gelatik
17.03.02, 02:24
Rosyjscy weterani wojny w Czeczenii przeżywają kolejne piekło - tym razem w
swoim kraju. Państwo nie robi nic, by ułatwić im powrót do normalności.
Pogrążają się w nędzy i alkoholizmie. Tylko nielicznym udało się przezwyciężyć
kaukaski koszmar.
Dla Jurija Pawlienkowa, 40-letniego pułkownika w stanie spoczynku, wojna w
Czeczenii to był czas równości, sprawiedliwości i braterstwa. - Wszyscy
towarzysze broni byli jak bracia. W takich warunkach wszelka obłuda, wszelkie
zakłamanie przestają istnieć. Wiara w przyjaciela jest absolutna - mówi
Pawlienkow, który spędził w Czeczenii dwa lata jako oficer rosyjskiej 205.
brygady zmotoryzowanej. - Tam byłem pewien, że nikt mnie nie zdradzi. Ci,
którzy nie przestrzegali zasad, byli wyprowadzani do lasu. I kulka w łeb.
Taki był ten świat - nieskomplikowany, rządzący się prostymi zasadami. Ale gdy
weterani kaukaskiej wojny wrócili do domu, zastali rzeczywistość zawikłaną i
nieprzyjazną.
Czasami krzyczą przez sen albo szukają przy łóżku automatu. Miesiącami głośno
płaczą. Są tacy, którzy w domach zakładają miny-pułapki. Bez przerwy mają przed
oczyma pociski rozrywające na strzępy ich przyjaciół. Nawet ci pozornie
zrównoważeni nagle tracą rozsądek.
Rosja od połowy lat 90. ze zgrozą patrzy na powracających z Czeczenii
żołnierzy. Stają się przestępcami, zagrażają normalnym obywatelom. Jesienią
zeszłego roku w wiosce Stiepancewo w obwodzie władimirskim dwóch 20-letnich
kombatantów obcięło uszy mężczyźnie, który przypadkiem wszedł im w drogę. To
zwyczaj z Czeczenii - tam komandosi często odcinają uszy zabitym wrogom. Dwójka
ze Stiepancewa była pijana do nieprzytomności.
Państwo nie robi nic, by pomóc takim ludziom. Skazani są tylko na siebie. Nagle
człowiek, który walczył w słusznej sprawie i bronił interesów państwa, nikomu
nie jest potrzebny, a sąsiedzi za plecami nazywają go zabójcą. Poniżony weteran
eksploduje albo na zimno szuka zemsty.
Szok powojenny jest czasem groźniejszy od szoku walki. - Po powrocie kombatanci
są nerwowi i ciągle się buntują - mówi psycholog Leonid Kitajew-Smyk. - Wydaje
im się, że wokoło wszyscy są źli. Mogą pobić milicjanta z drogówki, który
zatrzymał ich samochód. Rozwodzą się z żonami i porzucają dzieci. Dobrze czują
się tylko wśród przyjaciół z wojny.
Dla psychologów "czeczeński syndrom" różni się od "afgańskiego". - Echa tej
wojny będą się odbijały w społeczeństwie znacznie dłużej i boleśniej niż wojny
w Afganistanie - mówi Leokadia Drobiżewa, dyrektorka Centrum Socjologii i
Instytutu Socjologii Rosyjskiej Akademii Nauk. - W odróżnieniu od Afganistanu
wojna w Czeczenii dotyczy całego społeczeństwa. Wszyscy Rosjanie są w nią
pośrednio zaangażowani, bo rozgrywa się na terytorium naszego kraju. Dlatego
straty i porażki są odczuwane znacznie boleśniej. Wojna w Afganistanie
dotyczyła tylko armii, nawet nie całej, tylko korpusu ekspedycyjnego i rodzin
tych żołnierzy. Wojna w Czeczenii to być albo nie być państwa rosyjskiego.
Problem z weteranami zaistniał w ZSRR już w rok po wkroczeniu sowieckiej armii
do Afganistanu. Wtedy właśnie pojawili się pierwsi kombatanci. Gdy wracali do
domów, nie mogli opowiadać o wojnie - obowiązywała ich tajemnica. - Co więcej,
na każdym kroku stykali się z lekceważeniem, kłamstwem i korupcją - mówi
Kitajew-Smyk. - Urzędnicy partyjni traktowali ich niemal jak chłopów
pańszczyźnianych albo jak zwykłych przestępców.