam go z tamtych czasów
          w brudnym, roboczym ubraniu z kaskiem na głowie i dzisiaj już wiem, że to dziwne
          urządzenie które nosił to był aparat tlenowy. Czasami jako dzieci biegaliśmy do
          niego na stację ratowniczą, gdy miał dyżur na powierzchni. Pamiętam też taką
          scenkę, gdy przyjechał do nas kuzyn i zobaczył brudnych górników w kaskach,
          akurat kończących szychtę. Nie namyślając się wiele uciekał do domu, co sił w
          nogach, krzycząc na całe gardło:
          - Diabeł, diabeł!!!
          To co dla nas było codziennością, chlebem powszednim dla dziecka z innego
          regionu kraju okazało się czymś niewyobrażalnym. On nigdy wcześniej nie widział
          górnika po pracy.
          Jego wyobrażenie skupiało się tylko na scenkach z „Barbórek” przedstawianych w
          telewizji.
          W okresie mojego dzieciństwa na podwórkach stały jeszcze chlewiki, w
          których hodowano kury, kaczki, gęsi, króliki, kozy a nawet świnie. Oczywiście
          Śląsk nie byłby Śląskiem gdyby
          w tych chlewikach nie trzymano gołębi. Jeden z naszych sąsiadów nawet szkolił
          gołębie pocztowe, które wystawiał w zawodach i zdobywał nagrody. Zawsze z
          zaciekawieniem patrzyliśmy, gdy je „puszczał” nie bardzo wierząc w to, że te
          ptaki do niego wrócą. Większości z naszych ojców
          i dziadków życie przebiegało tak jak w tej piosence:
          „Idę sobie przez podwórze i pyk, pyk fajeczkę kurzę./Mom króliki we chlewiku
          gołębie w gołębniku/A w kadłubku stary kos/ śpiewa mi na cały głos:/Pyk, pyk z
          fajeczki/Duś, duś, duś gołąbeczki/Fajeczka, gołąbeczek/ławeczka, ogródeczek/i w
          kadłubku kos/to starzyka los/ Byłech bajtlem i ciskaczem/Potem przez rok
          ładowaczem/ Pracowołech przez lat wiele/ świątek, piątek i niedziele/Aż po wielu
          ciężkich dniach/znałem swój górniczy fach/Jak żech już górnikiem zostoł/Toch po
          ojcu fajkę dostoł/A od sztajgra za nagrodę/Otrzymołech dobry przodek/Tam, żech
          sobie fajkę ćmił i fedrowoł ile sił/Wyrąbołech węgla zwały/ Które ludziom
          ciepło dały/Teroz gdy mi włos siwieje/som przy piecu kości grzeję/jeszcze
          wczoraj taki chwat/dziś już ponoć stary dziad…
          Skoro trzymano wieprzki, to wielkim wydarzeniem towarzyskim i kulinarnym było
          świniobicie, które zostało uwiecznione na obrazie jednego z twórców należącego
          do „Grupy Janowskiej”. Zazwyczaj samo zabijanie świni odbywało się na placu.
          Przychodził „masorz” , który najpierw zabijał a potem oporządzał zwierzaka.
          Pamiętam kwik tego zarzynanego wieprzka a potem to nieszczęsne, martwe już
          zwierzę wiszące na trzepaku i rzeźnika, który rozkrawał je wielkim nożem.
          Dzielił na kawałeczki i parujące mięso wkładał do ogromnej miednicy. Wówczas
          walczyła we mnie jakaś okrutna fascynacja tym co on robi, fascynacja znana tylko
          dzieciom z żalem nad tym zabitym zwierzakiem. Potem zabierał gdzieś michę i
          dalszy ciąg tajemnicy znali tylko gospodarze
          i on. Właściciele świni wcześniej przyjmowali zamówienia na wyroby i potem po
          udanych transakcjach dalszy ciąg imprezy odbywał się znów na podwórku. Zazwyczaj
          gospodarze częstowali sąsiadów wusztzupą , żymlokami, krupniokami, salcesonem i
          kiełbasami. A panowie częstowali się wódką. Czyli zgodnie z prawem zwyczajowym
          oblewali swego rodzaju „litkup”
          W naszym bloku mieszkał też pan Władysław* który zajmował jakąś wysoką pozycję w
          lokalnym świecie. Gdy ja byłam małą dziewczynką, on był już na emeryturze. Wiem
          tylko, że bardzo udzielał się społecznie i prowadził zespół, w którym tańczyła
          moja mama. Mieszkał w jednym
          z tych mieszkań o większym standardzie i posiadał biało – granatowego mercedesa
          z odkrywanym, płóciennym dachem i czarnymi skórzanymi siedzeniami. Parkował go
          na podwórku pomiędzy chlewami. W owym czasie był chyba jedyną osobą, którą
          znałam posiadającą samochód. A więc dla nas dzieci był kimś niesamowicie
          ważnym. Czasem, gdy miał dobry humor zabierał nas na przejażdżkę dookoła bloku.
          Rywalizowaliśmy z sobą o to aby dostąpić tego zaszczytu. Ja byłam do tego
          stopnia nieśmiała, że nigdy bym o nic nie poprosiła. Chyba dzięki temu
          wygrywałam ten konkurs. I chociaż w dzisiejszych czasach dla niektórych ludzi to
          może zabrzmieć podejrzanie, zapewniam że nie było w tym nic złego. Po prostu
          człowiek sprawiał nam frajdę bo tak naprawdę nie mieliśmy zbyt wielu zabaw. W
          czasie mojego dzieciństwa nie było już piekarników czyli pieców do wypieku
          chleba na podwórkach. Biegaliśmy podglądać jak się piecze chleb do piekarni.
          Nikt nas wtedy nie przeganiał. Po prostu stawaliśmy w otwartych drzwiach i
          gapiliśmy się na to co robią pracownicy. Czasem staliśmy tak po kilka godzin. Ja
          szczególnie lubiłam patrzeć na ten moment, gdy piekarz na ogromnej desce
          wyciągał upieczone, pachnące i poukładane równo bochny chleba. Pamiętam też, że
          na rynek przyjeżdżał samochód z którego pan w białym fartuchu sprzedawał lody.
          To było wydarzenie dla wszystkich dzieci, bo nawet nie chodziło o same lody ale
          o całą ceremonię jaka temu towarzyszyła. Otwierały się tylne drzwi samochodu,
          którego wnętrze było wyłożone lustrami. Potem wszyscy czekali kto jest tym
          szczęśliwcem i może sobie pozwolić na zakup. A gdy ktoś już kupił loda zaczynał
          się dalszy ciąg spektaklu. Pan otwierał pół okrągłe, srebrne drzwiczki i wysuwał
          długą, wąską deseczkę – to wszystko przypomina mi do dzisiaj zminiaturyzowany
          piec chlebowy – na której znajdowały się lody w blokach podobnych do
          dzisiejszych bloków chałwy, odkrawał długim nożem określony kawałek i wkładał go
          pomiędzy dwa wafelki. Po czym zamykał szufladkę. Następny klient i znów cały
          spektakl zaczynał się od nowa. Do dzisiaj nie mówi się tutaj inaczej tylko a
          pamiętasz lody od S…
        • madohora Re: Nasze osiągnięcia literackie 17.09.08, 10:39
          III

          Oprócz świniobicia wielkim wydarzeniem były też odpusty „U babci Anny”, jak
          mawiał jeden
          z proboszczów tutejszej parafii. Z takim odpustem, przypominającym te sprzed lat
          spotkałam się niedawno ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu w centrum Dąbrowy
          Górniczej. Dzisiaj odpust na Janowie to suma zakończona procesją dookoła
          kościoła i zaledwie kilka straganów z piernikami. W procesji, w strojach
          ludowych przeszło może z siedem, może z dziesięć kobiet a panów było jeszcze
          mniej. Kiedyś dzień odpustu to było święto dla trzech parafii Szopienickiej,
          Janowskiej
          i Giszowieckiej. W zależności od tego, w którym kościele akurat był odpust
          ciągnęła procesja prowadzona przez proboszcza z Giszowca i Szopienic do kościoła
          w Nikiszowcu (lub odwrotnie). Procesje łączyły się ze sobą i dalej jako jedna
          przechodziły przez ulice danej dzielnicy. Oczywiście obowiązkowo w strojach
          regionalnych. Nie można było oderwać oczu od czerni górniczych uniformów i
          kolorowych pióropuszy na czapkach oraz kolorowych kobiecych strojów,
          przepasanych fartuchami w kwiaty. Taka procesja zdawała się nie mieć końca a
          kościół choć jest ogromny pękał w szwach. Oczywiście proboszczowie innych
          parafii zostawali na obiedzie na probostwie. A w domach także to było święto na
          które spraszało się całą rodzinę na uroczysty obiad. Po mszy obowiązkowo szło
          się kupić pierniki, kokosanki, makarony i imbir a także oblaty oraz cukrową
          watę. Budy z piernikami i zabawkami w postaci czarnych diabełków z gumy, które
          gdy się na nie nacisnęło to pokazywały czerwony jęzor, różowych baloników z
          gwizdkiem, wiatraczków, piłeczek na gumce, pierścionków z czerwonym albo
          niebieskim oczkiem, plastykowych lalek ubranych w sukienki z gąbki a dla
          chłopców pistoletów – korkowców, korków oraz plaspatronów . Oczywiście
          wszelkiego rodzaju balonów a dla starszych świętych obrazków. Jeszcze w czasach
          mojego dzieciństwa na odpuście można było kupić kiszone ogórki oraz śledzie
          z beczki. Tamte ogórki miały jakiś osobliwy, niezapomniany smak. Oczywiście
          oprócz jedzenia można też było kupić czerwoną lub białą oranżadę w butelkach,
          syfon, wodę z sokiem oraz piwo. Stragany rozciągały się począwszy od kościoła
          przez całą ulicę Plac Wyzwolenia, nasz lokalny targ przez dzisiejszą ulicę
          Zamkową by w końcu dojść do placu na którym stały karuzele. Jedna albo dwie z
          konikami i innymi zwierzętami, z autkami zwanymi przez nas „dzikimi autami”
          przeznaczone dla dzieci. Nie pamiętam już wszystkich ale wiem, że było ich dużo.
          To tak jakby rozłożyło się miniaturowe Wesołe Miasteczko. Zapamiętałam jedynie
          drewniane huśtawki
          w kształcie łódek z ławkami naprzeciw siebie, jak w prawdziwej łódce. Te
          huśtawki trzeba było samemu rozhuśtać. Różnie z tym bywało, nieraz trzeba się
          było dobrze napracować. Wszystko zależało od ilości osób, które do niej weszły.
          Czasem zdarzało się tak jak naszemu koledze, który nadmiernie rozhuśtał łódkę
          i…wylądował w sąsiednim ogródku, prosto w krzakach róży. On był cały podrapany a
          właścicielka ogródka goniła go i wyzywała od „pierońskich huncwotów ” zła, że
          połamał jej kwiaty. Nie było by odpustu bez „kiecioka” czyli pojedynczych
          krzesełek zawieszonych na długich łańcuchach. Cała frajda polegała na tym, że
          okręcało się wzajemnie te łańcuchy i gdy karuzela, już się rozpędziła to
          puszczało się krzesełko sąsiada czy sąsiadki. Zwłaszcza sąsiadki, gdy zbiegiem
          okoliczności była to „fajno dziołcha” . Ot taki lokalny sport ekstremalny. A tak
          opisuję to w swoim pamiętniku z: 22.07.1975 „Wczoraj po raz pierwszy jechałam na
          tzw. „kiecioku” A dzisiaj to nawet sześć razy Gienek* puszczał moje siodełko,
          gdy karuzela już się rozpędziła. Nie wiem czy to dlatego, że to był Gienek* czy
          z innego powodu ale w końcu przestałam się bać”...
          Dzisiaj słyszy się o różnych wypadkach w Wesołych Miasteczkach a wtedy jakoś
          nikomu nic się nie stało. Oczywiście na odpuście obowiązkowo musiały być
          strzelnice w których strzelało się do lizaków, kolorowych kwiatów z piór,
          glinianych figurek, lalek, czarno – białych zdjęć z takich filmów jak „Zorro”
          czy „Bonanza”, zdjęć aktorów czy piłkarzy. Zawsze też na zachętę gdzieś na samej
          górze strzelnicy stała wielka maskotka, zazwyczaj misia jako główna wygrana. Ten
          Misiu to chyba dorobił się w ten sposób emerytury, bo jakoś nigdy nikt go nie
          ustrzelił. Pamiętam też loterię fantową zwaną „Zuzką”. Było to koło, trochę
          przypominające „koło fortuny”, podzielone na kolorowe trójkąciki z numerkami i
          powbijanymi gwózdkami oraz piórkiem zatkniętym za któryś
          z gwoździ. Zakręcało się tym kołem i w zależności od tego co pokazało piórko
          albo się przegrywało albo wygrywało jakiś fant: broszkę, pierścionek,
          koszmarnego pieska, kotka albo konia stającego dęba lub inne figurki zrobione z
          gliny.
      • madohora Re: Nasze osiągnięcia literackie 17.09.08, 10:42
        Wiersz wyróżniony w Konkursie poetyckim o Świętej Barbarze Ruda Śląska 2008

        Świynta Barbara na Nikiszu

        Świynto Barbara na Nikiszu
        Niy jest z bronzu, ani ze spiżu
        Choć nom się zdo, że my sami
        Ona tu chodzi miyndzy nami

        Kiedyś jeździła „Balkanem”
        Z szychty wracała nad ranym
        Czasym zmynczony się zaspiało
        I wtedy gruba zasypywało

        A te bergminy, co przeżyli
        Z kamykow mozaika ułożyli
        Ta mozaika do dzisiej momy
        I na „Wieczorku” podziwiomy

        Jak kościoł stanoł nad Nikiszym
        Jeszcze tu rządził tyn Gisze
        Na jedyn z ołtarzy jom dali
        I wszyscy do ni rzykali

        Mantel tam rozpościyro
        I na bergmonow spoziyro
        Wymodzili go w Krakowie
        Bracia Langmannowie

        A nasze lokalne malarze
        Tyż do Barbary w darze
        Łobrozki malowali
        I na cechowni wiyszali

        W Barborka – wszyscy wstajom
        Bo nom chopy z orkiestry grajom
        I kożdy sie tymu dziwuje
        Bo Baśka z nimi maszeruje

        Choć nom się zdo, że my sami
        Ona tu chodzi miyndzy nami
        Ktoś jom widzioł jakiś nocy
        Ale niy kożdy jom zoboczy
      • madohora Re: Nasze osiągnięcia literackie 13.02.20, 23:35
        *
      • madohora Re: Nasze osiągnięcia literackie 04.02.21, 14:17
        http://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/rb/qa/wzpg/61SKPjJtAATKeVTRCX.jpg
    • madohora Re: Dowcipy z Nikisza 17.09.08, 10:44
      Działo się to w czasach, gdy jeszcze funkcjonowała „Klubowa”. Siadło sobie przy
      stoliczku dwóch pijaków. Zamówili jedno piwo, drugie piwo. Poszło im bardzo
      ostro i tak koło północy jeden mówi:
      - Wiesz, fajnie jest ale muszę już iść
      - A daleko mieszkasz?
      - Nie, tu obok na Rymarskiej
      - O, ja też na Rymarskiej
      - Co, to jesteśmy sąsiadami. A gdzie?
      - No tu zaraz pod dwójką
      - Kurcze, ja też pod dwójką, mieszkania siedem.
      - Zaraz…zaraz…to ja tam mieszkam!
      - Rysiu?
      - Tata!
      • madohora Re: Dowcipy z Nikisza 17.09.08, 10:46
        Msza w kościele Świętej Anny. Jak to bywa podczas mszy, chodzi ksiądz z tacą.
        Jednemu z parafian zasnęło się podczas mszy, więc ksiądz chcąc go zbudzić trąca
        go z lekka w ramię. Człowiek się budzi i na cały kościół mówi:
        - Ale ja mam miesięczny!
      • madohora Re: Dowcipy z Nikisza 17.09.08, 10:46
        Do naszego fotografa Niesporka przyszedł kiedyś garbaty chłop. Fotograf patrzy,
        patrzy i mówi:
        - Ja panu nie mogę zrobić zdjęcia
        - A dlaczego?
        - Bo się panu album nie zamknie
        • jurek-de1 Re: Dowcipy z Nikisza 17.09.08, 19:41
          Krzysiek by sie chyba posikol,ze smiychu.
          Dobry kawal.
          • madohora Re: Dowcipy z Nikisza 19.09.08, 15:11
            Ale pasuje, nie? Jeszcze nie potrafię sama układać kawałów ale ja podobno jestem
            zdolna dziewczynka - czuję się dowartościowana, właśnie wczoraj coś takiego
            usłyszałam.
            • madohora Re: Dowcipy z Nikisza 29.09.08, 16:43
              Zaś innym razym taki jedyn z Sosnowca przyjechał na kole na Bolina. Dynak mu
              szczeliła. Idom nasi chopcy i się pytają:
              - Co pana?
              - Tak rower mój – odpowiada Sosnowiok
              • madohora Re: Dowcipy z Nikisza 29.09.08, 16:53
                A tako inno baba patrzy na nie i godo:
                - Patrz a ja tako sama para mom w doma
      • madohora Re: Dowcipy z Nikisza 17.09.08, 10:47
        Innym razem w nasze strony zawędrował pingwin. Mówi jak już jestem na Nikiszu,
        to sobie zrobię zdjęcie. Przychodzi do Niesporka, a ten go pyta:
        - Życzy pan sobie zdjęcie kolorowe czy czarno – białe?!
        • jurek-de1 Re: Dowcipy z Nikisza 17.09.08, 19:50
          Ciekawe czy zna te kawaly?
          • madohora Re: Dowcipy z Nikisza 19.09.08, 15:12
            Nie wiem, nie pytałam
            Chociaż okazję wczoraj miałam
            Ale wiem, że ludzie czytają
            I nawet czasem coś opowiadają
        • madohora Re: Dowcipy z Nikisza 25.09.08, 17:38
          Nasz fotograf przyjon na praktyka ucznia i godo do niego skocz ino do sklepu i
          kup mi żarówka. Synek przylatuje do sklepu i pado:
          -Dejcie mi jedna przpolono żarówka
          - A po co ci przepolono
          - Bo jo robia u fotografa i łon mi kozoł kupić żarowka do ciymni
      • madohora Re: Dowcipy z Nikisza 17.09.08, 10:48
        Na naszą pocztę przylatuje strasznie roztargniony facet. A że to był dwudziesty
        wysyłał jakieś deklaracje. Dziewczyna na poczcie mówi do niego:
        - Przepraszam, ale ten list jest za ciężki, musi pan kupić jeszcze jeden znaczek
        - A co? Myśli pani, że od tego zrobi się lżejszy.
      • madohora Re: Dowcipy z Nikisza 29.09.08, 16:42
        A tam na Karmerze to stoł policjant, co kierowoł ruchym, patrzy na ta blondynka
        co se tyn luft spuściła. Gwizdo na nia i godo:
        - Jerona a wy w tym kole ni moci luftu
        Blondynka patrzy i łodpowiado:
        - Ja, ale ino na dole…
        • madohora Re: Dowcipy z Nikisza 29.09.08, 16:44
          Autentyczne:

          Kiedyś na Nikiszu to było tak, że niy kożdy mioł koło. Bez toż ny czysto
          pożyczali je łod somsiadow co na kołach jeździli do roboty. Nasz kamrat tyż się
          pożyczył blank nowe koło i jeździł nim cołki dziyń po placu. Naroz, niy wiadomo
          co go pizło. A wiycie jak jest trzeci blok, to z jednego ańfartu wyjyżdżos się
          zaroz na tyn park przy farze, no i na droga kaj jedżom autobusy. Tyn bajtel tak
          się ropzyndził, że wyjechał na tym kole z tego ańfartu i wiechoł w som środek
          (boku) ze stodziewiony. Żodnymu nic się niy stało ino z koła była ósemka. A
          wiycie jak łon pichoł, aż się za nim kurzyło.
        • madohora Re: Dowcipy z Nikisza 29.09.08, 16:51
          Autentyczne:

          Wiycie jak to było zaroz po stanie wojennym. Kartek już niy było ale za
          wszystkim trza było stoć w raji. Za szczawikami tyż. Poleciałach na Bata, bo tam
          jakieś szczawiki ciepli a jo akurat miałach iść na jakieś wysele, to by mi się
          nowe przydały. Kupiłach se te szczawiki jak to się godo „na łoko”/ nawet ich niy
          mierzyłach. Przyszłach z nimi do dom i zaroz skrybach do szranku. Ale my momy
          tako bardzo ciekawo sąsiadka. Przylazła do nos wieczór i pado:
          - No to pokoż coś się to za Szuły kupiła
          - Jo wyciągom ta krzynka, patrza a tam som dwa lewe
    • madohora Re: Dowcipy z Nikisza 17.09.08, 10:45
      W ty samy „Klubowy” siedzi trzech facetów. Jedyn ciynżko wdycho, drugi macho
      rynkom a trzeci spluwo na ziymia. Patrzy na to barman i w końcu niy wytrzymuje i
      godo:
      - Przestońcie już o ty polityce, napijcie się czegoś!
      • madohora Re: Dowcipy z Nikisza 25.09.08, 17:41
        Kiedyś po Nikiszu lotała tako puklato baba. Włazi roz do sklepu do Lidki a tam
        wtoś do ni godo:
        - A ty, co sie tak skaradosz?
        • madohora Re: Dowcipy z Nikisza 25.09.08, 17:44
          Inny razym na Nikiszu urodził sie blank czorny synek. Czorny? Ludzie kryncili
          gowami a ta istno na to:
          - Dyć łon niy jest po żodnym murzinie, ino po kominiorzu!
        • madohora Re: Dowcipy z Nikisza 25.09.08, 17:46
          Kowolik budzi sie w nocy. Patrzy a tam jakiś chop sznupie mu po szranakch i
          szuflodkach. A Kowolik zamiast sie znerwować pado:
          - Chopie, jak dobrze że żeś przyszed, a dyć moja staro już dwadziścia lot na
          ciebie czeko i skuli tego co noc mie budzi!
          • madohora Re: Dowcipy z Nikisza 29.09.08, 16:40
            Idzie oma i nasz Jaś z Małgosią na Bolina przez las. Naroz Jasiu się pyto:
            - Starko, a skąd się bierom dzieci?
            - A dyć synek bociek je przynosi…
            Na to Małgosia:
            - Ty, Jasiu pódź jyj powiymy, bo umrze i niy bydzie wiedzieć
            • madohora Re: Dowcipy z Nikisza 29.09.08, 16:41
              A wiycie, w sobota za tym całym peletonym kolarskim to jechały jeszcze dwie
              blondynki. Jedna tak weke karmeru zsiadła z tego koła i spuściła luft. Drugo
              patrzy na nia i się pyto;
              - Co ty robisz?
              - Mom siodełko za wysoko!
              Ta drugo łodkrynciła siodełko, zamieniła je z kierownicom:
              - A ty co robisz?
              - Jada nazod, bo z takom idiotkom to jo niy byda jeździć.
              • madohora Re: Dowcipy z Nikisza 29.09.08, 16:46
                Wiycie, dodatkowom atrakcjom na te Stulecie Nikisza to mioł być pochód
                cnotliwych blondynek. Ale jakżeście widzieli niy odbył się. A wiycie czymu? Bo
                jedna ni miała czasu a drugi tyn dyszcz co kidoł z nieba pierońsko zawodzoł
                • madohora Re: Dowcipy z Nikisza 29.09.08, 16:47
                  Wiycie, w te stulecie jeździły dodatkowe autobusy. Dwie blondynki podchodzom do
                  kierowcy i jedna się pyto:
                  - Dojada tym autobusym do Katowic
                  - Niy
                  - A jo? – pyto się ta drugo
                  • madohora Re: Dowcipy z Nikisza 29.09.08, 16:48
                    Autentyczne

                    W czasach jak jeszcze autobusy jeździły pełne, do kierowcy podchodzi tako
                    starszo babka i godo:
                    - Panie szafner, weznom mie z przodku. Bo ze zadku to ani palca wciś!
            • madohora Re: Dowcipy z Nikisza 29.09.08, 16:45
              Wiycie, tam w Szopynicach na Bagrze to roz stoł taki jedyn mały synek i pił woda
              prosto z kałuży. Podłazi do niego tako baba i godo synek niy pij ty wody, dyć to
              jest ino som Maras.
              - Proszę…?
              - A skąd żeś ty syneczku jest
              - Ja? Z Sosnowca!
              - Pij gorolicku, pij…
              • madohora Re: Dowcipy z Nikisza 29.09.08, 16:49
                Roztargniony facet przylatuje do sklepu na Bacie, jak tam jeszcze był obuwniczy
                i godo:
                - Decjcie mi jedna pasta do szczawików
                - A do jakich
                - 46
    • madohora Re:Nudna Nowela Na N...:-) 17.09.08, 10:53
      W prezentowanym tutaj tekście znajduje się dokładnie sto słów zaczynających się
      na literę „N”

      Niedziela. Niedzielne Nabożeństwo. Nawet Nie Nużące, Niedzielne Nauki Nigdy Nie
      Nastrajały Nas Nostalgicznie. Najpierw Nazrywałam Naręcze Nasturcji,
      Niezapominajek Narcyzów. Następnie Nasmażyłam Naleśników. Napełniłam Nimi
      Naczynia. Na Nikiszowcu Natchnienie Nadchodzi Niespodziewanie. Najpierw
      Napisałam Niezbyt Nowoczesną Nowelę. Następnie Nastrojowy Nokturn. Napisałam
      Nuty. No Nawet Nie Narozrabiałam Nanosząc Nuty Na Notes. Nic Nie Namalowałam.
      Natomiast Nostalgiczny Norbert Nowak Namazał Nowocześnie. Narysował Niespokojne
      Nurty Narwi Nad Nizinami, Następnie Nurty Noteci. Nasz Niezawodny Niesporek
      Napstrykał Negatywów Naszych Neobarokowych Naw. Naszła Nas Nostalgia Nad Naszym
      Nikiszowcem, Nad Naszymi Niwami. Nad Niedoścignionym. Nikt Nie naniósł nazwiska
      na notatkach. Niedziela. Noc. Nic Nie Napiszę. Na N Nabazgrałam, Nabałamuciłam.
      Nieźle Nabajdurzyłam


      Taki tekst może być równocześnie zadaniem umysłowym, wymyśla się literę i trzeba
      napisać jak najdłuższe, sensowne opowiadanie, w którym każdy wyraz będzie się
      zaczynał od tej litery. Dopuszczalne są łączniki ale one nie są liczone do tekstu
      • jurek-de1 Re:Nudna Nowela Na N...:-) 17.09.08, 19:53
        Super setka-podziwiam.
        • madohora Re:Nudna Nowela Na N...:-) 19.09.08, 15:14
          Nad Nowelą Natrudziłam (się) Nostalgiczną Nocą.
    • madohora Re: Wiersz 17.09.08, 10:56
      Deszcz nad Nikiszowcem

      Dzisiaj Nikiszowiec cały zapłakany
      Płaczą wszystkie bloki i te wszystkie bramy
      Gdzieś po szybie spływa kropli deszczu smuga
      A cała Rymarska jest od błota ruda
      I na mszy porannej załkały organy
      Bo dziś Nikiszowiec w deszczu jest skąpany

      Ale będzie pięknie, ja wam za to ręczę
      Bo jak wyjeżdżałam...Zobaczyłam tęczę!
      • madohora Re: Wiersz 19.09.08, 15:16
        Mnie bardzo podobają się wiersza Krzyśka, a jeden z nich czytam sobie czasami
        jak jest mi smutno, jak mam chandrę albo zły humor. I bardzo się cieszę, że go
        poznałam.
      • madohora Re: Wiersz 31.01.22, 23:19
        https://fotoforum.gazeta.pl/photo/3/wd/qa/jcow/RYdgUwFaa5fXUy7G2X.png
      • madohora Re: Wiersz 05.02.23, 00:28
        https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/rb/qa/wzpg/ckBD9NLF1cbzFRyxX.jpg
      • madohora Re: Wiersz 13.05.26, 23:45
        https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/rb/qa/wzpg/4OrZOQgoRage4hFfX.jpg
    • madohora Re: STO na Stulecie Nikiszowca(wiersze, szarady, 26.08.09, 10:41
      I już roczek minął prawie
      I na pracy i na zabawiesmile
    • madohora Re: STO na Stulecie Nikiszowca(wiersze, szarady, 26.08.10, 14:17
      Pamiętacie ten wątek, tutaj były i szarady i test i wiele innych rzeczy
      związanych ze stuleciem Nikiszowca. Teraz na następną rocznicę może też by
      wypadało coś dodać. Pomyślę o tym. Może też jakieś podsumowanie.
      • madohora Re: STO na Stulecie Nikiszowca(wiersze, szarady, 26.08.10, 14:19
        Muszę się też pochwalić, że nie tak dawno ja i jeden pan pochodzący z Nikiszowca
        zostaliśmy laureatami konkursu literackiego organizowanego przez Bibliotekę
        Publiczną w Jastrzębiu Zdroju - wdzięczny temat ale trzeba było napisać po śląsku
    • madohora Re: STO na Stulecie Nikiszowca(wiersze, szarady, 27.07.13, 21:06

      • madohora2 Re: STO na Stulecie Nikiszowca(wiersze, szarady, 23.01.14, 16:38
        ***
        • madohora Re: STO na Stulecie Nikiszowca(wiersze, szarady, 09.11.14, 01:34

          • madohora Re: STO na Stulecie Nikiszowca(wiersze, szarady, 05.02.15, 17:42

    • madohora Re: STO na Stulecie Nikiszowca(wiersze, szarady, 29.05.15, 23:48
      Tak to jest
      Sto już jest
    • madohora Re: STO na Stulecie Nikiszowca(wiersze, szarady, 25.08.15, 23:43
    • madohora Re: STO na Stulecie Nikiszowca(wiersze, szarady, 09.11.16, 16:31
      ***
    • madohora Re: STO na Stulecie Nikiszowca(wiersze, szarady, 08.04.17, 21:33
      ***
    • madohora Re: STO na Stulecie Nikiszowca(wiersze, szarady, 19.09.17, 00:01
      https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/wb/qa/5ixj/2HJODeT7XkTb2i9OMX.jpg
    • madohora Re: STO na Stulecie Nikiszowca(wiersze, szarady, 05.10.17, 16:46
      *
    • madohora Re: STO na Stulecie Nikiszowca(wiersze, szarady, 22.03.18, 17:30
      https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/rb/qa/wzpg/eb24c5H6FDPZXb6z2X.png
    • madohora Re: STO na Stulecie Nikiszowca(wiersze, szarady, 13.05.18, 21:06
      https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/rb/qa/wzpg/uX9VClLj9fEuU7fa3X.png
    • madohora Re: STO na Stulecie Nikiszowca(wiersze, szarady, 15.09.18, 22:19
      https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/rb/qa/wzpg/uX9VClLj9fEuU7fa3X.png'
    • madohora Re: STO na Stulecie Nikiszowca(wiersze, szarady, 23.01.19, 00:31
      https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/rb/qa/wzpg/ddohi3Olw8wr0j43DX.png
    • madohora Re: STO na Stulecie Nikiszowca(wiersze, szarady, 09.04.19, 00:16
      *
    • madohora Re: STO na Stulecie Nikiszowca(wiersze, szarady, 08.07.19, 11:47
      https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/rb/qa/wzpg/uX9VClLj9fEuU7fa3X.png
    • madohora Re: STO na Stulecie Nikiszowca(wiersze, szarady, 26.10.19, 23:43
      https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/rb/qa/wzpg/uX9VClLj9fEuU7fa3X.png
    • madohora Re: STO na Stulecie Nikiszowca(wiersze, szarady, 13.02.20, 23:22
      https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/rb/qa/wzpg/oxGGuvbMMEmqRIVyjX.png
    • madohora Re: STO na Stulecie Nikiszowca(wiersze, szarady, 04.02.21, 14:17
      https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/rb/qa/wzpg/uOqAO9LQZMg5pSRsX.jpg
    • madohora Re: STO na Stulecie Nikiszowca(wiersze, szarady, 17.08.21, 01:07
      https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/rb/qa/wzpg/uOqAO9LQZMg5pSRsX.jpg
    • madohora Re: STO na Stulecie Nikiszowca(wiersze, szarady, 31.01.22, 23:19
      https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/rb/qa/wzpg/uOqAO9LQZMg5pSRsX.jpg
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka